Artykuł

Przeżyjmy to jeszcze dwa razy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Prze%C5%BCyjmy+to+jeszcze+dwa+razy-98165
Wielki filozof Judd Apatow napisał niegdyś, że dobre rzeczy zawsze chodzą parami. Ben Stone z "Wpadki", któremu dane było wygłosić tę mądrość, od razu pospieszył z przykładami: "Wulkan" i "Góra Dantego", "Dzień zagłady" i "Armageddon", "Wyatt Earp" i "Tombstone"... Coś w tym jest: niemal identyczne filmy mają w zwyczaju wchodzić na ekrany w naprawdę krótkich odstępach czasu. Od przykładów aż dwoi się w oczach.

Istny "atak klonów" rozpoczął się w latach 80., gdy dzieciaki i dorośli masowo zamieniali się miejscami ("Big" i "Vice Versa", "Jaki ojciec, taki syn"), a dzielne psiaki wspierały policjantów ("Turner i Hooch" i "K-9"). W latach 90. zjawisko przyjęło skalę totalną, zagarniając nie tylko domenę katastroficznych blockbusterów, które wspomina Rogen, lecz także sci-fi ("Czerwona planeta" i "Misja na Marsa"), filmów kostiumowych ("Niebezpieczne związki" i "Valmont"; "Robin Hood: Książę złodziei" i "Robin Hood" z Patrickiem Berginem), historycznych ("Rob Roy" i "Braveheart"), wojennych ("Szeregowiec Ryan" i "Cienka czerwona linia") i animacji ("Mrówka Z" i "Dawno temu w trawie"; "Gdzie jest Nemo?" i "Rybki z ferajny"). To może być objaw choroby, którą słownik Urban Dictionary określa jako simucinegenesis, czyli po naszemu: współkinogenezy.

   

Filmy w poszczególnych parach, choć czasem podobne jak dwie krople wody, zawsze przynosiły mniejsze lub większe zyski. I pewnie dlatego nie widać końca tego radosnego korowodu bliźniaków. Weźmy tylko pod uwagę ostatnie dwa lata: przez ekrany przeparadowały dwie Królewny Śnieżki ("Królewna Śnieżka" i "Królewna Śnieżka i Łowca") i dwóch Alfredów Hitchcocków ("Hitchcock" i "The Girl"). Osama bin Laden został ujęty już dwa razy ("Wróg numer jeden" i "SEAL Team Six: The Raid On Osama Bin Laden"), zaś prezydent USA i Biały Dom dwukrotnie stali się celem ataków grup terrorystycznych ("Olimp w ogniu" i "Świat w płomieniach"). Wychodzi również na to, że jeden film to za mało, by pomieścić w nim burzliwą biografię – i tak, na swoje premiery czekają dwa filmy o Księżnej Dianie ("Diana" i "Diana: Closely Guarded Secret") oraz legendarnej Lindzie Lovelace ("Lovelace" i "Inferno: The Linda Lovelace Story"). I co najważniejsze, wkrótce nastąpią dwa końce świata ("This Is The End" i "World's End").

O co tu chodzi? Czyżby niesamowitym zrządzeniem losu producenci hollywoodzcy  jednocześnie wciąż wpadali na dokładnie te same pomysły? Można snuć teorie spiskowe o wykradaniu z sejfów ściśle strzeżonych draftów murowanych hitów box office'u, można oskarżać o plagiaty i okraszać każdy z przykładów pytaniem: przypadek? Swoją drogą mógłby powstać na ten temat całkiem fajny film w stylu "Gracza" Roberta Altmana. Albo nawet dwa.



Jako że sprawa najczęściej dotyczy zrealizowanych "na bogato" blockbusterów, warto najpierw przywołać historyczny przykład z przeciwnego bieguna i z zamierzchłego roku 1974. Raz na tysiąc lat zdarza się bowiem cud i zamiast dwóch niemal identycznych filmów powstaje jeden! Film niezwykły, który łączy siły dwóch gigantycznych, na co dzień konkurujących ze sobą wytwórni (w tym przypadku Warner Bros. i 20th Century Fox), spina wątki dwóch scenariuszy opartych o dwie podobne powieści i gromadzi imponującą obsadę z gigantem pokroju Freda Astaire'a w drugoplanowej, oskarowej roli. Mowa rzecz jasna o "Płonącym wieżowcu" (oryginalny tytuł, który zaraz się przyda, to "The Towering Inferno"), powstałym z połączenia dwóch projektów: "Tower" ("Wieżowiec" – u Braci Warner) i "The Glass Inferno" ("Szklane piekło" – u Foxa). Wytwórnie zjednoczyły siły, bo – co dziś brzmi jak science-fiction – nie chciały wchodzić sobie w drogę i stwarzać konkurencji w box offisie, skoro każdy z projektów miał kosztować grube miliony dolarów. Efekt to klasyczny i nagrodzony Oscarami nie tylko w technicznych kategoriach (dziś takie rzeczy też się już nie zdarzają) film katastroficzny, który ukształtował prawidła gatunku. W tym wypadku mniej (o jeden film mniej) znaczyło więcej.

Hollywood jest jednak nienasycone i woli, jak jest więcej, więcej i jeszcze więcej.  Wszystkiego. Jest więc z czego wybierać i tworzyć własne zestawienia. Przyjrzyjmy się  "dobrym rzeczom" Bena Stone'a i dodajmy drugą trójkę nowszych par filmów wyciętych z jednego szynela. W dwuszeregu zbiórka!

"Wyatt Earp" vs. "Tombstone" – 1993/1994


O czym?
O tych złych i dobrych, którzy 26 kwietnia 1881 roku strzelali do siebie w OK Corral w miasteczku Tombstone. W samym sercu Dzikiego Zachodu oczywiście.

 

Czym się różnią?
Same tytuły wskazują nam, jak rozkładają się akcenty w przypadku tych dwóch westernów, będących beneficjentami sukcesu "Bez przebaczenia" Eastwooda i "Tańczącego z wilkami" Costnera. Ten drugi aktor-reżyser zresztą znowu zapuszcza wąsy i wciela się w tytułową rolę w trwającym 4567 godzin (no dobrze, 191 minut) biograficznym filmie o słynnym szeryfie Wyatcie Earpie. To studium postaci, epickie w podwójnym sensie tym współczesnym, ze strzelaninami i podkręcaniem wąsa, ale również w tym klasycznym, który zakłada, że dramatyzm i powaga wysuwają się na plan pierwszy, a akcja trwa całe lata. Tu chodzi o człowieka, a nie 30-sekundową strzelaninę, która przeszła do historii. W "Tombstone" z kolei wąsaci, a jakże, Val Kilmer i Kurt Russel (z pomocą Sama Elliotta i Billa Paxtona) w bardziej dynamicznym i typowym westernie przywracają rządy sprawiedliwych w tytułowym miasteczku, co zresztą zajmuje im godzinę krócej niż Costnerowi.

Box office:
"Wyatt Earp": 25 mln $ (kosztował 63 mln$)
"Tombstone": 56 mln $ (kosztował 25 mln$)

Oceny na Filmwebie:
"Wyatt Earp": 7,2
"Tombstone": 7,7

Który "lepszy"?
"Tombstone". Bardziej interesujące wąsy i krótszy czas projekcji byłyby jednym z argumentów. Kolejny to gatunkowe, klasyczne podejście do sprawy, które przyciągnęło do kin większą publiczność. Film Cosmatosa (tego od "Cobry" ze Stallone'em) to czystsza forma rozrywki, choć trochę na bakier z faktami. Film wygrywa przede wszystkim ze względu na Vala "Zaraz Będę Batmanem" Kilmera, który wciela się w przyjaciela Earpów – Doca Hollidaya. Dysponujący muszkieterskim wąsikiem stomatolog, hazardzista i rewolwerowiec zapytany, czy podobnie jak Wyatt Earp jest już na emeryturze, odpowiada butnie: "Nie, właśnie jestem u szczytu moich możliwości". Najprawdziwsza prawda.

"Wulkan" vs. "Góra Dantego" – 1997


O czym?

Wybuch wulkanu to wielka katastrofa dla ludzi, budynków i środowiska naturalnego.

 

Czym się różnią?
Typem głównego bohatera, miejscem akcji oraz formą śmiercionośnego zagrożenia. W "Wulkanie" to twardy jak skała Tommy Lee Jones jako szef służb ratowniczych przeskakuje potoki wylewającej się spod chodników lawy i ratuje mieszkańców Los Angeles. "Góra Dantego" bardziej niż lawą eksploduje popiołem, który pokrywa grubą warstwą małe miasteczko gdzieś pod Waszyngtonem, a naukowiec Pierce Brosnan ma ocalić jego mieszkańców. "Wulkan" o wiele brutalniej obchodzi się z ludźmi i z miastem (dostał nawet Złotą Malinę w kategorii "Worst Reckless Disregard for Human Life and Property"), podczas gdy "Góra Dantego" to – jakkolwiek to brzmi – familijne kino katastroficzne z gwarancją: jeśli na ekranie pojawi się pieseczek, na pewno dotrwa do szczęśliwego końca.

Box office:
"Wulkan": 49 mln $ (kosztował 90 mln $)
"Góra Dantego": 67 mln $ (kosztował ponad 100 mln $)

Ocena na Filmwebie:
"Wulkan": 5,9
"Góra Dantego" 6.1

Który "lepszy"?
"Wulkan", choć obydwa utrzymują się raczej w doskonale znanym użytkownikom Filmwebu rejestrze "ujdzie". Parafrazując poetę, można napisać cztery reportaże o perspektywach rozwoju małych miasteczek – i ich znaczeniu w kinie katastroficznym lat 90. – ale ... i tu polecam zgooglać tytuł wiersza ("Sobota" – Andrzej Bursa). Chyba fajniej jednak po raz kolejny obejrzeć walące się w gruzy Los Angeles i lawę pędzącą tunelami metra. No i chropowatą niczym tuf wulkaniczny twarz Lee Jonesa.

"Armageddon" vs. "Dzień zagłady" – 1998

O czym?
O nie, wielka asteroida pędzi w stronę Ziemi! Uratować może nas tylko ktoś naprawdę odważny, kto poleci zniszczyć ją jeszcze w kosmosie.

 

Czym się różnią?
"Armageddon" to film Michaela Baya i to odróżnia go od wszystkich innych filmów wszystkich innych reżyserów. Fabuła jest, delikatnie rzecz ujmując, nikła. Tylko Bruce Willis, tu jako wybitny specjalista od wiercenia szybów naftowych, jest w stanie uratować świat tak, by jego córka Liv Tyler mogła leżeć na kocu i słuchać Aerosmith z ukochanym Benem Affleckiem. Umówmy się, tak naprawdę chodzi piękną destrukcję, wybuchy, szczęk maszyn, tęskne spojrzenia w niebo (tagline) i eksplozje. "Dzień zagłady" mimo tematyki jest raczej kameralny, skupia się na relacjach między ludźmi, którzy przeżyją (bądź nie) uderzenie. To trochę jak w piosence "Ask" grupy The Smiths – to nie bomba, lecz asteroida wreszcie zbliży nas do siebie. W końcu oceany się podnoszą, miasta walą się w gruzy, a nadzieja trwa (tagline). To wszystko zaś wpływa na rozłożenie akcentów i efektów specjalnych, ilość dialogów, poziom gry aktorskiej i ścieżkę dźwiękową.

Box office:
"Armageddon": 201 mln $ (kosztował: 140 mln $)
"Dzień zagłady": 140 mln $ (kosztował 75 mln $)

Ocena na Filmwebie:
"Armageddon": 7,5
"Dzień zagłady": 6,8

Który "lepszy"?
"Armageddon". Nawet schodząc na Ziemię i porzucając naiwną wiarę, że ten film jednak zdaje sobie sprawę ze swojej absurdalności, patosu i grubej warstwy filmowego sera, wciąż doświadczamy większych atrakcji. 151 minut (Bay jest w czołówce tych reżyserów i producentów, którzy uważają, że im więcej, tym lepiej) poza jak zawsze bohaterskim Willisem, wypełniają swoją charyzmą naprawdę świetni Buscemi, Stormare, Fichtner oraz Udo Kier. Są też wybuchy. Rozterki sercowe Elijaha Wooda (w roli młodocianego odkrywcy asteroidy w konkurencyjnym filmie) i jedna, pardon, dosyć skromna fala tsunami (efekty specjalne tak na 3+) to za mało.

"Prestiż" vs. "Iluzjonista" – 2006

O czym?

Abrakadabra to czary i magia.

 

Czym się różnią?
W najprostszym ujęciu "Iluzjonista" jest jeden, podczas gdy "Prestiż" to pojedynek dwóch prestidigitatorów. Obydwa filmy przenoszą widza w wiek XIX, w klasyczne wiktoriańskie dekoracje. I tu zaczynają się radykalne różnice. Ten pierwszy to przede wszystkim historia o miłości i tego, co on (Edward Norton) będzie w stanie zrobić, by ją (Jessicę Biel) zdobyć. W "Prestiżu" love story to z kolei tylko jeden z wielu niesamowicie sprawnie splecionych ze sobą wątków. W tym konstrukcyjnym majstersztyku, opartym na tej samej trójdzielnej zasadzie co sztuczka magiczna, tematem jest magia kina oraz – jak to u Nolana bywa – granica między rzeczywistością a fikcją. To przy okazji jeden z tych filmów, który jest jakieś tysiąc razy lepszy niż książka, na podstawie której powstał.

Box office:
"Prestiż": 53 mln $ (kosztował 40 mln $)
"Iluzjonista": 39 mln $ (kosztował 16 mln $)

Ocena na Filmwebie:
"Prestiż": 8,1
"Iluzjonista": 7,9

Który "lepszy?"
Bezdyskusyjnie "Prestiż". Parafrazując dialog z "Prawdziwego męstwa" braci Coenów: "Iluzjonista" nie jest godzien spijać wody z odcisków końskich kopyt na gościńcu, przez który przejechał film Nolana. Pomijając walory wizualne, narracyjne, obsadowe, scenariuszowe, produkcyjne i dźwiękowe oraz niesamowity, melancholijny nastrój dzieła, to przecież film, w którym Ziggy Stardust i Gollum pomagają Wolverine'owi pokonać Batmana przy pomocy magii!

"Królewna Śnieżka" vs. "Królewna Śnieżka i Łowca" – 2012


O czym?
Dawno dawno temu, żyła sobie królewna Śnieżka... Znacie? To posłuchajcie.

 

Czym się różnią?
Te dwa wcielenia Śnieżki sytuują się na przeciwnych biegunach, choć obydwa wpisują się w przepływający znów przez mainstream baśniowy prąd. Film Tarsema Singha to wielokolorowa, migotliwa, przesterowana i całkiem zabawna (głównie dzięki Julii Roberts w roli królowej) musicalowa wersja baśni. Film Ruperta Sandersa okrywa mroczny całun, oplata go pajęczyna, spowija mgła i co tam jeszcze chcecie (głównie za sprawą Charlize Theron w roli królowej). Temu drugiemu mrok towarzyszy zresztą również w kontekście pozaekranowym, bo sam film doprowadził do dwóch rozstań, fali publicznych przeprosin, łez i wielkich powrotów. Na ekranie w obydwu przypadkach wszystko jest na miejscu, choć w finale Śnieżka Stewart rusza na wojnę, a Śnieżka Collins – w bollywoodzkie tany.

Box office:
"Królewna Śnieżka": 64 mln $ (kosztował 85 mln $)
"Królewna Śnieżka i Łowca": 170 mln $ (kosztował 155 mln $)

Oceny na Filmwebie:
"Królewna Śnieżka": 6,1
"Królewna Śnieżka i Łowca": 6,3

Która "lepsza"?
"Królewna Śnieżka i Łowca". Choć obie są satysfakcjonujące, to lekka i zabawna wersja Singha w drugiej połowie robi się trochę męcząca. Od początku do końca ma za to uroczą Lily Collins (córkę Phila) i przepiękne dekoracje. Wersja Sandersa, poza świetną Theron, ma również K-Stew. I paradoksalnie, mimo jej dotychczasowych dosyć jednostajnych i jednowymiarowych (opierających się o nerwowe łapanie oddechu i wywracanie oczu) występów, zaskakująco dobrze sprawdziła się w roli Śnieżki. Szkoda, że w związku z wydarzeniami pozaekranowymi Stewart prawdopodobnie nie wróci w sequelu.

"Świat w płomieniach" vs. "Olimp w ogniu" – 2013

O czym?
Terroryści sięgają tam, gdzie dotąd nikt nie sięgał: atakują Biały Dom i prezydenta USA.

 

Czym się różnią?
My, Polacy, mamy utrudnione zadanie, bo tytuły są niemal identyczne, choć filmy, o dziwo, już nie tak do końca. Łatwiej będzie rozpoznać je dzięki aktorom. W pierwszym prezydentem jest Jamie Foxx, a jego wybawcą Charming Potato (pardon, Channing Tatum), aspirujący do bycia nowym Johnem McClanem. To "Świat w płomieniach"buddy-movie z ze zniszczeniami na poziomie 8,9 w 10-stopniowej skali Emmericha.  Chodzi w nim przede wszystkim o ucieczkę z Białego Domu, zaatakowanego przez skrzykniętych z czterech stron świata terrorystów. "Olimp w ogniu" to z kolei akcyjniak z bezkompromisowym one-man-army Geraldem Butlerem ("It's gonna be biblical!") oraz prezydentem Aaronem Eckhartem. Tutaj atak nadchodzi ze strony Korei Północnej, terrorystów jest mniej, ale za to bezpardonowo nadjeżdżają czołgami. Pierwsze wybuchy? Z zegarkiem w ręce dokładnie w 30. minucie każdego z filmów.

Box Office:
"Olimp w ogniu": 98 mln $ (kosztował 70 mln $)
"Świat w płomieniach": 71mln $ (kosztował 150 mln $)

Ocena na Filmwebie:
"Olimp w ogniu": 6,5
"Świat w płomieniach": 6,8

Który "lepszy"?
"Świat w płomieniach". Spektakl czystego absurdu, który funduje widzowi Emmerich, jest po prostu oszałamiający. Poza Tatumem, który się kulom nie kłania (awans do "Niezniszczalnych" ma w kieszeni), są tu jeszcze Jamie Foxx jako prezydent w trampkach, plejada staroszkolnych terrorystów (tak, jest też byczek o tlenionej fryzurze), znudzony James Woods i jeszcze bardziej znudzony Richard Jenkins. Stoją nad stosem gruzów, od niechcenia dokładają do ognia i patrzą, czy równo płonie. To rzecz jedyna w swoim rodzaju. Przegrywają z nią niestety "wjazdy z kolana" (kategoria R), którym przez przez dwie godziny oddaje się z zapamiętaniem Butler. Przegrywa też niespecjalnie przekonujący przywódca koreańskich terrorystów. Emmerichowi trzeba oddać również tę ekhm-sprawiedliwość, że postaci kobiece, choć równie absurdalne jak cała reszta, mają w "Świecie w płomieniach" coś do powiedzenia, a nie są tylko kartą przetargową jak u konkurenta. Mimo przewijających się porównań "Olimpu w ogniu" do "Szklanej pułapki" Gerald Butler to nie McClane, a Rick Yune (jak to z gracją ujmuje Butler – przywódca "Frontu ludzi walczących o nie wiadomo, k***, co") to na pewno nie Hans Gruber. I w jednym, i w drugim filmie bohaterowi brakuje tego cudownego czynnika ludzkiego i "zniszczalności", jaką reprezentuje sobą Willis. Nie ta klasa.
Udostępnij: