Artykuł

Uwięzieni w high schoolu

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Uwi%C4%99zieni+w+high+schoolu-88898
Jedną ze specyficznych cech amerykańskiej popkultury jest zafiksowanie na okresie liceum, czy też – używając amerykańskiej terminologii – high schoolu. Jest on nie tylko miejscem, w którym osadzona jest akcja setek filmów, seriali telewizyjnych i książek, ale także punktem odniesienia dla bohaterów licealnych narracji w późniejszym życiu.

Jeśli wierzyć kulturowym świadectwom okres między 16 a 18 rokiem życia wydaje się dla amerykańskiej kultury i Amerykanów absolutnie kluczowy, formacyjny, zostawia najbardziej intensywne wspomnienia i najboleśniejsze blizny. A ze względu na ekspansywność i zasięg amerykańskiej popkultury wszyscy czujemy się uczniami amerykańskiego ogólniaka.

 
"Jezioro marzeń"

Choć – oczywiście – nie tylko kinematografia amerykańska produkuje filmy rozgrywające się w szkole średniej, to tylko ona wypracowała osobny gatunek filmu licealnego. Na liście 50 najlepszych filmów licealnych sporządzonej przez "Entartaiment Weekly" są tylko dwa nieamerykańskie filmy: brytyjski "Harry Potter i czara ognia" oraz australijska "Randka na przerwie" (1991). Gatunek ten w dodatku wyraźnie, niemal od samego początku rozszerza się. Nie tylko ilościowo (licząc sumę wyprodukowanych w nim filmów), ale i jakościowo, łącząc się z innymi gatunkami i wchłaniając pochodzące z nich motywy, postacie, ikony. Czasem ma się wrażenie, że film szkolny stał się – zwłaszcza w ostatnich latach – swoistym odkurzaczem "zasycającym" wszystko wokół niego, od tradycyjnych "dorosłych" gatunków (horror wampiryczny, kryminał), przez klasykę literatury światowej (licealne wersje "Niebezpiecznych związków", "Poskromienia złośnicy", "Otella"), po klasykę kina (osadzony w high schoolu remake "Fatalnego zauroczenia"). O czym to świadczy?  O infantylizacji popkultury i ograniczeniach młodej widowni, która nie jest w stanie zaangażować się w żadną historię, która nie rozgrywa się w najbliższym jej, czyli szkolnym otoczeniu? Z pewnością też, ale nie tylko. Ekspansja filmu licealnego niesie ze sobą o wiele bogatsze konteksty.

Początki

By je naświetlić, zróbmy krok wstecz, ku początkom gatunku. Choć  wspomniana lista wśród najważniejszych filmów licealnych wymienia także kilka obrazów z lat 50. i 60. (między innymi… "Buntownika bez powodu"), to gatunek filmu licealnego pojawia się w latach 70., a naprawdę silną pozycję zdobywa w kinie od lat 80., aż do dziś.

 
"Buntownik bez powodu"

Jeśli wierzyć amerykańskiemu filmoznawcy Rickowi Altmanowi, każdy gatunek filmowy przechodzi przez prosty schemat rozwoju: najpierw faza kształtowania się gatunkowych schematów; potem okres klasyczny, gdy gatunek występuje w najczystszej formie; po nim następuje okres sublimowania gatunkowych form i motywów; wreszcie dwa ostatnie okresy – gdy gatunek zwraca się przeciw samemu sobie i gdy zyskuje samoświadomość, zaczyna grać elementami ze wszystkich potrzebnych etapów, wreszcie łączy się z innymi gatunkami, ulega hybrydyzacji. Na przykładzie westernu moglibyśmy zilustrować to ciągiem tytułów "Napad na ekspres", "Dyliżans", "W samo południe", "Człowiek zwany Koniem", "Szybcy i martwi", "Kowboje i obcy".

W przypadku filmu szkolnego ten schemat trochę się odkształca. W latach siedemdziesiątych mamy zapowiadające gatunek, wysokoartystyczne dzieła, takie jak "Ostatni seans filmowy" Petera Bogdanovicha czy "Amerykańskie graffiti" George’a Lucasa, które do klasycznych filmów licealnych z lat 80. mają się trochę tak jak "Ojciec chrzestny" czy "Dawno temu w Ameryce" do klasycznego kina gangsterskiego z lat 30. To porównanie z obrazami Coppoli i Leone nasuwa się o tyle mocniej, że – w przeciwieństwie do większości późniejszych filmów licealnych – te dwa obrazy utrzymane są w nostalgicznym kluczu, zwracają się ku przeszłości (Bogdanovich lat 50., Lucas wczesnych 60.), która już na zawsze została utracona, może być tylko i wyłącznie obiektem nostalgicznej kontemplacji.

Dzieci Reagana i kontrkultury

Ten nostalgiczny ton znika z filmu licealnego lat 80. – dekady, kiedy to gatunek ten tak naprawdę się rodzi i przeżywa swój pierwszy rozkwit, przede wszystkim za sprawą produkcji Johna Hughesa. Konwencja jest prosta: grupa nastolatków zamknięta w rządzącym się swoimi prawami i hierarchiami świecie szkolnej społeczności zmaga się ze swoimi problemami: niską pozycją w grupie rówieśniczej, dojrzewaniem, nieumiejętnością porozumienia się z rodzicami, brakiem pomysłu na to, co robić po szkole, seksualno-romantycznymi perypetiami właściwymi dla okresu dojrzewania. Już w latach osiemdziesiątych pojawiają się też typowe dla konwencji postacie (które ostatecznie utrwalą się w następnej dekadzie): popularny sportowiec uwielbiany przez kolegów i najbardziej atrakcyjne dziewczyny; prześladowany kujon (nerd); zbuntowany, trzymający się na uboczu "zły chłopak"; atrakcyjna i popularna dziewczyna na ogół spotykająca się ze sportowcem; zakompleksiona i towarzysko niespecjalnie atrakcyjna wzorowa uczennica; szkolny wesołek. Wszyscy mają przypisane przez gatunek miejsca i potencjalne trajektorie ruchu na szkolnej szachownicy.

 
"Amerykańskie graffiti"

Dlaczego kino tak silnie weszło do szkoły właśnie w tej dekadzie? By odpowiedzieć na to pytanie, należy przyjrzeć się szerszemu tłu popularnego kina amerykańskiego lat 80. Dominują w niej dwa nurty, z jednej strony "kino nowej przygody", z drugiej "kino reaganowskie" – filmy akcji o silnie prawicowym przesłaniu, próbujące zrekonstruować amerykańską tożsamość "nadszarpniętą" przez kontrkulturę dwóch poprzednich dekad. Oba te nurty były w mniejszym lub większym stopniu konserwatywne, choć oba na różne sposoby próbowały oswoić, przeciągnąć na swoją stronę, odpolitycznić kulturowe przemiany lat 70. i 60.

W licealnych filmach lat 80. daje się zaobserwować wszystkie te tendencje. Ich bohaterowie to dzieci Ronalda Reagana (jego konserwatywnej rewolucji) i kontrkultury, która staje się przede wszystkim wzorem zbiorem przedmiotów i symboli do konsumpcji, a nie alternatywnym pomysłem na urządzenie świata i społeczeństwa. Od lat 50. w amerykańskiej kulturze młodość była radykalnie polityczna, samo bycie młodym i głośne tego manifestowanie wystarczało za polityczną deklarację, młodość ustawiała się w naturalnym sporze ze starszym pokoleniem i jego pomysłami na urządzenie świata.

