Relacja

CANNES 2015: Życie i cała reszta

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2015%3A+%C5%BBycie+i+ca%C5%82a+reszta-111462
Kolejny dzień i kolejne filmy w Cannes. Marcin Stachowicz pisze o dwóch kandydatach do Złotej Palmy, "Sea of Trees" Gusa Van Santa oraz "Naszej najmłodszej siostrze" Hirokazu Koreedy, a Michał Walkiewicz recenzuje nowy obraz Woody’ego Allena – "The Irrational Man" z sekcji pozakonkursowej.

***

W morzu pseudofilozofii  (recenzja filmu "The Sea of Trees", reż. Gus Van Sant)

Gus Van Sant, niegdysiejsza ikona kina queer, ostatnio walczył o Złotą Palmę dokładnie osiem lat temu. W 2007 roku "Paranoid Park" przyniósł mu "tylko" Nagrodę Specjalną, w tym roku będzie zapewne jeszcze gorzej – po pierwszym pokazie prasowym jego "The Sea of Trees" zostało wybuczane przez krytyków i dziennikarzy.


Negatywna reakcja publiczności nie musi automatycznie oznaczać przegranej (w końcu wyroki jurorów są nieprzeniknione), lecz w tym przypadku mówi wiele o jakości samego filmu – Van Sant mocno przeszarżował, chociaż intencje miał dobre. Widać, że reżyser oddalił się od neomodernistycznych klimatów znanych z "Gerry'ego", a jego kino coraz mocniej dryfuje w kierunku amerykańskiej "obyczajowej metafizyki" – prostego przesłania i rozmów o rozterkach duchowych na poziomie szkolnej pogadanki. Kiedyś mieliśmy to u Aronofsky'ego (dla mnie dopiero komiksowa estetyka "Noego" nieco go zrehabilitowała), teraz mamy i u Van Santa, co boli tym bardziej, że fabularny szkielet "The Sea of Trees" – pomysł na przewrotne pomieszanie kilku gatunków – niósł ze sobą potencjał równy choćby "Melancholii" Von Triera. Reżyser mógł oblec go skórą teatru, mógł pobawić się konwencją. Ostatecznie poprzestał jednak na autokarykaturze.

Początek nie zwiastuje późniejszych kiczowatych wolt – jest zabawnie, w dobrym znaczeniu tego słowa. Arthur Brennan (Matthew McConaughey dwoi się i troi, by przekonująco odegrać ofiarę losu), profesor fizyki z USA, kupuje bilet w jedną stronę do Tokio. Na lotnisku pożycza samochód i kieruje się prosto ku gęstym lasom porastającym zbocza góry Fuji, do miejsca znanego jako "Morze drzew" – mekki samobójców i ludzi pogrążonych w kryzysie, którzy poszukują tutaj wyciszenia i warunków do filozoficznego namysłu. Arthur ma ze sobą opakowanie silnych leków nasennych, jednak zanim zdąży przyjąć śmiertelną dawkę, jego uwagę odwróci zataczający się mężczyzna z podciętymi żyłami. Japończyk – przedstawia się jako Takumi Nakamura – znajduje się na granicy życia i śmierci: jego próba samobójcza nie powiodła się, a on sam właśnie zmienił zdanie – bezskutecznie próbuje wydostać się z lasu i wrócić do rodziny. McConaughey szybko zapomina o własnej depresji i zaczyna podążać za tajemniczym człowiekiem – niedawna myśl o samobójstwie przeistoczy się w wolę walki i przetrwania, a sam film – w kino drogi przeplatane wątkami survivalowymi. 

To właśnie w momentach pozbawionych metafizycznych i psychologicznych pretensji "The Sea of Trees" wypada najlepiej.

Całą recenzję Marcina Stachowicza znajdziecie TUTAJ.

***

Świat według Abe’a (recenzja filmu "The Irrational Man", reż. Woody Allen)

Flirt Woody'ego Allena z Dostojewskim i Patricią Highsmith trwa już tak długo, że zamiast podniecać, zaczyna usypiać. Dziesięć lat temu, gdy bohater świetnego "Wszystko gra" obmyślał plan perfekcyjnego mordu, zaczytując się w "Zbrodni i karze", czuliśmy dreszcze: dumny nowojorczyk przeniósł się w końcu na dziewicze londyńskie bulwary, klincz przypadku i przeznaczenia zyskał kapitalną metaforę tenisowego meczu, zaś przed kamerą rozkwitał talent Scarlett Johansson. Dziś, gdy ta sama powieść pojawia się w ramach rekwizytu i służy za interpretacyjny klucz "The Irrational Man", czuć jedynie naftaliną.


Postacią z pawlacza jest zwłaszcza główny bohater – profesor filozofii Abe Lucas (Joaquin Phoenix). Owiany sławą pijaka, dziwkarza i abnegata, przekreśla swój naukowy dorobek, głosząc wszem wobec nihilistyczne prawdy o bezsensie egzystencji i rządach chaosu. Ponoć jego kolega wdepnął na minę w Iraku, żona zostawiła go dla najlepszego przyjaciela, a życie stało się kłopotliwym balastem. Ponoć, podobno, być może, gdyż ważniejszy od samego bohatera jest fakt, że wyprzedza go reputacja: kiedy Abe obejmuje posadę na małym nowojorskim uniwersytecie, studenci obgryzają paznokcie z niecierpliwości, a kadra naukowa wierci się na stołkach. Trójkąt uczuciowy pomiędzy Lucasem, zakochaną w nim studentką (Emma Stone), a koleżanką po fachu (Parker Posey) to dla Allena zaledwie przystawka do kolejnej potrawki z klasyków literatury i filozofii.   
 
Fabularną woltę, przekierowującą film w nieco mroczniejsze rejony, przyjmuje się z ulgą. Trudno jednak powiedzieć, żeby owocowała jakimś narracyjnym zrywem: ot, mdła komedia zaczyna przegryzać się z niedogotowanym kryminałem. Cały pierwszy akt jest anachronicznym kinem, w którym światopogląd bohaterów charakteryzuje się poprzez sceny akademickich dyskusji.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.

***

Siła sióstr (recenzja filmu "Nasza najmłodsza siostra", reż. Hirokazu Koreeda)

Niektórzy uważają, że kino w idealny sposób reprodukuje fenomen pamięci – zapisuje obraz tego, co przeminęło, a jednocześnie tnie rzeczywistość na drobne kawałki. W nowym filmie Hirokazu Koreedy wspominanie zmarłych urasta do rangi rytuału, co z jednej strony pozostaje w zgodzie z japońską tradycją, a z drugiej odnosi się do znanej na całym świecie praktyki grupowego oglądania fotografii rodzinnych. Koreeda uwielbia tego rodzaju "foto-psychodramy", a w "Naszej najmłodszej siostrze" porusza się po znajomych terytoriach, wytyczonych przy okazji swojego poprzedniego obrazu – nagrodzonego w Cannes "Jak ojciec i syn" z 2013 roku. Mamy więc rodzinną traumę, która rzutuje na całe obecne życie bohaterów, walkę z poczuciem winy, powtarzanie starych błędów i skrywane głęboko sekrety. Innymi słowy: świetny materiał na gęsty dramat psychologiczny. Albo odwrotnie – na tanią operę mydlaną.


Japoński reżyser nie ma jednak zamiaru grać w cudzej lidze – "Nasza najmłodsza siostra" przypomina raczej precyzyjnie skonstruowane haiku: przedstawia milczącą powierzchnię rzeczy, oddaje fakty i emocje, stroni natomiast od autorytarnych ocen i psychologizowania. Z rodzinnego archiwum przedmiotów porzuconych przez zmarłych przodków, po którym poruszają się jego postaci – z ich faktury i zapachu – czyni bodziec umożliwiający odbudowę zerwanych więzi. To badanie ekstremalnych sytuacji rodzinnych rozpoczyna informacja o śmierci, pretekst do intensywnego wspominania i rozliczeń. Główne bohaterki filmu – trzy siostry: Sachi, Yoschino i Chica – jadą na japońską prowincję, żeby wziąć udział w pogrzebie ojca – mężczyzna porzucił rodzinę dla innej kobiety wiele lat temu. Wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, że dziewczyny wychowywały się same w wielkim domu pozostawionym im przez rodziców, tworząc "eksperymentalne" środowisko, przypominające niewielkie damskie dormitorium. Teraz, już jako dorosłe kobiety, wciąż mieszkają razem – siostrzanej komunie przewodzi najstarsza, Sachi, która wzięła na siebie rolę matki. Na pogrzebie ojca bohaterki poznają młodszą od nich o kilkanaście lat przyrodnią siostrę, która, osierocona przez rodziców, jest żywym wspomnieniem traumy porzucenia. Kobiety, mimo licznych wątpliwości, decydują się przyjąć Suzu w swoim domu i podjąć jej dalszego wychowania. Komuna rozrasta się, ale nie bez konsekwencji dla dotychczasowej stabilności. Bohaterki będą musiały spojrzeć na swoje wybory życiowe przez pryzmat nowej członkini rodziny. Nauczą się m.in., że decyzja o porzuceniu familii niekoniecznie musi wynikać ze słabości czy złej woli i że nie zawsze jest równoznaczna z brakiem rodzicielskiej miłości.

Śmiało można powiedzieć, że Koreeda osiągnął mistrzostwo w budowaniu zniuansowanych portretów rodzinnych – "Nasza najmłodsza siostra" to głównie precyzyjnie wyważona, chociaż nieskomplikowana narracja, nasycona czułością i humanizmem.

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: