Artykuł

Duży (ekran) może więcej?

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Du%C5%BCy+%28ekran%29+mo%C5%BCe+wi%C4%99cej-85436
W jednym z odcinków komediowego "Life’s too short", serialu Ricky'ego Gervaisa stylizowanego na telewizyjny dokument, Johnny Depp i Helena Bonham Carter pojawiali się w autoironicznych rolach na wskroś pretensjonalnych gwiazdeczek pracujących właśnie przy nowym filmie Tima Burtona.  Ich występ utrzymany w charakterze zjadliwej zgrywy stanowił kuszącą zapowiedź filmowego cacka, jakie dostajemy dziś od Tima Burtona, niezrównanego piewcy gotyku, czarnego humoru i malowniczego rozkładu.

Uroki i mroki historii

Jego "Mroczne cienie" są dowodem na to, że kino i serial nie tylko nie muszą wzajemnie się pożerać, ale mogą się uzupełniać. Walka o widzów i prymat na popkulturowej arenie nie musi być pojedynkiem na śmierć i życie.  I choć na pierwszy rzut oka wydawać się może, że w ostatnich latach telewizyjne seriale zupełnie zdominowały showbiznesowy rynek, spychając X Muzę do narożnika, "Mroczne cienie" pokazują, że telewizja może być fenomenalną inspiracją, a także siłą napędową dla marketingowej i narracyjnej maszynerii kina. 

W przeciwieństwie do wielu współczesnych reżyserów Burton jest bowiem artystą, który zamiast pasożytnictwa wybiera inspirującą koegzystencję. Czerpie z kinowej i literackiej tradycji, ale nie przerabia jej na własną modłę tylko dla marketingowego efektu. W czasach gdy bohaterka "Kopciuszka. Historii prawdziwej" okazuje się dzielną kowbojką, a jedna z francuskich wytwórni zapowiada adaptację "Olivera Twista" jako trójwymiarowy film o parkourze, Burton wydaje się szlachetnym przykładem na to, że z kulturalnej tradycji można czerpać w mądry i artystycznie dojrzały sposób.

Autor "Alicji w Krainie Czarów" wraca tu bowiem do lektury swego dzieciństwa, by opowiedzieć ją na nowo i złożyć hołd serialowej legendzie. Gdy telewizyjne "Dark Shadows", gotycka opera mydlana stworzona przez Dana Curtisa, pojawiły się na antenie amerykańskiej stacji ABC, Burton miał osiem lat.  "Prawdopodobnie po lekcjach powinienem odrabiać zadania domowe albo uprawiać sporty, zamiast oglądać «Mroczne cienie»" – mówił Terrence'owi Rafferty’emu z "New York Timesa".  Burtona uwodziła dziwaczność tej opowieści, dziwaczność, którą po latach skutecznie przeszczepił do własnego kina.

Ale siłą serialu Curtisa była nie tylko niezwykła atmosfera. Produkcja ABC była cudownym zlepkiem parodystycznych cytatów i popkulturowych klisz. Jego twórcy łączyli klimat wampirycznych horrorów brytyjskiego studia Hammer, wciskali grozę w formę mydlanej opery, ironicznie bawili się archetypami, a w kolejnych sezonach odnaleźć można było nawiązania do "Portretu Doriana Graya" Wilde’a, "Doktora Jeckylla i Pana Hyde’a" Roberta Louisa Stevensona, Lovecraftowskiej mitologii Cthulhu i "Wichrowych wzgórz" Emily Brontë. Widownia zakochała się w tej serii, a jej kult funkcjonował także poza telewizją: publiczność doczekała się filmowych wersji w postaci "House of Dark Shadows" i "Night Of Dark Shadows" reżyserowanych przez Dana Curtisa, do księgarń trafiły powieści i komiksy, a bohaterowie serialu pojawili się na kolekcjonerskich kartach, w postaci plastikowych zabawek i w grach.

Naczynia połączone

Obraz Burtona to chlubny wyjątek potwierdzający regułę, że we współczesnym show biznesie kino i serial wzajemnie na sobie żerują, wykorzystując koniunkturę napędzaną przez konkurencję. Trwająca od kilku lat filmowa moda na baśniowe adaptacje znalazła swą kulminację w serialowym "Grimmie", policyjnej opowieści o ostatnim potomku braci Grimm, i "Once Upon a Time", popularnej za oceanem serii, w której splatają się losy różnych baśniowych bohaterów: uwspółcześniony Kopciuszek spotyka Królewnę Śnieżkę, Zła Królowa jest burmistrzem miasta, a krasnale – pracownikami miejscowej kopalni.

 

Wkrótce po tym, jak na filmowe afisze z hukiem wkroczyła seria "Zmierzch" według powieści Stephenie Meyer, na ekranach telewizorów zaroiło się od zakochanych wampirów,  które uwodziły białogłowe, między innymi w "Czystej krwi" i "Pamiętnikach wampirów". Odświeżony przez "Króla Artura" Antoine Fuqui mit arturiański powrócił na małe ekrany w "Przygodach Merlina" i "Camelocie", a moda na komiksowych superbohaterów znalazła swoje odbicie w familijnym serialu "No Ordinary Family", głośnych "Herosach", a także w stricte komiksowym "Cape" z Izą Miko w jednej z ważnych ról.

Powiązania serialowo-filmowych uniwersów bywają też bardziej subtelne, czego dowodzi telewizyjny western. Opowieści o Dzikim Zachodzie, które pojawiają się we współczesnej telewizji, nie przypominają historyjek o dzielnych szeryfach i honorowych rewolwerowcach.  Ich twórcy czerpią raczej z westernowych rewizjonistów aniżeli z klasycznych telewizyjnych seriali w rodzaju "Bonanzy", "Mavericka" czy "Rawhide". Zamiast sielskiej prerii i prostych moralitetów twórcy takich seriali, jak "Deadwood", "Hell on Wheels", a nawet "Justified. Bez przebaczenia" pokazują świat wyjęty raczej z filmów Arthura Penna, Roberta Altmana czy Dicka Richardsa. I tak jak ci słynni twórcy współcześni filmowcy w westernowy kostium ubierają opowieści o współczesnym świecie: już nie o wojnie w Wietnamie, prawach czarnych czy kontrkulturowej rewolcie lat 70., ale o finansowym kryzysie i świecie, gdzie bogaci narzucają biednym moralne normy i życiowe uwarunkowania.


Nie jest jednak tak, że to wyłącznie telewizja żeruje na filmowym przemyśle, podchwytując jego co ładniejsze melodie. Filmowi twórcy równie wiele zawdzięczają swym konkurentom. Serialowa moda jest bowiem prawdziwym kołem zamachowym dla X Muzy, a na dużym ekranie coraz częściej podziwiać możemy bohaterów znanych z telewizyjnych produkcji.

To dzięki spektakularnemu sukcesowi serialu "Seks w wielkim mieście" doczekał się aż dwóch, skądinąd koszmarnych, kinowych wersji, a pełnometrażowe przygody Jacka Bauera w "Przez 24 godziny: Wybawienie" miały przyciągać fanów dzielnego antyterrorysty. Swych filmowych wersji doczekały się takie młodzieżowe seriale, jak "Hannah Montana" czy "High School Musical". W showbiznesowym systemie naczyń połączonych przepływ pomysłów, mód, a nawet bohaterów odbywa się zupełnie swobodnie, a transferowe okienko otwarte jest cały czas. I tak jak w piłkarskim sezonie ogórkowym gazety sportowe rozpisują się o domniemanych przenosinach gwiazd z Realu do Barcelony i z powrotem, tak i filmowe portale od czasu do czasu ożywają na wieść o planowanej filmowej wersji "Rodziny Soprano" Alana Balla albo "Rzymu" Michaela Hirsta.

Bez kompleksów

Telewizja, która była zmurszałym przedsionkiem, z którego dostać się można na salony Fabryki Snów, dziś przejęła stery popkultury. O ile gwiazdy sprzed lat ze wstydem wspominały swe aktorskie początki na planach banalnych westernów czy serii s-f, o tyle współcześni aktorzy doskonale wiedzą, że serial stał się potężną maszynerią gwarantującą nie tylko spore dochody, ale też artystyczną wolność.


"Zakazane imperium"

W telewizji mogliśmy już oglądać Jeremy’ego Ironsa i Ala Pacino, Harveya Keitela i Glenn Close, Helen Mirren, Tima Rotha i Dustina Hoffmana, a nie brak także znakomitych nazwisk reżyserów, scenarzystów i producentów. Martin Scorsese stawał za kamerą "Zakazanego imperium", Neil Jordan opowiadał o kontrowersyjnej "Rodzinie Borgiów", a Michael Mann wprowadzał nas w świat uzależnionych hazardzistów w "Luck". Za zapachem pieniędzy podążyli także producenci, a w czołówkach seriali trafimy na nazwiska takich tuzów, jak Jerry Bruckheimer, Steven Spielberg, J.J. Abrams, Tom Hanks czy bracia Tony i Ridley Scott.


Współcześnie nie sposób rozdzielać kultury wysokiej i niskiej, nie sposób też przeprowadzić linii podziału między przemysłem filmowym i telewizyjnym. Nic w tym dziwnego, skoro największe stacje i wytwórnie należą dziś często do tych samych korporacji. I choć oglądając seriale stacji ABC oraz kreskówki Disneya, nie dostrzeżemy w nich wielu podobieństw, obie są częścią tej samej multimedialnej  sieci.

Lost in Translation

Ścierając się ze sobą, twórcy dużego i małego ekranu dysponują zupełnie innymi rodzajami broni. Sposób opowiadania, który sprawdzi się w serialu, nie musi być skuteczny w kinowych opowieściach. Mały ekran nigdy nie zapewni zaś porównywanej widowiskowości co ekran duży. Kiedy John Lafia w katastroficznym  "10,5 w skali Richtera" próbował do pełnometrażowego filmu przenieść narracyjny schemat serialowych "24 godzin", a zatem opowiadać historię w czasie rzeczywistym, jednocześnie dzieląc ekran na mniejsze fragmenty, efekt jego wysiłków był cokolwiek karykaturalny.


Serialowe opowieści nie zawsze dają się bowiem przełożyć na język kina. Alan Ball nie dlatego wstrzymuje się przed nakręceniem fabularnej "Rodziny Soprano", że nie potrafi opowiedzieć historii Tony’ego w dwie godziny, lecz dlatego, że zderzenie dwóch sposobów narracji mogłoby nadwątlić legendę serialu i zniszczyć jego czar. Bo choć zazwyczaj serialowi twórcy nie mają do dyspozycji budżetów porównywalnych z tymi oferowanymi w wytwórniach filmowych (choć i to się zmienia), mają coś szczególnego – czas na zbudowanie postaci i zainteresowanie nimi widzów.

Nie jest dziełem przypadku, że James Gandolfini nie doczekał się dotąd filmowej roli na miarę swego talentu, a w pamięci widzów funkcjonuje jako Tony Soprano – jego postać jest telewizyjną legendą także dlatego, że przez sześć sezonów mogła ewoluować, a kolejne psychologiczne przełomy wydawały się całkowicie naturalne. Także "Prawo ulicy" Davida Simona, telewizyjna perła od HBO, w kinie nie miałoby racji bytu. Dickensowska w swej istocie opowieść o mrocznym Baltimore staje się dziełem wielkim dopiero jako całość, licząca pięć sezonów epicka opowieść o skorumpowanym świecie, wynaturzeniach kapitalizmu i demokracji. 


O tym, że nawet świetny serial nie zawsze daje się przełożyć na język kina, niedawno przekonali się twórcy "Seksualnych, niebezpiecznych". Kto oglądał brytyjski serial "Inbetweeners", wie, że pełnometrażowe przygody nastolatków z filmu Bena Palmera niewiele mają wspólnego z ich telewizyjnymi wybrykami. Niby czterem hormonalnie nakręconym chłopakom wciąż chodzi o to samo, ale ich dowcipy pozbawione są czaru i topornego uroku, którym skrzył się telewizyjny ekran. Widać koszarowe dowcipy, które świetnie sprawdzały się w krótkich, kilkunastominutowych odcinkach, wepchnięte w półtoragodzinną fabułę okazują się zwyczajnie nieznośne.

Rację mają wielcy współcześni reżyserzy wracający do pracy na małym ekranie: telewizja nie jest gorsza od kina. Nie jest też lepsza. Młodsza kuzynka X Muzy jest po prostu zupełnie inna: operuje innym rytmem, dysponuje innymi narzędziami. Nie oznacza to, że w kinie i serialu niemożliwe jest opowiadanie tych samych historii i wykorzystywanie tych samych bohaterów. Warto jednak pamiętać, że to nie medium jest w stanie przekonać publiczność do danego dzieła, ale jego twórca. Jeśli poza koniunkturalną modą widzowie dostrzegą też pasję i artystyczny zamysł, chętnie skuszą się na historię, którą znają już z innych źródeł. A że Timowi Burtonowi nie brak ani pasji, ani artystycznej konsekwencji i dojrzałości, o jego "Mroczne cienie" możemy być spokojni.