Artykuł

Youtuberzy przejmują kino?

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Youtuberzy+przejmuj%C4%85+kino-167187
Youtuberzy przejmują kino?
Wiedzieliście, że Kane Parsons – ten chłopak od debiutujących właśnie w Polsce "Backrooms. Bez wyjścia" – ma tylko 20 lat? Trudno nie wiedzieć, skoro w przeciągu ostatnich kilku tygodni media opętał szał na punkcie youtuberów-filmowców. Zaczęło się niewinnie, od obsesji na punkcie "Obsesji" Curry’ego Barkera, wcześniej znanego jako połowa youtubowego duetu "That’s a bad idea". Później ktoś wpadł na pomysł, żeby zestawić finansowe wyniki tego debiutu z jego kinowym "rówieśnikiem", "Mandalorianinem i Grogu". Chociaż ten drugi zarobił nieco więcej, jeśli mówić o kwotach bezwzględnych (253 miliony dolarów kontra 224), porównanie wypada dla Disneya dużo gorzej, kiedy na dane spojrzymy proporcjonalnie. Film Barkera przyniósł przychody rzędu 200-krotności swojego budżetu, podczas gdy dla dzieła Favreau licznik zatrzymał się zaledwie na 1,5 wartości środków zainwestowanych przez Disneya…
 
To wywołało lawinę. Ktoś, okrutnie, wyciągnął z szafy statystyki filmu innego youtubera, Markipliera, który w styczniu tego roku mimo ograniczonej dystrybucji zarobił siedmiokrotność swojego budżetu. Jeszcze ktoś inny przypomniał sobie o chłopakach z RackaRacka – albo teraz dużo poważniej brzmiących braciach Philippou – którzy youtubowy humor chaosu zamienili na filmowy język grozy w "Oddaj ją" i "Mów do mnie" (23-krotność budżetu). Jakiś trzeci ktoś poprawił okularki i popisał się wiedzą o niszo-horrorze, wspominając "Skinamarink" Kyle’a Edwarda Balla, który w 2022 roku zawładnął wyobraźnią festiwalowiczów. Wokół tego strumienia fakto-wspomnień narosła cała dyskusja. Jedni wróżą rychły koniec zawładniętego Excelem Hollywood i skostniałych systemów, inni utyskują na niesforne dzieciaki-reżyserów, jeszcze inni widzą w tym zjawisku tylko chwilowy trend. Wreszcie są też tacy, którzy zwyczajnie próbują zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

 "Mów do mnie" – zwiastun

Złe dobrego początki



Obecność youtuberów albo szerzej influencerów w filmie nie jest wcale niczym nowym. Już od wczesnych lat dwutysięcznych przemysł filmowy szukał sposobów na wykorzystanie ich sławy. Zaczęło się od angażowania youtuberów jako aktorów w filmach dla młodego widza (jak wiadomo, tylko młodzież korzysta z internetu). Dzięki temu otrzymaliśmy takie koszmarki jak "Fred: the movie", "Not Cool" albo "Smosh: The Movie". Mimo przewidywań żaden z nich nie dał sobie rady w box offisie. Znalazły sobie za to ciepłą niszę w drugim obiegu – przyciągały przecież kilkumilionowe widownie, kiedy emitowano je jako powtórki na Nickelodeonie czy odrabiały budżet sprzedażą płyt DVD. 

Dopiero kilkanaście lat później Hollywood udało się znaleźć sposób na skapitalizowanie internetowej sławy. Odpowiedzią okazała się marginalizacja influencerów. I tak na przykład w 2023 roku Eli Roth obsadził tiktokerkę Addison Rae jako przyjaciółkę głównej bohaterki w swojej "Nocy Dziękczynienia", a Kristoffer Borgli zaangażował grupkę influencerów do rozegrania krótkiego gagu w "Dream Scenario". Zachodzi tutaj całkiem zgrabna symbioza; film broni się jako samodzielne autorskie dzieło, a internetowi celebryci robią to, w czym czują się najlepiej – zredukowani do roli cameo mimochodem przyciągają dodatkowych widzów. 

Sieć to, oprócz potencjalnej marketingowej ciekawostki, też kopalnia talentów. Niedługo po premierze pierwszych filmów z youtuberami-aktorami zaczęli pojawiać się więc również reżyserzy z Youtube’a. Pionierem jest tutaj na pewno David F. Sandberg, który platformy używał do publikacji horrorowych szortów. Jeden z nich, "Lights Out", przyciągnął uwagę producentów, którzy wywieźli Szweda do Ameryki i pozwolili mu zrealizować pełnometrażowy debiut o tym samym tytule. "Kiedy gasną światła" zarobiło 30-krotność swojego budżetu, a Sandbergowi otworzyło to drzwi do pracy nad droższymi tytułami jak "Annabelle: narodziny zła" czy "Shazam!". Podobną trajektorię kariery obserwowaliśmy u Jona Wattsa: studencka zgrywa w postaci zmyślonego trailera horrorowego "Klauna" pozwoliła reżyserowi zrealizować nie tylko pomysł z oryginalnego trailera, ale też nowy cykl filmów o Spider-Manie i serial „Gwiezdne wojny: Załoga rozbitków". Obu mężczyzn nazywam „reżyserami z Youtube’a" – a nie reżyserami-youtuberami – nieprzypadkowo. Każdy z nich pochodził z branży – Sandberg był dokumentalistą, Watts studentem reżyserii – a Youtube był dla nich głównie okrężną platformą dystrybucyjną.

"Kiedy gasną światła" – zwiastun
Youtube pozwala aspirującym filmowcom dotrzeć do szerokiej widowni pod warunkiem, że uda im się rozgryźć sekret przeraźliwego algorytmu – wyczyn to całkiem karkołomny, ale opłacalny. Tak na przykład Fede Álvarez porzucił niewdzięczne szukanie dystrybutorów na festiwalach na rzecz udostępnienia swoich filmów na Youtubie, żeby już kilka lat później móc usiąść za kamerą przy "Martwym złu". Podobną historię możemy obserwować nawet teraz: zapostowany przez grupkę studenciaków szort "Portrait of God" załatwił im prostą drogę do realizacji pełnometrażowej wersji, którą wyprodukują Jordan Peele i Sam Raimi. Wygląda na to, że – zwłaszcza w przypadku horrorów – Youtube staje się niemal nowym, bardziej demokratycznym Marché du Film.

Narodziny gwiazdy



Czyli tak: influencerzy zajmują się gościnnymi występami, a młodzi filmowcy traktują internet jako narzędzie do przeskoczenia przeszkód, które stawia przed nimi branża. W tym obrazku jeszcze do niedawna wciąż brakowało faktycznych internetowych osobistości, które stają za kamerą. Jest rok 2022, znany z youtube’owego kanału z creepypastami Kyle Edward Ball objeżdża ze swoim "Skinamarink" festiwale kina niezależnego w Ameryce Północnej. W pewnym momencie film wycieka do internetu, gdzie rozprzestrzenia się w ekspresowym tempie. Już kilka dni później zostaje okrzyknięty "najstraszniejszym filmem roku", a pojedyncze sceny śmigają po TikToku. Kilka miesięcy później, "Mów do mnie" niemal z dnia na dzień staje się przebojem. Przez kilka tygodni niepozorny horror jest ulubionym tematem rolek na Instagramie czy "filmtoku". Co ciekawe, w oficjalnej promocji "Mów do mnie" youtubową przeszłość reżyserów próbowano przemilczeć. Dopiero internauci rozpoznali w braciach Philippou duet Racka Racka, znany z komediowych skeczy i niemal kaskaderskich popisów. Wiedza o ich podwójnej tożsamości prędko zdominowała sieciowy przekaz, figura reżysera-youtubera stała się nieodłączną częścią legendy filmu i znacznie przyczyniła się do jego sukcesu.

"Skinamarink" – zwiastun
W tym samym czasie na Youtubie pojawia się komediowy skecz-wariacja na temat "Mów do mnie". Nasi żartownisie nie wiedzieli wtedy, że za niecałe trzy lata sami staną w sytuacji podobnej do braci Philippou. Mowa przecież o Currym Barkerze i Cooperze Tomlinsonie, odpowiednio reżyserze i aktorze oraz współproducencie "Obsesji". Kiedy przyszło im debiutować, medialny krajobraz zdążył się zmienić. Dzięki sukcesowi poprzednich youtube’owych filmów marka reżysera-youtubera stała się na tyle silna, że bez żenady używano jej w promocyjnych materiałach filmu. Podobnie sytuacja ma się z Kane’em Parsonsem, który jako Kane Pixels tworzył sieciowy serial "Backrooms". Kilka lat po premierze pierwszego odcinka, na kinowe ekrany zawitało "Backrooms. Bez wyjścia". I tym razem machina promocyjna szczyciła się sieciowym rodowodem swojego reżysera. Zadziałało, film Parsonsa nie tylko znalazł się na pierwszym miejscu amerykańskiego box office’u, ale w sam weekend otwarcia zarobił więcej niż ostatnie "gorące" premiery ze świata Star Wars i Marvela, które do tej pory uważano za niedoścignionych hegemonów, jeśli chodzi o generowanie przychodów ("Backrooms": 118 milionów, "Mandalorian i Grogu": 98 milionów, "Fantastyczna 4: pierwsze kroki": 110 milionów).

"Backrooms" – zwiastun
Trochę dziwnym wydawać się może zestawianie rozmowy o youtubowości jako ucieczce od klasycznej dystrybucji z rzeczywistością, gdzie dla internetowych twórców drogą na ekrany wciąż pozostaje kontakt z producentami. Na szczęście nie brakuje też przykładów sukcesów autoprodukcyjnych. Udowadnia to bodaj największe – pod względem liczby subskrybentów – nazwisko w tym zestawieniu. Markiplier albo Mark Fischbach, który po udanej crowdfundingowej kampanii zabrał się za filmową adaptację gry "Iron Lung". Letsplayer na własne barki wziął całość filmowego procesu, włącznie z dystrybucją. Dlatego filmowe "Iron Lung" wydano w modelu limited release – w Ameryce pokazywany był jedynie przez kilka dni, poza nią można było liczyć na pojedyncze pokazy w wybranych kinach. Mimo to film okazał się komercyjnym sukcesem z zarobkami w wysokości 40 milionów dolarów. Influencerski self-funding jest jednak bronią obosieczną. Youtubowy krytyk filmowy Chris Stuckman postanowił spróbować swoich sił za kamerą i własnoręcznie sfinansować oraz nagrać "Miasteczko Shelby Oaks". Horror spotkał się z dość chłodnym przyjęciem recenzentów i widzów. Stuckmanowi zarzucano, że swojej teoretycznej wiedzy nie był w stanie przekuć w filmową praktykę, co podważa jego kompetencje. Okazuje się więc, że w fenomenie reżyserów-youtuberów chodzi o coś więcej niż tylko sławę i marketingową siłę ciekawostek.

Youtube’owa szkoła filmowa



No dobra, jeśli nie chodzi tylko o popularność, albo tylko o spragnionych nowinek widzów, to o co? Odpowiedzi szukać można w samej instytucji youtubera. Zwykliśmy śmiać się z łatki content creatora – content to termin dość ulotny, a twórcą zostać może każdy, kto ma kamerkę. Jednak, zwłaszcza w przypadku kanałów, które zajmują się nagrywaniem skeczy albo produkcją seriali, content musi pozostać względnie jakościowy. Mimo stosunkowo niskiego budżetu regularnie trzeba wynajdywać nowe produkcyjne cudeńka, które zawalczą o czas widza w bezlitosnej ekonomii uwagi. Youtuber musi więc nauczyć się, jak zgrabnie omijać finansowe dziury i za mniej produkować więcej.

Ważny jest też model interakcji z odbiorcą. Platformy społecznościowe niemal siłą wciskają swoich twórców w nierozerwalną behawioralną pętlę – wypuszczasz filmik i otrzymujesz natychmiastową odpowiedź. Od razu wiesz, co z twoją widownią rezonuje, a co się nie podoba (w tym drugim przypadku często usłyszysz też kilka nieprzyjemnych słów, takie wzmocnienie negatywne pomaga nie popełniać tych samych błędów). Skontrastować to można z cyklem życia "klasycznych" filmów, gdzie na szerszą odpowiedź widowni trzeba czekać miesiącami. Twórca internetowy w takim starciu to niemal szarlatan; wytresowany latami stałych interakcji ze swoją grupą odbiorczą idealnie wie, jak ją zadowolić. Według jednej z anegdotek Curry Barker podczas testowych pokazów "Obsesji" nie patrzył na ekran, zamiast tego siedział odwrócony do widowni i nagrywał ich telefonem; na podstawie reakcji później sam decydował, jak ulepszyć film.

"Obsesja" – zwiastun
W tym świetle Youtube to niemal nowa ekstremalna szkoła filmowa o przyspieszonym programie nauczania. Żeby nie przepaść wśród chaszczy rekomendacji, młody twórca musi nauczyć się, jak oczarować widownię mimo ograniczeń i nieistniejących budżetów. Taki reżyser pozostaje dla branży łakomym kąskiem – dość tanim debiutantem z potencjałem na ogromny zysk. Jeśli ktoś z mikrego budżetu będzie w stanie wyczarować box-office’owy cud, można mówić o sukcesie. A jeśli polegnie sromotnie? Wydatki poniżej kilku milionów dolarów są dla dużych filmowych graczy niczym. 

Smutno patrzy się na X muzę tylko z perspektywy tabelki w Excelu, więc poszukajmy w etosie youtubera czegoś jeszcze. Tym czymś może być perfekcyjne wyczucie ducha czasu. Ostatnio dużo mówi się o śmierci monokultury; tracimy uniwersalny medialny kod, wstrętni zoomersi nie znają kultowych nawiązań, z lat, gdy cały świat zasiadał przed telewizorem, żeby obejrzeć najnowszy odcinek "Gry o tron" czy "Breaking Bad", zostały tylko wspomnienia. Ale monokultura nie umarła w pełni. Internet na przykład, mimo obecnej dyktatury nisz i sieciowych baniek, wciąż pozostaje ośrodkiem pewnej uniwersalnej bazy nawiązań, nieważne jak nieuchwytnych i przypadkowych (jeśli mi nie wierzycie, to zastanówcie się, czemu nagle wszyscy wiemy o co [nie] chodzi w six-seven). 

Zawodowe funkcjonowanie w sieci prowadzi więc do stanu chronicznej online’owości; przesiąknięcia tymi wzorcami. youtube’owi reżyserzy nie poruszają się już po pojęciowo-estetycznym rusztowaniu odziedziczonym po starszych twórcach. Zamiast tego mówią językiem, który dla młodszej widowni jest zwyczajnie znajomy, a starszą jest w stanie urzec pewnym poczuciem świeżości. To osadzenie w zeitgeiście wreszcie pozwala też wiernie interpretować internetowe legendy, czyli creepypasty. Do tej pory, mimo niezaprzeczalnej plastyczności języka internetowego horroru, jego fenomenu nie dało się przenieść na język filmowy – przypomnijmy sobie chociaż klapę "Slender mana". Wystarczyło jednak oddać wodzę człowiekowi, którego dorastanie ukształtowały internetowe dreszcze, i powstało "Backrooms. Bez Wyjścia". Tylko tyle potrzeba było, by wreszcie osiągnąć kasowy i artystyczny sukces. 

Lękajcie się



Z jakiegoś powodu youtuberzy traktują horror jako gatunek niemal domyślny. Przyczyny można szukać w pozycji samego horroru. Konwencja straszaka jawi się jako ta najbardziej demokratyczna. W horrorze lęk góruje nad resztą filmowego inwentarza; wyznacznikiem dobrego horroru jest więc czysta cielesna reakcja; ocena straszności (czyli wartości filmu) leży w rękach samej widowni, z wyłączeniem wszelkich filmowych akademii czy krytycznego aparatu. Często solidna konstrukcja zwycięża nad budżetem czy sławą reżysera; B-klasowe produkcje celebruje się wręcz za ich partyzancki urok. Horror jest tym samym wymarzonym placem zabaw dla aspirujących filmowców. W gatunku zaczynali chociaż Sam Raimi czy Peter Jackson. Nie dziwi więc, że podobną drogę obierają youtuberzy, zwłaszcza kiedy wielu z nich pierwsze doświadczenia w budowaniu grozy ma już za sobą. Jednocześnie horror może być tutaj nie celem samym w sobie, ale jedynie platformą startową. Tacy bracia Philippou na przykład już ostrzą zęby na perspektywę wyreżyserowania nowego filmu dla MCU. 

"Oddaj ją" – zwiastun
Jednocześnie horror to język współczesnej kinofilii. Czasy, kiedy różnego rodzaju straszne filmy musiały funkcjonować w drugim obiegu jako obiekt wstydliwej fascynacji, dawno minęły. Dzisiaj, zapytany o swój osobisty kanon młodzik jednym tchem wymienić może Scorsesego, Ostlunda i Sciamme, ale też Mario Bavę, Coralie Fargeat czy Tobe’a Hoopera. Najlepszym świadectwem tej zmiany jest głośny ranking "Sight&Sound" – zaledwie kilka lat temu do pierwszej setki zawitał pierwszy w historii zestawienia horror: "Uciekaj!". Kategoria kinofilii, chociaż często memowana, jest o tyle ważna, że youtuberzy, którzy zostają reżyserami, niemal jednogłośnie (z wyjątkiem Marka Fischbacha) w wywiadach cytują swoją miłość do kina jako jeden z motorów tej decyzji. Większość z nich to dwudziestokilkulatkowie, którzy swoją filmową fascynację rozwijali już wtedy, gdy horrorowy panteon zrastał się z szerszym, filmowym kanonem.

Każde pokolenie ma swój ulubiony sposób opowiadania o świecie, a "odrażające i okrutne" to ukochany temat młodzieży od co najmniej trzydziestu lat. W latach 90. urzekał pesymistyczny hiperrealizm "Trainspotting", we wczesnych latach dwutysięcznych mroczne dystopie w stylu "Igrzysk Śmierci" czy "Niezgodnej" tworzyły przeciwwagę dla milenialskiego optymizmu, za to teraz swój moment święci abiekt; horror staje się nowym językiem do rozmawiania o lękach i bolączkach współczesności. Youtuberzy-filmowcy, jak na wiernych kronikarzy czasów przystało, w pełni wykorzystują ten trend. Tak na przykład "Obsesję" można podpiąć pod rozmowy o emocjonalnej autonomii i debatę wokół tego, kto tak naprawdę jest winny "męskiej epidemii samotności", "Backrooms. Bez wyjścia" zadaje pytania o granice języka terapii i o to, czy prawdziwym horrorem nie jest gentryfikacja, a bracia Philippou opowiadają o żałobie w dobie wszechobecnych social mediów i cyfryzacji. 

Kto ma władzę



Dlaczego w takim razie dopiero teraz obserwujemy nagromadzenie youtube’owych reżyserów? Odpowiedzi najprościej szukać w zmieniającym się medialnym krajobrazie. Roku 2020 był dla filmu jednym z najgorszych. Streaming miał zabić X muzę, zainteresowanie filmem spadało, a do tego nadeszła pandemia. Kina zamknięto, premiery przesuwano albo przenoszono do sieci, świat się zatrzymał. No i te wstrętne dzieciaki – ciągle w swoich telefonach, zbyt przestymulowane, żeby docenić prawdziwe kino. Czy taka jest nasza przyszłość?

"Backrooms"
Minęło kilko lat, kina otworzyły się na nowo, a do listy najbardziej kasowych filmów wszech czasów dołączyło kilka pocovidowych produkcji. Co najważniejsze, pokolenie Z przerosło oczekiwania wszystkich malkontentów – przez ten czas zdążyli dorosnąć, własne wynagrodzenie (albo chociaż wyższe kieszonkowe) w dużej mierze przeznaczają na bilety kinowe – według raportu amerykańskiej firmy Fandango, zetki są najaktywniejszym kinowo pokoleniem w historii. Zachwianie odbiorczej równowagi sił powoli odbija się na przemyśle filmowym, który szuka coraz to nowych sposobów na przyciągnięcie nowej grupy widzów. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest właśnie instytucja reżysera-youtubera.

Spójrzmy na statystyki. Widownia "Obsesji" składała się w 75 procent z osób poniżej 25 roku życia, "Backrooms" przyciągnęło widownię nieco bardziej zróżnicowaną, chociaż wciąż ponad połowa widzów miała mniej niż 25 lat. Dla młodej widowni youtuber jest czymś więcej niż tylko przejściową marketingową ciekawostką. To często odpowiednik celebryty, może się nawet zdarzyć, że to ktoś, z kim dzieli się paraspołeczną więź. Jest też w doświadczeniu oglądania kinowego filmu youtubera coś aspiracyjnego. Oto za kamerą siedzi już nie pięćdziesięciolatek czy najnowszy cud nepotyzmu, ale zwykły dzieciak, niewiele starszy (lub młodszy) niż ty.

"Backrooms"
Temperaturę podwyższa też stara, dobra wojna pokoleniowa. W przekazie medialnym wiek nowych reżyserów podkreśla się tak nachalnie, że dwudziestoletniość Kane’a Parsonsa urosła do rangi żartu. Wiek staje się też narzędziem różnych ageistowskich zagrywek, internet pełen jest plotek i pomówień, jakoby Parsons filmu wcale nie wyreżyserował (zamiast tego miał to zrobić Oz Perkins), a studio A24 jedynie cynicznie odcinało kupony od tego marketingowego cudu. Podobnie sprawa ma się z niedawnym artykułem Jessego Hassengera dla brytyjskiego "The Guardian". Krytyk z jednej strony próbuje zarobić na klikalnym temacie, z drugiej na każdym kroku podkreśla, jak trywialna jest twórczość youtuberów w porównaniu do klasycznie wyszkolonych reżyserów. Tak mocne reakcje nie dziwią. Jest coś radykalnego w masowym sukcesie dwudziestolatków w branży, gdzie tradycyjnie młodym było się do mniej więcej czterdziestego roku życia. Ostatecznie, sporo niezadowolonych i tak wybierze się do kina, żeby sprawdzić, o co chodzi z całym tym zamieszaniem. A branża zarobi. 

W oglądaniu, jak youtuberzy zostają uznanymi reżyserami, jest wreszcie, przynajmniej dla zetek i młodszych milenialsów, coś ze spełnienia dziecięcej fantazji. Przejście z internetowego gwiazdorstwa do faktycznej sławy w prestiżowym świecie mediów tradycyjnych to historia rodem z "iCarly". Tylko że od czasów tej kulturowej fantazji zmieniła się hierarchia; teraz to sieć spełnia funkcję głównego medium, podczas gdy tradycyjne media – chociaż wciąż prestiżowe – tracą na znaczeniu. Czy można więc winić branżę za desperackie próby przyczepienia się do sieciowego świata? I równolegle – czy można winić odbiorców za uleganie dziecięcej fantazji?

Dostosuj się lub przeżyj

 

W swoim artykule dla Forbesa medialna prawniczka Tyler Chou opisuje to, jak w przeciągu ostatnich kilku lat zmieniło się postrzegania Youtube’a i sieciowych celebrytów wewnątrz filmowego przemysłu. Najjaskrawszym punktem odniesienia staje się tegoroczny debiut Creators Economy Summit, konferencji w ramach canneńskich targów filmowych, tzw. Marché du Film. Półdniowe wydarzenie, na którym wraz z filmowymi profesjonalistami przemawiali youtuberzy, było jedną z najgęściej uczęszczanych okołofestiwalowych atrakcji. Z całej konferencji wynikła jedna prawda: biznesowym pytaniem nie jest już to, czy sieciowi twórcy mają miejsce w kinie, ale to, w jaki sposób przekształcić więcej z nich w filmowców. 

Trybiki maszyny, która umożliwiła zjawiskowe podwójne otwarcie "Obsesji" i "Backrooms. Bez wyjścia" tak naprawdę poszły w ruch, jeszcze zanim bracia Phillipou oswoili publikę z myślą, że youtuber też może kręcić dobre filmy. Curry Barker pierwszy kontakt z producentami nawiązał już po premierze swojego krótkometrażowego "The Chair", a jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, licytacja o Parsonsa zaczęła się w styczniu 2022 roku, niemal natychmiast po premierze pierwszego odcinka jego webserialu. Branża wyciąga ręce po youtuberów również w innych miejscach. Europejski dystrybutor mk2 już od dobrych kilku lat prowadzi internetowy klub filmowy, gdzie pokazywane są filmy stworzone przez influencerów. Do tej pory YouTube Ciné Club sprzedało ponad pół miliona biletów, a mowa o inicjatywie skierowanej głównie na rynek francuski. 

"Obsesja"
Głośna rewolucja i antysystemowe trzęsienie hollywoodzkiej ziemi okazuje się – przynajmniej częściowo – zaplanowanym i ostrożnym finansowym ruchem; odpowiedzią na gwałtownie zmieniające się wymagania widowni. W następnych latach spodziewać możemy się więcej youtube’owych debiutów. Zakładam zresztą, że branża może poszerzyć swoje poszukiwania na twórców z innych platform społecznościowych. Nie jestem tylko pewny, czy taki transfer okaże się równie owocny. Przecież mało który serwis skupiony jest na filmowości tak jak Youtube. Nawet najbliższy mu – bo wciąż skupiony na wideo – TikTok to głównie wylęgarnia short form content, angażującego krzyku o krótką uwagę odbiorcy, który niekoniecznie dobrze przeniesie się na duży ekran. 

Perspektywa globalna



Chociaż rozmawiamy głównie o kinie anglosfery – ze względu na jej kulturową hegemonię – youtube’owy szał nie ominął reszty świata. W Indiach na przykład youtuberka i blogerka Prajakta Koli od sześciu lat rozwija swoją karierę reżysersko-aktorską. Inny youtuber Vaibhav Munjal, niczym Chris Stuckman, internetową karierę komentatora kulturowego wykorzystał, żeby zasiąść na reżyserskim fotelu przy "Scenes from a Situationship". W Indonezji z kolei rewolucji przewodniczą internetowi standuperzy jak Ernest Prakasa czy Kristo Immanuel.

Zadziwia to, że żaden z wymienionych wyżej twórców nie zajmuję się horrorem. Twórcy Indyjscy wolą melodramaty, a ci z Indonezji sięgają głównie po komedię. Może kluczem nie jest wcale horror jako taki, ale to, jaki gatunek filmowy najbardziej rezonuje z publicznością danego kraju? Jeśli spojrzeć na box-office’owe statystyki, w Indiach faktycznie prym wiodą akcja i dramat, ale w Indonezji na pierwszym miejscu pozostaje horror. Komedia zajmuje dopiero drugie miejsce, dlaczego więc sięgają po nią influencerzy? Indohorror ze względu na swoją komercyjną popularność i duży popyt w kraju kojarzy się z kinem niskiej jakości; komedia mimo podobnych konotacji wciąż zdaje się kinem bardziej "spełnionym"; takim, gdzie można się wykazać. Hipotezę, że kino influencerów jest odbiciem najbardziej popularnych gatunków w danym kraju, zdaje się potwierdzać również wcześniej przywołany YouTube Ciné Club, w ramach którego oglądać można głównie komedie i kino akcji. Odpowiedzialny za Ciné Club dystrybutor mk2 próbuje zresztą aktualnie rozpromować we Francji stworzoną przez amerykańskiego tiktokera komedię "Two sleepy people". Wybór nie dziwi, skoro komedia zdaje się narodowym gatunkiem kina francuskiego.

A co z Polską? Zgodnie z wynikami zleconych przez PISF badań, wśród widzów największą popularnością cieszą się kolejno: komedia, horror i kino dziecięce. Komedia jednak jest najczęściej oglądana przez widzów po 40 roku życia. W kategorii wiekowej 18-29 – czyli potencjalnie docelowej grupie odbiorców kina youtuberów – zwycięża horror. Tutaj rodzą się dwa problemy. Po pierwsze, horrorowa nisza jest w Polsce już stosunkowo dobrze zaopiekowana. Chociaż Bartosz M. Kowalski jest jednym z nielicznych mainstreamowych reżyserów polskich straszaków, częstotliwość, z jaką wypuszcza nowe filmy, może zniechęcać producentów i dystrybutorów do inwestowania w inne horrory, żeby uniknąć konkurencji (z drugiej strony zaoferowanie alternatywy dla dominacji Kowalskiego może okazać się marketingowym strzałem w dziesiątkę). Po drugie, z tych samych badań wynika, że młodzi widzowie zdecydowanie rzadziej sięgają po filmy polskie. Może więc być trudno zachęcić ich do obejrzenia produkcji rodzimego youtubera. Ta tendencja ma jednak jeszcze szansę się odwrócić. Przecież kierowane do niewiele młodszego widza "Pieprzyć Mickiewicza" zaliczyło całkiem solidne kinowe wyniki.

Na razie jednak polskie kino youtuberów wypada skromnie. Królują samoprodukcja i filmowy kult jednostki. Mimo kiepskiej jakości zarówno "Budda. Dzieciak 98’", jak i "Friz & Wersow. Miłość w czasach online" obroniły się w domowym box-offisie. Trudno mówić tutaj o fascynacji, która wynika z przełomowych filmowych rozwiązań czy niesamowitego wyczucia czasu. Zamiast tego pod płaszczykiem dokumentalności przemyca się produkt wymierzony prosto w fanów; do kina przyciąga sama celebrycka prezencja. 

"Friz & Wersow. Miłość w czasach online" – zwiastun
Chociaż brak mi dojść w branży, a na liście projektów dofinansowanych przez PISF nie widzę żadnych nazwisk youtuberów, pozostaję dobrej myśli. Ta nisza wciąż pozostaje względnie niezapełniona na polskim rynku, a sukces dotychczasowych doku-flopów pokazuje, że postacie internetowe mają siłę przyciągania ludzi do kina. Wielki filmowo-youtube’owy sukces może się jeszcze zdarzyć. Pozostaje tylko czekać, aż pojawi się odpowiednia osoba. Kanałów skeczowych i letsplayowych nam w końcu nie brakuje.

Nowa era?



Cokolwiek by mówić, znajdujemy się w momencie dla kina przełomowym, zwłaszcza jeśli porównać współczesność z szerszą historią kina komercyjnego. W późnych latach 60. system studyjny powoli dogorywał: coraz więcej filmów okazywało się niewypałami, a widownia narzekała na brak różnorodności. Remedium okazało się pojawienie nowych młodych – Coppola czy Scorsese swoim szorstkim, filmowym językiem rozpoczęli nową erę kina popularnego. Podobnie jest teraz. Zamieńmy tylko schyłek lat 60. na początek lat 20. XXI wieku. Kiedy pocovidowy marazm dopada przemysł filmowy, kiedy widownia dość ma już disneyowskiej przeciętności i wszechobecnej sequelozy, nadchodzą nowe youtubowe talenty. Pomimo wszelkich przeciwności i nierównej jakości, udaje im się – nawet jeśli tylko na chwilę – wskrzesić magię kinowego doświadczenia.