 
"Klub winowajców"

Film licealny lat 80. dokonuje odpolitycznienia młodości. Choć w "Klubie winowajców" Johna Hughesa – obrazie dnia z życia pięciu licealistów odrabiających karę w szkolnej bibliotece – jeden z bohaterów, kujonowaty Brian, ma sfałszowany dowód tożsamości, "by móc głosować", to większość bohaterów kina licealnego jest całkowicie obojętna politycznie, ich przynależność pokoleniowa nie jest dla nich płaszczyzną dla wyrażania jakiegokolwiek politycznego stanowiska. Ich ewentualne konflikty z rodzicami nigdy nie przeradzają się w otwartą wojnę pokoleń. Tytułowy bohater "Wolnego dnia Ferrisa Buellera" jest skonfliktowany z gamoniowatym dyrektorem szkoły, nie do końca też rozumie wiecznie zaganianego, pracującego jako makler na giełdzie towarowej w Chicago ojca, tak jak ograniczeń narzucanych mu przez szkołę – ale jedyne, czego chce, to znaleźć dla siebie trochę przestrzeni, wolności, oddechu, chwili na zatrzymanie się i zajęcie się swoimi sprawami, prawa do zboczenia na chwilę z wyznaczonego szlaku; ani on, ani pokolenie jego filmowych rówieśników nie chcą urządzać świata na nowo.

Otello z ogólniaka

Od samych początków film licealny łączył się z innym gatunkami: filmem grozy ("Halloween" Johna Carpentera z 1978 roku) czy filmem policyjnym – dość wspomnieć nadawany w amerykańskiej telewizji na przełomie lat 80. i 90. serial "21 Jump Street" z Johnnym Deppem w roli policjanta pracującego pod przykrywką w szkole średniej (swoją drogą, aktor, rezygnując z pracy w serialu, stwierdził, że jest on faszystowski).

 
"21 Jump Street"

Lata 90., druga złota dekada filmu licealnego, przynoszą jednak dalsze hybrydy, film szkolny staje się wtedy czymś w rodzaju odkurzacza pochłaniającego inne konwencje i motywy. Dotyczy to w równej mierze produkcji filmowej, co telewizyjnej. W serialu "Weronika Mars" tytułowa bohaterka odtwarzana przez Kristen Bell oprócz rzeczy, jakie robi zwykła uczennica (w dodatku – z powodu utraty majątku i reputacji przez jej ojca – traktowana przez kolegów i koleżanki jako szkolny wyrzutek), pomaga ojcu w pracy detektywa i prowadzi własne śledztwa w szkole. W "Buffy" z kolei tytułowa bohaterka zajmuje się walką z wampirami i siłami ciemności. W ogóle horror wampiryczny chętnie umieszczany jest ostatnio w liceum, od słynnej serii "Zmierzch", po "Pamiętniki wampirów". Twórcą serialu jest weteran telewizyjnej produkcji licealnej, Kevin Williamson – główny producent "Jeziora marzeń" i szeregu horrorów z lat 90. rozgrywających się wśród licealistów ("Jak wykończyć Panią T.", "Oni").

Do liceum przenoszono także klasykę światowej literatury. W tym kilka sztuk Szekspira. W licealnej adaptacji "Poskromienia złośnicy", "Zakochanej złośnicy" (w oryginale "10 Things I Hate About You") Heath Ledger wcielał się w rolę zbuntowanego szkolnego przystojniaka uwodzącego na prośbę szkolnego kolegi Katrinę (Julia Stiles) – szkolną ekscentryczkę, feministkę, wegetariankę, aktywistkę, odstraszającą większość chłopców w przeciwieństwie do jej siostry, której rodzice nie pozwalają na randki, dopóki chłopaka nie znajdzie sobie jej starsza siostra (przeniesiony w realia amerykańskiego ogólniaka lat 90. ten wyjściowy motyw komedii Szekspira wypada dość idiotycznie).  W "O" "Otello" przeniesiony zostaje do ogólniaka, gdzie tytułowy bohater jest jedynym czarnym Amerykaninem w szkole i gwiazdą szkolnej drużyny koszykówki.

Licealiści historii

Takie zasysanie tekstów kultury do amerykańskiego ogólniaka ma w sobie pewien niepokojący aspekt. Oddaje go, jak sądzę zupełnie przypadkowo, jedna ze scen w pierwszym "Zmierzchu". Gdy Edward Cullen po raz pierwszy oprowadza Bellę po rezydencji swoich rodziców, pokazuje jej specjalną tablicę na ścianie, na której zawieszone są wszystkie nagrody, jakie zdobył jako uczeń, odkąd został przemieniony w wampira. Setki, dziesiątki nagród. Wizja młodego mężczyzny zamienionego w wiecznego ucznia, zmuszonego przez prawie wiek co roku powtarzać szkołę średnią ma w sobie coś głęboko niepokojącego i perwersyjnego, potwornego wręcz. Gdy oglądałem tę scenę, skojarzyła mi się inna, z "Wywiadu z wampirem". Gdy Claudia (młodziutka Kirsten Dunst) zmieniona przez Lestata i Louisa w wampirzycę odkrywa, że już na zawsze będzie małą dziewczynką, że przemiana w wampira odebrała jej możliwość dorośnięcia, przemiany w kobietę, wścieka się, rozpacza, buntuje. W akcie protestu ścina sobie sama śliczne, dziewczęce złote loki, które wbrew woli dziewczynki odrastają – na zawsze będzie już uwięzione w tym ciele, które uległo przemianie. Dla niej to dramat; Edward i jego rodzeństwo nie wydają się sprzeciwiać obsadzeniu ich w roli wiecznych uczniaków. Dystans między sceną z nagrodami ze "Zmierzchu" a sceną z Claudią pokazuje skalę infantylizacji popkultury w ostatniej dekadzie.


"Zmierzch"

Ale nie tylko w infantylizacji jest problem. We wszystkich filmach licealnych uderza jedno: szkoła, proces zdobywania ocen i wiedzy, który ma określać przyszłość młodych ludzi, wydaje się zupełnie nieistotny. Scena szkolnej rywalizacji wydaje się tylko atrapą; prawdziwa gra toczy się dla bohaterów gdzie indziej – w prywatnej, niewidocznej dla oficjalnego szkolnego świata sferze walki o popularność, o najwyższą pozycję w rówieśniczej grupie, czy – jak w wypadku hybrydycznych produkcji – o przeżycie z wampirami ("Buffy") albo alternatywnej do szkolnej kariery detektywistycznej ("Weronika Mars").

Czy w tym sensie dziś nie jest trochę tak, że wszyscy jesteśmy licealistami historii, więźniami high schoolu? Że wszyscy, podobnie jak licealni bohaterowie, mamy poczucie kompletnej nieistotności naszej aktywności w sferze publicznej (politycznej), która jest tak samo fasadowa jak przekonanie, że szkoła ma przede wszystkim służyć nauce? W filmie licealnym wszystko dzieje się na "drugiej scenie", scenie-cieniu wobec oficjalnej, na której toczy się rywalizacja o prestiż wyznaczany przez naukowe funkcje szkoły. A z drugiej strony, zwłaszcza jako dorośli widzowie, doskonale zdajemy sobie sprawę, że wszystkie problemy licealistów, ich gry o uznanie oraz symboliczne i materialne dowody szacunku są śmieszne i niepoważne. 


"Weronika Mars"

Czy kino może nas wyrwać z tego wiecznego ogólniaka, gdzie wtłacza nas współczesna popkultura? Na pewno może wiele zrobić, pokazując, jak bardzo dorosły świat gier, do grania w które powołuje nas społeczeństwo, przypomina liceum. Najciekawiej chyba ten temat rozwija film "Wybory" Alexandra Payne'a. Idealistyczny, lecz uwikłany w romans z uczennicą nauczyciel Jim próbuje powstrzymać dążącą do zdobycia władzy w swoim ogólniaku prymuskę Tracey. Payne pokazuje, że wyzwalająca absurdalną agresję i groteskowe (z punktu widzenia potencjalnej gratyfikacji) ambicje walka o stanowisko przewodniczącego szkolnej rady uczniowskiej nie różni się wiele od innych rytuałów demokracji liberalnej w Ameryce, że jest teatrem tak samo pozbawionym znaczenia, a  my wszyscy jesteśmy licealistami współczesnej historii.
Udostępnij: