Artykuł

Eros na polskich dróżkach

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Eros+na+polskich+dr%C3%B3%C5%BCkach-110802
Piszemy o polskim kinie we wszystkich jego aspektach. Polifonicznie, czyli tak, jak chcemy, aby było postrzegane. Z nadzieją, że samo kino również zacznie przemawiać do nas wieloma głosami.

***

W rodzimym przybytku X muzy wielokrotnie dochodziło do (mniej lub bardziej) efektownych zbliżeń między artystycznym przekazem a czasem wyjątkowo pikantną erotyką.

Oczywiście, nie zawsze tak było. W felietonie "Kino polskiego erotomana" Zygmunt Kałużyński słusznie zwracał uwagę, że w okresie przedwojennym nadobne niewiasty prezentowały się jako "godne, nadęte i trudno dostępne", panowie zaś realizowali etos bądź to arystokraty, bądź dżentelmena czy kawalerzysty. Jeśli nie daj Boże kobieta przejmowała inicjatywę (w sprawach damsko-męskich), z miejsca musiała się liczyć z towarzyskim ostracyzmem. Po drugiej wojnie światowej ryzyko zostania "Trędowatą" (w rozumieniu Heleny Mniszkówny) zdecydowanie zmalało, choć wtedy już zdiagnozowano inny problem trapiący celuloidowych bohaterów, który polscy krytycy filmowi nazwali "niemożnością miłości".

"Popiół i diament"
Kałużyński w swoim tekście idzie nieco dalej, mówiąc wprost o psychicznej impotencji ekranowych rodaków, kładącej się cieniem na uczuciowo-seksualnym aspekcie ich życia. Taki stan rzeczy miał być konsekwencją zaangażowania (głównie) męskich protagonistów w działalność partyzancką, potem natomiast w budowę Polski Ludowej, co – według autora – niespecjalnie "przygotowywało do pieszczot". Ten pierwszy przypadek ciekawie ilustrowało arcydzieło szkoły polskiej, czyli inspirowany prozą Jerzego Andrzejewskiego "Popiół i diament" (1958). W filmie Andrzeja Wajdy intymna relacja łącząca na jedną noc Maćka Chełmickiego (Zbyszek Cybulski) oraz Krystynę (Ewa Krzyżewska) posiada subtelny, ale jednocześnie niezwykle intensywny ładunek pożądania, które – ostatecznie – zostaje stłumione przez patriotyczny obowiązek.

W szóstej dekadzie minionego stulecia nie brakowało filmów, w których słodki ciężar budowania erotycznego napięcia spoczął na powabnych barkach. Przywołajmy chociażby słynny "Nóż w wodzie(1961) Romana Polańskiego, w którym bynajmniej nie tylko symboliczna rywalizacja między bohaterami (o aparycjach Leona Niemczyka oraz Zygmunta Malanowicza) ogniskuje się wokół postaci wampa o kształtach Jolanty Umeckiej. Rok 1966 przyniósł z kolei dwa dzieła napędzane grą aktorek wprost promieniujących seksapilem. Mowa o Barbarze Brylskiej, która jako Kama ("Faraon" Jerzego Kawalerowicza) swoim egzotycznym tańcem rozbudzała fantazje męskiej części widowni. Z żywą reakcją ze strony przedstawicieli płci brzydkiej spotkał się także występ Kaliny Jędrusik w "Lekarstwie na miłość" Jana Batorego.

"Lekarstwo na miłość"
Panowie zgodnie zazdrościli Andrzejowi Łapickiemu (ekranowy oficer MO) możliwości obściskiwania rodzimej seksbomby – wcielającej się w postać Joanny przypadkowo uwikłanej w przestępczy proceder – jak również uważnie obserwowali scenę jej pienistej kąpieli. Ale łazienkowy epizod z udziałem Jędrusik prezentuje się całkiem niewinnie, kiedy zestawimy go z pamiętną sceną w "Ziemi obiecanej" (1974) Wajdy, w której grana przez aktorkę Lucy Zuckerowa najpełniej ucieleśnia erotyczny żywioł o sile i stopniu nienasycenia wprawiającym w zdumienie samego Karola Borowieckiego (Daniel Olbrychski). Trzeba jednak zaznaczyć, że adaptacja prozy Władysława Reymonta nie była pierwszym rodzimym obrazem śmiało sobie poczynającym z wizualizacją seksualnego zbliżenia. Dwa lata wcześniej Roman Załuski przeprowadził "Anatomię miłości" na przykładzie uczuciowych perypetii młodej, wyzwolonej i rozerotyzowanej pary: plastyczki Ewy (Barbara Brylska) oraz architekta Adama (Jan Nowicki).

W 1973 Janusz Majewski w filmie "Zazdrość i medycyna" – wywiedzionym z oskarżanego o promowanie mizoginii dzieła Michała Choromańskiego – zaproponował naturalistyczne spojrzenie na kwestię obsesji, zazdrości i zdrady, ukazując rozgrywające się w krynickiej scenerii losy przemysłowca Widmara (Mariusz Dmochowski), jego młodej żony Rebeki (Ewa Krzyżewska) oraz spółkującego z nią doktora Tamtena (Andrzej Łapicki). Skandalem co się zowie była natomiast przypadająca na rok 1975 premiera nominowanych do Złotej Palmy "Dziejów grzechu" Waleriana Borowczyka, czyli ekranizacja cieszącego się wątpliwą sławą "romansu kolejowego" Stefana Żeromskiego. Perypetie Ewy Pobratyńskiej (w tej roli Grażyna Długołęcka) – do szaleństwa zakochanej w Łukaszu Niepołomskim (Jerzy Zelnik) oraz z powodu owej nieszczęśliwej miłości staczającej się zarówno w hierarchii społecznej, jak i moralnej – przeszły do historii za sprawą odważnych scen erotycznych, korespondujących z bezpardonowym atakiem na instytucję Kościoła katolickiego.

"Dzieje grzechu"
W latach osiemdziesiątych także nie brakowało pozycji, w których erotyczne harce trafiły na ekran wprost z literatury. Tak było w przypadku "Łuku Erosa" (1987) Jerzego Domaradzkiego, adaptacji prozy Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Całkiem smakowita czołówka z udziałem roznegliżowanego duetu Grażyna Trela-Piotr Machalica ustanawiała mocno sensualny klimat filmu, którego akcję osadzono w latach I wojny światowej. Perełką był także występ Jerzego Stuhra, namiętnie dyszącego ("Pomogę ci…") do nagiej piersi bohaterki utworu. Klimat erotycznego przesilenia bliski był także inspirowanej powieścią Anatole’a France’a "Thais" (1983) Ryszarda Bera – historii aleksandryjskiej tancerki, aktorki i kurtyzany, w którą z powodzeniem wcieliła się Dorota Kwiatkowska. Aktorka z pełnym zaangażowaniem zagrała także w onirycznym "Widziadle" (1983) Marka Nowickiego – wywiedzionym z awangardowej "Pałuby" Karola Irzykowskiego – gdzie użyczyła swoich wdzięków Angelice, pierwszej żonie Piotra Strumieńskiego (Roman Wilhelmi), pobudzającej (nie tylko!) wyobraźnię bohatera także po swojej tragicznej śmierci.

Silny akcent emocjonalno-erotyczny stanowił dramaturgiczną osnowę "Medium" (1985) Jacka Koprowicza: przesyconego aurą somnambulizmu oraz metempsychozy dreszczowca, którego punktem kulminacyjnym były łóżkowe zapasy (niezbędne z punktu widzenia fabuły) nagiej Grażyny Szapołowskiej – ekranowa Luiza – i gołego niczym święty turecki Jerzego "Andrzeja" Zelnika. Rodzima seksbomba (pod koniec dekady ustępująca pola Katarzynie Figurze) pamiętną kreację stworzyła także we wpisującym się w kontekst doświadczeń stanu wojennego dramacie "Bez końca" (1984) Krzysztofa Kieślowskiego, gdzie jako wdowa-opozycjonistka Urszula Zyro oddawała się (wcale nie) radosnej masturbacji i podszytej egzystencjalną rozpaczą widowiskowej kamasutrze z Dannym Webbem. Wyraźnie nakreślone tło polityczne (odwilż '56 obserwowana z perspektywy Indii) stanowi natomiast fundament skandalizującej adaptacji powieści Wojciecha Żukrowskiego "Kamienne tablice" (1984) w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich. Film, wprowadzający wiele zmian w stosunku do literackiego oryginału, zapisał się w pamięci kinomanów głównie za sprawą namiętnych scen między Laurą Łącz (australijska lekarka Margit Ward) a Krzysztofem Chamcem (poeta Jan Tokarski).

Peerelowska erotyka przybierała czasem bardziej humorystyczne oblicze, o czym przekonywał sukces "różowej" komedii "Och, Karol" (1985) Romana Załuskiego opowiadającej o – między innymi – łóżkowych perypetiach tytułowego inżyniera (Jan Piechociński) otoczonego wianuszkiem atrakcyjnych kobiet. Nie sposób także pominąć tragikomicznego "Porno" (1989) Marka Koterskiego. Przewrotny tytuł dzieła nie tyle odnosi się do estetycznego poziomu scen miłosnych (skądinąd całkiem rubasznych), co do pozbawionego wstydu obnażenia udręczonej duszy, w tym przypadku należącej do Michała (Zbigniew Rola): byłego podrywacza, dziś rozgoryczonego mężczyzny rozpatrującego w pamięci dawne "zdobycze" i niespełnione miłości. W tym samym roku ukazał się mocno obudowany aluzjami do (nie tylko) aktualnej sytuacji społeczno-politycznej fabularny debiut Jacka Skalskiego zatytułowany "Chce mi się wyć": zapis fatalnego zauroczenia, będącego zaczynem pełnego emocjonalnych przesileń (pamiętna scena gwałtu w kuchni) romansu Marka (Mirosław Baka) i starszej od niego Marty (Dorota Pomykała). Historię seksualnej pasji – jawiącej się jako sposób ucieczki przed samotnością, pustką i okrucieństwem codzienności – krytycy zgodnie okrzyknęli "zuchwałym połączeniem dramatu erotycznego z dramatem narodowym". Koniec lat osiemdziesiątych przyniósł zaś jeden z najbardziej nietuzinkowych portretów kobiecości, jakim była "Femina" (1990) Piotra Szulkina. W tej luźnej, utrzymanej w poetyce snu adaptacji "Pawilonu małych drapieżców" Krystyny Kofty reżyser rewelacyjnie ukazał zmagania protagonistki z jej własną pod- i samoświadomością, ale także przemycił do opowieści nastrój erotycznego napięcia, które osiąga zenit w scenie pocałunku bohaterek granych przez Hannę Dunowską oraz Ewę Sałacką.

"Porno"
Początek dziewiątej dekady nie zapowiadał rewolucji na niwie rodzimej kinematografii, przynajmniej nie w temacie "jakości" sypialnianego tête-à-tête. Tym większym szokiem więc okazała się przypadająca na rok 1996 premiera "Szamanki": polsko-francuskiej koprodukcji poczętej w ramach artystycznej współpracy Andrzeja Żuławskiego z Manuelą Gretkowską. Powiedzieć, że dzieło twórcy "Diabła" (1972) spotkało się z żywą reakcją ze strony krytyków i publiczności, to, hmm…. zdecydowanie za mało. Balansującą na granicy pornografii historię toksycznej, (sado)masochistycznej relacji łączącej antropologa o licu Bogusława Lindy oraz "Włoszkę", zdrowo pokręconą studentkę AGH, opiewano bowiem czułymi przymiotami (od szargającego symbole religijne "gniotu" po istne "fekalia"), kwestionując przy tym zdolności reżyserskie autora "Trzeciej części nocy" (1971), który notabene nie pozostawał dłużny wobec osób decydujących się na krytykę jego "erotycznego traktatu". Ale cokolwiek by mówić o merytorycznym poziomie owego filmu, bez wątpienia mógł wprawić w osłupienie dawką bezkompromisowej przemocy (vide: scena wyjadania mózgu wprost z czaszki) oraz werystycznymi ujęciami dzikiej kopulacji, wedle twórców "Szamanki" będącej źródłem duchowego oświecenia. Jak wieść gminna niesie, odtwórczyni tytułowej roli – Iwona Petry – miała znajdować się pod wpływem hipnozy, dzięki której intensywność jej gry (?) upodabniała amatorkę (wszak Żuławski wypatrzył ją w jednej z kawiarni na Nowym Świecie) do ekstatycznej bachantki. W ostatecznym rozrachunku celuloidowa orgia nie spełniła oczekiwań: widzowie wychodzili (nie tylko) z premierowego pokazu, na którym skądinąd zabrakło aktorskiej reprezentacji.


"Szamanka"
Równolatkiem filmu sygnowanego nazwiskiem sprawcy "Opętania" (1981) była "Diabelska edukacja" Janusza Majewskiego: segment międzynarodowej produkcji nowelowej pod tytułem "Opowieści erotyczne", współtworzonej przez starych wyjadaczy w osobach Kena Russella czy Boba Rafelsona. Stylową, nie przekraczającą granicy dobrego smaku historię uwiedzenia pastereczki Małgorzaty przez mefistofelicznego artystę polski reżyser przedstawił z właściwym sobie dystansem oraz intertekstualną manierą. Plenerowe uciechy duetu Marek Kondrat-Renata Dancewicz (w tym samym roku mającego na koncie wspólny występ w pierwszym sezonie "Ekstradycji" Wojciecha Wójcika oraz "Pułkowniku Kwiatkowskim" Kazimierza Kutza) wypadły całkiem zgrabnie, choć bez fajerwerków, na których raczej reżyserowi nie zależało. Szkoda, bo jak uczy seans "C. K. Dezerterów" (1986) Janusza Majewskiego, charyzmatyczny aktor potrafił dać na ekranie do wiwatu – o czym zaświadczą cielesne igraszki frajtera Kani z nienasyconą Mitzi (w kapitalnej interpretacji Anny Gornostaj).

Wkraczając w nowe millennium, nasza X muza nie przestała co prawda eksponować swoich wdzięków, choć na pewien czas znów rozwinęła parawan nad pewnymi aspektami sekretów alkowy. Jutrzenką obyczajowej swobody mogły okazać się "Przemiany" (2003) Łukasza Barczyka, który na potrzeby tej rodzinnej psychodramy rozbierał i nakłaniał do sugestywnego uprawiania ars amandi (między innymi) Jacka Poniedziałka oraz Maję Ostaszewską. O ile sceny desperackiego seksu w wyżej wymienionym filmie wnosiły na salę kinową (niewielki, ale zawsze) powiew świeżości, o tyle nazbyt zapatrzony w dorobek Davida Lyncha "Nieruchomy poruszyciel" (2008) całkowicie przepadł jako – domniemany – thriller erotyczny.

"Zbliżenia"
Śmiałe, choć nieźle dopasowane swoją intensywnością do klimatu opowieści sceny miłosne znów pojawiają się w dziełach o różnym ciężarze gatunkowym: od kina sensacyjnego ("Służby specjalne" Patryka Vegi) i filmu psychologicznego ("Zbliżenia" Magdaleny Piekorz), przez dramat wojenny ("W ciemności" Agnieszki Holland), po peerelowskie reminiscencje ("Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego). Doświadczenie ostatnich lat pozwala na postawienie i udowodnienie tezy, że w obrębie rodzimej kinematografii pączkują produkcje podchodzące do tematu erotyki oraz seksualności od najróżniejszych stron, często forsując barierę tabu. Międzynarodowy "Sponsoring" (2011) Małgorzaty Szumowskiej – z odważnymi kreacjami Joanny Kulig i Anais Demoustier – bez taryfy ulgowej poruszał problem płatnego seksu, kryzysu rodziny oraz atrofii relacji międzyludzkich. "Bez wstydu" (2012) Filipa Marczewskiego sprawdziło się jako uniwersalna opowieść o poszukiwaniu bliskości – aczkolwiek ukazanej przez pryzmat kazirodczej fascynacji. Pozbawione pruderii spojrzenie na temat homoseksualnej miłości oferowały natomiast (ukazujące się w 2013 roku) "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego czy "W imię…" przywoływanej już Szumowskiej.

Żmudna wędrówka Erosa krętymi ścieżkami rodzimej kinematografii trwa w najlepsze, pomimo wielu dróżek kończących się w martwym lub (co najmniej) mało obiecującym punkcie. Ważne jest jednak to, że chociaż nie zawsze potrafimy mówić szczerze i głośno o tym wszystkim, co chcielibyśmy wiedzieć (i słyszeć) o seksie, X muza – przybierająca piórka prowokacji, przypowieści, komentarza czy stricte estetycznego doznania – robi "to" za nas, nie ustając przy tym w próbach znalezienia z widzem wspólnego języka.