Artykuł

Czekając na Supermenów

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Czekaj%C4%85c+na+Supermen%C3%B3w-72959
W momencie, gdy napis "The end" pojawia się na ekranie, multipleksowy widz jest już zazwyczaj w blokach startowych. Od niedawna jednak – mimo zapalonych świateł coraz więcej osób zostaje w fotelach. Co ich tam trzyma? Niezwykłe moce superbohaterów, oczywiście.

Kto wytrzymał do samego końca "Iron Mana", ten wie, skąd wziął się Samuel L. Jackson w "Iron Manie 2", a wytrwali widzowie tegoż sequela dostali w nagrodę przedsmak przygód pewnego nordyckiego boga. "Thor" (bo o nim mowa) już od piątku na naszych ekranach; niedługo po nim "Kapitan Ameryka", który bez wątpienia wystawi na próbę cierpliwość pracowników kina. Ale choć zwyczaj zostawania po napisach kojarzy się raczej z kinowymi koneserami albo kultowymi zapaleńcami, ma on źródło w czysto marketingowych praktykach producentów. Tak zwane "stingery" ukryte sceny – wywodzą się bowiem z umieszczanych na liście płac sloganów zapowiadających sequel. Z czasem, twórcy zobaczyli w nich narzędzie do zabawy z widzem – miejsce na zabawny epilog (czekający na taksówkę facet w "Czy leci z nami pilot?") albo puszczenie oka do odbiorcy (Moriarty w "Młodym Sherlocku Holmesie"). Obecnie obserwujemy próbę połączenia tych dwóch potencjałów: oddolna siła najwierniejszych fanów zaprzęgnięta w służbę strategii promocyjnej. "Stingery" coraz częściej wykorzystywane są do robienia szumu w rozmaitych "social networks" oraz budowania atmosfery wyjątkowości wokół danego obrazu. Nic dziwnego więc, że właściciele najgorętszych filmowych franczyz ostatnich lat – superbohaterów – przyjmują tę strategię z otwartymi ramionami. Dla Marvel Studios – filmowej stajni komiksowego giganta Marvel Comics "stingery" to coś więcej niż tylko zwiastuny kolejnych sequeli i spin-offów. To cegiełki zakrojonego na szeroką skalę projektu: budowy wspólnego filmowego uniwersum.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Zasada jest prosta: sprzedać każdego bohatera osobno, a potem wrzucić ich wszystkich do jednego filmu i "skasować" jeszcze raz za bilety. To plan dalekosiężny – na przyszły rok zapowiedziano premierę "Avengers", którzy zbiorą plony skrupulatnie zasiewane od czasu premiery "Iron Mana". Jeśli wszystko się uda, stężenie gwiazdorstwa na klatkę filmową będzie tam konkurowało chyba tylko ze stężeniem mięśni: o ocalenie świata i czas ekranowy będą walczyć m.in. Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Jeremy Renner, Scarlett Johansson oraz Samuel L. Jackson. Reguła mówiąca, że jeśli coś sprzedało się raz, sprzeda się i drugi, to jedno z pierwszych przykazań hollywoodzkiego producenta. Dotychczas jednak nie próbowano wprowadzać go w życie z taką konsekwencją. Mieliśmy już rozpisane na plany pięcioletnie sagi pokroju "Władcy Pierścieni" czy "Harry'ego Pottera" oraz wieloczęściowe i multiplatformowe molochy ("Gwiezdne Wojny", "Star Trek"), ale panowała tam wyraźna hierarchia fabularna, a kolejne odpryskowe "byty" miały osobny charakter. Tutaj odwrotnie: mimo że każdy z filmów to zamknięta opowieść, dla pełnego doświadczenia trzeba będzie zobaczyć wszystko. Równouprawnienie? Jeśli w obu częściach "Iron Mana" widzieliśmy tarczę Kapitana Ameryki walającą się w pracowni Tony'ego Starka, film o przygodach tegoż wyjaśni nam, skąd się tam wzięła. Wyobraźcie sobie, że nie tylko Harry Potter, ale również Ron, Hermiona, Snape i Hagrid mają własne cykle filmów, a tylko od czasu do czasu spotykają się razem w kolejnych odsłonach swoich wspólnych przygód...  


Generalny kryzys blockbusterów i serialowa ewolucja prowokują producentów do odważnych posunięć. W cenie są wielowątkowe fabuły rozpisane na zastęp postaci – a trudno o większe tasiemce niż komiksy superbohaterskie. Nie przypadkowo projekt "Avengers" powierzono serialowemu weteranowi Jossowi Whedonowi (m.in. "Buffy postrach wampirów" i "Firefly"). Komiksowi herosi przez dziesięciolecia swoich karier nabili taką liczbę odcinków, że zawstydziliby niejedną "Modę na sukces" (Superman debiutował w 1938 roku). Ale, co ciekawe, początkowo twórcy nie zaprzątali sobie głowy konsekwencją fabularną w takim stopniu jak dziś. Bohaterowie funkcjonowali w swoistym "ciągłym teraz", niezależnie od siebie nawzajem. Idea, by postacie spotkały się na kartach jednego komiksu, to wynalazek DC Comics (tych od Batmana, Supermana i Green Lanterna). Choć w literaturze pomysł ów znano co najmniej od czasów Balzaca (a może nawet i starożytnych Greków), jego potencjał w pełni wykorzystał dopiero największy konkurent DC – Marvel.

Stan, the man

Na początku lat 60. Stan Lee – scenarzysta na usługach nazywającego się jeszcze wówczas "Atlas Comics" wydawnictwa wpadł na szereg genialnych pomysłów. Po pierwsze, stworzył panteon postaci, które dziś warte są miliony dolarów: Spider-Mana, X-Men, Hulka, Thora, Daredevila i Fantastyczną Czwórkę. Po drugie, bezbłędnie wyczuł potrzeby kształtującej się wtedy nowej grupy odbiorczej – nastolatków i uczynił swoich bohaterów... niedoskonałymi. Prześladowani odmieńcy X-Men, rozdarty wewnętrznie Hulk czy nieśmiały uczniak Peter Parker ustanowili nowy typ komiksowego herosa, skrajnie różny od zaludniających świat DC półbogów pokroju Supermana, Wonder Woman czy Green Lanterna. Marvel zaproponował "bohaterów z sąsiedztwa", którzy mieszkali w Nowym Jorku (a nie w wyimaginowanym Metropolis, Gotham czy Coast City) i uosabiali atomową traumę tamtych czasów – ich moce były w większości efektem ubocznym radioaktywnego promieniowania. Po trzecie, Lee wprowadził w życie koncept wspólnego uniwersum. Idea, by bohaterowie odwiedzali się nawzajem, a wydarzenia z jednej serii miały bezpośredni wpływ na zajścia z drugiej i trzeciej, roztaczała bogate perspektywy ekonomiczne: żeby poznać całą historię, czytelnik musiał kupować jak najwięcej (z czasem stało się to kulą u nogi komiksów, owocując ich totalną hermetycznością). Nawet dziś, jeśli jakaś seria słabo się sprzedaje, remedium na podniesienie sprzedaży jest gościnny występ popularnej postaci - np. Wolverine'a. Wskutek takich praktyk poczciwy Rosomak jest chyba najbardziej zajętym bohaterem Marvela – nie sposób znaleźć serię, w której by się nigdy nie pojawił.

 

Stan Lee rozpropagował również oszczędny styl pracy twórczej, który zyskał miano "Metody Marvela". Polegał on na tym, że ilustrator, zamiast szczegółowego scenariusza, otrzymywał od pisarza tylko ogólny zarys fabuły. Z tego względu flagowe postacie Marvela i ich pierwsze przygody to w równym stopniu dzieło samego Lee, jak i rysowników: Jacka Kirby'ego czy Steve'a Ditko. Warto zauważyć, że "Iron Man" film wprowadzający nas w filmowe "wspólne uniwersum" Marvela powstawał w zbliżonych okolicznościach. Reżyser Jon Favreau rozpoczął zdjęcia tylko z surowym draftem; duża część dialogów powstała dopiero na planie, w wyniku zespołowych improwizacji, którym przewodził oczywiście Robert Downey Jr. Grupowy sposób pracy określa więc także i filmową "metodę" Marvela. Podczas gdy DC zatrudnia reżyserów o wyrazistym stylu, którzy odciskają na postaciach swoje autorskie piętno (Christopher Nolan, Zack Snyder), Marvel preferuje twórców o "mniejszych" nazwiskach (Jon Favreau, Joe Johnston, Louis Leterrier). Oprócz tego, że są tańsi, mają mniej rozrośnięte ego, co niewątpliwie ułatwia studiu nadzór nad wielopłaszczyznowym projektem (jak myślicie, dlaczego znany ze stylistycznego rozbuchania Darren Aronofsky po niecałych pięciu miesiącach zrezygnował z reżyserowania drugiej części "Wolverine'a")? Być może nadchodzące silne uderzenie z obozu DC – "Green Lantern" – będzie próbą przełamania tego podziału. Sądząc po zwiastunie, reżyserze (Martin Campbell) i obsadzie (Ryan Reynolds), DC celuje tym razem w lżejszy ton. Zanosi się na historię zwyczajnego gościa postawionego w niezwykłej, kosmicznej sytuacji. I choć postać Zielonej Latarni jest o 20 lat starsza od większości bohaterów Marvela, czuć tu ducha Stana Lee, na którym wyrosło m.in. Kino Nowej Przygody. 

 

Komiksowa rewolucja Lee znajduje zresztą liczne analogie w świecie filmu. Podobnie jak francuscy kinofile i amerykańscy niezależni odświeżyli w latach 60. formułę kina klasycznego – tak Lee przykroił w tym samym czasie koncept superbohatera do potrzeb nowej publiczności. Co więcej: tak, jak kinowa zmiana warty przetarła w Ameryce drogę tzw. Nowemu Hollywood, kładąc fundamenty pod kształt dzisiejszej Fabryki Snów, tak Lee w dużej mierze zdefiniował obecny charakter komiksowego imperium. Niczym George Lucas, przekuł on młodzieńczą fantazję na wielomilionowy znak towarowy. Dał tym samym impuls dla dalszej ewolucji gatunku – ekonomicznej i artystycznej. Dziś oba światy – komiksu i filmu – zawierają sojusz, a kolejne obrazy stają się swoistymi pomnikami upamiętniającym Stana Lee. Scenarzysta jest bowiem regularnym "wielkanocnym jajem" (tzw. "easter eggs" to ukryte w filmach nawiązania, smaczki dla najuważniejszych widzów) w filmach o przygodach bohaterów Marvela. Spostrzegawczy kinomani mogli rozpoznać go m.in. jako mężczyznę podlewającego trawnik w "X-Men 3", listonosza w "Fantastycznej Czwórce" czy nieszczęśliwą ofiarę radioaktywnego napoju w "Incredible Hulku". Nadchodząca lawina marvelowskich produkcji filmowych bez wątpienia da Stanowi kolejne szanse na podtrzymanie własnego dziedzictwa i puszczenie oka do fanów.  

Klęska urodzaju?

Ale co ma powiedzieć regularny widz? Już wobec "Iron Mana 2" wysuwano zarzuty, że przypominał bardziej wstęp do ciągu dalszego niż samodzielną fabułę. Wciąż nie pojawili się "Avengers", a na polu walki już jest ciasno – konkurencja rośnie w postępie geometrycznym. W tym roku zobaczymy jeszcze "X-Men: pierwszą klasę" i "Green Lanterna", a w produkcji są już kolejne filmy: "Amazing Spider-Man", "Man of Steel", "Dark Knight Rises", "Ghost Rider 2"... 

Problemem jest nie tylko klęska urodzaju. Nie dość, że przeciętny odbiorca nie odróżnia DC od Marvela, to prawa do poszczególnych postaci z tych samych światów spoczywają w rękach różnych studiów filmowych (np. Spider-Man to własność Columbia Pictures, a X-Men – 20th Century Fox). Dlatego też filmowe uniwersum Marvela już na starcie będzie nieco uboższe od papierowego; dogranie warunków między poszczególnymi studiami graniczyłoby bowiem z cudem. Co więcej, kolejne franczyzy są na bardzo różnych etapach rozwoju: cykl o Spider-Manie jest restartowany, a wzajemne relacje między poszczególnymi filmami z serii "X-Men" pozostają nie do końca jasne (przygotowywana przez Aronofsky'ego druga część "Wolverine'a" miała być niezależna od pierwszej; wciąż nie wiadomo, czy nadchodzące "X-Men: pierwsza klasa" to prequel czy reboot). Powstający właśnie "Ghost Rider 2" zapowiadany jest jako odświeżenie formuły pierwszego filmu – co ciekawe, w tej samej obsadzie i zaledwie kilka lat po pierwszej części. Ból głowy u osób niewtajemniczonych – gwarantowany. Ból tym większy, że już dziś brakuje prostego sposobu na rozróżnienie kolejnych inkarnacji herosów. Taką rolę mogliby spełniać aktorzy, ale obsadowe przesunięcia są coraz bardziej skomplikowane. Zrekonstruujmy dla przykładu krótką, ale burzliwą historię filmowych przygód Hulka. Najpierw – film Anga Lee z Erikiem Baną. Pięć lat później – nowa wersja. Reżyseria: Louis Leterrier, w roli zielonego osiłka: Edward Norton. Gościnnie pojawia się Robert Downey Jr. jako Tony Stark, co kładzie fundamenty pod występ bohaterskiego stwora w "Avengers". Ale w międzyczasie Norton rezygnuje z roli i trzeba go kimś zastąpić. W obrazie Jossa Whedona Hulkiem będzie więc Mark Ruffalo


Cóż, fani na pewno obejrzą wszystko i się nie pogubią. Pytanie, czy przeciętny widz znajdzie czas i ochotę na kolejne zmagania facetów w majtkach zakładanych na rajtuzy. Tego dowiemy się już wkrótce, ale pamiętajcie – jeśli wyjdziecie z kina przed końcem, przegapione sceny zawsze można obejrzeć na YouTube.
Udostępnij: