Artykuł

Marihuana

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Marihuana-101802
Moda modzie nierówna. Podobnie jak fetysz fetyszowi. Witajcie w wielkiej filmowej rekwizytorni. Bez tych przedmiotów i gadżetów – choć trudno w to uwierzyć – kino nie mogłoby się obyć.


Na ekranie po trawę sięgają wszyscy: nastolatki i babcie gandzie, bezrobotni i biznesmeni, ludzie i ich pluszowe misie.

Wyświetlana wciąż w polskich kinach "Babcia Gandzia" to komedia o wrednej i w dodatku uprzedzonej rasowo staruszce, która, trochę z nudów, trochę z chytrości, zaczyna dilować haszem, w wyniku czego jej świat (tak jak ona sama) pięknieje, mnożą się pieniądze i przyjaciele, radość i dreszczyk wkradają się w jej odnalezione na nowo życie. Komizm tej prostej historyjki osadzonej na francuskich blokowiskach bazuje na zestawieniu nieprzystających do siebie elementów, takich jak starowinka i narkotykowy diler. Ale jest też kolejnym dowodem tego, jak zazieleniło nam się ostatnio w kinie.


"Babcia Gandzia"

Spacer w chmurach

Blanty, namiętnie kręcone przez hipisów w filmach pokroju "Hair" i "Zdobyć Woodstock" czy kłęby marihuanowego dymu wydychanego przez raperów w hip-hopowych teledyskach i wyrosłych z tej kultury filmach, takich jak "Piątek" i "Super zioło", dawno już rozprzestrzeniły się wśród przedstawicieli pozostałych kręgów społecznych. Dziś, wraz ze wzrostem świadomości właściwości marihuany, jej stosunkowo niską ceną i łatwą produkcją, stała się ona najbardziej demokratycznym narkotykiem, ostro infekując czy, jak kto woli, rozanielając także pejzaż filmowy. Na ekranie po trawę sięgają już wszyscy. Nastolatki i babcie gandzie. Bezrobotni i biznesmeni. Ludzie i ich pluszowe misie, jak ten zbokol Ted z filmu MacFarlane'a.

Jeżeli spojrzeć na tytuły, które tylko w ostatnich miesiącach gościły na ekranach naszych kin, można poczuć się jak na spacerze w "chmurach". W "Don Jonie" Josepha Gordona-Levitta śmiało poczyna sobie z lolkami Julianne Moore, okazując się dużo bardziej wyluzowana, a w końcu bardziej atrakcyjna i interesująca niż seksbomba Scarlett Johansson. W "Płynących wieżowcach" Tomasza Wasilewskiego to właśnie od wypalenia wspólnego skręta zaczyna się romans dwóch chłopaków. Ostro zadymiona impreza u Jamesa Franco w "To już jest koniec" Goldberga i Rogena (autorów kultowego "Boskiego chilloutu") prowadzi w prostej linii do końca świata – a może to tylko krzywa jazda? Wystarczy wspomnieć jeszcze "Spring Breakers", "Drugie oblicze" czy "Jobsa", by zrobiło się naprawdę zielono.

   
"To już jest koniec"
Od czysto rozrywkowego elementu, który zapewnić mogą marihuanowe zabawy, niektóre filmy przechodzą do aspektu ekonomicznego i społecznego. Nawet w dość błahej komedyjce, jaką jest "Babcia Gandzia", tytułowa bohaterka zaczyna przecież dilować ze względu na brak perspektyw, ubóstwo i nudę. "Jak zarobić na dilerce" – dokument pokazywany podczas American Film Festival we Wrocławiu i na warszawskim Watch Docs – przekonywał, że większą krzywdę społeczeństwu robią nie używki, a tzw. wojna z narkotykami, czyli nieumiejętna polityka radzenia sobie z problemami w istocie je zaostrzająca. Piętnaście lat temu o podobnych sprawach opowiadał dokument "[film=685511]Grass: History of Marijuana[/film]" Rona Manna, w którym narratorem był znany ze słabości do marihuanowych oparów i rozrywkowego życia Woody Harrelson. Inaczej niż w przypadku ciężkich narkotyków, które naznaczyły historię kina obrazami tak posępnymi jak "Narkomani" Jerry’ego Schatzberga czy "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky’ego, trudno zielem straszyć. Trawa, zostawiając czarniejsze tony kokainie i heroinie, zadomowiła się raczej w komedii.

Diabelskie nasienie

Nawet klasyki exploitation, takie jak filmy Dwaina Espera z lat 30., które w założeniu miały przestrzegać przed skutkami używania konopi, mających prowadzić do dzikiego rozpasania, z czasem stały się pozycjami ubóstwianymi w marihuanowych kręgach, zupełnie wytracając swoje pierwotne antynarkotykowe przesłanie z czasów kodeksu Hayesa, skutecznie zmuszającego hollywoodzkich twórców do autocenzury. Kiedy narkotyków absolutnie nie wolno było pokazać w filmach wielkich studiów, w drugim obiegu można było skodyfikowany obraz do woli karnawalizować. I tak – w ramach przestrogi – w "Marihuanie – diabelskim nasieniu" Espera (1936) zobaczyć można scenę, w której na ostrej imprezie dzierlatki palą sążnistego jointa, po czym dostają ataku histerycznego śmiechu i wskakują na golasa do oceanu. O ileż to odważniejsze niż chociażby, swego czasu uważane za niezwykle śmiałe, "Ich noce" Franka Capry.

Zgodnie czy też wbrew ich pierwotnym intencjom, filmy Espera – a w szczególności wyprodukowane przez niego "Narkotykowe szaleństwo" – weszły do klasyki gatunku zwanego stoner movies, określającego filmy śmiało eksplorujące marihuanową kulturę i skierowane głównie do jej członków. Samo wytworzenie się gatunku wskazuje na to, że grupa to liczna na tyle, by kierować do niej odpowiadający jej potrzebom odrębny produkt. Prócz Espera, do prestonerskich filmów zaliczyć można dzieła czasu kontrkultury: "Swobodnego jeźdźca" Dennisa Hoppera, "Odlot" Formana czy przede wszystkim serię filmów o Cheechu i Chongu.

Boom na zielarskie filmy przypadł jednak na lata 90., kiedy to "powierzchnia stała się głębią", a marihuanowe rytuały emancypowały się z reaganowskiej pogardy lat 80. Popularność tytułów takich jak "Bill & Ted's Excellent Adventure" (1989), "Dazed & Confused" Richarda Linklatera czy "Big Lebowski" braci Coen sprawiła, że zaczął wykształcać się nowy gatunek i z własnymi skodyfikowanymi zasadami. W typowych stoner movies występuje najczęściej para wiecznie upalonych kumpli, których slapstickowe perypetie krążą wokół prób zdobycia ziela. Czasem jeden z nich próbuje poderwać dziewczynę, ale w końcu to marihuana okazuje się tą "najlepszą z dam".

Kultowość tych (wszystkie trzy w pierwszej dziesiątce najważniejszych "stonerów" magazynu "Rolling Stone") oraz kilku innych filmów, w których nader często używa się słowa dude, spowodowała wysyp filmów targetowanych bezpośrednio do upalonych widzów. Noszą one zazwyczaj dość urocze i nietrudne do rozszyfrowania dla wtajemniczonych tytuły. Przykłady? "Super High Me", "Puff Puff Pass", "High School", "Your Highness", "HIGHway", "Stonerville". Albo trzy części "Evil Bonga". Ostatnia w 3D.

Coraz więcej widzę i jeszcze więcej


Wysyp stoner movies w latach dziewięćdziesiątych i zerowych sprawił, że "branżowy" magazyn "High Times" zaczął przyznawać nagrody Stony Awards, pieszczotliwie zwane Stonys. Ukazujące się w czasopiśmie podsumowania roku pióra naczelnego Stevena Hagera przerodziły się w końcu w regularną ceremonię, podczas której laureaci otrzymywali statuetkę z radośnie kręcącą się na cokole lufą. W inaugurującym zabawę roku 2000 triumfował film "Go" Douga Limana, a nagrodę za całokształt twórczości otrzymał Dennis Hopper. Wśród późniejszych laureatów Stonys znaleźć można Setha Rogena, Jamesa Franco czy, jakżeby inaczej, Snoop Doga. W 2007 roku nagrodę w nowej kategorii nazwanej Stonette of the Year otrzymała Anna Faris za występ w bez wątpienia jednym z najśmieszniejszych filmów dla palaczy w historii, "Ciastku z niespodzianką" Gregga Arakiego. Nawet jeżeli typowe "stonery" bywają schematyczne, mało (lub nazbyt) komunikatywne czy w ogóle niestrawne bez dymka, potrafią wydać takie zielone perły jak ta. Faris, wcielająca się tu w rolę kradnącej "Kapitał" Marksa, wiecznie ujaranej niedoszłej aktoreczki Jane, została okrzyknięta pierwszą pierwszoplanową zielarką w dość zmaskulinizowanej szufladzie podpisanej stoner films. Cóż, gatunki filmowe wiecznie ewoluują.


"Ciastko z niespodzianką"
Film, by ukochało go grono miłośników konopi, wcale nie musi jednak pokazywać samej ceremonii odurzania się. W 2000 roku za Best Stoner Movie uznano "Być jak John Malkovich", który można oglądać jako kwaśną halucynację, ale równie dobrze interpretować na każdy inny sposób. Rozmaicie – także jako narkotykowy trip – rozumiano przecież również podróż Dorotki z "Czarnoksiężnika z Oz". Podobne przypadki znajdziemy w każdej kulturze. Brazylijska "Macunaima" (1969) Joaquima Pedra de Andradego powstała jako metafora kraju znajdującego się między dziczą a cywilizacją, kulturą a naturą, odruchem a rytuałem. Wielbiciele dymka i tak jednak zrozumieli ją po swojemu. Zakręcony film dawał ku temu powody.

W Polsce sporo przykładów tego rodzaju podwójnego kodowania znajdziemy w literaturze, czego dowodził niedawno Kamil Sipowicz w "Encyklopedii polskiej psychodelii". Ale i nasze filmy mają swoich psychodelicznych wyznawców. W kręgach wielbicielu haszu i LSD kultowy stał się chociażby "Rękopis znaleziony w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa, w którym zwykły widz się gubi, upalony – odnajduje. Niektórzy zielarze uwielbiają też "Jak daleko stąd, jak blisko" Tadeusza Konwickiego: jego awangardowa forma współgrać ma z rozszerzoną, marihuanową percepcją. Najbardziej kultowym filmem polskich stonerów jest jednak ekranizacja "Akademii Pana Kleksa" Jana Brzechwy. Wielowątkowa, szkatułkowo zbudowana fabuła, przeplatana piosenkami o wyjątkowo surrealistycznych tekstach jest skarbnicą kwaśnych aluzji. Pan Kleks odjeżdża na piegach, które zdobywa od podejrzanego Filipa Golarza, przy okazji wciągając swoich uczniów w oniryczne podróże. Trudno też nie znaleźć narkotykowych konotacji właściwie w każdej linijce tekstu piosenki "Z poradnika młodego zielarza".


"Withnail & I"
Na Wyspach klasykiem domowych pokazów w kręgu tzw. lad culture stał się "Withnail & I" Bruce’a Robinsona, w którym bohaterowie – a w szlak za nimi widzowie oddający się sprzężonej z filmem drinking game –  piją na umór. Ale nie tylko: pojawia się też legendarny joint zwany Camberwell Carrot i w tym momencie fani filmu odpadają. Takiego bata mogłyby przeżyć tylko płuca kryjącego siłę we włosach dilera Danny’ego. No może jeszcze Teda i jego dziewczyny, Ramony Jackowskiej.
Udostępnij: