Artykuł

Ishiguro i inni. Współczesna proza na ekranie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Ishiguro+i+inni.+Wsp%C3%B3%C5%82czesna+proza+na+ekranie-71255
Kazuo Ishiguro, którego powieść "Nie opuszczaj mnie" posłużyła za kanwę wchodzącego właśnie na ekrany filmu Marka Romanka, to nie jedyny współczesny pisarz zakochany w kinie ze wzajemnością.

Ostatnio dużo mówi się o tym, że polscy filmowcy powinni wrócić do książek, najlepiej polskich. W ankietach padają różne nazwiska, jedni rozsądnie podsuwają Tomasza Piątka, drudzy szukają autorów mniej oczywistych, takich na przykład, jak Janusz Rudnicki, trzeci w ogóle odchodzą od prozy i postulują, żeby sfilmować "Utwór o matce i ojczyźnie" Bożeny Keff, o którym Przemysław Czapliński napisał, że jest "skrzyżowaniem opery, tragedii i oratorium", "opowieścią o życiu Matki, która ocalała z Zagłady, i o życiu Córki, którą Matka uwięziła w swoim cierpieniu." Naprawdę nie mam nic przeciwko, popieram całym sercem, dałbym wiele, by zobaczyć, co na przykład z "Męki kartoflanej" zrobiłby Wojciech Smarzowski, ale nie wierzę, by coś z tego wyszło. Oczywiście, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w naszym kinie czasami zajmowano się literaturą, ale prawie nigdy na poważnie (najnowszym dzieckiem tej strategii są "Śluby panieńskie" Bajona – ciszej nad tą trumną), dlaczego więc teraz wszystko ma się zmienić na lepsze?


Ale czy w ogóle gdzie indziej jest lepiej? Nie dam sobie ręki za to uciąć – nie dam, bo po prostu nie ogarniam wszystkiego, co się kręci i pisze – jednak wydaje mi się, że na świecie w temacie "film i literatura" na pewno nie jest tak dobrze, jak chociażby w temacie "film i gry". Co jest przyczyną kryzysu? Ignoranci i ci, którzy wiecznie tęsknią za przeszłością, pewnie powiedzieliby, że dziś nikt już dobrych książek nie pisze i dlatego nie ma nic, co warto by adaptować. Inni sugerowaliby, że może po prostu filmowcy są za słabi, by mierzyć się z papierem, ale za takim stwierdzeniem też kryje się przekonanie, że kiedyś było lepiej. Ostatnio podczas telewizyjnej debaty pewien gwiazdor polskiego dziennikarstwa powiedział, że zaprzestał czytania książek w wieku 29 lat i jakoś żyje – trzyma się swojego postanowienia dobre dwadzieścia lat i ma się całkiem dobrze. Może więc po prostu jest tak, że obecnie literatura nikomu do niczego nie jest już potrzebna?

Krótkie przygody noblistów

Krótki rzut oka na listę ostatnich laureatów Nobla w dziedzinie literatury: Llosa, Müller, Le Clézio, Lessing, Pamuk, Pinter, Jelinek, Coetzee, Kertész, Naipaul. Oprócz Pintera, twórczość żadnego z nich nie odcisnęła się jakoś specjalnie na kinie. Oczywiście powstawały filmy na podstawie ich książek, niektóre świetne ("Pianistka"), niektóre bardzo dobre ("Hańba"), a niektóre tylko poprawne ("Mondo"), nie zmienia to jednak tego, jak mało filmowcy od noblistów wzięli. Nikt nie odważył się zmierzyć z "Wojną końca świata", "Życiem i czasami Michaela K.", "Śniegiem" czy "Piątym dzieckiem". A przecież wszystko to są książki wręcz stworzone dla kina: ich bohaterami nie jest język, tylko ludzie uwikłani w sieć zależności, osadzeni mocno w świecie i w jego strukturach. Co więcej, mówimy tu o powieściach, w których zdarzeń i scen nie trzeba wyłuskiwać z opętańczych monologów, lecz o takich, które posiadają wyraziste fabuły, w których zwyczajnie coś się dzieje. To nie Bernhard ani Pessoa, żaden DeLillo ani Federman, tylko literatura, która wierzy w kontakt, porozumienie i nie może obejść się bez czytelnika.


Z innymi gwiazdami współczesnej literatury, których książki co jakiś czas rozpalają czytelników, jest podobnie jak z tymi, których uhonorował Komitet Noblowski: incydentalne próby, krótkotrwały flirt, którego owocem są filmy praktycznie nieznane. Czy ktoś słyszał o "The Little Traitor" na podstawie Oza albo o "Prüfstand VII", niemieckim filmie, który powstał na podstawie kultowej "Tęczy grawitacji"? Czy ktoś wie, co się dzieje z zapowiadaną ekranizacją "Badenheim 1939" Aharona Appelfelda. Czy możemy liczyć, że ktoś porwie się na Sebalda albo Bolaño? Ten zbiór żalów i pretensji można by spokojnie rozszerzać, ale bezcelowa to zabawa, lepiej powiedzieć coś o wyjątkach od reguły – o tych, którzy z kinem pozostają w niezłych relacjach.

Ameryka ciągle czyta

Zaskakująco dobrze w świecie filmu czują się – postrzegani nierzadko jako skandalizujący – tacy młodzi amerykańscy autorzy, jak Chuck Palahniuk czy Bret Easton Ellis, należący do tzw. Generacji X. Na podstawie książki tego pierwszego nakręcono chociażby "Podziemny krąg" czy "Udław się", w planach są ekranizacje kolejnych. Na początku 2001 roku Palahniuk sprzedał prawa do "Rozbitka", a potem kolejno do "Invisible Monters" i "Dziennika". Na razie nic nie nakręcono, choć co jakiś czas pojawiają się informacje, że ktoś rusza z produkcją. Jeśli zaś chodzi o Ellisa to przede wszystkim trzeba wspomnieć o historii psychopatycznego yuppie z kultowego "American Psycho", w którym zagrał Bale. Po sukcesie filmu pojawiły się kolejne propozycje i kolejne, tym razem zrealizowane, tytuły: "Mniej niż zero", "Żyć szybko, umierać młodo", "The Informers", które nie tak dawno pojawiły się u nas na DVD. Na 2011 zapowiedziane są dwa następne: "Luna Park" i "Downers Grove".


Nie wiadomo, co się dzieje z "Krwawym południkiem" Cormaca McCarthy’ego, do którego swego czasu przygotowywał się Todd Field, twórca "Małych dzieci", nie ulega jednak wątpliwości, że autor "Strażnika sadu", po sukcesie filmu braci Coen "To nie jest kraj dla starych ludzi", nagle stał się bardzo modny wśród filmowców. Lepiej późno niż wcale. Po "Rączych koniach", które przeniósł na ekran Billy Bob Thornton, przez siedem lat była cisza, a teraz, w ciągu zaledwie trzech lat powstały już dwa kolejne obrazy: średnia "Droga" i nie pokazywany u nas, zbierający świetne recenzje "The Sunset Limited" – telewizyjny film na dwóch aktorów (Tommy Lee Jones i Samuel L. Jackson), oparty na sztuce McCarthy’ego, wyreżyserowany przez Jonesa.

Jeden Węgier, kilku Anglików

Zostawmy kraj kowbojów na rzecz kraju gulaszu i samobójców. Na Węgrzech żyje bowiem poważny pisarz, który w kinie znalazł swój drugi dom. Jest nim László Krasznahorkai. Ten urodzony w 1954 roku autor, absolwent prawa i hungarystyki, z końcem lat 80. podjął współpracę z Bélą Tarrem. Od tamtego czasu panowie są nierozłączni – nakręcili wspólnie pięć filmów, z czego dwa – te najsłynniejsze: "Harmonie Werckmeistera" i "Szatańskie tango" – są literackimi adaptacjami książek Krasznahorkaia. Oglądając filmy Tarra, ma się do czynienia z tą samą depresyjną i duszną atmosferą, którą przesiąknięte są książki autora "Melancholii sprzeciwu". Żadnych kompromisów, żadnego rozmiękczania, starania się, by być przystępniejszym, bardziej zrozumiałym, bardziej ludzkim. Oglądanie "Szatańskiego tanga" trwa prawie tyle samo, a może nawet nieco dłużej niż czytanie powieści, na podstawie której film powstał – czy właśnie tak nie powinno się podchodzić do literatury: z szacunkiem dla jej rytmu, dla czasu, którego książka wymaga od czytelnika. Obydwaj panowie pokazali na ostatnim festiwalu w Berlinie swój najnowszy wspólny projekt, "Konia turyńskiego". Tarr ogłosił jednak, że to jego ostatni film. Czyżby więc skończyła się jedna z najlepszych kooperacji filmowo-literackich?


Nie wszystko stracone, są przecież jeszcze Anglicy, a ściślej piekielnie zdolne pokolenie brytyjskich prozaików debiutujących w latach 70. i 80., do którego zalicza się: Iana McEwana, Juliana Barnesa, Martina Amisa i Kazuo Ishiguro. Każdy z nich nie raz i nie dwa współpracował z filmowcami, oddawał książki do sfilmowania, pisał własne scenariusze. Jakie były efekty tej współpracy? Zazwyczaj dobre, o czym świadczą takie tytuły, jak: "Metroland", "Love etc.", "The Rachel Papers", "Rozmowa z człowiekiem z szafy", "Gorzka słodycz", "Cementowy ogród", wreszcie filmy, w których miał swój udział ostatni z wymienionych autorów: "Okruchy dnia", "Najsmutniejsza muzyka świata", "The White Countess" i wchodzący właśnie na nasze ekrany "Nie opuszczaj mnie".

Niemodny pisarz

Niewiele brakowało, a Kazuo Ishiguro w ogóle nie pisałby książek. W młodości chciał przede wszystkim zostać piosenkarzem, takim w stylu Boba Dylana czy Leonarda Cohena. Wytwórnie płytowe nie odniosły się jednak entuzjastycznie do jego poczynań na tym polu. Zniechęcony Ishiguro przerzucił marzenia i zapisał się na kurs pisarski. Jego debiutancka powieść "Pejzaż w kolorze sepii" ukazała się w 1982 roku, potem pojawił się "Malarz świata ułudy", a w 1989 roku "Okruchy dnia", za którą ten urodzony w Japonii, ale wychowany w Anglii prozaik dostał prestiżową nagrodę Bookera. Cztery lata później przeniósł ją na srebrny ekran James Ivory. Efekt był niezwykły. Ivory wzorowo wczytał się w tekst (miał o tyle łatwo, że pracował nad scenariuszem adaptacji, za którym stał między innymi Harold Pinter) i precyzyjnie oddał klimat powieści, klimat schyłku pewnej epoki: epoki miażdżących podziałów społecznych, więżącej człowieka etykiety, arystokratów-amatorów bawiących się w politykę i ludzi, którzy przywykli do tego, by przez całe życie być na usługach innych.


Całą historię poznajemy w retrospekcji, podobnie zresztą jest w "Nie opuszczaj mnie". Pamięć wydaje się najważniejszym tematem książek Ishiguro, co autor zresztą sam chętnie przyznaje w wywiadach: "Lubię pisać – mówi pisarz – historie zabarwione uczuciami związanymi z pamięcią, z żalem, niekiedy wstydem, niekiedy nostalgią. Zdarzenie opowiedziane jako wspomnienie nie jest już neutralne, w czytelniku kołacze się pytanie: "Ale dlaczego narrator to zapamiętał? Co on o tym myśli? Co czuje?". To zdarzenie nie jest tylko zamkniętym epizodem z przeszłości, jego krawędzie są nieostre, zamazane. Lubię to migotanie pamięci i zmienność odczuć. Lubię też to, że wspomnienie jest niepewne i podatne na manipulację ze strony wspominającego. Może powiedzieć: "Tak, to mogło tak być, ale może się mylę?". I zawsze pozostają fragmenty, których nie można sobie dobrze przypomnieć. Na początku temat pamięci był dla mnie bardzo osobisty. Wyjechałem z Japonii mając pięć lat i wkrótce obrazy stamtąd zaczęły blednąć. Chcąc je zachować, zacząłem pisać. Fascynacja pamięcią jednak przetrwała".
 
Po "Okruchach dnia" Ishiguro sam wziął się do pisania scenariuszy. Napisał tekst do "Najsmutniejszej muzyki świata" Maddina i "The White Countess" Ivory’ego. Dopiero jednak "Nie opuszczaj mnie" jest w pełni udanym powrotem pisarza w świat kina. Zaskakujące, ale początkowo w ogóle nie miała to być opowieść o klonach, które czekają na śmierć, tylko o kresie dzieciństwa. Dopiero potem pojawiła się myśl, że dobrze byłoby umieścić akcję w odciętym od świata miejscu, trochę tak, jak w "Sonatine" Kitano czy "Czarodziejskiej górze" Manna, a na końcu zadać pytania związane z bioetyką.


"Na początku zawsze jest temat – mówi Ishiguro – który dosyć szybko stawia mnie w określonej sytuacji. Nigdy nie myślę o niej jako o fabule. Skupiam się na tym, co chcę powiedzieć, a historia zajmuje się niemal sama sobą. Nigdy też nie zastanawiam się nad wyizolowanymi postaciami. Pracuję raczej nad tym, co mi przychodzi z trudem, czyli nad wykreowaniem ciekawych, głębokich relacji między bohaterami. To z nich muszą brać źródło kolejne tematy i wątki."


Teraz, po sukcesie filmu Romanka, przydałoby się iść za ciosem, na filmowców już czeka chociażby "Kiedyś byliśmy sierotami", kapitalna opowieść Ishiguro, trochę kryminalna, a trochę oniryczna historia niejakiego Christophera Banksa, detektywa-amatora, który z Londynu udaje się do Szanghaju, by odnaleźć swoich dawno zagubionych rodziców. Ktoś pewnie niedługo po nią sięgnie – nie ma bowiem chyba dzisiaj pisarza, który byłby równie atrakcyjny dla kina. Dlaczego? Najlepiej odpowiada na to pytanie Juliusz Kurkiewicz w eseju poświęconym autorowi "Niepocieszonego": "Książki Ishiguro są zaprzeczeniem wszystkiego, co w dzisiejszej literaturze uznaje się za normę. To proza unikająca gwałtownych efektów, operująca ściszonym głosem, rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka prostym, niemal konwencjonalnym stylem, służącym zazwyczaj opisaniu banalnych, codziennych sytuacji. Jej konserwatyzm może nawet nasuwać przypuszczenie, że pisarz flirtuje z masowym czytelnikiem, oczekującym porządnie napisanej opowieści o życiu. Jednak ten czytelnik znajdzie się wkrótce w zupełnie innym miejscu, niż tego oczekiwał. Zderzenie stylu Ishiguro z sytuacją bezwyjściowości i klęski, która staje się udziałem wszystkich jego bohaterów, daje nieraz piorunujący efekt". Efekt, który kino z powodzeniem może przekuć w sukces.
Udostępnij: