Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Chro%C5%84+nas%2C+Panie%2C+od+samob%C3%B3jstw+naszych+matek-108560
Anna Bielak
Rocznik '86. Ukończyła filmoznawstwo na UJ, dziennikarka, krytyczka filmowa, programerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Jako wolny strzelec współpracuje z portalami Filmweb.pl, Dwutygodnik.com i Wirtualna Polska oraz miesięcznikami "Kino" i "Ekrany". Publikowała też w "K Magu", "Gazecie Wyborczej" i nieistniejącym już "Filmie". Wyróżniona w XV edycji konkursu im. Krzysztofa Mętraka. Ceni dobre mainstreamowe filmy, ale woli niezależne kino i rozmowy z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.

Chroń nas, Panie, od samobójstw naszych matek

  • Filmweb
  • Artykuł
Życiorysy ludzi kina bywają niekiedy ciekawsze niż ich twórczość. Na  styku magii ekranu i prozy życia kryje się prawda o artyście. W dziale  "Persona" będziemy jej szukać – wytrwale, niczym Philip Marlowe i Fox Mulder razem wzięci.

***

Olive Kitteridge rozkłada koc w kratę. Jest stosunkowo ciepłe, jesienne popołudnie. W lesie panuje cisza. Olive włącza małe, przenośne radio. Olive jest sama. Sięga do torby. Wyjmuje z niej zawinięty w kuchenną ścierkę pistolet. To może być trzecie samobójstwo w karierze amerykańskiej reżyserki Lisy Cholodenko. Nieprzypadkowo pierwsze dwa popełniły bohaterki przełomowego dla niej filmu "Sztuka wysublimowanej fotografii" (1998). Miniserial HBO "Olive Kitteridge" nie jest może przełomowy, jeśli wziąć pod uwagę historię amerykańskiej telewizji. Gdyby jednak spojrzeć na niego w kontekście twórczości Cholodenko – skupionej na analizowaniu psychologii postaci i międzyludzkich relacji – historia związku zrzędliwej Olive z jej mężem i gromadą ekscentrycznych sąsiadów jest opus magnum artystki. I najpewniej będzie miała wagę podobną do tej, jaką dla kariery Richarda Linklatera miał "Boyhood" (2013).


633244180.jpg

"Olive Kitteridge"
O ile kręcony przez dekadę film był hołdem złożonym blaskom i cieniom dorastania, o tyle czteroodcinkowy serial jest pełnokrwistą historią o urokach i pułapkach rodzicielstwa. Cholodenko eksploruje ten temat od dawna, ale nie da się ukryć, że do pewnych rozwiązań i niebywałej dojrzałości w portretowaniu rodziny dorastała przez lata. I to był dla niej dobry czas, bo jeśli rozumieć kino autorskie jako chodzenie tam i z powrotem podobnymi ścieżkami, poruszanie tych samych wątków i ogrywanie ich na wiele różnych sposobów – reżyserka "Wszystko w porządku" (2010) jest jedną z ambasadorek europejskiej tradycji politique des auteurs w Ameryce. We wszystkich swoich filmach Cholodenko splata w jednej fabule blaski i cienie rodzicielstwa, podejmuje wątki dotyczące utraty niewinności oraz dokonuje prób zderzania dwóch stylów życia. Reżyserka "Olive Kitteridge" ma obsesję na punkcie budowania przestrzeni-laboratorium, w której jak pod mikroskopem będzie można obserwować napięcia tworzące się między artystyczną bohemą a światem tradycyjnych wartości; między matkami a córkami; silnymi kobietami a słabymi mężczyznami.

Wszystkie wymienione wątki pączkowały już w przełomowej dla kariery reżyserki "Sztuce wysublimowanej fotografii"; w pełni rozwinęły się jednak w zrealizowanej cztery lata później rodzinnej melodramie "Na wzgórzach Hollywood" (2002). Rolę matki – czterdziestoletniej muzycznej producentki z Los Angeles – zagrała wówczas Frances McDormand. Zanim na horyzoncie pojawiła się nagrodzona Pulitzerem powieść Elizabeth Strout z Olive Kitteridge w roli głównej, którą McDormand podsunęła Cholodenko, aktorka wcieliła się w postać matki do Olive podobnej w sposób dosyć pokrętny, ale wyraźny. Jane (McDormand) w "Na wzgórzach…" jest przedstawicielką artystycznej bohemy, wstaje przed południem, noce spędza w basenie z chłopakiem młodszym od jej własnego syna, Sama (Christian Bale). Swoim beztroskim stylem życia uwodzi onieśmieloną światem narzeczoną syna, Alex (Kate Beckinsale). Na pierwszy rzut oka nic nie łączy Jane z uporządkowaną i nieco zgorzkniałą Olive z małego miasteczka. Postaci obu matek są jednak zbudowane na kanwie życiowego doświadczenia dwóch bohaterek, na które Cholodenko patrzy z czułą ironią. W obu przypadkach McDormand rysuje silne, mało subtelne, ale bardzo zniuansowane portrety. Jane i Olive – pewne swoich racji, uparte i nieco cyniczne – mogłyby stanąć na czele dwóch stron konfliktu, gdyby ten wybuchł między światem hołdującym tradycji a rzeczywistością alternatywnych wartości. Trudno powiedzieć, która z nich by wygrała; sama Cholodenko bowiem od lat zgrabnie lawiruje między dwoma tymi światami.

2003_laurel_canyon_004.jpg

"Na wzgórzach Hollywood"
Dorastała w Los Angeles – mieście, jakie uważa za hiperkonwencjonalne – i to w czasie, w którym triumfy święciła konserwatywna polityka Ronalda Reagana. Cholodenko od zawsze wyznawała jednak idee liberalne i lewicowe. Imponowało jej pokolenie kontrrewolucji eksperymentujące z miłością, seksem, narkotykami i rock'n'rollem. Żałowała, że większości jej rówieśników nie stać na nonkonformizm. Christian Bale mówił w wywiadach, że w scenariuszu "Na wzgórzach…" uwiodła go szczerość, z jaką reżyserka opowiadała o powyższych kwestiach, o swoich wątpliwościach, fascynacjach – wątkach bardzo dla niej osobistych. Fabuła jej filmu mówiła też wprost, że Jane nie była gotowa na macierzyństwo. Uciekała od niego w świat muzyki, w którym nie było miejsca ani czasu dla matek z dziećmi. Matką nie chciała być też Delia Byrd (Kyra Sedgwick) w "Jaskiniach serca" (2004), której historia rozegrała się w znacznie bardziej dramatycznych okolicznościach. W kolejnym filmie Cholodenko matka dwóch córek porzuca dom oraz brutalnego męża i ucieka z rockowym muzykiem (Kevin Bacon). Po jego tragicznej śmierci Delia wraca do rodzinnego miasta, by pokazać, że przez dziesięć lat nieobecności dorosła do macierzyństwa. Nie jest to jednak najlepsza pozycja w filmografii Cholodenko. "Jaskinie serca" w zbyt melodramatycznym stylu poruszają tematy, które reżyserka potrafi wpisać w ciekawsze konwencje.

Oba filmy są jednak świadectwami tego, jak szczególne miejsce w twórczości artystki (bo nie tylko w życiu jej bohaterek) zajmuje muzyka. Pomysł realizacji "Na wzgórzach Hollywood" narodził się w trakcie prac montażowych nad "Sztuką wysublimowanej fotografii" – opowiadała Cholodenko Jennifer M. Wood w wywiadzie opublikowanym na łamach magazynu "MovieMaker". Moja montażystka przyniosła do studia płytę Joni Mitchell "Ladies of the Canyon" (1970). Spojrzałam na okładkę i zaczęłam fantazjować na temat ludzi podobnych do Joni, którzy w latach 70. mieszkali w Laurel Canyon. Tego samego ranka rzuciłam pytanie, czy nie byłoby ciekawie nakręcić o nich filmu. Postać kanadyjskiej piosenkarki powraca też przy okazji obrazu "Wszystko w porządku". Joni M. jest mitem z lat młodości, który łączy pokolenia i ludzi na pozór całkowicie od siebie różnych. Nie dość, że córka dwóch matek-lesbijek nosi po artystce jej imię; to w jednej z ciekawszych scen filmowych kolacji Annette Bening (Nic) wspólnie z Markiem Ruffalo (Paul) i w towarzystwie swojej ekranowej partnerki Julianne Moore (Jules) śpiewa a capella utwór "All I Want" z wydanego w 1971 roku albumu "Blue". Historia dwóch kobiet, które decydują się na sztuczne zapłodnienie, by zmierzyć się z urokami macierzyństwa, nie tylko ze względu na fascynacje Joni M., jest historią bezpośrednio odwołującą się do biografii Cholodenko.

54807039.jpg

"Wszystko w porządku"
W żadnym z jej filmów homoseksualna orientacja nie stanowiła źródła dramatycznego konfliktu. Reżyserce zawsze zależało głównie na pokazaniu, że dzięki akceptacji swoich potrzeb i naturalności w zaspokajaniu pragnień rodzi się autentyczna, uwodzicielska radość życia. Doświadczenia Cholodenko nigdy nie skłoniły jej do wpisania homoseksualizmu w konwencję tragicznej historii inicjacyjnej. W jej filmach o lesbijkach roi się od ciekawszych wątków. Na łamach brytyjskiego "The Guardian" reżyserka przyznała, że seksualną orientację odkryła w wieku siedemnastu lat. Przeżyła wtedy swój pierwszy romans ze starszą od siebie dziewczyną. Były lata osiemdziesiąte. Kiedy przyznała się do tego rodzicom, ci zapytali tylko, czy rozmowa ze szkolnym psychologiem byłaby dla niej wsparciem? Dziś reżyserka jest w stałym związku z piosenkarką i gitarzystką – Wendy Melvoin, którą poznała dziesięć lat temu. W czasie pisania scenariusza "Wszystko w porządku" partnerki starały się o dziecko i szukały dawcy spermy. Ze względu na ciążę zdjęcia do filmu przesunięto. Film, w którym Cholodenko snuje domysły na temat tego, co może się stać po osiemnastu latach od dnia narodzin dziecka, został zadedykowany Wendy i ich synowi Calderowi.

Realizacja komedii o lesbijkach i ich dzieciach, które odnajdują biologicznego ojca, była dla reżyserki także okazją do powrotu do swoich pierwszych filmowych fascynacji. Zainteresowanie analizą międzyludzkich relacji narodziło się wraz z jej oczarowaniem amerykańskim kinem lat 70. Wśród swoich inspiracji Cholodenko wymienia "Absolwenta" (1967) Mike'a Nicholsa, "Pięć łatwych utworów" (1970) Boba Rafelsona, komedie Hala Ashby’ego i Milosa Formana, który był jej mentorem na Uniwersytecie Columbia. Zanim profesjonalnie zajęła się kinem – w 1991 asystowała na planie "Chłopaków z sąsiedztwa" Johna Singletona, rok później współpracowała przy montażu "Kosiarza umysłów" Bretta LeonardaCholodenko obejrzała też dwa filmy, dzięki którym odkryła, jak istotna jest obecność autora w historii – jego styl, charakter pisma i artystyczna tożsamość: "Sweetie" (1989) Jane Campion i "Narkotykowego kowboja" (1989) Gusa Van Santa. Identyfikacja autora z jego pracą w jej własnej twórczości ma podstawowe znaczenie. Wiąże się nie tylko z nawiązywaniem do wątków biograficznych, ale i z próbą oddania realizmu przeżycia. Jej filmy są zapisem chwil – intensywnych; silnie działających na emocje, pamięć i wyobraźnię. W "Olive Kitteridge" zachwycają zaobserwowane przez Cholodenko i oddane przez McDormand gesty. To historia pełna drobiazgów, rekwizytów, spojrzeń i wspomnień. Bardzo uniwersalnych. Bardzo mocno wiążących widza z historią starzejącej się kobiety, która musi uporać się z dorastającym synem, radosnym mężem Henrym (Richard Jenkins), jego zafascynowaniem młodziutką pracownicą Denise (Zoe Kazan) i pojawiającymi się w ich życiu epizodycznymi postaciami, które zostawią po sobie mgliste, ale niezatarte wrażenia.

oli.jpg

"Olive Kitteridge"
Formę życiowego epizodu przybrała wcześniej historia Syd (Radha Mitchell) i Lucy Berliner (Ally Sheedy) w "Sztuce wysublimowanej fotografii". Kameralny film był inspirowany kultowymi fotografiami Nan Goldin, ubrany w dźwięki hipnotycznych kompozycji zespołu Shudder to Think; erotyczny do granic wytrzymałości. Odwoływanie się do biografii artystki portretującej życie nowojorskiej bohemy w latach 90. nie było jednak dla Cholodenko tak ważne jak eksplorowanie niejednoznacznej relacji między dwoma fikcyjnymi postaciami – heroinistką Lucy a ambitną fotoedytorką Syd. Podobnie jak Alex w filmie "Na wzgórzach Hollywood" młoda dziewczyna daje się wciągnąć w świat, w którym nie panują oczywiste reguły i w jakim bardziej od pracy i zobowiązań liczy się wrażliwość i delikatność w obcowaniu z obsesjami innych ludzi. Dla Cholodenko obie te kwestie są równoznaczne z intymnością, którą stawia w centrum swoich filmów. Wcielenie się w rolę Lucy Berliner intymnym doświadczeniem było dla samej Ally Sheedy. Trzydziestosiedmioletnia wówczas aktorka, na której cieniem położył się sukces "Klubu winowajców" (1985), do czasu "Sztuki…" nie zagrała żadnej satysfakcjonującej ją roli. Nie byłam postacią tak tragiczną jak Lucy Berliner, ale rozumiem jej decyzje, jej potrzebę wycofania się z życia publicznego i późniejszy trudny powrót na scenę wydarzeń – mówiła Sheedy w wywiadzie dla australijskiego magazynu "Urban Cinefille" po sukcesie, jaki film Cholodenko odniósł na Sundance. W kreowaniu naturalności i w realizmie przedstawiania kryje się siła filmów Cholodenko i tworzonych przez nią postaci, które zostawiają po sobie wyraźne ślady w psychice widza. Nie umierają wraz z zakończeniem seansu.

cdn.indiewire.com.jpg

"Olive Kitteridge"
Śmierci jest za to mnóstwo w "Olive Kitteridge", bo historia o rodzicielstwie jest też opowieścią o przemijaniu – sytuacji, namiętności i przyzwyczajeń. To serial o akceptacji porażek i niespełnień; o lęku, traumie, samotności i zwyczajnym życiu, któremu żadne ludzkie słabości i fizjologiczne reakcje nie są obce. Taka naturalność zakłada w sobie zgodę na nieprzewidywalność zwrotów akcji. Cholodenko wygrywa je mistrzowsko na przestrzeni czterogodzinnego miniserialu. Oczyszcza fabułę powieści Elizabeth Strout z wielu niepotrzebnych wątków. Na wesela i pogrzeby spogląda z przymrużeniem oka i sprawia, że podglądanie kobiety nieszczęśliwej tak bardzo, że ciepłe, jesienne popołudnie postanawia przeznaczyć na swoje skrzętnie zaplanowane samobójstwo, jest doświadczeniem urokliwym, skłaniającym do refleksji, wzruszającym i mądrym, ale nie patetycznym. Oglądanie filmów Lisy Cholodenko przypomina bowiem raczej słuchanie dobrze opowiedzianego i trafnie puentującego sytuację ironicznego dowcipu.

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię