Relacja

39. FESTIWAL FILMOWY W GDYNI: Z gatunkiem za pan brat

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/39.+FESTIWAL+FILMOWY+W+GDYNI%3A+Z+gatunkiem+za+pan+brat-107348
Po kilku dniach tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni widać już, że decyzja o otwarciu imprezy odświeżoną wersją "Potopu" Jerzego Hoffmana była jak najbardziej na miejscu. Wracająca po 40 latach perła polskiego filmu popularnego nadaje się bowiem doskonale do zainaugurowania imprezy, na której aż roi się od rodzimego kina gatunków. Superprodukcje, szpiegowskie fabuły, filmy biograficzne i kryminały – do wyboru, do koloru.

Sam "Potop Redivivus" trzyma poziom oryginału i nie jest – a mogło na to wyglądać przed premierą – po prostu brykiem z Hoffmana będącym brykiem z Sienkiewicza. Fakt, nie obyło się bez dużych skrótów; w końcu skrócono wersję pierwotną o bite dwie godziny. Ślady tych ingerencji czasem widać w sporych przeskokach czasowych, elipsach, nagłych cięciach. "Redivivus" nie jest jednak wulgarnym remiksem czy gimnazjalnym streszczeniem. To delikatnie odchudzony "Potop" z cyfrowo przypudrowanym noskiem – tak, by zdjęcia Jerzego Wójcika robiły wreszcie wrażenie, jakie omijało całe pokolenia poznające film w ramach zwyczajowej powtórki telewizyjnej w okresie świątecznym. I jeśli nawet niektóre rozwiązania narracyjne czy techniczne już się zestarzały, to całość wciąż ma w sobie uwodzicielską siłę. W dużej mierze dzięki brawurowym rolom – a zwłaszcza iskrom krzesanym z ekranu przez Daniela Olbrychskiego. Podobno odrestaurowana kopia wytrzyma kolejne 300-350 lat. Wystarczy.

"Potop"
Spośród obecnych w Gdyni nowych produkcji najbardziej oczywistym – ze względu na skalę przedsięwzięcia – krewniakiem filmu Hoffmana jest startujące w Konkursie Głównym "Miasto 44". Jan Komasa skutecznie zamyka usta przyszłym pokoleniom rodzimych filmowców. Po jego produkcji bowiem nie może być już mowy o wymówce, że "u nas się nie da". Nawet jeśli "Miasto…" nie jest filmem doskonałym, to broni się jako pierwszorzędne widowisko. Nagle okazuje się, że i w Polsce może powstać duża produkcja z efektami specjalnymi, które nie budzą politowania, i z fabułą, która trzyma widza na brzegu fotela przez dwie godziny.

Oczywiście, nie każdy z debiutujących na festiwalu filmów można przyporządkować do szufladki z kinem gatunków. Przykładem realizacji, jakiej spodziewalibyśmy się raczej po gdyńskiej imprezie, są na przykład "Zbliżenia" Magdaleny Piekorz: opowieść o trudnej relacji między matką a córką. "Onirica – Psie pole" Lecha Majewskiego również nie jest filmem skrojonym według uniwersalnych wytycznych. Po tym twórcy nikt chyba jednak nie oczekiwał kina popularnego. Ale – dla przykładu – Jerzy Stuhr w "Obywatelu" wchodzi już w dialog z pewnymi konwencjami opowiadania, nawet jeśli odwołuje się raczej do "Zezowatego szczęścia" Andrzeja Munka niż klisz gatunkowych.

"Bogowie"
Rzut oka na program nie pozostawia jednak wątpliwości: kina gatunkowego jest w tym roku sporo. Poczynając od filmu wojennego, jakim jest wspomniane "Miasto 44", przez szpiegowskiego "Jacka Stronga" Władysława Pasikowskiego (znanego już widzom kinowym) czy zrealizowanych według klasycznych biograficznych schematów rodem z USA "Bogów" z Tomaszem Kotem jako Zbigniewem Religą, aż po dwa kryminały – "Fotografa" Waldemara Krzystka i "Jezioraka" Michała Otłowskiego – polscy filmowcy zaczęli śmielej bawić się z konwencjami. Rezultaty są rozmaite, ale kompromitacji nie ma. A najciekawszą pozycją z tej grupy jest właśnie "Jeziorak" – propozycja idealna dla fanów skandynawskich kryminałów. Tylko że tym razem – niespodzianka – rodem z Polski.


Pani z jeziora (recenzja filmu "Jeziorak", reż. Michał Otłowski)

Nie sposób powiedzieć choćby zdania o "Jezioraku" bez uciekania się do wygodnych skrótów myślowych. Uniwersalne hasło "skandynawski kryminał" albo bardziej konkretna wyliczanka tytułów (od "Fargo" po serialowe "Dochodzenie") same cisną się na usta. Tak, Jowita Budnik jest tu w ciąży jak Frances McDormand w filmie Coenów. Tak, w parze z Sebastianem Fabijańskim wyglądają jak detektywi Linden i Holder z kanału AMC. Tak, debiutant Michał Otłowski bierze na warsztat znajome gatunkowe tropy i przenosi je na rodzime podwórko. Trup młodej dziewczyny. Małomiasteczkowy klimat. Posępna pogoda. Niedobrana para policjantów na tropie. Wiadomo: znamy to skądinąd, z wersji wzorcowej, zagranicznej, lepszej. Ale łatka polskiego "The Killing" nie będzie miała w tym wypadku kąśliwego charakteru. "Jeziorak" bowiem wytrzymuje porównanie.

"Jeziorak"
A wytrzymuje głównie dlatego, że siła gatunkowych konwencji zza wielkiej wody nie ginie tu w tłumaczeniu. Fabularne schematy zachowują pierwotną moc i – co więcej – zostają ładnie spolszczone. Okazuje się, że po zawiesisty, proszący się wręcz o trupa klimat nie trzeba udawać się aż do Fargo w Północnej Dakocie czy innego Twin Peaks. To, że nasze lasy i jeziora spowija aura tajemnicy, wiemy zresztą przynajmniej od czasów Mickiewicza. Otłowski tylko o tym przypomina. I gładko osadza swoją intrygę w posępnej przestrzeni rodzimej prowincji. Tu stary kościół, tam spalony szpital czy stojący odłogiem ośrodek wczasowy; wszystko w sąsiedztwie złowrogiej przyrody, pełnej snujących się po lasach i szuwarach sylwetek – nigdy nie wiesz – lokalnych rybaków czy miejscowych seryjnych morderców.   

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: