Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Kino+w+estrogenowym+sosie-77892

Kino w estrogenowym sosie

  • Filmweb
  • autor: Bartosz Staszczyszyn
  • Artykuł
Gdy przed kilkoma tygodniami na ekrany kin trafiały "Druhny" Paula Feiga, marketingowcy odpowiedzialni za promocję filmu, a za nimi także niektórzy krytycy zgodnie krzyknęli: "oto nastaje czas żeńskich bromance'ów". Ale te narodziny ogłoszone zostały odrobinę przedwcześnie. Przed nami jeszcze sporo porodowych bólów.

Wiadomo, to do nich musi należeć ostatnie słowo. Cokolwiek by nie mówili męscy szowiniści i bojowniczki feministycznej sprawy – kobiety nie odpuszczają w walce o władzę nad światem i kinem. To prawda, że Hollywood zawiadują faceci, kinowe uniwersa rządzone są regułami starego dobrego patriarchatu,  a seksistowskie stereotypy wylewają się z ekranów. Ale kobiety powoli zawłaszczają kino. To z myślą o nich producenci obsadzają wampiryczne hity aktorami z muskulaturą profesjonalnych pływaków, czyniąc z nocnych łowców gogusiowate pacynki, to przez nie Orlando Bloom stał się takim samym wzorcem męskości jak Humphrey Bogart, Denzel Washington czy choćby Brad Pitt. I kiedy już panowie z Fabryki Snów wymyślili (a właściwie to przypomnieli i lekko zmodyfikowali) typ filmów przeznaczonych głównie dla mężczyzn, korespondujący z ich uczuciowością i odwołujący się do melodramatycznych stadnych instynktów, płeć piękna od razu wyciągnęła ręce po swoje. I tak obok bromance’ów, kumpelskich komedii o męskiej przyjaźni, piwie i narzekaniu na kobiety, mamy dziś ich żeńskie odpowiedniki. Nieoficjalne słowniki terminów popkulturowych puchną od coraz to nowszych określeń opisujących ten typ filmowych opowieści, które przedstawiają historie dziewczyńskich związków o heteroseksualnym zabarwieniu. Mamy więc oczywiste sismance i filmy typu frienbian, sistamance, chickmance, vaginamance, lesmance. W internetowych słownikach wyrażeń dotyczących kina znajdziemy jeszcze kilka podobnych określeń. Wszystkie znaczą z grubsza to samo – oto bromance dla kobiet. Bo komedie siostrzane nie są samodzielnym filmowym podgatunkiem, nie istnieją bez odniesienia do męskiego pierwowzoru.
 
dru1.jpg
 
dru2.jpg


Szczególnie wyraźnie wykazała to najbardziej spektakularna z tych babskich komedii – "Druhny" Paula Feiga. Promowany jako żeńska odpowiedź na "Kac Vegas" hit tegorocznych wakacji osiągnął duży finansowy sukces, a krytycy przyjęli go zaskakująco pozytywnie. Nazbyt, chciałoby się powiedzieć po jego uważniejszej lekturze, podczas której film Feiga ujawniał swą fabularną niesamodzielność. Opowieść o grupie przyjaciółek szykujących się do ślubu jednej z nich ułożona została z elementów powyjmowanych z kumpelskich romansów, komedii rozporkowych rozmiłowanych w kloacznym humorze i klasycznych chick-flicków, czyli romantycznych opowiastek o kobietach i dla kobiet, klasycznych wyciskaczy łez, które (jeśli wierzyć stereotypom) tak umiłowała płeć piękna, a które męską część publiczności przyprawia o lęki i nerwobóle.  

Ale dzisiejsze siostrzańskie komedie to jednak inne opowieści niż stare, poczciwe chick-flicki. Nie ma tu miejsca na dobrotliwe poklepywanie się po ramieniu, którym trudniły się bohaterki "Stalowych magnolii" Herberta Rossa, co to nawet w obliczu śmierci zachowywały dowcip i duchową wytrwałość. W sismance'ach nie znajdziemy choćby sugestii poważnych społecznych problemów, które przewijały się w klasycznym "Zwierciadle życia" Douglasa Sirka, ani psychologicznych rozterek godnych "Białego oleandra" Petera Kosminsky’ego. Co gorsze – nie znajdziemy też w tego typu kinie pełnokrwistych, dynamicznych postaci, jak główne bohaterki "Thelmy i Louise", filmu zaliczanego do szerokiego grona chick-flicków. Bo w siostrzańskiej komedii jedynym interesującym typem bohaterki jest kobieta nowoczesna. Taka, która ma za sobą lekturę kilku roczników "Cosmopolitan" i parę sezonów "Seksu w wielkim mieście". Coraz mniej tu naiwnych romantyczek. Bohaterki sismance’ów nie cierpią na żaden miłosny syndrom Disneya – wiedzą, że związki to przede wszystkim seks, a nie miłość. Bo filmowa nowa kobieta to kobieta wyzwolona. I cholernie mało ciekawa. Twórcom żeńskich komedii kumpelskich raczej nie zależy, by ich bohaterki były ciekawe – mają być atrakcyjne, wielobarwne i efektowne. Damy z ekranu urokliwie sobie przeklinają, co i rusz rzucają sprośne żarty, lubią napoje wyskokowe i wyskoki na jednonocne erotyczne podboje. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że owe bohaterki "prawdziwych filmów o współczesnych kobietach" wydają się zupełnie niepodobne do reprezentowanych przez siebie białogłowych. Przynajmniej ja chcę mieć tę nadzieję. 

telma.jpg

"Thelma i Luise"

O ile bohaterka nowego sismance'u nie ma przesadnie wiele wspólnego z kobietami, jakie znamy z prawdziwego życia (nawet wykształconymi i wyzwolonymi mieszkankami dużych miast), sporo łączy je z bohaterami kumpelskich komedii. Twórcy tych prawdziwych filmów o prawdziwych kobietach, najczęściej prawdziwi mężczyźni, wyznają żarliwą wiarę w równość płci i humanizm sprowadzający wszystkich ludzi do wspólnego mianownika. Wystarczy rzut oka na dwie dziewczyńskie opowiastki, które goszczą aktualnie na ekranach polskich kin, by znaleźć zastanawiająco dużo punktów wspólnych łączących kino kumpelskie z jego estrogenowym odpowiednikiem.

W "Monte Carlo" Thomasa Bezuchy opowiastka o trzech dziewczętach podróżujących do Paryża okazuje się nie tylko wariacją na temat mitu Kopciuszka, ale też adaptacją inicjacyjnych filmów o amerykańskich licealistach przeżywających miłosne wzloty i erotyczne upadki. U Bezuchy znajdujemy te same typy osobowe, które znamy z owych młodzieżowych komedii: mamy grzeczną dziewczynę głodną życia innego niż prowincjonalne, blondwłosą plebejuszkę i cokolwiek sztywną i zbyt dobrze ułożoną panienkę z dobrego domu. Gdyby były chłopcami, miałyby twarze Michaela Cery, Paula Dano, Jonah Hilla czy któregoś z młodszych klonów Setha Rogena. Film o nastoletnich (lub też około dwudziestoletnich) dziewczynach korzysta bowiem ze sprawdzonego wzorca filmów chłopięcych. Ale zabieg transplantacji gotowych wzorców postaci powtarza się także w dziewczyńskich filmach o bohaterkach bardziej zaawansowanych wiekowo.

monte1.jpg
 
monte3.jpg

"Monte Carlo"

Dowodem są "Druhny", których twórcy przepisali na nowo postaci znane z filmów o trzydziestoletnich Piotrusiach Panach. Mamy zatem bogatą heterę, biedującą dziewczynę z problemami, jej średnio rozgarniętą przyjaciółkę, która szykuje się do ślubu, grubaskę, neurotyczkę oraz kobietę wypaloną rodzinnym życiem. Jak w kumpelskich komediach, gdzie między pantoflarzem, "tym, któremu się udało", szarakiem, niedojdą i bawidamkiem rozgrywa się dramat męskiej przyjaźni, zacieśnianie braterskich więzi i poddawanie ich życiowej próbie. Co więcej – twórcy "Druhen" bardzo świadomie grali z wizerunkami zatrudnionych przez siebie aktorek, a kilka spośród nich ma w swoim dorobku role pozwalające widzieć w nich reprezentantki pewnego typu kobiecości.  Melissa McCarthy w serialu "Mike and Molly" wcielała się w rezolutną i bardzo sympatyczną grubaskę, Maya Rudolph to pamiętna outsiderka z "Pary na życie" Mendesa, zaś Rose Byrne dla fanów serialu "Układy" na zawsze pozostanie młodą-głodną wrzuconą w świat wielkich biznesów i pieniędzy. W "Druhnach" Feig gra z ich wizerunkami, a zarazem wykorzystuje te same postaci, które znamy z kumpelskich opowiastek o trzydziestokilkuletnich singlach na życiowych zakrętach, odwzorowując schematy męskiego kina.

