Wojciech Tutaj

Wong Kar-wai: Gatunkowe maskarady

Persona
/fwm/article/Wong+Kar-wai%3A+Gatunkowe+maskarady-144507
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Wong+Kar-wai%3A+Gatunkowe+maskarady-144507
PERSONA

Wong Kar-wai: Gatunkowe maskarady

Podziel się

Pięciosmakowa retrospektywa Wonga pozwoli na nowo prześwietlić hybrydyczne, mozaikowe, rozpięte między wysokimi i niskimi rejestrami utwory. Powtórną podróż przez gatunkowe zakamarki jego kina czas zacząć...

Widzowie 15. edycji Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków będą mogli od 17 do 29 listopada zagłębić się w twórczości wybitnego reżysera Wong Kar Waia. W programie znalazła się retrospektywa jego twórczości z kopii odrestaurowanych pod okiem samego mistrza. Z tej okazji Wojciech Tutaj przegląda dzieła twórcy "Spragnionych miłości" i "Chungking Express". Jak pisze: Pięciosmakowa retrospektywa Wonga pozwoli na nowo prześwietlić hybrydyczne, mozaikowe, rozpięte między wysokimi i niskimi rejestrami utwory. Powtórną podróż przez gatunkowe zakamarki jego kina czas zacząć...



***

Choć od premiery "Wielkiego mistrza", ostatniego filmu Wong Kar-waia, minęło 8 lat, a twórca niemal bez reszty oddał się funkcji producenta, jego legenda i ikoniczny styl nadal rozbudzają wyobraźnię setek kinomanów na całym świecie. Artystyczną nieśmiertelność i zaszczytne miejsce w panteonie mistrzów współczesnego kina zapewniły hongkońskiemu reżyserowi melodramatyczna wrażliwość, silna estetyzacja wielkomiejskich pejzaży, snucie eliptycznych, wielowątkowych narracji, fetyszyzacja barw, neonowego światła, fryzur i przedmiotów oraz uchwycenie kruchości i przypadkowości ludzkich relacji w zatomizowanym i zglobalizowanym świecie. Uzupełniła je rzadka zdolność kreowania na poły lirycznej, na poły nostalgiczno-melancholijnej aury oraz umiejętność przeistaczania popularnych piosenek w uniwersalne hymny miłosne o niebywałej sile rażenia.

Frenetyczne ruchy kamery i olśniewające, plastyczne ujęcia rozrywane dynamicznym montażem są za to efektem wieloletniej współpracy Wonga FasiWonga z wybitnym, australijskim operatorem Christopherem Doyle'em. Ten niezastąpiony duet zrealizował razem siedem filmów (nie licząc krótkich metraży) i objawił światu unikalny wizerunek Hongkongu – miasta tyleż wyobrażonego i fantazmatycznego, co boleśnie realnego i znajomego. W dziełach tandemu powierzchnie kadrów odbijają czasem wiernie, czasem w świadomym zniekształceniu panoramę tej wielokulturowej, nowoczesnej metropolii, czyniąc z niej wieloznaczny symbol, który wdarł się do zbiorowej świadomości, oraz przestrzeń spotkania poetyki autorskiej, popkulturowej i gatunkowej. Pachnący Port nie byłby jednak na ekranie tak żywy i intrygujący, gdyby nie zaludniali go utalentowani, posągowo piękni aktorzy. Ich znakomite, różnorodne grono można podzielić na tych, którzy w Wongowskim uniwersum zagrali bezsprzecznie najlepsze role w karierze (Faye Wong, Takeshi Kaneshiro), umocnili swój status, a niebawem stali się żywymi legendami kina (Tony Leung Chiu-wai, Maggie Cheung, Chang Chen, Leslie Cheung) albo pojawili się w nim tylko chwilowo (Andy Lau, Gong Li, Zhang Ziyi).

Wong zadurzył się w X muzie jako dziecko, podczas częstych wizyt w kinie z matką. Jego kinofilska pasja przebija z większości nakręconych później obrazów, sam zresztą rozkochał w sztuce filmowej pokolenia widzów – wśród nich znalazło się wielu przyszłych reżyserów. Inspirację z eklektycznej, hipnotyzującej twórczości autora czerpią ci uznawani już za samodzielnych mistrzów (jak Lou Ye), będący na dobrej drodze do zrobienia wielkiej kariery (myślę o Barrym Jenkinsie) i niepoprawni epigoni (w stylu Xaviera Dolana). Niepodważalny wpływ hongkońskiego mistrza wynika z niemożności objęcia jego filmografii klasyfikacyjnymi ramami i sprowadzenia jej wyłącznie do tematyki romantycznej lub melodramatycznej. Pięciosmakowa retrospektywa Wonga pozwoli na nowo prześwietlić te hybrydyczne, mozaikowe, rozpięte między wysokimi i niskimi rejestrami utwory. Powtórną podróż przez gatunkowe zakamarki jego kina czas zacząć...

W ciemnych zaułkach Hongkongu
Wong z początku pisał scenariusze dla stacji telewizyjnych i filmów popularnych, a reżyserski debiut zaliczył pod koniec lat 80. "Kiedy łzy przeminą" wyrasta z fascynacji dziełami Martina Scorsesego (szczególnie "Ulicami nędzy") i dobrze wpisuje się w krajobraz gangsterskiego kina z Hongkongu, które przeżywało wówczas rozkwit i zdumiewało innowacyjnym podejściem za sprawą takich nazwisk, jak John Woo, Ringo Lam czy Johnny Mak. Film oglądany po latach nie grzeszy wprawdzie oryginalnością, lecz wciąż zachwyca w nim rozmach, z jakim zainscenizowano walki na gołe pięści i ostre noże. Sugestywny brutalizm idzie tu pod rękę z choreograficzną maestrią i czystą kinetyczną energią. Młodzi, przystojni gangsterzy wyglądają niczym kolejne wcielenia Jamesa Deana, ale nie mogą wystąpić z przestępczego kręgu. Wisi nad nimi tragiczne fatum, a męska przyjaźń i obrona własnego honoru zawsze stoją wyżej niż miłosne rozterki. W finale rozliczenie z wrogą triadą i kumpelska lojalność spychają równoległy wątek melodramatyczny w cień, nie pozostawiając wątpliwości, co do artystycznych intencji Wonga.


"Kiedy łzy przeminą"
Tropy rodem z kryminału i kina zemsty dominują zaś w pierwszej części "Chungking Express". Już wybór miejsca akcji jest znamienny: Chungking Mansions to ogromny, wielopiętrowy budynek przypominający zmultiplikowany labirynt, w którym pomieszkują nielegalni imigranci i rozwija się wszelkiej maści przestępczość. Rozedrgana kamera wślizguje się w jego wąskie korytarze, by śledzić kobietę w blond peruce, organizującą przemyt narkotyków przy udziale kilku Hindusów. Mężczyźni rozpływają się jednak na lotnisku, a bohaterka rychło urządzi im krwawą vendettę, odsłaniając najbardziej szkaradne oblicze lokalnego półświatka. Dzielnicę Tsim Sha Tsui (miejsce, gdzie dorastał Wong) podglądamy też w "Upadłych aniołach", tym razem z perspektywy płatnego zabójcy. Pozornie niemrawy facet rozprawia się z ofiarami bez mrugnięcia okiem, podczas gdy my podziwiamy misterny balet przemocy i śmierci, którego nie powstydziłby się wspomniany Woo. Płynne przeskoki od przyspieszonego do zwolnionego tempa, poszatkowanie scen na dziesiątki krótkich ujęć i eksplozywność działań kilera dowodzą technicznej biegłości artysty i poważnego potraktowania sztafażu gatunkowego.

Między światami


Najbardziej osobnym i enigmatycznym filmem Wonga pozostają natomiast "Dni naszego szaleństwa", którymi chciał odciąć się od komercyjnego i rozrywkowego charakteru debiutu. Twórca nie byłby jednak sobą, gdyby nie zwodził widza kuszącą, gatunkową otoczką. Zaczyna się więc jak klasyczny romans: atrakcyjny playboy sypia z kilkoma pięknościami w skolonizowanym przez Brytyjczyków Hongkongu lat 60. Blisko zakończenia w obskurnym, filipińskim barze wybucha nawet makabryczna jatka z udziałem mężczyzny, wyjęta jednak z innego filmowego porządku. Reżyser przesuwa tu akcenty; z ruchu na czas i trwanie, z jasnej fabularnej struktury – na sieć powiązanych cienką nitką sekwencji; z bohaterów dążących do konkretnego celu – na dryfujących bezwiednie samotników. Konstruuje frapującą, zagadkową opowieść o egzystencjalnym nonsensie, poszukiwaniu utraconej tożsamości oraz zawieszeniu między upływającymi niespiesznie godzinami wybijanymi przez wszechobecne zegary (w innych filmach Wonga, prócz czasomierzy, obsesyjnie powracają daty porządkujące narracje i monologi wewnętrzne postaci).

"Dni naszego szaleństwa"
Poczucie wykorzenienia i alienacji, które towarzyszy protagoniście odkrywającemu prawdę o swoim pochodzeniu (biologiczna matka oddała go pod opiekę zamożnej kobiecie), koresponduje z doświadczeniem samego reżysera. Urodzony w Szanghaju autor zbiegł wraz z rodzicielką z Chińskiej Republiki Ludowej w przededniu rewolucji kulturalnej. Jego dzieciństwo naznaczyły pierwiastki wyobcowania i odmienności, bo nie potrafił szybko przyswoić kantońskiego i angielskiego. Co gorsza, stracił na 12 lat kontakt z ojcem i rodzeństwem, którzy nie zdążyli opuścić kraju przed zamknięciem granic. "Dni naszego szaleństwa" otwierają zatem w twórczości Wonga temat kryzysu tożsamości, podejmowany w rozmaitych wariacjach – od refleksji wokół tego, co funduje nasze "ja" (narodowość, płeć, pamięć?), przez wizję współczesnej, wielkomiejskiej maskarady i wykluczającej anonimowości, aż po ilustrację polityczno-kulturowych metamorfoz Hongkongu i jego wieloetnicznej społeczności.

W kręgu sztuk walki


W 1994 roku reżyser tworzy "Popioły czasu", a w przerwach między męczącymi sesjami montażowymi realizuje kultowy "Chungking Express". Pierwszy z wymienionych tytułów reprezentuje gatunek wuxia, zrodzony na styku legend i efektownej, zrywającej z prawem ciążenia akcji. Mająca swe źródła w literaturze konwencja przyciągała tak różnych autorów, jak Tsui Hark, Hou Hsiao-hsien i Zhang Yimou, nie dziwi więc, że zainteresował się nią również Wong. Zapożyczył postacie z powieści "The Legend of the Condor Heroes" Jin Yonga, ale zaproponował własną wersję popularnych historii o mistrzach miecza. Hongkończyk jawnie dialoguje z arcydziełami Kinga Hu (gospoda na pustkowiu jako główna lokacja), stawiając jednak bardziej na pasjonujące dialogi i układanie skomplikowanej zagadki fabularnej. Wierzcie bądź nie, lecz przy "Popiołach czasu" mind game films Nolana i Finchera wydają się naiwnie prostymi rebusami. Autor inicjuje i rozwiązuje nowe wątki, gubi nas w labiryncie narracyjnym i mnoży bohaterów – rozmyślnie bawi się kinem, równocześnie nie zapominając wpleść w tkankę dzieła imponujących scen szermierki oraz celnych spostrzeżeń o złamanych sercach i niezagojonych ranach. Składa nam w darze pojemną, postmodernistyczną szkatułkę, na jaką rzadko można się natknąć.

"Chungking Express"
Wong ponownie wkracza w świat sztuk walki z "Wielkim mistrzem" – jednym z najpiękniejszych wizualnie filmów minionej dekady. Opowiada o losach legendarnego Ip Mana, łącząc biopic z elementami kina akcji, moralitetu i historycznym spojrzeniem na upadek państwa chińskiego, wyniszczanego wojną domową i konfliktem z Japonią. Reżyser pierwszy raz tak otwarcie skierował swój utwór do całej chińskojęzycznej widowni i podjął ścisłą współpracę z przemysłem filmowym olbrzymiego sąsiada. Zaowocowało to pokaźnym budżetem, który wykorzystał do wiernego odtworzenia realiów epoki: gustownych kostiumów (emblematyczny element w wielu obrazach Wonga), pełnych przepychu wnętrz i dawnego kształtu miast.  Zadbał też, by nakręcone w strugach ulewnego deszczu pojedynki oszałamiały estetycznym wyrafinowaniem i odpowiednim powabem, nie ustępując na krok tym z "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" i "Domu latających sztyletów".

Melodramatyczne gry


Wong zapisał się jednak w historii kina przede wszystkim stylowymi, ponadczasowymi melodramatami z końca ubiegłego wieku. Na tle innych reżyserów wyróżnia go umiejętność przekuwania pozornie banalnych love stories w wielkie dramaty o niespełnieniu, w których każdy z nas chciałby choć raz uczestniczyć. Autor zrównuje przy tym relacje hetero i homoseksualne, incydentalne i trwające latami, skazane na porażkę i rokujące pomyślnie, gwałtowne i dojrzewające w milczeniu. Tak było już w brawurowym "Chungking Express", gdzie zestawia niemożliwy związek policjanta nr 223 z kryminalistką oraz innego funkcjonariusza z dziewczyną serwującą uliczne potrawy. Za najbardziej pamiętną parę uchodzi pewnie ta ze "Spragnionych miłości", tytułu słusznie otaczanego przez krytyków czcią, ale nie mniejsze emocje wywołuje gejowski duet z utrzymanego w minorowej tonacji "Happy Together". Pierwsze dzieło przenosi nas do przeszłości, w której społeczne konwenanse i konserwatywna obyczajowość zabraniają Su Li-zhen i Chow Mo-wanowi skonsumować miłosny owoc. "Happy Together", bliskie wrażliwości New Queer Cinema, scala zaś melodramat o destrukcyjnym uczuciu z kinem drogi, bo bohaterowie pragną razem dotrzeć nad Wodospad Iguazu (mit wspólnej podróży i bezdroży powróci w "Jagodowej miłości", jedynym anglojęzycznym filmie pełnometrażowym w karierze Wonga).

"Happy Together"
Co ciekawe, Wong unika pokazywania scen eksplicytnego seksu, a jego filmy i tak ociekają zmysłowością i lejącym się cienkimi strużkami po ciałach kochanków potem. W dusznym, wilgotnym powietrzu Hongkongu wisi pożądanie, wypełniające najmniejsze skrawki kadrów. Wyjątkami są ujęcia masturbującej się partnerki płatnego mordercy z "Upadłych aniołów", zyskujące wszak bolesny wymiar, bo autoerotyzm staje się w nich marnym substytutem seksu z ubóstwianym mężczyzną, zbliżenie partnerów w "Happy Together", będące tylko wstępem do historii o rozpadzie ich więzi oraz przygody na jedną noc, pozwalające pisarzowi z "2046" na krótko ukoić ból po utracie kobiety jego życia. Pełnowymiarowa miłość, podpowiada Wong, nie może poprzestać na fizycznym dotyku i rozkoszach ciała.

Okruchy komedii


Szczęśliwy związek wymaga odpowiedniego dystansu i częstego śmiechu, nie zabrakło więc w filmach reżysera subtelnego i rozbrajającego komizmu. Jagoda Murczyńska zauważa, że: specyficzne kantońskie poczucie humoru, zaprezentowane w "Upadłych aniołach" czy "Chungking Express", zbija z tropu nobliwych krytyków*. W latach 80. Wong odpowiadał za scenariusze kilku komedii, w tym "Zui Hou Sheng Li" swego mentora Patricka Tama, i zdobył wprawę w rozbawianiu hongkońskiej publiki. Wybitną, groteskową miniaturą okazuje się scena z "Upadłych aniołów", w której zawodowy zabójca tuż po wykonaniu zlecenia spotyka w miejskim busie kolegę z czasów szkolnych. Marzący o świętym spokoju gangster musi wysłuchiwać gadatliwego, rubasznego mężczyzny, pracującego na dodatek jako agent ubezpieczeniowy i oferującego mu swoje usługi (!). Na podobnym kontraście emocjonalnym zbudowana jest w "Chungking Express" scena kłótni policjanta i sprzedawcy w sklepie, orbitująca wokół zarzutów tego pierwszego o niewłaściwe traktowanie… ananasów z puszki, po które przyszedł. Gliniarz o duszy romantyka (dziewczyna zerwała z nim 1 kwietnia i ten łudzi się, że to żart, dlatego skupuje owoce z bliskim terminem ważności i pod koniec miesiąca je zje, jeśli ona do niego nie wróci) zderza się z totalną obojętnością i zmęczeniem kasjera.

"Upadłe anioły"
Komizm u Wonga wypływa też bezpośrednio z nietypowych zachowań i ekscentryzmu postaci. Rozmarzona Faye ("Chungking Express") potrafi na przykład imitować odgłosy deszczu za pomocą słuchawki prysznicowej, by wykiwać pracodawcę i dłużej pobyć z funkcjonariuszem nr 663. Uroczy Jeremy z "Jagodowej miłości" gromadzi klucze byłych klientów w swojej nowojorskiej kawiarni, licząc, iż kiedyś je odbiorą i cierpliwie trzyma pod ladą jagodowe ciasto z nadzieją, że ktoś zamówi w końcu ten deser. Śmiech potrafi także wzbudzić parodystyczne podejście do gatunku – jak w absurdalnym wątku przejścia jednego z gangsterów "na drogę uczciwości" w "Kiedy łzy przeminą", oznaczającego (pół)legalną, nieopłacalną sprzedaż kulek rybnych. Wreszcie nieoczekiwana zamiana ról, choćby z finału "Chungking Express": wracająca zza granicy Faye zjawia się jako stewardessa przy ulicznej knajpie, którą niespodziewanie przejął obiekt jej uczuć. Teraz on głośno puszcza z kasety "California Dreamin’" i obsługuje przechodniów, a ona przybywa w stroju służbowym i chce tam coś zjeść. Bohaterka wypisze mu nawet na chusteczce kartę pokładową, by wreszcie przestali się mijać i razem mogli spełniać kalifornijskie marzenia

Futurologia i prorocze głosy


Gatunkowy tygiel w Wongowskim uniwersum dopełnia cząstka science fiction z "2046". W kontynuacji "Spragnionych miłości" Chow Mo-wan staje się poczytnym pisarzem, kreatorem świata przyszłości na kartach tytułowej książki. Akcja filmu krąży między Hongkongiem lat 60. i fikcyjną, futurystyczną dystopią, z której prawie nikomu nie udaje się uciec. Alternatywą dla niedoskonałych relacji międzyludzkich są w niej związki z androidami, a zagubieni mieszkańcy usiłują przywołać tęskne wspomnienia "o tym, co było". Wong znów uruchamia refleksję o pamięci, podsuwając jednak czytelny kontekst polityczny. 2046 to ostatni rok oficjalnej autonomii Pachnącego Portu przed całkowitą aneksją ze strony Chin – z punktu widzenia prodemokratycznych obywateli metropolii moment iście katastroficzny. W filmie pojawiają się nawet archiwalia z antybrytyjskich protestów w 1966, dziś nasuwające skojarzenia z niedawnymi wystąpieniami Hongkończyków przeciw manipulacjom nowego kolonizatora.

Nieprzypadkowo też w "Happy Together", filmie osadzonym głównie w Argentynie, słyszymy z odbiornika telewizyjnego informację o śmierci Deng Xiaopinga. Lider Chińskiej Republiki Ludowej od końca lat 70. kładł podwaliny pod jej transformację w globalne supermocarstwo i negocjował z Brytyjczykami umowę o przejęcie kontroli nad Hongkongiem. Zmiana warty z 1997 r. wywołała w mieście-państwie wielkie poruszenie, odczuwalne także w lokalnym kinie (m.in. w "Przytul mnie mocno" Stanleya Kwana i tzw. trylogii przekazania Fruit Chana). Wong nie pozostał głuchy na te polityczne wydarzenia, wpływające przecież na żywot milionów rodaków rozproszonych po różnych częściach globu. Zastanawiającym jest, czy w szykowanym teraz serialu "Blossoms Shanghai" (adaptacji prozy Jin Yuchenga), który ma być powiązany ze "Spragnionymi miłości" i "2046", reżyser przemyci zaangażowane ideologicznie treści. W niecierpliwym oczekiwaniu na nowy projekt mistrza warto ponownie zanurzyć się w wielopoziomowych, immersyjnych światach jego filmów i odbyć w ten sposób podróż przez kolejne etapy rozwoju hongkońskiego kina, by lepiej zrozumieć tożsamość i uzasadniony niepokój tamtejszych obywateli. Wong wyrył bowiem na taśmie celuloidowej znacznie więcej niż tylko miłosne historie rozrywające nasze serca na strzępy.


*Cytat użyty w tekście pochodzi z artykułu Jagody Murczyńskiej "Wong Kar-wai: kino miasta" opublikowanego w książce "Made in Hong Kong. Kino czasu przemian" (Warszawa-Gdańsk 2014).

 
8