Artykuł

Nekrobiznes w Dolinie Niesamowitości

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Nekrobiznes+w+Dolinie+Niesamowito%C5%9Bci-82983
Kino jest dzisiaj jak Jezus Chrystus. Przy pomocy efektów specjalnych umie już nie tylko zamienić wodę w wino i rozmnożyć chleb, ale także pokonać śmierć. Cuda Hollywoodu budzą jednak w równym stopniu zachwyt co wątpliwości. Zwłaszcza, gdy do akcji wkraczają najnowsze technologie.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: w 2013 roku do kin trafia film, którego gwiazdami są Marilyn Monroe, Humphrey Bogart i James Dean. Nie, reżyser nie zatrudnił w głównych rolach sobowtórów. Obyło się też bez rozkopywania grobów. Boskiej MM znowu podwinie się sukienka, Bogie zapali papieroska, a błyszczący od brylantyny Dean będzie się buntował bez powodu. Ściema? Jak mawiają fachmani od reklamy: niemożliwe staje się możliwe.

  

W grudniu 2010 roku Filmweb donosił, że George Lucas zaczął kupować prawa do wizerunków martwych legend kina. Wszystko po to, by przy pomocy najnowszych technologii komputerowych "ożywić" je na ekranie. Choć news okazał się ostatecznie dziennikarską kaczką, specjaliści potwierdzili, że X Muza posiada aktualnie wszystkie narzędzia konieczne do nekrokinofilii.

Kino jest jak Jezus Chrystus. Przy pomocy efektów specjalnych umie już nie tylko zamienić wodę w wino i rozmnożyć chleb, ale także pokonać śmierć. Gdy ludzie widzą cud, mają w zwyczaju klękać i wznosić ręce do modlitwy. Cuda Hollywoodu budzą jednak w równym stopniu zachwyt co wątpliwości. Czy filmowcy mają prawo wykorzystywać wizerunki nieżyjących gwiazd? Czy różni się to w jakikolwiek sposób od umieszczania podobizn Che Guevary na koszulkach dla  lewackiej młodzieży przesiadującej w drogich knajpach? Dlaczego znane "fejsy" nie mogą należeć tylko do ich posiadaczy, a po pogrzebie powędrować na zawsze z resztą zwłok sześć stóp pod ziemię? Czasami odnoszę wrażenie, że bossowie z Los Angeles nie wiedzą jeszcze do końca, jak najlepiej zagospodarować najnowsze technologie. Cytując Marka Zuckerberga z "Social Network": Nie wiemy, jak to się potoczy. Nie wiemy, w co się przekształci. Wiemy jednak, że to jest cool.

Pierwszy raz poczułem, że kino może już pokazać wszystko, kiedy oglądałem "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Jeszcze dziesięć lat temu  najtęższe umysły w Warner Bros. głowiły się nad tym, jak rozwiązać problem młodniejącego bohatera filmu. Próbowano obsadzać w jednej roli kilku podobnych do siebie aktorów w różnym wieku, a także eksperymentowano z charakteryzacją. Ambitnemu zadaniu nie podołali ani Steven Spielberg, ani Agnieszka Holland, ani Spike Jonze.  Aż pewnego dnia pojawił się  Steve Perlman – wcześniej jeden z głównych bossów Microsoftu i Apple'a – by zaprezentować wytwórni rewolucyjny patent zwany Mova Contour. Dzięki niemu reżyser David Fincher mógł cyfrowo skopiować twarz Brada Pitta, odpowiednio ją "wyretuszować", a potem w postprodukcji przenieść na ciała sześciu innych aktorów występujących na planie zdjęciowym. W ten sposób zarówno Button-staruszek, jak i Button-młodzieniaszek wyglądali tak, jakby grał ich gwiazdor, tyle że bez dwóch kilogramów plasteliny na twarzy. Twórcy Mova Contour słusznie dostali za swoją pracę Oscara. Nominacji doczekał się również Pitt. Pytanie tylko, czy nie powinien podzielić się splendorem razem z pozostałymi odtwórcami roli Buttona? Czy należy ich traktować wyłącznie jako "korpusy" dla głowy Pitta, czy też wnieśli istotny wkład aktorski w realizację?



Moje wątpliwości wydadzą się jeszcze bardziej zasadne, gdy przypomnimy sobie kolejny film Finchera – wspomniany już "Social Network". Twórca "Siedem" wykorzystał w nim Mova Contour, aby obsadzić role braci Camerona i Tylera Vinklevossów – mierzących po 195-centymetrów i ważących 100 kilogramów bliźniaków należących do drużyny wioślarskiej. Angaż otrzymali Armie Hammer i Josh Pence. Jednak po wyjściu z kina pamiętaliście tylko tego pierwszego, ponieważ jego facjata została zeskanowana i przeniesiona na ciało Pence'a. Efekt? Hammera zobaczymy za kilka dni u boku Julii Roberts w "Królewnie Śnieżce". Z kolei w przyszłym roku do kin trafi kosztujący 200 milionów dolarów "Lone Ranger", gdzie będzie drugą główną gwiazdą po Johnnym Deppie. A Pence? W "Battleship" pojawi się jako kucharz pokładowy, zaś w "Mroczny rycerz powstaje" wcieli się w trzecioplanową rolę młodego Ra's Al Ghula. Hollywood is brutal and full of zasadzkas.



W filmach Finchera efekt Mova Contour prezentuje niesamowicie. Chyba nawet najbardziej wyrobiony widz nie jest w stanie odróżnić tego, co "żywe" od drobiazgowej pracy grafików. Niestety, nie wszyscy hollywoodzcy reżyserzy mają taką gwardię, o czym najlepiej świadczy przykład disneyowskiego "Trona: Dziedzictwo". Przypomnijcie sobie tylko, jak wyglądał szwarccharakter Clu, czyli odmłodzona wersja Jeffa Bridgesa. Oglądając go, najprawdopodobniej doświadczyliście wrażenia "uncanny valley", czyli Doliny Niesamowitości. Termin ten odnosi się do teorii, zgodnie z którą "robot, rysunek lub animacja komputerowa wyglądający bądź funkcjonujący podobnie (lecz nie identycznie) jak człowiek, wywołuje u obserwatorów nieprzyjemne odczucia, a nawet odrazę" (cytuję za Wikipedią).

Opisane powyżej efekty bazują na dużo starszej technologii motion capture. Z grubsza polega ona przechwytywaniu trójwymiarowych ruchów aktorów i zapisywaniu ich przez komputer. Na planie zdjęciowym odtwórcy ról ubrani są w obcisłe kostiumy naszpikowane elektronicznymi czujnikami, które rejestrują pracę dosłownie każdego mięśnia. Później na bazie tych danych graficy tworzą animację.

Pierwszą pełnometrażową produkcją zrealizowaną w stu procentach przy użyciu motion capture było "Final Fantasy" z 2001 roku. Jeszcze przed premierą twórcy tej amerykańsko-japońskiej ekranizacji gier komputerowych zapowiadali rewolucję: pierwszy raz animacja miała być tak doskonała, że widz nie byłby w stanie odróżnić jej od filmu aktorskiego. Obiecanki-cacanki, a publiczności... agresja. "FF" okazało się niemal dwugodzinną wycieczką gałek ocznych po Dolinie Niesamowitości. W efekcie kosztujący 137 milionów dolarów obraz z trudem uzbierał w kinach na całym świecie 85 milionów.

 
"Beowulf"

Do perfekcji motion capture doprowadzić postanowił Robert Zemeckis. Na dobry początek otrzymał od wytwórni Warner Bros. 165 milionów dolarów. Jednak zrobiony za nie "Ekspres polarny", a potem "Beowulf" i "Opowieść wigilijna" cierpiały na tę samą przypadłość: wyglądały niemal doskonale, czyli sztucznie jak diabli. Widzowie woleli oglądać "tradycyjne" komputerowe animacje Pixara, zamiast doszukiwać się podobieństwa między zgrzybiałym starcem w szlafmycy a Jimem Carreyem. Zemeckis planował jeszcze nakręcić w motion capture "Żółtą łódź podwodną" z piosenkami Beatlesów, ale po zawstydzającej klapie "Matek w mackach Marsa" (39 milionów zarobku przy 150-milionowym budżecie) Disney zakręcił kurek z dolarami. Autor "Powrotu do przyszłości" podjął wówczas słuszną decyzję o powrocie na łono kina aktorskiego. I znów wyrasta przed nami znak zapytania: czy "Final Fantasy" i ostatnie dzieła Zemeckisa należy traktować  jako pełnowartościowe filmy, czy raczej nieudane eksperymenty technologiczne? Czy według ich scenariuszy nie lepiej byłoby nakręcić obrazy z "żywymi" aktorami? Nie dość, że oglądałoby się je znacznie przyjemniej, to jeszcze miałyby szanse na sukces  finansowy.

Z motion capture mógł się zmierzyć jeszcze jeden człowiek. Król, który po kilkunastu latach milczenia zamierzał ponownie namieszać w box offisie. Mowa, oczywiście, o Jamesie Cameronie. Jego "Avatar" to nawet nie krok, a siedmiomilowy skok w dziedzinie motion capture. Jeszcze w żadnym innym filmie przerośnięty błękitny kosmita z ogonem nie wyglądał tak realistycznie. Wsparty okularami 3D odbiorca mógł dokładnie przyjrzeć się nie tylko każdej kropelce potu na czole bohatera, ale nawet dostrzec najdrobniejsze bruzdy na policzkach. Uwikłani w konflikt rodem z Szekspira Cameronowscy Na'Vi byli czymś więcej niż tylko dziećmi procesora i karty graficznej.  Kibicowaliśmy im, gdy walczyli o swój księżyc, i roniliśmy łzy nad każdymi niebieskimi zwłokami.


"Władca Pierścieni"

Mistrzem kreacji aktorskich w motion capture jest Andy Serkis. W ubiegłym wieku znali go jedynie najbardziej zagorzali fani brytyjskiej kinematografii oraz teatru. Gdy jednak użyczył ciała i głosu psychotycznemu hobbitowi Gollumowi we "Władcy Pierścieni", usłyszał o nim cały świat. Ostatnio mogliśmy go zobaczyć w "Genezie planety małp", gdzie wcielił się w przywódcę rewolty przeciwko ludzkości, szympansa Ceasara. To znakomita, przejmująca rola, oparta w całości na grze ciała i spojrzeniach. Wytwórnia 20th Century Fox próbowała nawet zawalczyć w tym roku o nominację do Oscara dla Serkisa. Gdyby się udało, Hollywood stanęłoby w obliczu kolejnej rewolucji. Aktorzy grający w motion capture nie byliby już traktowani jako narzędzia grafików komputerowych. Z tworzywa staliby się twórcami. Promujący na każdym kroku cyfrową technologię Serkis twierdzi: Gadam jak kaznodzieja, wiem. Ale praca w motion capture jest nadal nierozumiana. Minęło dziesięć lat, a ludzie mówią: "Ach, więc podkładałeś głos Gollumowi" albo: "Poruszałeś się za Konga". To strasznie frustrujące, bo ZAGRAŁEM Golluma i ZAGRAŁEM Konga. To aktorstwo.

Widzowie bardzo często zapominają, że za każdym ekranowym cudem na pierwszym miejscu stoi człowiek, a nie maszyny. Ale spokojnie. Za jakiś czas publiczność i oscarowa akademia wreszcie to zrozumieją.

Udostępnij: