Artykuł

Arest zdradza grzechy Davida Finchera

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Arest+zdradza+grzechy+Davida+Finchera-66089
SIEDEM GRZECHÓW DAVIDA FINCHERA

David Fincher pracuje na zlecenie, ale zlecenia wybiera wybrednie. 18 lat po debiucie fabularnym na ekrany wchodzi "Social Network" - dopiero ósmy jego film. "Aż ósmy", biorąc pod uwagę, że nie zaliczył jeszcze żadnej poważnej wpadki, a te jego filmy, które nie zyskały statusu "kultowych", są co najmniej "bardzo udane".

Wśród twórców, którzy trafili do Hollywood ze świata reklamy i teledysku, zrobił najbardziej spektakularną karierę – pozostaje w mainstreamie, choć cały czas ustawiony jest do niego trochę bokiem. Nie ma jednak twórców bezgrzesznych. Za co - ku przestrodze dla innych reżyserów - mógłby malowniczo ukarać go demoniczny John Doe z "Siedmiu"?


Grzech 1: PERFEKCJA
Ludzie mówią, że każdą scenę można nakręcić na milion sposobów. Nie wydaje mi się. Myślę, że zawsze są może ze dwa sposoby. A każdy inny jest zły.

Ludzie, którzy myślą, że każdą scenę można nakręcić na milion sposobów, nazywają Davida Finchera perfekcjonistą, co wrażliwe duszyczki zwykły traktować jako zniewagę. "Boi się ryzyka – piekli się w wywiadzie aktor R. Lee Ermey – nie pozwala zmienić ani jednego słowa zapisanego w scenariuszu. Chce kukiełek, a nie aktorów. Jeśli twoje aktorstwo jest gówno warte, polecam współpracę z Davidem Fincherem. Bo jeśli jesteś cholernie dobrym, kreatywnym aktorem, on nie pozwoli ci grać". Sam reżyser widzi to prościej. Jeśli ktoś bierze za swoją pracę grubą forsę, powinno oczekiwać się od niego profesjonalizmu. A że sam też taką forsę bierze, chce dobrze wykonywać swoją pracę. A żeby mógł to zrobić, musi panować nad tym, co dzieje się na planie. A żeby mógł panować – aktorzy muszą chociaż wyuczyć się tekstu i wiedzieć, o co chodzi w danej scenie. Itd., itp.
Sarkania aktorów kwituje śmiechem, tłumacząc: jeśli jesteś przygotowany, ale masz jakieś uwagi – możemy porozmawiać. Ale jeśli przychodzisz na plan skacowany, to po prostu brak szacunku dla armii ludzi, z którymi pracujesz. Laura Ziskin wyjaśnia, na czym polega kreatywna dyskusja z Fincherem. "Jeśli masz inną opinię, grzecznie cię wysłucha. A potem przekonująco wyjaśni ci, jak bardzo się mylisz".

Dlatego tak traumatycznym wspomnieniem jest dla niego "Obcy 3" (1992). Kiedy dołączył do ekipy (to ciągle najdroższy debiut reżyserski w historii kina) produkcja trwała już od dawna. Przez projekt zdążyło przewinąć się kilku reżyserów (m.in. Renny Harlin) i co gorsze – główna linia scenariusza ciągle nie była zatwierdzona. Wytwórnia liczyła mimo wszystko na kasowy sukces uznanej filmowej marki, nie brakło więc ludzi, którzy wtrącali się do wszystkiego. Reżyser, który ma obsesję kontroli, nie miał kontroli nad niczym. "Mam wielu przyjaciół, którzy zarządzają studiami filmowymi i żaden z nich nie rozumie prostej rzeczy – na tym będzie moje nazwisko. Twój punkt widzenia jest ważny, jak każdego widza, ale to co innego, kiedy jest na tym twoje imię, kiedy masz to na karku do końca życia". Po oglądanym dziś "Obcym 3" nie widać tego bagażu. Fincher nie znosi tego filmu, ale stylistycznie to ciągle spójne, niezłe kino.


fot. z "Obcego 3"


Grzech 2: PESYMIZM
- Nie masz prawa. Nie wolno pokazywać głowy Gwyneth Paltrow w pudle.
- Nie zrobiłem tego.
- Przecież widziałam!

Tę bankietową rozmowę Fincher przytacza w wywiadzie udzielonym Brianowi Mockenhauptowi. Dziennikarz kwituje to tak: zobacz "Siedem" (1995) jeszcze raz, szukając przemocy. Nie znajdziesz jej tam tak wiele, jak pamiętasz. Ale po tym, jak w debiucie pogrzebał niezniszczalną Ellen Ripley, a w drugim filmie pozwolił wygrać seryjnemu mordercy, sytuacja była jasna – Fincher jest reżyserem mroku. Rzecz jasna, nie chodzi tylko o estetykę, ale nawet tu – niemal za każdym razem współpracując z innym operatorem – jest bardzo konsekwentny. Ciemność, sztuczne światło, klaustrofobiczne pomieszczenia - choć przytulne w porównaniu z piekłem na zewnątrz. W "Obcym" za murami więzienia panowały mordercze mrozy, w "Siedem" nieustannie pada. Pogoda zapędza ludzi i potwory pod jeden dach.

Śmierć bohaterki trzeciego "Obcego" jest jej zwycięstwem – przez trzy pełnometrażowe filmy uciekała przed kosmitą, aby pod koniec trzeciego dobrowolnie sama zadecydować o swoim losie. Jednak ta jej rebelia odbiega nieco od hollywoodzkich standardów. Morderca z "Siedem" też ginie na własnych warunkach i w tym wypadku jest to ewidentny tryumf zła. Fincher zwykle nie pracuje nad samym scenariuszem, ale broni go przed "ulepszeniami". Przy "Siedem" zaważyło wsparcie udzielone przez Brada Pitta (od tego czasu jego przyjaciela i najczęściej obsadzanego aktora), który zagroził wycofaniem się z projektu, jeśli kontrowersyjny finał filmu ulegnie poprawkom. "W rozrywce jest coś z medycyny. Niektórzy chodzą na filmy, żeby przypomniano im, że wszystko jest ok. Nie robię takich filmów. Uważam, że to kłamstwo. Wszystko wcale nie jest ok".

Grzech 3: AUTOTEMATYCZNOŚĆ
Mam tendencję do przeintelektualizowania spraw, podchodzenia do nich ze strukturalnego punktu widzenia.

Nie dziwi, że zanim "Batman: Początek" trafił w ręce Christophera Nolana, zaproponowano go Fincherowi. Obu łączy sporo, a ich filmy często są w jakiejś mierze autotematyczne – opowiadają o tworzeniu spektaklu. Zawsze jest tu ktoś, kto ten spektakl reżyseruje. John Doe – wieszczący apokalipsę, seryjny morderca z "Siedmiu", nie tylko panuje nad każdym estetycznym detalem przeprowadzanych przez siebie egzekucji, ale nie zapomina o całości, z determinacją dążąc do wielkiego finału. Finał filmu jest jednocześnie końcem jego wielkiego "dzieła", a ścigający go policjanci są jak widzowie siedzący w kinie – fakty odsłaniają się przed nimi powoli i zawsze są o krok za mordercą.


fot. z "Batmana: Początku"

Z filmem w filmie jeszcze dosłowniej mamy do czynienia w "Grze" (1997). Nicholas Van Orton prowadzi nudne życie obrzydliwie bogatego finansisty. Do czasu, gdy za namową brata weźmie udział w specjalnym programie "rekreacyjnym" w wyniku, którego utraci swoje poukładane życie. Bez ostrzeżenia zostanie wrzucony w rzeczywistość filmu kryminalnego. Wszystko to jednak tylko starannie wyreżyserowany spektakl, w którym wyznaczono mu rolę do zagrania. Efektem takiego wyrwania z rutyny codzienności ma być oczywiście katharsis. Poobijany fizycznie i emocjonalnie, wyrwany z ogłupiająco bezpiecznej rzeczywistości, może wreszcie przejrzeć na oczy

Grzech 4: ANTY-SPOŁECZNOŚĆ
Samodoskonalenie to masturbacja. Może samozniszczenie to odpowiedź. (Tyler Durden)

Pod tym względem "Gra" bardzo przypomina "Podziemny krąg" (1999). Chociaż bohaterowie nie są rekinami finansjery, to jednak reprezentują to samo - konsumpcyjne, już przejedzone – społeczeństwo. Mężczyźni, którzy pod przywództwem charyzmatycznego Tylera Durdena spotykają się wieczorami, by ku obustronnej satysfakcji ponaparzać się po gębach, wcześniej żyli higienicznie i według norm społecznych. Była w nich jednak głęboko ukryta potrzeba zmiany. Kiedy udało im się wreszcie optymalnie umeblować swoje domy i swoje życie, kiedy założyli rodziny, wzięli kredyty i zaczęli uśmiechać się do swoich sąsiadów – coś ciągle było nie tak. Lekarstwem okazała się rezygnacja z tego wszystkiego i uwolnienie tłumionych instynktów. I nie ma tu żadnego "w imię czegoś". Armia Durdena w końcu usiłuje nawet rozpętać coś w rodzaju rewolucji, radząc sobie bez dekretów, manifestów i postulatów.

Zanim kultowy dziś film odniósł spektakularną klapę w kinach i zebrał miażdżące recenzje (jeden z najbardziej wpływowych amerykańskich krytyków Roger Ebert określił go jako macho-porno), pojawił się problem promocji. O czym to w ogóle jest? Jak to sprzedać? Wytwórnia widziała to klarownie – To film o ludziach, którzy biją innych ludzi. "Zaraz, zaraz – przypomina swoje argumenty Fincher – to jest film o ludziach, którzy biją się sami, bo szukają sposobu na to, żeby znowu coś poczuć. Pod spodem tej historii jest niemoc, frustracja, smutek". "Nie, nie, nie – usłyszał reżyser - Ludzie. Ludzie, którzy biją innych ludzi. To jest to".


fot. z "Podziemnego kręgu"

Film okazał się być bombą z opóźnionym zapłonem. W tej szalonej komedii z mnóstwem akcji, której elementy łączą się swobodnie, jak w strumieniu świadomości, reżyser nie boi się jednocześnie stawiać społecznej diagnozy. Bohater – tak, jak Michael Douglas w "Grze" – żeby odzyskać swoje życie i przerwać smutną wegetację, musi "wypisać" się ze społeczeństwa, zanegować społeczne umowy. Zejść ze ścieżki rodzina-kariera-hobby, którą powiela jak automat, choć nie widzi w niej żadnego sensu.

Grzech 5: KONCEPTUALIZM
[Najbardziej kreatywną częścią reżyserowania, jest] wymyślanie wszystkiego, projektowanie każdego planu, przesłuchania. Potem to już koniec, cała kreatywność idzie się walić. Dalej to już tylko wojna – całkiem dosłownie. Jak przebrnąć przez kolejny dzień zdjęć? 99% polityki i 1% inspiracji.

Bohaterki "Azylu" (2002) też zostają zawiedzione przez mieszczańską obietnicę szczęścia. Matka i córka  (Jodie Foster i młodziutka Kristen Stewart) wynajmują dom większy i bezpieczniejszy, niż nakazuje rozsądek i już pierwszej nocy okazuje się, że bezpieczniej byłoby spać w kartonie na ulicy. Dom z wbudowanym super-bezpiecznym schronem, łatwiej, niż każdy inny, zamienia się niebezpieczną pułapkę.

Po "Podziemnym kręgu" z mnóstwem planów zdjęciowych, zagmatwaną chronologią, kuszący wydał się Fincherowi pomysł, by opowiedzieć historię, która dzieje się w małej, zamkniętej przestrzeni. Zdecydowanie mniej interesuje go opowiadanie historii, niż wymyślny koncept opowiadania: w każdym filmie, w każdej scenie szuka chwytu, sztuczki, której nieodzownym elementem jest – jak w filmie Nolana"Prestiż". Paradoksalnie – to dlatego niezbyt interesował go Batman i dlatego też zrezygnował z realizacji "Spider-mana". Jak tłumaczy – w tym po prostu nie ma frajdy. Ciągle trzeba biec od wydarzenia, do wydarzenia, nawiązując do niezniszczalnych konwencji, więc nic ciekawego nie może się zdarzyć pod względem samej narracji.


fot. z "Azylu"

Film zamknięty w murach jednego domu był oczywiście podniecającym wyzwaniem na etapie "wymyślania wszystkiego". Cały plan filmowy był dla Finchera wymyślną zabawką zbudowaną w całości w studiu. "Azyl" jest najbardziej efekciarskim filmem Finchera, który bawi się kamerą, jakby była to "ósemka", którą dostał w dzieciństwie od rodziców. W jednym ujęciu kamera przemieszcza się między piętrami, przelatuje przez dziurkę od klucza, zakreśla okręgi, trójkąty i spirale. Ta popisówka nie jest pustym efektem – pomaga zorientować się w geografii miejsca i poczuć klimat zaszczucia. Ale widać w tym ujęciu poszukiwanie sposobu na fragment, który – jak w reklamie – ma walić widza po głowie. Reżyser deklaruje, że lubi czasem włączyć sobie film, krzątając się po domu, by zatrzymać się przed ekranem, w trakcie ulubionych fragmentów. Ogląda, więc "Chinatown" czy "Okno na podwórze" tak, jak słucha się albumu muzycznego, który w całości może być konceptem, ale ciągle niektórych kawałków słucha się głośniej, niż innych.

Grzech 6: DOLEGLIWOŚĆ
Dla mnie, najstraszniejszą rzeczą w seryjnych mordercach jest to, że zawsze jest ktoś, kto mieszka z nimi po sąsiedzku, ściana w ścianę
 
W "Siedmiu", morderca grany przez Kevina Spaceya może wydawać się widzowi pociągający, bo jest inteligentny, nieprzenikniony i uskrzydlony poczuciem misji. W tym sensie, oparty na autentycznych wydarzeniach "Zodiak" (2007) jest rewersem tamtego filmu. Reżyser nie musi mityzować człowieka, który mityzował się sam. Tytułowy seryjny morderca działający w Kalifornii na przełomie lat 60. i 70. i nigdy nie został złapany, skutecznie promował się w prasie. Wysyłane przez niego listy i kryptogramy zdradzały pociąg do znajdowania się w centrum uwagi. Chciał zostać bohaterem filmu, ale pewnie nie takiego, jak ten. W filmie Finchera widzimy go z perspektywy ofiar, jest bezosobowym zagrożeniem (zamaskowaną postać gra 4 aktorów). Nie tylko nie widać nigdy jego twarzy, ale też nigdy nie jest pokazany sam. Z wątłych informacji rysuje się obraz tchórza i megalomana.


fot. z "Zodiaka"

Twórca "Podziemnego kręgu" wymyślnie odwraca szablon filmu o seryjnych mordercach, pokazując obsesyjne zainteresowanie mordercą, zamiast mu ulegać. Oddaje historię ofiarom – zaatakowanym przez Zodiaka, albo tym, którzy próbowali odkryć jego tożsamość – zgodnie z hasłem reklamowym filmu pokazując, że "jest więcej niż jeden sposób, na jaki morderca może zabrać ci życie". Częścią zjawiska o nazwie "Zodiak", które Fincher pamięta z czasów dzieciństwa, było zainteresowanie, jakie względem mordercy pokazały media i publika. "Prawdziwi ludzie zostali skrzywdzeni, nie chciałem pokazywać tego, jako gry wideo, wchodzić w głowę psychopaty – mówi – Nie chciałem zrobić filmu, przy którym onanizowaliby się seryjni mordercy". "Zodiak" miał pytać o to, czym jest sprawiedliwość i psuć dobre samopoczucie widzów morderczego spektaklu. "Odpowiadasz za to, w jaki stan wprawiasz swoich widzów. A ja chcę, żeby czuli się niekomfortowo".

Grzech 7: ROZRYWKOWOŚĆ
Nie mam takich fanów, jak Tom Hanks. Kiedy robisz takie filmy jak ja, dostajesz od ludzi dziwaczne listy. Rzeczy w rodzaju "Siedem było moim pomysłem"

Biorąc pod uwagę, z czego składa swoje filmy, zaskakujące jest, że przynoszą one (choć nie zawsze od razu) zyski. Jednak liczby nie kłamią, więc zleceń nie brakuje. "Ciekawy przypadek Beniamina Buttona" – ekranizacja opowiadania F. Scotta Fitzgeralda o mężczyźnie, który rodzi się jako starzec, by z wiekiem młodnieć, to kolejny po "Obcym" mocno "przechodzony" projekt. Miał go realizować już Spielberg, Ron Howard i Spike Jonze. Trafiając w ręce Finchera z budżetem 150 milionów dolarów, stał się jego najdroższym filmem i jednocześnie jedynym, który zyskał łagodną kategorię PG-13. To prawdziwy i ukryty koszt wielkiej produkcji, która musi podobać się wszystkim. Fincher potrafi fascynację formalną i koncepcyjną stroną filmu przełożyć bezpośrednio na przyjemność oglądania nawet, gdy film jest tak odległy od jego filmowego świata, jak piękny, ale całkowicie chłodny "Benjamin".


fot. z "Ciekawego przypadka Beniamina Buttona"

Należy do tych złotych amerykańskich dzieci kina, które (jak np. Paul Thomas Anderson) dzięki dobrze zarabiającym rodzicom, z łopatki i grzechotki przerzuciły się od razu na ośmiomilimetrową kamerę. Warsztat opanował od podstaw i na własną rękę. Należy do elitarnego grona tych, którzy mają pod kontrolą każdy aspekt tworzenia filmu – od najwcześniejszego etapu zdjęć, po postprodukcję. Nic dziwnego, że wytwórnie boją się trochę człowieka, który potrafi z przejęciem opowiadać o tajemnicach transferu obrazu do najnowszej edycji DVD swojego filmu. Należy sobie życzyć, żeby dzięki "Social Network" i nadchodzącej ekranizacji kryminalnej serii "Millenium", wkrótce zaczęli się go znowu obawiać widzowie.
Udostępnij: