Relacja

Karlove Vary: Płynąca Papusza

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Karlove+Vary%3A+P%C5%82yn%C4%85ca+Papusza-97132
Pamiętam międzynarodowe festiwale, podczas których z uznaniem mówiło i pisało się o polskich filmach, ale 48. edycja festiwalu w Karlovych Varach była pod tym względem wyjątkowa.

Nie chodzi tylko o ilość – aż jedenaście polskich tytułów w sekcjach. Propozycje z Polski budziły na festiwalu największe emocje, wywoływały najbardziej ożywione dyskusje. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze, twórcy "Papuszy", chociaż niemal pominięci w werdykcie jury (zaledwie honorowe wyróżnienie), mogą czuć się moralnymi zwycięzcami konkursu głównego. To o ich filmie w Czechach mówiono najwięcej i najżyczliwiej, "Papusza" zdecydowanie wygrała także w rankingu trzydziestu międzynarodowych krytyków akredytowanych na festiwalu.

Bezapelacyjnym zwycięzcą tego samego rankingu oraz laureatem Kryształowego Globa w sekcji "East of the West" został Tomasz Wasilewski, autor "Płynących wieżowców". Triumf polskiego reżysera który w zeszłym roku w konkursie niezależnym pokazał debiutanckie "W sypialni" jest potwierdzeniem, że w najmłodszym polskim kinie pojawiło się wreszcie nazwisko, które może podbić światowy rynek.

Dostrzegam przy tym być może zaskakujące podobieństwo "Płynących wieżowców" z "Papuszą". Oba filmy mówią o intuicyjnych wyborach, emocjonalności która narzuca filmową formę. W wypadku Krauzów jest to forma z założenia klasyczna, w "Płynących wieżowcach" - nowoczesna. Bohaterów "Papuszy" determinuje płeć i historia, w "Płynących wieżowcach" - rodzina i prawa młodości.

Krauzowie opowiadają o Polsce która była kobietą, natomiast Wasilewski nie ogranicza horyzontu jedynie do młodych, fotogenicznych bohaterów. Subtelnie, wiarygodnie portretuje złożone relacje pomiędzy gejem i jego matką (wspaniałe role Izy Kuny i Katarzyny Herman), przyjaciółmi, równolatkami. Najważniejsza filmowa biografia tej dekady w polskim kinie łączy się z najpełniejszym portretem dylematów młodości na ekranie.

Krauzowie i Wasilewski: filmy o emocjach

"Papusza", połączenie pięknej i okrutnej ballady oraz zrealizowanego z rozmachem historycznego fresku, podobnie jak "Mój Nikifor", "Plac Zbawiciela" czy "Dług", pozostanie częścią historii polskiego kina. Romska poeta w bezbłędnej interpretacji Jowity Budnik w rękach reżyserów staje się swoistym papierkiem lakmusowym odbijającym skrajne stany emocjonalne: gorycz porażki, sukces który staje się przekleństwem, niespełnione macierzyństwo, wreszcie wyalienowanie istoty nadwrażliwej. Trzeba było wielkiej empatii i zawodowej maestrii, żeby tego rodzaju psychologiczne zawiłości zaprezentować bez najmniejszego fałszu.


("Papusza")

Znakomicie zrytmizowany montaż, wspomagany czarno-białymi zdjęciami Wojciecha Staronia i Krzysztofa Ptaka oraz muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza przenosi w różne okresy życia poetyki. Logiką filmu rządzi bowiem nie tyle pamięć, co emocje. Emocjonalność nie jest zaś obarczona obowiązkiem racjonalizmu czy chronologii - dlatego Papusza stale się wymyka, pozostaje tajemnicą równie zagmatwaną jak losy polskich Cyganów.

Krauzowie świadomie ochładzają kadry, unikają kojarzącej się z romskim folklorem cepeliady, autentyczne piękno tego filmu to czerń i biel fotografii oraz pełna paleta postaw. I mnóstwo pytań, z których najważniejsze wydaje się to o cenę artystycznego spełnienia. Często kosztuje ono więcej niż porażka.

Festiwalową rewelacją stały się również "Płynące wieżowce" według scenariusza i w reżyserii Tomasza Wasilewskiego. W Polsce film trafi zapewne do kin w atmosferze skandalu i z sygnaturką "pierwszy film gejowski". Słusznie, Wasilewski nie jest pruderyjny, śmiało wprowadza do kina gejowską narrację, ale historia niespokojnego miłosnego trójkąta pomiędzy dwojgiem chłopców (świetne role Mateusza Banasiuka i Bartosza Gelnera) oraz dziewczyną jednego z nich (wybitna kreacja Marty Nieradkiewicz – dawno nie widziałem tak charyzmatycznej młodej twarzy na ekranie), nie pozwala wpisać się w żaden politycznie (nie)poprawny, czy publicystyczny kontekst.


("Płynące wieżowce")

Dwa lata temu, przy symbolicznym budżecie, Tomasz nakręcił "W sypialni", objechał z tym tytułem kilkadziesiąt międzynarodowych festiwali, był także w Karlovych Varach. Pisałem wówczas w Filmwebie, że wiele wskazuje na to, że właśnie Wasilewski stanie się największym beneficjentem festiwalu. Chyba się nie pomyliłem.

Równo rok po pokazie debiutanckiego tytułu, ujmujący witalnością i poczuciem humoru reżyser, witany był w Karlovych Varach jako sprawdzone nazwisko kina europejskiego, a jego film od samego początku był upatrywany na zdecydowanego faworyta konkursu "East of the West" pokazującego debiutanckie i drugie filmy filmowców z Europy Środkowej i Wschodniej. Po pokazie "W sypialni" słyszałem w Karlovych Varach nieco ironiczne komentarze: Zazdroszczę, macie polskiego Xaviera Dolana. Teraz nikt nie robi już tego rodzaju upraszczających zestawień. Wasilewski nie pozuje na nikogo, niczego nie udaje. W "Płynących wieżowcach" udowadnia, że jako jeden z kilku zaledwie twórców młodego pokolenia w naszym kraju ma własny język, czuje styl, osiąga także znakomite rezultaty w pracy z aktorem. Jego filmy są nowocześnie opowiadane, uniwersalne, ale i bardzo osobiste, autorskie. Nic zatem dziwnego, że "Wieżowce" znalazły znakomitego dystrybutora międzynarodowego - Films Boutique - i mają zapewnioną szeroką, światową dystrybucję.

Polish party

Komplementy zebrała również "Dziewczyna z szafy" Bodo Koxa, startująca w konkursie "East of The West". Bodo Kox swoim wdziękiem podbił serca festiwalowej publiczności, a jego debiutancki film wysoko uplasował się w rankingach krytyków i w głosowaniu widzów. W sekcji "Independent" pokazano nagrodzoną niedawno na festiwalu w Koszalinie "Kamczatkę" Jerzego Kowyni, a w cyklu "The Fresh Selection - Promising Five" bardzo spodobała się zrealizowana w Łódzkiej Szkole Filmowej etiuda Martina Ratha "Co raz zostało zapisane" - wspomagany świetną muzyką Maxa Richtera portret wytatuowanego od stóp do szyi, podstarzałego mieszkańca schroniska dla bezdomnych, bezskutecznie próbującego odnaleźć porozumienie z rodziną.  

W konkursie filmów dokumentalnych startował wielokrotnie nagradzany "Rogalik" Pawła Ziemilskiego – pozbawiony dialogów, ujmujący portret mieszkańców tytułowej miejscowości oraz "Marionetista" Wiktorii Szymańskiej – portret lalkarza, Michaela Meschke ze zdjęciami Wojciecha Staronia i wzruszającym, gościnnym udziałem dawno nie oglądanej w kinie niezapomnianej muzy Krzysztofa Kieślowskiego, Irène Jacob.


("Performer")

W Karlovych Varach pokazano również fragmenty "Performera" Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy – nonkonformistycznej, punkowej quasi-biografii tytułowego performera, Oskara Dawickiego, zapowiadającej się jako kolejne ogniwo ciekawego wideo-artowego cyklu filmowych spotkań plastyków w kinie, w którym własne miejsce odnaleźli już Wilhelm Sasnal, Artur Żmijewski czy Piotr Uklański ("Summer Love"). Podobnym przedsięwzięciem była także półgodzinna "Kapsuła" Athiny Rachel Tsangari (reżyserki filmu "Attenberg", producentki filmów Giorgosa Lanthimosa) zrealizowana wspólnie z polską artystką, Aleksandrą Waliszewską. Perwersyjna opowieść o siedmiu kobietach w różnych wieku mieszkających we wspólnym domu przypomina nie tylko prace Waliszewskiej, ale także tradycję kina surrealistyczno-sadystycznego: od "Mrocznego przedmiotu pożądania" Buñuela po "Salo" Pasoliniego.

A jak na tle Polaków wypadli inni twórcy? Średnio, konkurs główny stał miejscami na zawstydzająco niskim poziomie. Największą zaletą nagrodzonego Grand Prix "Wielkiego zeszytu" w reżyserii Jánosa Szásza są zdjęcia Christiana Bergera, współpracownika Michaela Hanekego. "Wielki zeszyt" to jednak nie jest poziom "Białej wstążki", chociaż temat wydaje się podobny. Co więcej, znakomity węgierski reżyser, autor między innymi "Opium: dziennika kobiety szalonej" czy "Woyzecka", kopiuje w filmie własne pomysły sprawdzone przy "Braciach Witmanach", stając się w pewnym momencie autoepigonem. O ile jednak jestem w stanie zrozumieć uznanie jury pod przewodnictwem Agnieszki Holland dla niespełnionej, ale poważnej propozycji Szásza, o tyle w rosnącą konfuzję wprawiały mnie kolejne nagrody przyznawane tytułom, które w rankingu dziennikarzy dryfowały pomiędzy jedną a dwiema gwiazdkami. Uhonorowany Specjalną Nagrodą Jury brytyjski "A Field in England" Bena Wheatleya w mojej opinii mógłby znaleźć się co najwyżej w konkursie któregoś w z festiwali filmów amatorskich. "Honeymoon", nowy film ulubionego czeskiego reżysera, Jana Hřebejka, powszechnie został uznany za najsłabszy w jego karierze. Kiedy Hřebejk odbierał nagrodę za reżyserię, na sali można było usłyszeć gwizdy, natomiast wyróżnienia dla "A Field in England" oraz nagrody aktorskie zostały przyjmowane były z lodowatą ciszą. A gdzie Papusza? - dopytywał mnie kilka razy podczas gali anonimowy sąsiad. Odpłynęła z wieżowcami.

Wielkie piękno

Prawie sto trzydzieści tysięcy sprzedanych biletów, 640 dziennikarzy i niemal 400 filmowców.  Cyferki robią wrażenie, ale nie są najważniejsze. Festiwal w Karlovych Varach ma specjalny charakter. Jak często w Czechach:  wszystko odbywa się na luzie, bez zadęcia. Chociaż czerwony dywan, po którym przechadzają się ekipy, przez większość dnia otoczony jest barierkami, nikogo nie zdziwi widok znanych twarzy na deptaku kurortu albo w okolicznym parku. W tym roku do Karlovych przyjechali między innymi Oliver Stone, John Travolta, F.Murray Abraham, Michel Gondry, David Lowery, Claudia Llosa, Valeria Golino, Jerry Schatzberg czy Antonio Campos.

Pomimo że atrakcji filmowych było całe mnóstwo (kilkaset projekcji pokazywanych w wielu sekcjach, na przykład "Another View", "Horyzonty", "Imagina", retrospektywy kina kurdyjskiego, Kiry Muratowej  i filmów "bordeline"), dziwnym trafem zawsze  można było znaleźć czas na wieczorne piwo w festiwalowym centrum - "Thermalu", gdzie mieszali się ze sobą goście festiwalowi oraz autochtoni, VIPy bawiły się natomiast na jednym z ekskluzywnych bankietów w gigantycznym hotelu Pupp, którego fin de siecle'owe wnętrze przypomina najpiękniejsze sceny z "Lamparta" Viscontiego.

Vary to idealne miejsce do nadrobienia festiwalowych, arthouse'owych zaległości. Od nieco rozczarowującego "Behind the Candelabra" Stevena Soderbergha, poprzez ukraińsko-francuską biografię Paradżanowa w reżyserii Serge'a Avedikiana i Oleny Fetisowej, "Kongres" Ariego Folmana według prozy Stanisława Lema ze zdjęciami Michała Englerta, rodzaj filmowego baletu kung-fu – "Grandmaster" Wong Kar-Waia, kończąc na "Vic+Flo zobaczyły niedźwiedzia" Denisa Côté.


("Wielkie piękno")

Na festiwalu zachwycił mnie nowy dokument Siergieja Łoźnicy - "The Letter", wyrafinowana plastycznie i dźwiękowo (specjalnie wymyślona fonosfera) partytura o miejscach poza czasem i ludziach odseparowanych od głównego nurtu zdarzeń. Nagrodzona Złotym Niedźwiedziem "Pozycja dziecka" Calina Petera Netzera to dotychczas najwybitniejszy rumuński film dekady, admiratorów miała także "Gloria" Sebastiána Lelio. Gdybym jednak musiał wybrać tylko jeden tytuł z sekcji pozakonkursowych, który zrobił na mnie największe wrażenie, bez wahania zdecydowałbym się na pokazane w Cannes "Wielkie piękno" Paolo Sorrentino. Rozpasany, nieumiarkowany, na granicy kiczu, hołd dla "Słodkiego życia" Felliniego i Rzymu. Razem ze wspaniałym Tonim Servillo, filmowym Japem Gambardellą, patrzymy na Rzym – miasto wiecznego piękna, niekończącego się nigdy przyjęcia, gdzie nawet seks ma często charakter dewocyjno-monstrualny.

Oglądałem ten film w rosnącym oczarowaniu, z zaczerwienionymi policzkami, nie chciałem żeby się skończył. Ożywiające doświadczenie. Znudzony krytyk filmowy znowu był zakochanym dzieciakiem. "Wielkie piękno" kina.
Udostępnij: