Artykuł

Kino jako talent show

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Kino+jako+talent+show-95010
Kino chętnie opowiada o ludziach obdarzonych talentem artystycznym. Wiąże się z tym twórcze wyzwanie: jak atrakcyjnie i przekonująco przedstawić na ekranie pozafilmowe pasje i talenty aktorów?

Najoczywistszym rozwiązaniem wydaje się angażowanie do ról osób, które faktycznie dysponują talentem artystycznym potrzebnym do uwiarygodnienia kreowanej postaci. Jeśli, dajmy na to, kręcimy "Białe noce", to obsadzamy w roli wybitnego tancerza Michaiła Barysznikowa. Jeśli szukamy dla niego partnera, oczywistym wyborem jest dla nas amerykański wirtuoz parkietu Gregory Hines, który regularnie grał tancerzy w kinowych i telewizyjnych produkcjach lat 80. i 90. (wcielił się między innymi w legendę stepowania Billa "Bojanglesa" Robinsona, rekonstruując i wykonując jego spektakularne układy choreograficzne)

Wiele gwiazd kina zawdzięcza karierę nie tyle aktorskiemu warsztatowi, co właśnie zdolnościom wokalno-tanecznym. Demonstrowaniu takich talentów sprzyja zwłaszcza udział w filmowych musicalach i produkcjach muzycznych. Gatunki te okazały się trampoliną do sławy sporej grupy artystów estrady, którzy wykorzystali medium kina jako scenę dla popisów śpiewu i tańca. Przykładem mogą być tutaj Judy Garland, Fred Astaire i Ginger Rogers, Gene Kelly, Elvis Presley, Barbra Streisand, Liza Minnelli, John Travolta, Olivia Newton-John, Jennifer Lopez, Zac Efron, Vanessa Hudgens, Channing Tatum. Są to gwiazdy, które, mówiąc delikatnie, niekiedy nie bronią się pod względem aktorskim, natomiast wypadają czarująco i sugestywnie, gdy używają swojego niewątpliwego talentu wokalnego i tanecznego. Zdolności te, a także aparycja, osobowość i charyzma rzecz jasna, pozwalały im błyszczeć na ekranie. Ich talent przede wszystkim, a w mniejszym stopniu fabuła czy postaci, były budulcem ekranowego widowiska.

W historii kina trudniej znaleźć sytuacje, w których znaczące role wirtuozów muzycznych kreowali uznani instrumentaliści. Tak było choćby w przypadku "Błękitnej nuty" Andrzeja Żuławskiego, gdzie w postać Fryderyka Chopina wcielił się światowej sławy pianista Janusz Olejniczak. Niedawno z powodzeniem zadebiutował kreacją muzyka w filmie "Mój rower" wybitny jazzman Michał Urbaniak. Z kolei w przygotowywanej obecnie biografii Jimiego Hendrixa "All Is by My Side", w której ze względu na brak zgody właścicieli praw do nagrań nie usłyszymy prawdopodobnie żadnego oryginalnego utworu artysty, w roli genialnego gitarzysty występuje Andre 3000 z cenionej grupy OutKast. Przykłady te skłaniają do wniosku, że pokazanie w filmie autentycznych i profesjonalnych wykonań muzyki odbywać się musi kosztem udziału w tych scenach gwiazd kina.


Problem jest oczywiście szerszy i sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, jak prezentować talent artystyczny bohatera, gdy grający go aktor takowych zdolności nie posiada. Wyjściem jest oszukiwanie widza. Wystarczają do tego proste zabiegi operatorskie i montażowe. W jednej scenie robimy zbliżenie na dłonie wykonawcy z maestrią wydobywającego dźwięki z instrumentu, w następnej umieszczamy ujęcie twarzy grającego, przeważnie w stanie uniesienia. W ten sposób powstać może złudzenie, że gwiazdy kreujące role artystów muzyków potrafią biegle grać na instrumentach. Dla przykładu, dłonie wspomnianego wcześniej Olejniczaka pojawiają się w scenach fortepianowej gry Piotra Adamczyka w filmie "Chopin. Pragnienie miłości" czy Adriena Brody’ego w "Pianiście". "Dublerów dłoni" spotkać można również w filmach o wybitnych plastykach. Odtwarzających ich aktorów widzimy zwykle, jak nanoszą na swoje płótna parę niewyraźnych kresek lub maźnięć. W kolejnych scenach oglądamy już bardziej zaawansowane fazy pracy nad obrazem. Jednym z nielicznych filmów, gdzie możemy śledzić sam proces malowania znanego dzieła sztuki w wykonaniu aktorskiej gwiazdy jest "Pollock" z Edem Harrisem w tytułowej roli. No ale tutaj mamy do czynienia z biografią reprezentanta ekspresjonizmu abstrakcyjnego.

Iluzję muzycznej wirtuozerii aktorzy budują często poprzez imitowanie gry na instrumentach. Dooley Wilson, wcielający się w bodaj najsłynniejszego filmowego pianistę, Sama w "Casablance", był w rzeczywistości doświadczonym piosenkarzem i perkusistą. Sztuki gry na fortepianie jednak nie opanował, więc w scenach, które wymagały od niego tej umiejętności, naśladował ruchy pianisty wykonującego utwory poza obiektywem kamery. Perfekcyjnie imitował grę na fortepianie Geoffrey Rush, gdy w swojej Oscarowej kreacji w "Blasku" portretował słynnego pianistę Davida Helfgotta. Denzel Washington i Wesley Snipes, grający w "Mo’ Better Blues" Spike’a Lee odpowiednio trębacza i saksofonistę, osiągnęli w imitowaniu gry na tych instrumentach taką doskonałość, że na ekranie potrafili naśladować wykonywanie skomplikowanych jazzowych improwizacji.

Słynnym aktorom zdarzało się także śpiewać nie swoim głosem. Korzystanie z dublerów wokalnych było powszechną praktyką w klasycznym okresie kina. Nawet uzdolniona piosenkarka, jak Rita Hayworth, w niektórych filmach jedynie markowała śpiew. Z najbardziej kuriozalną sytuacją mieliśmy do czynienia w "Deszczowej piosence", opowiadającej o konsekwencjach rewolucji dźwiękowej w kinie. Jednym z głównych wątków musicalu jest historia ambitnej dziewczyny użyczającej swego talentu wokalnego i głosu gwieździe ekranu pozbawionej słuchu muzycznego i dobrej dykcji. Sęk w tym, że grająca dublerkę Debbie Reynolds również wspomagała się w tej roli wokalną dublerką…

We współczesnych produkcjach dublerzy wokalni pojawiają się rzadziej. Ich funkcje spełniają po prostu oryginalne nagrania utworów artystów portretowanych w filmach. Marion Cotillard jako Edith Piaf, Tomasz Kot jako Ryszard Riedel czy Joanna Moro jako Anna German  - wszyscy markują wykonywanie piosenek, które słyszymy w pierwotnych, autorskich wersjach. Zdobyte za wymienione kreacje prestiżowe nagrody (Cottilard uhonorowano m.in. Oscarem) oraz uznanie publiczności świadczą o tym, że takie rozwiązanie nie budzi kontrowersji, a może być potraktowane jako swoisty hołd dla wokalisty.

Możliwości pozorowania wybitnych zdolności artystycznych aktorów w filmie poszerzają się dzięki rozwojowi efektów specjalnych. Głośno było niedawno o dyskusjach towarzyszących laurom, jakie zdobyła Natalie Portman za kreację baletnicy w "Czarnym łabędziu". Aktorka poświęciła mnóstwo czasu i wysiłku, by osobiście wystąpić w jak największej liczbie scen tańca i do minimum ograniczyć - i tak konieczny - udział dublerek, czyli zawodowych baletnic. Technologia komputerowa pomogła wygenerować twarz Portman w ujęciach, w których tańczą jej dublerki. Kiedy sprawa została podana do wiadomości publicznej, rozpoczęły się spekulacje: w jakim stopniu talent baletowy samej Portman faktycznie obecny jest na ekranie?

Podobne pytania są zwykle dla aktorów kłopotliwe. Pośród współczesnych gwiazd kina zauważalna jest zatem tendencja do odrzucania pokus i metod "symulowania" zdolności artystycznych wymaganych przez rolę. Aktorzy wolą poddać się mozolnym ćwiczeniom i w jakimś stopniu rozwinąć potrzebne na planie umiejętności. Te następnie demonstruje się w dalszych planach i długich ujęciach, aby eksponować wykonawców i nie dawać widzowi okazji do podejrzeń o pomoc ekipy technicznej. Odwrotną poetykę przyjęto w "Kochaj i tańcz", gdzie szybki rytm narracji, gwałtowne cięcia i bliskie plany właściwie uniemożliwiają zobaczenie choćby krótkiej sekwencji tańca. Zamiast tego przed naszymi oczami przewijają się statyczne ujęcia figur tanecznych z niewyraźnymi sylwetkami wykonawców.

Dążenie do wiarygodności jest jednym ze źródeł problemów z realizacją zapowiadanych od lat biografii Freddiego Mercury’ego i Franka Sinatry. Odtworzyć choćby namiastkę talentu takich gigantów estrady ciężko będzie nawet najbardziej zdeterminowanym i uzdolnionym muzycznie gwiazdom kina. Są to jednocześnie projekty zbyt prestiżowe, by w głównych rolach obsadzić kogoś mniej znanego czy posłużyć się wokalnym dublerem. Mający zagrać lidera grupy Queen Sacha Baron Cohen podobno już intensywnie doskonali głos i zmierzy się z utworami zespołu. Faworyzowany kandydat do roli Sinatry w planowanym przez Martina Scorsese filmie, czyli Leonardo DiCaprio, miał natomiast udowodnić reżyserowi, że da radę zaśpiewać na ekranie. W Internecie krążą sprzeczne doniesienia, czy podołał.


Dla większości widzów zapewne nie ma znaczenia, że Ali MacGraw dla jednej sceny w "Love Story" nauczyła się grać na klawesynie (choć tylko dwudziestosekundowy fragment). Trudniej jednak zachować obojętność wobec wyczynu Toma Cruise’a, który przez kilka miesięcy szkolił się wokalnie, by w "Rock of Ages" wykonać - z powodzeniem, dodajmy! - wymagające dużej skali głosu piosenki "Paradise City” Guns N’ Roses czy „I Want to Know What Love Is” Foreigner. Męska część widowni prawdopodobnie przyklaśnie zaangażowaniu i wrażliwości społecznej aktorek, które przygotowując się do ról striptizerek w różnych produkcjach (Demi Moore, Penelope Cruz, Jessica Biel, Olivia Wilde) konsultowały się i trenowały pod okiem autentycznych tancerek toples z nocnych klubów.

Z nutą ironii podaje te przykłady, ponieważ osiąganie przez gwiazdy biegłości w jakiejś dziedzinie sztuki staje się obecnie ważnym elementem marketingu filmu. Rozwijanie zdolności artystycznych przez gwiazdy dla dobra filmu lansowane jest jako zwieńczona sukcesem historia pokonywania własnych ograniczeń. Czasem bywa to nawet bardziej intrygująca opowieść od tej snutej na ekranie. Weźmy "Raya". To przyzwoita, ale przewidywalna filmowa biografia. O wiele ciekawsze są materiały z produkcji filmu, gdy widzimy, jak Ray Charles stara się przekazać kreującemu go Jamiemu Foxxowi istotę własnego talentu.

Kiedy sławy w rodzaju Prince’a ("Purpurowy deszcz", "Zakazana miłość", "Graffiti Bridge") czy Beyonce ("Dreamgirls", "Cadillac Records") flirtują z kinem, domyślamy się, że filmy z ich udziałem będą spektakularnymi, pełnometrażowymi teledyskami. Szczególnej satysfakcji z obcowania z jakąś formą talentu artystycznego na ekranie doznajemy jednak wówczas, gdy towarzyszy mu dramaturgia i zaskoczenie. Filmy z ostatnich lat pozwalały nam wielokrotnie poczuć się odkrywcami zdolności wokalnych, muzycznych i tanecznych zarówno gwiazd, jak i aktorów mało znanych.

W przedstawianiu umiejętności śpiewu, tańca czy gry na instrumentach, zaznacza się we współczesnym kinie jeszcze jedna, fascynująca tendencja. Otóż w filmach wymagających talentu wokalno-tanecznego aktorów ze względu na musicalową konwencję bądź też w filmach podejmujących wątek talentu w fabule coraz częściej talent… nie uobecnia się.

Nie trzeba mieć słuchu absolutnego czy być instruktorem tańca, by zorientować się, że gwiazdy filmów "Wszyscy mówią: kocham cię", "Moulin Rouge", "Chicago", "8 kobiet", "Romanse i papierosy", "Sweeney Todd", "Mamma Mia" czy "Nędznicy" śpiewają i tańczą co najwyżej poprawnie. Twórcy kompromitują tutaj zatem "powagę talentu" i dążą do jak najwierniejszego zarejestrowania przeciętnych uzdolnień aktorów (w musicalu Toma Hoppera piosenki wykonywano i nagrywano na planie zdjęciowym). Ekranowy świat staje się przez to umowny, a postaci nabierają bardziej "ludzkiego" wymiaru. Także bohaterowie nowych produkcji są często świadomi faktu, że nie mają specjalnych uzdolnień wokalnych lub tanecznych. Nie przejmują się tym jednak. Obnażają swój brak talentu, by ratować ukochanych, albo czerpią radość z samej możliwości ekspresji za pomocą śpiewu czy ruchu. Przykłady w rodzaju "Poradnika pozytywnego myślenia" pokazują, że w kinie najnowszym talent artystyczny bywa przedstawiany jako coś nieosiągalnego i niepotrzebnego do szczęścia. Bardziej liczy się spontaniczność, dystans do siebie i nieskrępowana ekspresja.
Udostępnij: