Najlepsze filmy o kotach. Top 10 filmów, które warto obejrzeć

Filmweb, Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Najlepsze+filmy+o+kotach.+Top+10+film%C3%B3w%2C+kt%C3%B3re+warto+obejrze%C4%87-142009
Najlepsze filmy o kotach. Top 10 filmów, które warto obejrzeć
Ta chwila musiała nadejść. Koty, kociaki, kocięta, futrzaki, sierściuchy oraz inne rozmaite kitku rządzą Internetem od wielu dekad, a i w kinie zdążyły się umościć. I chociaż filmy o kotach nie są gatunkiem z szacownych kronik X Muzy, to są w redakcji Filmwebu tacy, dla których odpowiednio obsadzony futrzak potrafi podnieść jakość każdego filmu (patrz: Jonesy z "Obcego", Church ze "Smętarza dla zwierzaków" albo Kobieta-Kot z "Mroczny Rycerz powstaje"). Oto filmy, w których koty mruczą najgłośniej. 

Najlepsze filmy o kotach. Top 10 filmów, które warto obejrzeć



Dokonując wyboru, kierowaliśmy się – co chyba oczywiste – miłością do kotów. I ograniczaliśmy się do domowych wariantów kotowatych, z kilkoma krwiożerczymi wyjątkami (na lwy, lamparty, gepardy i inne duże kociaki przyjdzie jeszcze pora), a także do filmów fabularnych (sorry, Garfield, serialu o tobie nic nie przebije). Nie ograniczaliśmy się jednak do kina familijnego – znajdziecie tu zarówno bajki o kotach, filmy dokumentalne, jak i nieprzyzwoite animacje oraz opowieści fantasy. Możecie już ostrzyć sobie pazurki. 

Godard mawiał, że jeśli chcesz nakręcić dobry film, wystarczą ci dziewczyna i pistolet. Jak się okazuje, czasem wystarczy również kot i gitara. Choć uzależniony od narkotyków uliczny grajek James Bowen spada w otchłań nałogu i samotności z prędkością F16, troskliwi scenarzyści stawiają na jego drodze rudego dachowca, Boba. Dwóch chadzających własnymi ścieżkami "bezdomnych" rebeliantów, trudna przyjaźń, muzyka kojąca zbolałą duszę... Łatwo domyślić się, co będzie dalej.  Ale zarówno koty, jak i filmy sprawiają, że choć przez chwilę możemy spojrzeć na świat przez różowe okulary. "Kot Bob i ja" przypomina o tym w najbardziej bezpretensjonalny sposób. Film, na podstawie wspomnień samego Bowena, nakręcił australijski weteran Roger Spottiswoode ("Jutro nie umiera nigdy" oraz inny zwierzęco-ludzki buddy movie, "Turner i Hooch").
  

W sumie niezła kotastrofa. Ale jako że film podpisał Paul Schrader, scenarzysta "Taksówkarza" oraz jeden z najbardziej pechowych reżyserów w dziejach kina, a na ścieżce dźwiękowej szaleją Giorgio Moroder i David Bowie, warto zwrócić nań uwagę. "Ludzie-koty" to ćwierć horror, ćwierć erotyk i pół piramidalnej bzdury, którą ogląda się jak najlepszy zły film. Spora w tym zasługa nośnej narracji o kotach jako nieudomowionych, demonicznych bytach, które kopią tyłki, spisują nazwiska i grają w pokera z szatanem. Plus, lykantropia jest chwilowo passe, a ludzie-koty o stylówce Nastassji Kinski oraz młodego Malcolma McDowella pozostają miłą odmianą od wyliniałych wilkołaków. Niech nikogo nie zwiedzie tytuł – to rzecz nie dla dzieci.
   

Rzućcie tylko okiem na plakat i powiedzcie, że nie zmiękło Wam serce. W opowieści o dwóch przegrywach (w tych rolach wybitny duet komików Kay i Peele) próbujących wyrwać słodkiego kiciusia z łap gangsterów jest wszystko: humor najwyższej próby, ironiczne ogrywanie rasowych stereotypów oraz mnóstwo kociej akcji. W zgodzie z tradycją najlepszych komedii kumpelskich dzieje się dużo i szybko, a tytułowy Keanu – z czarną bandaną i w chmurze marihuanowego dymu – jest najluźniejszym z filmowych kotów. Na drugim planie równie mocna ekipa: Tiffany Haddish, Method Man i Will Forte. Kocio. 
   

Srebrny okres Disneya, czyli doskonała animacja z 1970 roku – nawiasem mówiąc pierwsza po śmierci samego Walta Disneya. Bajka zwierzęca zamienia się na naszych oczach w czarujący spektakl o przyjaźni, miłości, poświęceniu i ciężkej, kociej doli. Jako że opowieść o nierównościach, nietolerancji oraz zderzeniu kultur ubrana jest w kostium komedii charakterów, całość nawet po latach ogląda się fantastycznie. Dla najmłodszych będzie to po prostu śmieszny film o kotach. Dla nieco starszych – niegłupia przestroga i nauka: nie oceniaj książki po okładce, kto pod kim dołki kopie, jazz fajny jest, i tak dalej. Reżyseruje Wolfgang Reitherman, disnejowski weteran zapomnianej ery.
  

Złodziej, awanturnik, latino lover... Tego kota nie trzeba nikomu przedstawiać. Spin-off serii "Shrek" na papierze mógł wyglądać na odcinanie kuponów (zwłaszcza w 2011 roku, gdy cykl pożerał już własny ogon), ale koniec końców okazał się czymś więcej, niż mogliśmy przypuszczać. Łotrzykowska przygoda, heist movie, kino spod znaku płaszcza i szpady, komedia pomyłek, melodramat – dzięki rozlicznym zainteresowaniom głównego bohatera, animacja niezawodnego Chrisa Millera przypomina szwedzki stół dla miłośników popkultury. Nic dziwnego, że chwilowy rozbrat Dreamworks z zielonym ogrem wyszedł studiu na dobre, a Kot w Butach błyskawicznie stał się MVP całego cyklu. Zarówno gdy mówił głębokim głosem Antonia Banderasa, jak i w wydaniu nieco bardziej ironicznego Wojciecha Malajkata.
 

5
plakat filmu Duch i Mrok

Duch i Mrok

The Ghost and the Darkness
49 min.
Tych milusińskich raczej nie udomowicie. Chociaż czerpiąc wiedzę z jutuba, można dojść do wniosku, że duże koty to po prostu małe koty, tyle że... duże, "Duch i mrok" przypomina, że nie warto czerpać wiedzy z jutuba. Nie żeby twórcy horroru o dwóch lwach terroryzujących grupę budowniczych w Afryce studiowali zoologię –  ekranowe bestie są krwiożercze, mordercze i mściwe do tego stopnia, że przeczą wszelkim prawom natury. Stephen Hopkins ("Predator 2") i spółka portretują jednak tytułowych bohaterów z należytym szacunkiem dla ich majestatu. Choć na polowanie wyruszają tu Val Kilmer i Michael Douglas, nie ma żadnej wątpliwości, że wielkie koty ukradną każdą scenę. Co ciekawe, dwa zaprzyjaźnione na śmierć i życie samce z Tsavo istniały naprawdę i choć nie miały inteligencji Hannibala Lectera oraz kuloodpornej skóry Supermana, brutalnie rozszarpały kilkanaście osób. Najedzone. Bez wyraźnego powodu. Dla sportu. Brrrr.
 

Brudny seks, narkotyki ze śmietnika, szybkie mruczando na melinie... Dla tego kota to chleb powszedni. Dachowiec Fritz – bohater kultowego komiksu Roberta Crumba oraz nieco mniej kultowej animacji Ralpha Bakshiego – to amerykańska kontrkultura zaklęta w wątłym, futrzastym ciałku. Kot podróżuje przez najbiedniejsze dzielnice Nowego Jorku, podgląda rozpadający się świat tzw. tradycyjnych wartości i nawołuje do rewolucji. Ale jeśli znacie logikę rewolucji, na pewno wiecie, że czeka go srogie rozczarowanie. Choć po latach "Kot Fritz" stracił nieco swojej nihilistycznej siły, wciąż ogląda się go jak kino awangardowe. Dzięki "brudnej" kresce Bakshiego, fantastycznie oddanemu klimatowi kolejnych lokacji oraz niewybrednemu humorowi Crumba, komiksowa dusza bez szwanku przetrwała całe dekady. Choć pewnie wypadałoby tutaj zaznaczyć czarną planszą, że film portretuje czasy, które minęły.
 

W skrócie: "Strefa mroku" na kocią modłę. I z beznamiętnym, kocim obserwatorem, w którego oku odbijają się przerażające (albo "przerażające", jeśli nie oglądacie filmu w 1985 roku) miniatury. Jedna opowiada o nałogowym palaczu, który trafia do podejrzanej kliniki. Druga o instruktorze tenisa, który – pomysł kiepski jak zawsze – odbija żonę niebezpiecznemu gangsterowi. Trzecia – o dziewczynce, potworze ze ściany i bohaterskim kitku. Wszystkie są dziś nieco kiczowate, ale miłośnicy kotów i tak będą zachwyceni. Zwłaszcza że całość nakręcono na podstawie scenariusza Stephena Kinga, który był wówczas w nie najgorszej formie, a przed kamerą paraduje niezła obsada: James Woods, Drew Barrymore, Charles S. Dutton. Jasne, są lepsze opowieści z dreszczykiem i lepsze filmy o kotach. Ale w niewielu z nich tzw. "kot patrzący na rzeczy" wywoływał tak duży, egzystencjalny niepokój.
 

Studio Ghibli plus koty. To mój jedyny i ostateczny argument. Okej, dodam jeszcze tyle, że jeśli nie tolerujecie surrealizmu oraz kotoludzi wszelkich stanów i zawodów, przyda Wam się nerwosol. Im mniej wiecie, tym lepiej. Naprawdę. Warto. Naprawdę warto.
 

"Kedi", dokument znany też jako "najpiękniejszy film na świecie", to epicka odyseja rozegrana w scenerii współczesnego Stambułu oraz kronika losów zamieszkujących turecką metropolię kociaków. Jest ich kilka, zaś zróżnicowane charaktery, życiowe potrzeby i narracyjne ścieżki sprawiają, że film przypomina dobrą, polifoniczną powieść (serio, wiem, jak to brzmi). Turecka dokumentalistka Ceyda Torun spędziła ze swoimi bohaterami mnóstwo czasu, jej czułe spojrzenie pozwala nawiązać błyskawiczną więź z futrzakami, z kolei elegancka (nie mylić z efekciarską) forma wynosi film ponad przeciętność. Dorota Kostrzewa pisała w swojej recenzji, to w równym stopniu prezent dla właścicieli i wielbicieli kotów, co zachęta dla sceptyków. Bez względu na preferencje, film działa jak najlepszy antydepresant – "Kedi" to piękna opowieść o zachwycie nad prawdziwym cudem natury. Miau, miau. Tak, tak.