20 ciekawych filmów 2008 roku według redakcji Filmwebu

  • Filmweb
  • Inne
logo.jpg
2008 rok powoli dobiega końca. Przez ekrany naszych kin przewinęły się setki filmów - były tytuły głośniejsze od bomb, ale znalazło się też parę takich, które przemknęły niezauważone bądź zostały zamordowane przez przemądrzałych krytyków.

Redakcja przebrnęła przez archiwum premier i wyłowiła stamtąd 20 najciekawszych (a więc niekoniecznie najlepszych), w naszym mniemaniu, filmów. Filmweb nie Alfa i Omega - pominęliśmy mnóstwo obrazów, ale pod artykułem możecie wpisywać Wasze typy. W końcu kino to doświadczenie zbiorowe, a dobre kino to zbiorowa przyjemność. Oby w 2009 roku było nam jak najprzyjemniej. 

Wybieraliśmy z filmów, które miały swoją premierę kinową w Polsce w 2008 roku. Pominęliśmy więc ciekawe tytuły, które trafiły bezpośrednio na rynek DVD. Niektóre filmy na liście miały swoją światową, ale nie polską, premierę w 2007 roku.

Lista filmów w kolejności alfabetycznej:

"Across the Universe"
Nastał drugi złoty wiek musicalu. A jego szczytowym osiągnięciem jest jak na razie "Across the Universe". Wykorzystujący standardy Beatlesów, daleko w tyle pozostawia za sobą bardziej komercyjną "Mamma Mia!". Julie Taymor stworzyła niezwykłe widowisko zaskakujące wizualnymi rozwiązaniami, znakomitą choreografią i zupełnie nowymi wersjami słynnych przebojów. Prawdziwa uczta dla oka i ucha.

"Aż poleje się krew"
Jeden z najciekawszych filmów amerykańskich, nie tylko ostatniego roku, ale dziesięcioleci. Już dawno amerykańskie kino nie pragnęło tak wiele. Paul Thomas Anderson w swojej bezczelności chciał stworzyć obraz porównywalny z "Obywatelem Kane'em". Znajdą się i tacy, którzy uznają "Aż poleje się krew" za dzieło jałowe, twór szarlatana i fałszywego proroka. Jeżeli nawet tak, to Anderson jest z całą pewnością genialnym uzurpatorem, a film wpisze się na stałe do historii kina.

"Control"
Biografia Iana Curtisa, lidera Joy Division, autorstwa jego przyjaciela a jednocześnie autora wizerunku zespołu. Corbijn nie zajmuje się odbrązawianiem legendy, nie bawi się też w hagiografię, skupia się na wokaliście jako człowieku ze wszystkimi jego małościami. Curtis w rewelacyjnej, zacierającej granicę między aktorem a postacią kreacji Sama Rileya to małostkowy i egoistyczny kłębek sprzeczności. Z jednej strony anarchista obnoszący się dumnie z koszulką z napisem „hate”, z drugiej - pragnący stabilności chłopak (żona, etat itp.). Film Corbijna pozwala zrekonstruować pewną epokę, daje szansę poznać pewną mentalność, łącząc w jej opisie dystans i czułość. Przypomnijmy sobie czasy, gdy „Love Will Tear Us Apart” nie kojarzyło się jeszcze z miłą muzyczką w supermarkecie.

"Gdzie jesteś Amando"
W swoim reżyserskim debiucie Ben Affleck wmontowuje obyczajowy kryminał w ramy moralitetu. Na pytania, które stawia przed bohaterem, nie ma łatwych odpowiedzi i właśnie dlatego "Gdzie jesteś Amando" nie ulatnia się po seansie z głowy widza. Tutaj czarne i białe ciągle przenikają się, budując odcienie dołującej szarości. Sprawa poszukiwań małej dziewczynki, porwanej rzekomo przez pedofila, szybko wskakuje na poziom wyższej refleksji. Dołóżmy do tego przenikliwe spojrzenie na zbiorowość w obliczu tragedii, a otrzymamy sensację z wielką klasą.  

"HAPPY-GO-LUCKY, czyli CO NAS USZCZĘŚLIWIA"
Najbardziej optymistyczny film tego roku. Ironista i społecznik kina Mike Leigh zaskoczył widzów pogodną opowieścią o tym, jak czerpał radość z życia w mało sprzyjających okolicznościach przyrody. Opowieść o 30-latce Poppy, która choć wiele jej się w życiu nie udało, potrafi się cieszyć życiem jak nikt od czasów Forresta Gumpa. Film niesie pocieszenie bez nachalności, podkręcania czy słodzenia. Dla Leigha świat wciąż jest miejscem nieszczególnie rajcującym, w tle pojawiają się te same co wcześniej lęki i obawy. Zmienił się tylko ton i nastawienie. Na starość Mistrz spogląda na rzeczywistość zdecydowanie łagodniej, z pogodą rezygnacji podszytą subtelną nadzieją. Świat nie jest pop - jest Poppy.


"Import/Export"
Twórca „Upałów” jest przede wszystkim dokumentalistą, ale powiedzieć, że pokazuje świat z dystansem, to nie powiedzieć nic. W "Import/Export" oglądamy świat zimny jak epoka lodowcowa. Statyczne nieruchome kadry, brak zbliżeń, martwe, sztuczne światło. Teoretycznie Zachód spotyka się tu ze Wschodem, ale jest to spotkanie, z którego nic nie wynika, nie ma żadnego oddziaływania. To kino maksymalnie nieprzyjemne w odbiorze, niedające złapać oddechu, czy raczej sprawiające, że wydychane powietrze od razu zamienia się w cząsteczki lodu. Egzystencjalna jazda bez taryfy ulgowej. W czasach, gdy powoli „zabawiamy się na śmierć”, Seidl pokazuje, że kino wciąż może dotknąć.


"Jaja w tropikach"
Aby docenić tę wytrawną satyrę, trzeba mieć poczucie humoru. Garść obleśnych żartów, którymi twórcy rzucają jak urwaną głową filmowego reżysera, są zaledwie przykrywką dla inteligentnej, wielopoziomowej gry z widzem. Czego tu nie ma: jaja z Hollywood, sięganie po klasyki kina wojennego oraz gwiazdorska autoparodia. Nad wszystkim czuwa zaś Tom Cruise w wybornej roli producenta Grossmana. Pajace ze "Step Up" mogliby się od niego uczyć, jak się tańczy przed kamerą. Komedia roku.  


"Madame Sata"
Paradoksalny, bo tętniący wprost wulkaniczną energią kameralny portret niezwykłego człowieka. Joao Francisco dos Santos to degenerat, wyrzutek, kryminalista, zawadiaka, artysta, legenda slumsów Rio de Janeiro i królowa karnawału. Film Karima Ainouza to przykład bezpretensjonalnego kina, które aż dyszy od emocji. Reżyser, radykalnie skracając dystans pomiędzy reżyserem i widzem, zostawia w nas większy ślad, niż moglibyśmy sobie wyobrazić.

"Om Shanti Om"
Podczas gdy Amerykanie dusili się w sosie 'mrocznych' opowieści o zmęczonych herosach, a Europejczycy jak zwykle zadawali trudne pytani, Bollywood zrealizowało kolejny film, który jest niczym więcej, ale i niczym mniej jak czystą rozrywką. Wzruszająca, uniwersalna opowieść o miłości i poświęceniu, cudowna feeria barw, wspaniałe piosenki i przecudni aktorzy i aktorki składają się na prawdziwą baśń kina. Jakie szczęście, że jeszcze gdzieś na świecie ludzie robią film z czystej przyjemności, by dawać widzom radość.

"Orzeł kontra rekin"
Jeden z najbardziej optymistycznych filmów roku. Ta nowozelandzka perełka jest prawdziwą celebracją człowieka, ze wszystkimi jego wadami i dziwactwami. Grupa całkowitych freaków prowadzi widzów ku autentycznym chwilom szczęścia. Po obejrzeniu "Orła" świat nabiera cieplejszych, jaśniejszych barw. Ten film to dowód na to, że nie potrzeba wielkich pieniędzy, by zrealizować małe arcydzieło.

"Ostrożnie, pożądanie"
Złoty Lew w Wenecji i kolejna zabawa Anga Lee z filmową konwencją. Tym razem twórca "Rozważnej i romantycznej" wziął się za melodramat, opowiadając historię wojennego romansu wojowniczki ruchu oporu i okupacyjnego urzędnika. Lee niby trzyma się reguł gatunku, a tak naprawdę jak zawsze przenicowuje go, inteligentnie grając z oczekiwaniami widza. Reżyser przypomina, że kino to przede wszystkim, żeby przywołać tytuł znanej książki, "ciało, gest, ruch". Celebruje ujęcia, skupia się na spojrzeniach, grze emocji, które rozładowują kompulsywne zbliżenia kochanków. Z klasycznych składników - wojna, seks, miłość, pożądanie, patriotyzm układa co chwila nowe kompozycje. Film stał się głośny ze względu na odważne sceny erotyczne, w Chinach został pokazany w wersji ocenzurowanej.

"Posterunek graniczny"
Bardzo chciałbym, żeby film ten trafił do naszych szkół filmowych zamiast większości 'patriotycznych' rodzimych produkcji. Rajko Grli w bardzo prosty sposób ukazał kraj na krawędzi rozkładu. Opowiadając historyjkę rodzajową z pewnego garnizonu, gdzie młodzi Jugosłowianie integrują się i uczą wspólnej nienawiści do Albańczyków, reżyser przemycił tragiczny los Bałkanów lat 90. ubiegłego stulecia. Mocne kino zrobione bez zadęcia i patosu. Takie kino lubię.

"Speed Racer"
Niech sobie krytycy, zarówno ci poważni jak i ci domorośli, mówią, co chcą. "Speed Racer" to prawdziwa eksplozja wyobraźni, kolorów i filmowej maestrii. Przede wszystkim jednak w dziele Wachowskich czuć, po bełkotliwych i nabzdyczonych nastoletnią mitologią Matriksach, prawdziwy oddech i miłość do ruchomych obrazów. Mówcie co chcecie, ale wcześniej czy później świat odkryje ponownie "Speed Racera", tak jak kiedyś odkrył wyśmianego "Łowcę Androidów".

"Sztuka płakania"
Skandynawia od lat słynie z filmów, które z zimną przenikliwością zaglądają pod podszewkę uładzonego człowieczeństwa, by wywlec stamtąd śmierdzące ohydztwa. W dziele Foga jest podobnie, choć drążenie patologii obywa się bez sztucznego szokowania widza. To nie histeryczne kino Żuławskiego. Tu tragedia i zło rodzą się w spokojnej, szanowanej rodzinie. Wszystko odbywa się po cichu i bez słów, a łzy są zazwyczaj sztuczne. Do czasu...

"To nie jest kraj dla starych ludzi"
Bracia Coen osiągnęli absolutne mistrzostwo świata, jeżeli chodzi o kino. Ani jednego zbędnego kadru, fałszywej emocji czy niepotrzebnej linijki. Na powierzchni może nam się zdawać, że oglądamy w nowych dekoracjach stare schematy fabularne. Tak naprawdę jednak zamiast thrillera, czarnego filmu, czy jak kto woli westernu, dostajemy dramat egzystencjalny w najczystszej postaci. Nie ma tu żadnej gierki z widzem, tylko przejmująca pustka.

"Uprowadzona"
Ten film przeszedł przez nasze sale kinowe trochę bez echa, a szkoda, bo to kawał naprawdę dobrego sensacyjnego kina. Opowieść o zemście bez patyczkowania się, idiotycznego humanitaryzmu. Surowy, brutalny, mocny. I co z tego, że chwilami pozostaje trochę na bakier z logiką? Liam Neeson udowadnia, że potrafi uwiarygodnić każdą historię. W tym gatunku już od dawna nie było równie dobrego obrazu

"WALL.E"
Animowane arcydzieło ze studia Pixara opowiada historię sympatycznego małego robocika, który po latach samotnego wegetowania na zanieczyszczonej Ziemi spotyka inną maszynę - EVĘ. Historia zostaje nasączona refleksją na temat przyszłości ludzkości oraz cytatami z klasyki kina science-fiction. Binarny romans, jak określił "WALL-E'ego" nasz redakcyjny kolega Michał Burszta, rozgrywa się właściwie bez słów. Dlatego ten olśniewający wizualnie film może być trudny w odbiorze, szczególnie dla mniej cierpliwych widzów.

"Wanted - Ścigani"
Już dawno nie było tak odjechanego filmu. Timur Bekmambetow w "Ściganych" za nic ma fizykę, grawitację, logikę wywodu i psychologię. Ma za to kupę polotu i radochy z kręcenia. Historia pewnego niedoszłego mesjasza i mistycznego krosna to całkowicie surrealistyczny odjazd. Amerykański debiut Kazacha, to dzieło mniej wyrafinowane niż jego rosyjskie produkcje, za to masujące zwoje mózgowe z prędkością dobrze skalibrowanej kuli.

"W dolinie Elah"
W filmie Paula Haggisa nie ma czołgów, dział i karabinów, a sama wojna objawia się jedynie w niewyraźnych nagraniach z kamery telefonu komórkowego. Mimo to "W dolinie Elah" jest jednym z najbardziej przenikliwych portretów kraju zamieszanego w zbrojny konflikt. Miejsca, w których inni zaangażowani reżyserzy bawiliby się tanią publicystyką, Haggis nasącza psychologicznym ekstraktem. Końcowy efekt jest piorunujący, choć film nigdy nie wznosi się ponad intymny ton. A nie wspomnieliśmy jeszcze o wielkiej kreacji Tommy'ego Lee Jonesa, wcielającego się tu w zranione sumienie Ameryki.

"Wszystko za życie"
Liryczny obraz Seana Penna o ucieczce od wydumanych problemów dużych dzieci, pieniążków, samochodzików, papierków determinujących tożsamość i innych zabawek. Ucieczka co prawda w jedną stronę, ale cena prawdziwej wolności w naszych czasach musi być wysoka. Wciągają piękne zdjęcia i dobra gra aktorska. Zniechęca wiara reżysera w dość infantylne i utopijne ideały bohatera.
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię