Najlepsze filmowe propozycje na kwarantannę w pojedynkę

  • Filmweb
Nasza lista polecanych na kwarantannę filmów oraz seriali wciąż się powiększa. Nieznane horrory, szalone komedie, najlepsze seriale s-f i te najbardziej odjechane, a także propozycje nieco pogodniejsze – dla rodziny oraz na poprawę humoru. Dziś w programie krwiożercze rekiny, śmiercionośne wirusy i beznamiętna natura kontra zdani tylko na siebie, samotni bohaterowie. Oto najlepsze (albo najgorsze) propozycje na kwarantannę w pojedynkę.

***




Godard mawiał, że dziewczyna + pistolet to już kino. A co z dziewczyną i rekinem? Koncept jest prosty: Surferka Blake Lively zostaje uwięziona tytułowe 183 metry od brzegu, zaś pomiędzy nią a wolnością, na równie tytułowych płyciznach (ang. "Shallows") grasuje żarłacz biały. To, co następuje później, jest pojedynkiem żeńskiej wersji Adama Słodowego z najbardziej wkurzonym rekinem w dziejach kina. Lato, fale i fontanny syropu klonowego – czego tu nie lubić? Jest też mewa – prawdziwa mewa z krwi i kości w jednej z ciekawszych ról drugoplanowych ostatnich lat.

Dla kogo? Dla miłośników surfingu, McGyvera i oceanicznej fauny.

***

"Moon" (Netflix)



Czy można być większym samotnikiem niż pracujący na księżycu bohater filmu Duncana Jonesa? Samowi (Sam Rockwell) zostały jeszcze dwa tygodnie pracy na orbicie i wreszcie będzie mógł wrócić na Ziemię. Ale scenarzyści nie mają dla niego litości – wkrótce w bazie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dość powiedzieć, że są to rzeczy, którymi Lem, Dick i Asimov wpędziliby nas w dwutygodniową depresję. Film Jonesa to oldskulowe, filozoficzne sci-fi – skłaniające do refleksji oraz introspekcji, pozostawiające nas z pytaniami wagi najcięższej. Cóż, czasu na myślenie mamy teraz sporo.

Dla kogo? Dla miłośników staroszkolnego sci-fi i znudzonych kosmicznym "łubudubu".

***

"Jestem legendą" (Netflix)



Dziś możemy to stwierdzić z pełnym przekonaniem – "Jestem legendą" to już klasyka. Postapokaliptyczny survival oraz naparzanka z potworami w przepięknym, oplecionym bluszczem Nowym Jorku to oczywiście tylko efektowne opakowanie. Tak naprawdę liczy się zaskakująco czuły i melancholijny monodram Willa Smitha, który razem z wiernym owczarkiem niemieckim przemierza zgliszcza cywilizacji. Choć nie mamy do czynienia z arcydziełem i w ogóle "książka lepsza", warto dać szansę filmowi Francisa Lawrencea. To bodaj najlepszy film skandalicznie niedocenionego ("Constantine"!) hollywoodzkiego rzemieślnika.

Dla kogo? Dla fanów postapokalipsy w tradycyjnym wydaniu i miłośników pocztówek z Nowego Jorku.

***

"127 godzin" (Ipla)



Amerykański wspinacz Aaron Ralston w sytuacji bez wyjścia, zaś James Franco w roli – zasłużenie! – nominowanej do Oscara. Plus Danny Boyle będący Dannym Boyle'em, zamieniający opowieść o facecie, który zaklinował rękę między skałami, w fascynujący, dynamiczny film o determinacji, cierpieniu i nadziei. Są tu zaskakujące, teledyskowe pasaże, jest wspaniały one-man-show, wreszcie – mrożący krew w żyłach finał. Jeśli nie znacie historii Ralstona, możecie doliczyć do oceny kilkanaście tysięcy oczek. Jeśli znacie, wciąż będziecie zaskoczeni frenetycznym stylem reżysera i aktorską wrażliwością Franco. Wszyscy wygrywają.

Dla kogo? Dla miłośników wspinaczki, szwajcarskich scyzoryków i Jamesa Franco.

***

"Wstręt" (vod.pl)



Trochę żywej historii kina. Od pierwszego kadru z rozedrganą tęczówką, po finałowe zbliżenie na podartą fotografię, film Polańskiego to skończone arcydzieło. Sugestywny horror schizofrenii, klaustrofobiczny trip po zakamarkach ludzkiego umysłu, posępna krytyka wielkomiejskiej znieczulicy, a w centrum wybitna Catherine Deneuve w swojej życiowej roli. Niektóre obrazy z tego filmu zostały z nami na lata, dziś uderzają z potrójną mocą. Wymiennie możemy zaproponować "Lokatora" – obydwa filmy to pozycje obowiązkowe.

Dla kogo? Dla wszystkich, którzy wiedzą, że prawdziwy horror to inni ludzie.

***




Samotny żeglarz (fantastyczny Robert Redford) wychodzi bez szwanku ze zderzenia z kontenerowcem, ale jego dramat dopiero się zaczyna. Facet nie zamierza tanio sprzedać skóry, a świetny reżyser J.C. Chandor ("Chciwość", "Rok przemocy") ukazuje jego zmagania z żywiołem tak, że ręce same składają się do oklasków. W tym minimalistycznym filmie nie potrzeba fajerwerków – zarówno bezimienny żeglarz-monolit, jak i nieujarzmiona przyroda to bohaterowie więksi niż kino. Nie wszystko stracone!

Dla kogo? Dla optymistów i ludzi wierzących w niezłomność ludzkiego ducha.

zobacz też: