Relacja

PLUS CAMERIMAGE 2010 cz. I: Złoty Łabędź?

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/PLUS+CAMERIMAGE+2010+cz.+I%3A+Z%C5%82oty+%C5%81ab%C4%99d%C5%BA-67678
Czy łabędzie Aronofsky’ego upolują Złotą Żabę? Całkiem prawdopodobne. Film twórcy "Requiem dla snu" to jedna z najefektywniejszych i najefektowniejszych prób przekładu jednej sztuki na drugą w kinie ostatnich lat. 

Sezon na płazy otwarty. Kto wyłowi Złotą Żabę, kto zadowoli się kijankami? Tego dowiemy się dopiero w sobotę. Wtedy również przyjdzie pora na podsumowania, ocenę strategii organizatorów, wspomnienia z labiryntów bydgoskiej Opery i całą resztę pocztówek znad Brdy. Jest wtorek, godzina poranna, zima zła dostała swoje pięć minut i zrobiła takie hu-hu-ha, że nie ma zmiłuj, a za nami aż siedem projekcji konkursu głównego. Oprócz recenzowanych już na łamach Filmwebu "Essential Killing", "Nazywam się Khan" oraz "Incepcji", a także omawianego w relacji z wrocławskich Horyzontów "Wkraczając w pustkę", obejrzeliśmy "Czarnego łabędzia" Darrena Aronofsky’ego, "Kolejny rok" Mike'a Leigha i "Louisa" Dana Pritzkera (omówienie w kolejnej części relacji). Najciekawszym (co nie znaczy, że udanym) pokazem specjalnym okazał się z kolei "Skowyt" Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana.

Niecierpliwych uspokajam – pewne rzeczy w przyrodzie pozostają niezmienne. Darren Aronofsky pozostaje jednym z najuważniejszych kronikarzy ludzkich obsesji. Widzi w nich wieczny żywioł destrukcji, ale i kreacji. Obsesja prowadzi u niego do obłędu, ten zaś bywa tożsamy z geniuszem. W "Czarnym łabędziu" ulubiony motyw reżysera trafia na podatny grunt – jego utwór tematyzuje sztukę, która nie od dziś chadza z obłędem, geniuszem i obsesją pod rękę.

W "Czarnym łabędziu" podążamy śladami baletnicy Niny (Portman). Podążamy dosłownie, gdyż Aronofsky korzysta tu z technik wypróbowanych w "Zapaśniku" i subiektywizuje narrację, omiatając bohaterkę zamaszystymi panoramami lub "zawieszając" kamerę na jej barkach. Ścieżka, którą wydeptuje dziewczyna, wiedzie z domu do teatru. W miejscu pracy czeka na nią morderczy trening, w domu – apodyktyczna matka. Wytresowana dziewczyna panuje nad każdym ruchem i nad każdym gestem. Kompensując matce utraconą karierę, zamienia swoje ciało w precyzyjne narzędzie. I to właśnie obsesja perfekcji stanie się przyczyną jej zguby. Rozerotyzowany trener Leroy (Cassel) tłumaczy dziewczynie, że perfekcja to również umiejętność zatracenia się. Ale Nina, choć na parkiecie wylewa pot, krew i łzy, zatracić się nie potrafi. Gdy w zespole pojawi się wyzywająca Lily (Kunis), a stawką w grze stanie się angaż w otwierającym nowy sezon "Jeziorze łabędzim", będzie miała niewiele czasu, by zrzucić białe piórka i dać się uwieść czarnemu łabędziowi.  


"Wstręt" i "Mucha", Polański i Cronenberg. Dwa filmy i dwa nazwiska, z którymi w pierwszej kolejności kojarzy się fantastyczny utwór Aronofsky’ego. Niezwykła emocjonalna intensywność – efekt reinterpretacji klasycznych horrorowych chwytów – to domena Polańskiego. Z kina Cronenberga, pożyczył Aronofsky pojemną metaforykę rozpadu ciała. To oczywiście nie wszystkie tropy – toksyczna relacja między matką i córką przywodzi na myśl "Pianistkę" Elfriede Jelinek, w tle zaś pobrzmiewa nuta feministycznych shockerów w stylu "W mojej skórze" Mariny de Van. O wielkości artysty nie świadczy jedynie to, że w oparciu o rzeczone nawiązania buduje autonomiczny język. I nawet nie to, że czytane w psychoanalitycznym kluczu dzieło nie rozpada się jak domek z kart. Dawno nie widziałem jednak filmu, który w tak kompletny i fascynujący sposób przekładałby jeden artystyczny język na drugi i opowiadał za pomocą obrazu o czymś, możliwym do uchwycenia tylko w tańcu. W balecie Aronofsky’ego nie ma charakterystycznego dla kina o sztuce upajania się pięknem spektaklu, kontemplowania przedstawienia jako całości. Reżysera nie interesuje bowiem całość, lecz detal. Spektaklu nie oglądamy z perspektywy widowni. Kamera szusuje między wykonawcami, zdejmuje ich w zbliżeniach i półzbliżeniach, panoramuje jak szalona, kręci piruety. Operator Matthew Libatique odarł sztukę baletową z kiczu i wyciągnął na wierzch źródło jej erotycznej siły – ruch. Nie trzeba tu nawet kapitalnej sceny lesbijskiego seksu, by uczynić "Czarnego łabędzia" najgorętszym filmem ostatnich lat.
 
To, co udało się Aronofsky’mu, nie wyszło jednak Epsteinowi i Friedmanowi w "Skowycie", opowiadającym o legendzie beat generation, Allenie Ginsbergu. Szkoda, że twórcy nic nie robią sobie z przestrogi wygłaszanej na ekranie przez uniwersyteckiego profesora. "Nie da się przełożyć poezji na prozę" – mówi naukowiec. Tymczasem reżyserzy nie ustają w wysiłkach, by tego cudu dokonać. Gwoździem do trumny stylizowanego na dokument filmu jest rozbudowana animowana sekcja, w której poezja Ginsberga zostaje łopatologicznie transkrybowana na ciąg obrazów, najczęściej na zasadzie banalnych skojarzeń. Ten zabieg szkodzi filmowi bardziej niż zamknięcie fabuły w ramach sądowej rozprawy o obrazę obyczajów, będącej w istocie festiwalem komunałów i apologią neoromantycznego modelu artysty. Odgrywany z wdziękiem przez Jamesa Franco bitnik mówi: "Nigdy nie było czegoś takiego jak beat generation,  byliśmy tylko bandą kolesi, którzy chcieli być opublikowani". Skąd więc te przemyślane koncepcje sztuki literackiej? Skąd ten cały mitotwórczy zapał?

Napisać, że w nowym filmie Mike’a Leigha dominują dialogi, to jak stwierdzić, że w pornosach dominują sceny łóżkowe. Bohaterowie – starsze małżeństwo, ich syn oraz przyjaciele domu – rozmawiają tu bez końca, a z ich dyskusji wynika niewiele. Na szczęście nie musi. Zaś fakt, że "Kolejny rok" nie sprawdziłby się jako słuchowisko, jest największym komplementem dla reżysera. Bez rybiego wzroku Ruth Sheen, bez kolejnych westchnień Jima Broadbenta i histerycznego rozedrgania Lesley Manville nie byłoby historii samotności tak silnej, że nie ukoi jej nawet ciepełko domowego ogniska (zwłaszcza jeśli miejsca przy tym ognisku nie gwarantują więzy krwi). I choć subtelność w portretowaniu relacji między bohaterami idzie u Brytyjczyka w parze z wyczuciem tragikomicznej konwencji, nie zmienia to faktu, iż umieszczenie filmu w konkursie głównym jest lekkim nieporozumieniem. Odpowiadające podziałowi fabuły na cztery segmenty (pory roku), adekwatne tonacje kolorystyczne to niezbyt wyrafinowany zabieg, a że reszta jest estetycznie przezroczysta, trudno porównywać ten utwór zarówno z eklektyczną "Incepcją" jak i formalistycznym "Wkraczając w pustkę".
Ciąg dalszy na pewno nastąpi…