brid45.jpg
 
dru3.png

 
Sismance nie mają w sobie nic z emancypacyjnego potencjału prawdziwego kobiecego kina. Ich twórcy nie próbują bowiem stworzyć własnego języka filmowego, który by wydzierał kobiece bohaterki z ram patriarchalnej kultury, ale opowiadają o nich dokładnie tak, jak o filmowych mężczyznach. Próżno tu szukać choćby śladów przewrotności w kreśleniu postaci, które charakteryzują kino Lisy Cholodenko czy frywolności "Aurory i archanioła". Nie znajdziemy tu poważniejszej refleksji na temat kobiecości rodem z kina Campion, ani nawet almodovarowskich portretów silnych i kruchych kobiet. Usłyszymy natomiast bohaterki licytujące się w erotycznym gawędziarstwie i śmiałości (choć w "Druhnach" całonocny seksualny maraton odbywa się, rzecz jasna, w staniku), a także język męskiego kina oddany we władanie kobietom. Oddany bezrefleksyjnie i niezbyt szczęśliwie.

stalowe.jpg
Bo sismance rzadko wytrzymują konkurencję ze swoimi męskimi odpowiednikami, nie mają także emocjonalnej siły i komediowej świeżości, którą miały klasyczne chick-flicki ("Kiedy Harry poznał Sally" czy "Stalowe magnolie" potrafią przecież oczarować dowcipem). Zamiast celować w ironicznym humorze, podszczypywać męskie ego, kpić z płci brzydkiej i zarazem mówić coś o piękniejszej części homo sapiens, dziewczyńskie kino licytuje się w estetycznej odwadze rozumianej jako poszukiwanie ekstremum obleśności. Zarówno w "Grubazzzkach", jak i "Druhnach" znajdziemy kloaczne żarty w stylu "American Pie", których zwieńczeniem będzie rzyganie po białych dywanach i festiwal rozwolnieniowo-wymiocinowych popisów. Zaiste, emancypacja godna Simone de Beauvoir.

Chociaż w wyznaczaniu granic estetycznej żenady twórcy sismance’ów umiejętnie naśladują autorów kumpelskich komedii, mają jednak dużo mniejszą siłę perswazji. Po obejrzeniu któregokolwiek z popularnych bromance’ów nie mamy cienia wątpliwości, że najlepszym, co może przytrafić się facetowi, jest przyjaciel, z którym wysączy się piwko, obejrzy mecz i ponarzeka na kobiety. W tym mikroświecie życie bez kumpla jest po prostu nieznośne. Zupełnie inaczej niż w przypadku dziewczyńskich historii. W mizoginicznym Hollywood najbliższe przyjaciółki są źródłem cierpień. Owszem, to faceci są katalizatorami wszelkiego zła, ale i duchowe siostry bywają skuteczne w wytwarzaniu napięć i generowaniu problemów. To one zazdroszczą sobie powodzenia, pieniędzy i życiowego fartu, intrygują, są zaborcze i jadowite. Nie jest to zresztą wynalazek współczesnych twórców – podobnie o kobietach mówił jeden z najwspanialszych chick-flicków w historii kina. "Kobiety", nakręcone przez słynnego reżysera kobiet, George’a Cukora pokazywał środowisko pań z wyższych sfer jako kłębowisko jadowitych żmij gotowych w każdej chwili pokąsać się wzajemnie. Klasyczny film twórcy "My Fair Lady" dziś doczekał się wielu epigońskich kopii, w których kobieca przyjaźń bywa oparciem, ale jest też niekończącym się źródłem problemów. Nic więc dziwnego, że najsympatyczniejszymi postaciami większości siostrzanych komedii okazują się… faceci.  

Także dlatego, że sismance’owe kobiety rysowane są okrutnie karykaturalną kreską. Jeśli ktoś sądzi, że najbardziej obraźliwe względem kobiecej części populacji są typowo męskie filmy akcji i bromance, jest w błędzie. No dobra, w większości testosteronowych komedii panie pełnią funkcję ozdobną, wcielając się naprzemiennie w typy żałosnych idiotek, zdesperowanych żelaznych dam,  seksualnych zabawek i  eterycznych obiektów westchnień, ale filmowe i serialowe dziewczyńskie opowiastki pokazują, że nikt nie jest w stanie tak poniżyć i upodlić kobiecych bohaterek, jak autorzy próbujący opowiadać o kobietach. Wystarczy rzut oka na takie seriale, jak "Pretty Little Liars" czy "Plotkara", a także na filmowe "Monte Carlo", by zobaczyć, że dziewczęta, o których opowiadają, są czystej krwi idiotkami z tendencjami do naiwnego melodramatyzmu i umysłową dysfunkcją, za sprawą której racjonalny ogląd świata ochoczo zastępują ochami i achami. Raz są to ochy zachwytu, kiedy indziej – przerażenia i zdumienia.

cellel3.jpg
 
cell.jpg

"Jak się pozbyć cellulitu"

Ale bohaterki siostrzanego kina z wiekiem wcale nie mądrzeją, a głupie nastolatki zastąpione zostają głupimi trzydziestkami. Znakomicie pokazują to polskie komedie spod bandery Koneckiego i Saramonowicza, których bohaterki, wielkomiejskie divy z aluminiowo-szklanej Warszawy, toczą swe życie na rozmowach o pozbywaniu się cellulitu, na zdobywaniu i usidlaniu facetów, paleniu trawki, popijaniu drinków i rozmyślaniu o tym, że zasługują na lepsze życie. Bo polskie bohaterki też gęsi i gęgać będą dokładnie to samo, co ich amerykańskie koleżanki z Manhattanu, Los Angeles i Miami. Nad Wisłą czy nad rzeką Hudson w filmowych dziewczyńskich opowieściach dobrze sprawdzają się bowiem puste idiotki zaczytane w Cosmo, materialistki marzące o torebce Prady i butach Louboutina, głośno deklarujące odcięcie od tradycyjnych społecznych ról i pomstujące na macierzyństwo, które rujnuje ich zgrabne ciała doszlifowywane według wzorca z kolorowych magazynów.

Amerykańska komedia ma problem z pokazaniem kobiecej przyjaźni jako budującej więzi. O ile u Almodovara kobiety bywają dla siebie opoką, a w subtelnym kobiecym kinie bywają nawet bohaterkami z krwi i kości, w sismance’ach są jedynie mniej lub bardziej żałosnymi kserokopiami męskich bohaterów albo psychologicznymi wydmuszkami. Dużo ciekawiej i bardziej pociągająco wypadają serialowe "siostry". Bohaterki takich seriali, jak "Gotowe na wszystko", "Seks w wielkim mieście", "Trzy na jednego", "Siostra Jackie" czy "Partnerki" dużo skuteczniej niż ich kinowe odpowiedniki przekonują, że także płeć piękna zdolna jest do tworzenia solidarnych więzi, a serialowi twórcy pokazują, że nawet w popularnej komediowej konwencji można powiedzieć coś prawdziwego o współczesnych kobietach.

sss.png


Kino pozostaje na tym polu niezbyt wydolne. Proklamowane niedawno narodziny kinowego sismance’u są nieuniknione – ten typ filmowych opowieści ma zbyt duży komercyjny potencjał, by hollywoodzcy producenci porzucili jego udoskonalanie. Zanim jednak siostrzane opowiastki dojrzeją, wypracują nowych bohaterów i choć trochę własne fabularne schematy, czeka nas wiele rozczarowań. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo kultura popularna nie przyzwyczaiła nas do opowieści o kobiecych przyjaźniach. Podczas gdy od najmłodszych lat słuchaliśmy o Bolku i Lolku, Tytusie, Romku i Atomku, Pawle i Gawle oraz Jacku i Placku, bajkowe dziewczynki prawie zawsze występowały w parach mieszanych – Agatka musiała mieć swojego Jacka, a Małgosia – Jasia. Kiedy zaś na planie spotkało się kilka kobiet, kończyło się jak w "Kopciuszku" – nad ich relacją unosiły się toksyczne opary zazdrości i niespełnionych ambicji. Popkultura od wieków jest bowiem poletkiem  mizoginów i zanim siostrzane komedie ewoluują w stronę samodzielnych opowieści, z ekranów wyleje się na nas jeszcze wiele litrów skisłego estrogenu.

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię