Artykuł

Marta Brzezińska o morskiej przygodzie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Marta+Brzezi%C5%84ska+o+morskiej+przygodzie-63339
KINO POD ŻAGLAMI

Pamiętam, że morze widziane po raz pierwszy rozczarowało mnie. Szary Bałtyk rozciągnięty płasko jak koc, lekko pofałdowany na styku z plażą, pustą o tej porze roku. To już? Tylko tyle? – pomyślałam. A jednak wystarczyło, by jakoś zaintrygować, zaciekawić. Czym? Morską przygodą, która wedle hipotez rozpoczęła się nawet już kilkadziesiąt tysięcy lat temu. A może – lepiej to ujmując – mitem tej przygody, w dużej mierze filmowym. Era żagli, era pary, bicie rekordów szybkości nie tylko w przewożeniu towarów, ale i w budowie statków, luksusowe liniowce, przyjemność żeglowania i codzienna praca na morzu – ile tu ciekawych tematów i możliwości dla scenarzystów... Mnóstwo wrażeń, i to nie tylko dla szczurów lądowych takich jak ja, bez szans na opłynięcie Hornu. A zresztą, podobno opływanie burzowego przylądka dzisiaj to już nie to samo, co kiedyś...

Zła sława Karaibów
   
Długa historia związków z morzem ma bardzo wiele różnych filmowych oblicz. Jeden z popularnych żeglarskich mitów to piraci i Wyspy Karaibskie. W filmowym wcieleniu morscy rozbójnicy tracą wiele z okrutnej brutalności i opowieści o nich zasadniczo nie mają większego związku z historią. No, może poza częstym użyciem dymiących pistoletów (fachowcy twierdzą, że niezastąpionych na krótki dystans), krótkich szabel o szerokim ostrzu i flag z trupią czaszką. Filmowe piractwo jest przede wszystkim malownicze i przygodowe. Ta filmowa morska przygoda ostatnio została przywrócona do łask za sprawą serii "Piraci z Karaibów", okazując się wyjątkowo atrakcyjna (przynajmniej dla producentów) jako przygodowy wehikuł właśnie. W "Piratach z Karaibów" odnaleźć można bardzo wiele różnych znajomych i nowych elementów – pogonie i pojedynki, skarby, klątwy, ale i potwory, duchy... Słowem "Wyspa Skarbów" i rekwizytów. Wydaje się, że najmniej tam samych piratów, no, ale w kolejnej filmowej odsłonie serii pojawić ma się nie kto inny, a prawdziwy groźny karaibski pirat Edward Teach, znany lepiej pod pseudonimem Czarnobrody... Z wcześniejszych filmów warto pamiętać o świadomie anachronicznych "Piratach" w reżyserii Romana Polańskiego, którzy wciąż zapewniają dobrą zabawę, i o "Karmazynowym piracie", który nie bawi już tak jak kiedyś, ale ze względów sentymentalnych warto o tym filmie, z Burtem Lancasterem w głównej roli, pamiętać.

   
Karaiby są w ogóle miejscem dość szczególnym na mapie morskich dróg, bowiem leżą na szlaku niewolniczym. Przybijały tam statki z Afryki Zachodniej z ładowniami pełnymi "żywego towaru" przeznaczonego do pracy na europejskich plantacjach. Przyszli niewolnicy – kobiety, dzieci, mężczyźni – byli upychani na statkach jeden obok drugiego, bez możliwości poruszenia... Bywało, że na statki o "pojemności" 450 ludzi, ładowano nawet 600! Po zrzuceniu "ładunku" statki wracały z kolonii do Europy wypełnione różnymi dobrami, między innymi cukrem i rumem. System działał niezawodnie, statki przewożące niewolników z czasem były coraz szybsze, "handlowcy" i przewoźnicy coraz bardziej bezwzględni (niewiele sobie robiąc z "abolicyjnych" morskich patroli, przynajmniej do czasu), a możliwość wzniecenia buntu nie istniała. Niemniej jednak, w 1839 roku na statku "Amistad" wybuchł bunt niewolników, o którym ze zmiennym szczęściem próbował opowiedzieć Steven Spielberg. Film "Amistad" nie jest może arcydziełem kina, ale znakomicie nakręconą, przerażającą sekwencję rewolty na morzu należy zobaczyć koniecznie.


Urok Tahiti

   
Pozostając przy buntownikach, najsłynniejszymi rebeliantami chyba w całej morskiej historii są ci ze statku Bounty, którzy w 1789 roku postanowili wypowiedzieć posłuszeństwo swemu kapitanowi-tyranowi. W swej wspaniałomyślności buntownicy wsadzili kapitana z wiernymi mu ludźmi do szalupy i powiedzieli adieu! (a może raczej: płyń do diabła!). Kapitan, William Bligh, w ciemię bity jednak nie był, terminował u samego Jamesa Cooka i nawigację miał w małym palcu. Dopłynął ze swoimi ludźmi tam, gdzie należy, zawiadomił o buncie i w swoim życiu służbisty otrzymał nawet stanowisko gubernatora w Nowej Południowej Walii, czyli dzisiejszej Australii (cóż, że doczekał tam biedak, kolejnego buntu). Wydarzenia z kwietnia roku 1789 zostały sfilmowane wielokrotnie w gwiazdorskich obsadach. Rolę przywódcy buntowników Fletchera Christiana odgrywali: Errol Flynn (1933), Clark Gable (1935), Marlon Brando (1962) i Mel Gibson (1984).

   
Ostatnia filmowa wersja (z roku 1984) opowieści o buncie, w reżyserii Rogera Donaldsona, uchodzi za najbardziej wierną faktom historycznym. Realizatorzy spróbowali pozbawić kapitana Bligha "gęby" sadystycznego psychopaty, a Christiana uczynić nieco mniej bohaterskim, szlachetnym i pierwszoplanowym. Film jest interesujący ze względu na dużą wierność realiom i bardzo dobre aktorskie rzemiosło (oprócz Gibsona mamy w filmie Anthony’ego Hopkinsa, Daniela Day-Lewisa, Bernarda Hilla, Liama Neesona…). "Bounty" Donaldsona to Tahiti i bunt odarte z legendy; kapitan grany przez Hopkinsa jest pragmatycznym profesjonalistą choć apodyktycznym, Christian w wykonaniu Gibsona to nie bohater a lekkoduch, podejmujący, być może po raz pierwszy w życiu, trudną decyzję o poważnych konsekwencjach. Jest postacią w zasadzie tragiczną, obierając ze współtowarzyszami buntownikami kurs na Wyspę Pitcairn wybiera nie tyle wolność i miłość, co niebezpieczeństwo i niepewność (a jak historia poucza – pewną śmierć). Historia buntu na "Bounty" nadaje się znakomicie na filmową opowieść, łącząc egzotyczny i idylliczny krajobraz wysp Pacyfiku (z wyobrażeniami o przyjaznej i pełnej swobody kulturze tubylców) z napiętymi relacjami na pokładzie statku, konfrontacją osobowości i dramatycznym rejsem. Wersja Donaldsona ciekawie wyważa te wszystkie elementy, choć "Bounty", będąc opowieścią już nie romantyczną, i prowadzoną w sposób dla widza mało zaskakujący, traci czasami na napięciu...


Pierwszy po Bogu
   
Napięcia i zwrotów akcji nie brakuje natomiast w innym filmie eksploatującym brytyjskie mity morskie – w obrazie Petera Weira "Pan i władca: na krańcu świata". Film powstał na motywach prozy marynistycznej Patricka O'Briana i  połączył dość prostą fabułę opartą na konfrontacji dwóch morskich potęg Anglii i Francji z próbą uchwycenia codzienności na okręcie wojennym na początku XIX wieku. Myślę, że warto zaznaczyć, że tak jak w przypadku historii o "Bounty", realizatorzy pracowali na replice żaglowca (choć akurat u Weira w filmie nie mamy kopii HMS "Surprise", a podobną do niej jednostkę), co czyni film bardzo realistycznym. "Pan i władca" dobrze oddaje warunki trudnego życia na okręcie z hierarchicznością, dyscypliną, wszechobecnym ściskiem; to też ciekawy zbiorowy portret prostych, zabobonnych marynarzy. Na marginesie dodam, że żywot szeregowego żeglarza wojennej floty był w owym czasie potwornie ciężki, poczynając od tego, że do służby trafiało się bardzo często pod przymusem (w folklorze morskim znajdziemy do dziś popularne pieśni o przymusowych zaciągach). Ubogie wyżywienie, żegluga przez wiele miesięcy w chłodzie lub upale, mnóstwo chorób (również tropikalnych), rozdawane hojną ręką kary cielesne ("kot o dziewięciu ogonach" to bynajmniej nie zwierzątko, a bicz) sprawiały, że żeglarze często nie dożywali powrotu do rodzinnego miasta. "Pan i władca" wielokrotnie podkreśla nie tylko wyczerpującą codzienność życia na morzu, lecz także "niełatwe" relacje między dowództwem okrętu a marynarzami. Film Weira jest obrazem widowiskowym, to dobre marynistyczne kino obfitujące w bitwy morskie, złą pogodę i interesujących bohaterów (a nawet w wyprawy na egzotyczne wyspy).
  

Pomimo unoszącego się nad filmem ducha Nelsona i emfazy brytyjskiego serca do walki, w obrazie znajdziemy też dość "współczesne" spojrzenie pełne rezerwy, głównie za sprawą postaci okrętowego lekarza, granego przez Paula Bettany'ego. "Pan i władca" jest bowiem w dużej mierze opowieścią o relacji między lekarzem a dowódcą okrętu, Jackiem Aubreyem, którego gra Russell Crowe. Jego rola jest prosta tylko na pierwszy rzut oka. Kapitan jest charyzmatyczny, doświadczony i przebiegły, lecz tak naprawdę to przecież uparciuch i ryzykant, człowiek uzależniony od wyzywania losu na pojedynek, igrający ze śmiercią... Postać kapitana statku jest specjalnym typem bohatera filmowego. To często ktoś naznaczony przez los, mający w sobie wiele ze straceńca, wadzącego się ze światem i ludźmi. Bywa, że jedyne, co go obchodzi, to morska tułaczka i własny statek. Nawet w kapitanie Aubreyu, któremu przecież daleko do szalonego wielorybnika kapitana Ahaba z "Moby Dicka" czy skomplikowania bohaterów prozy Conrad, odnajdziemy ambiwalentny rys. Tę bardzo szczególną mieszankę heroizmu i nikczemności oraz żarliwe przywiązanie do statku cenionego wyżej niż własna załoga.

Czarna łódź podwodna i tragiczne przeprawy przez Atlantyk
   
Obok lubianych przez kino pięknych żaglowców często na ekranie pojawiają się łodzie podwodne. Eksperymenty ze statkami umożliwiającymi podróżowanie pod powierzchnią wody rozpoczęto już w XVIII wieku, a literackim (adaptowanym potem często na potrzeby kina) wyrazem fascynacji światem morskich głębin jest statek "Nautilus" z powieści Juliusza Verne’a "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi". Najsłynniejszym bodaj jednak filmem z łodzią podwodną w roli głównej jest osadzony w realiach II wojny światowej "Okręt", w reżyserii Wolfganga Petersena, ze świetnym Jürgenem Prochnowem w roli poważnego i charyzmatycznego kapitana U-Boota. Reżyser filmu świetnie stopniuje napięcie, jakby do taktu z odgłosem radaru, pozwala niemal fizycznie poczuć ciasnotę i duchotę wnętrza okrętu. W świetle niemieckiej propagandy załoga łodzi to bohaterowie głębin, "szare wilki morza", lecz na ekranie obserwujemy przerażonych ludzi poddanych podwójnemu ciśnieniu napierających mas wody i strachu, i którzy ze ścigającego stali się ściganym... Film jest bardzo realistyczny, warto zwrócić uwagę na przykład na drobne szczegóły, jak gromadzenie żywności, która praktycznie zalega wszędzie. Na fotografiach przedstawiających wnętrza łodzi podwodnych, wiszące u sufitu wielkie połcie szynki, tuż nad kojami, nie są niczym niezwykłym… Rozgrywkę morską toczącą się podczas II wojny światowej na Atlantyku znajdziemy również w brytyjskim filmie "Okrutne morze" (na podstawie poruszającej powieści Nicholasa Monsarrata pod tym samym tytułem) z roku 1953.
   
Niebezpieczeństwa czyhające na załogę łodzi podwodnej w czasie konfliktów zbrojnych i w czasie pokoju są atrakcyjnym filmowym motywem. Ze współczesnymi łodziami podwodnymi spotkać się można przy okazji lektury filmów takich, jak "Polowanie na czerwony październik", "Karmazynowy przypływ" czy dość przyzwoicie nakręcony film "72 metry" Wladimira Chotinienki, nawiązujący do zatonięcia atomowego okrętu podwodnego "Kursk" w 2000 roku. Wspomniany reżyser Wolfgang Petersen po sukcesie "Okręu" powrócił do marynistycznej tematyki w dwóch swoich kolejnych filmach. Pierwszy z nich  to "Gniew oceanu", przedstawiający niezwykle widowiskowo walkę załogi rybackiego kutra "Andrea Gail" ze sztormem stulecia; drugi to "Posejdon", przeróbka słynnego hitu "Tragedia Posejdona" z roku 1972, powstałego na fali kina katastroficznego.

   
Gniew morza bywa karą za pychę i nieodpowiedzialne decyzje, a walka z żywiołem to doskonały test umiejętności i charakteru – takie jest zwykle przesłanie popularnych filmów o niewielkich jachtach i kutrach czy statkach szkoleniowych ("Sztorm") zmagających się z falami. Rejs zwykle rozpoczyna się sielsko, nic nie zapowiada tragedii, lecz szybko okazuje się, że załoga zmuszona jest do poznania nieprzewidywalnego oblicza oceanu... Najbardziej znanym przykładem ukaranej ludzkiej dumy jest tonący w kinie po wielokroć, ogromny i uchodzący za "niezatapialny" transatlantyk "Titanic". Wiadomość o zatonięciu statku w kwietniu 1912 i ilość ofiar były szokiem, zaawansowana technologia zdały się na nic w zetknięciu z górą lodową. Ostatnim i jednocześnie najsłynniejszym filmem nawiązującym do wydarzeń pechowego rejsu jest "Titanic" Jamesa Camerona z 1997 roku.
   
Warto może zauważyć, że w roku zatonięcia "Titanica" Robert Scott zatknął chorągiewkę ze swoim rodzinnym mottem na Biegunie Południowym – niestety jako drugi, przegrywając z Amundsenem i niedługo potem – z zimnem. Złe przygotowanie wyprawy, nadmierna wiara we własne siły przypieczętowały jego los, ale i paradoksalną, pośmiertną sławę bohatera na nowy czas. Koniec wieku XIX i początek XX to w ogóle czas morskiej eksploracji krainy zimna, to też ogromne zmiany z żeglarskim fachu i budownictwie. Załogi żeglarskich wypraw arktycznych, co interesujące, zabierały z sobą sprzęt do filmowania (a nawet profesjonalnych fachowców), co pozwalało dokumentować przebieg podróży. Fragmenty archiwaliów filmowych pochodzących z arktycznej ekspedycji Ernesta Shackletona i jego "dzielnej" barkentyny "Endurance" możemy zobaczyć w "Spotkaniach na krańcach świata" Herzoga.

Nuda, nic się nie dzieje...
   
Pierwszym filmem polskim, który przychodzi mi na myśl, gdy myślę o rodzimym wkładzie w marynistyczne kino, to "Smuga cienia" Andrzeja Wajdy według prozy Conrad z rolą Marka Kondrata i muzyką Wojciecha Kilara. Film, jak jego główny bohater, trzyma się trochę na uboczu, różnie oceniany przez widzów i krytykę...  Nuda? W takim razie, na wszelki wypadek opuszczam szalupę ratunkową z innym filmem, w którym akcja goni akcję, i który im starszy, tym śmieszniejszy prawdziwie ponadczasowym humorem. Szalenie trudno przecież odbić od brzegów absurdu, pomimo wysiłków.... Myślę tu oczywiście o największej rzecznej przygodzie polskiego kina, czyli o "Rejsie". To absolutny żeglarski klasyk, jeśli ktoś nie widział, to musi koniecznie dołączyć do pasażerów. Jak niektórzy może pamiętają, bilety nie są absolutnie niezbędne... Podobnie epizodyczna, co "Rejs", jest wcześniejsza o cztery lata komedia morska "Cała naprzód", w reżyserii Stanisława Lenartowicza ze Zbigniewem Cybulskim i Zdzisławem Maklakiewiczem. Mamy tu niebezpieczne i piękne kobiety, nagłe zwroty akcji, nieprawdopodobne sytuacje, przeklęty statek, marynarzy spod ciemnej gwiazdy... Dla odtwórców głównych ról warto rzucić okiem na tę morską gawędę, poza tym, dziś już raczej nie ma szans na takie polskie kino. Nie ma też raczej szans, by ktoś dziś nakręcił polski film o łodzi podwodnej, pozostaje zatem cieszyć się z wojennego "podwodnego" kina w filmie "Orzeł" z 1959 roku, który ogląda się po latach z zaciekawieniem.    
  

Na początku lat 80. Zbigniew Kuźmiński zrealizował dwa interesujące i nieco do siebie podobne filmy z morzem w tle. Były to "Krab i Joanna" z Janem Nowickim w jednej z głównych ról oraz "Okolice spokojnego morza" z Romanem Wilhelmim. To już mniej komediowa, a bardziej refleksyjna, psychologiczna perspektywa. W obu obrazach mamy rzuconą na tło monotonnej i mało romantycznej pracy na współczesnym statku, niespieszną opowieść o trudnych do połączenia życiu na morzu i życiu rodzinnym. Ludzie morza to osobnicy dość wyjątkowi, niełatwi do kochania, na falach tęskniący za domem, a na stałym lądzie śniący o morzu... Chyba podobnie rzecz ma się z kinomanami –  "chorymi na kino" i mającymi go czasem szczerze dość, zazdrosnymi, wyrozumiałymi i wiernymi... Małgorzata Jakubowska swój zbiorek filmowych analiz nie bez przyczyny nazwała znacząco "Żeglowanie po filmie"[1]. Oglądanie i interpretacja filmów ma w sobie coś z żeglowania, a filmowe sensy wydały się autorce podobne do tafli wody, migotliwej i pociągającej. Zatem dość już gadania, Panie i Panowie, stawiać żagle!


***

PRZYPISY:
1.  Małgorzata Jakubowska, Żeglowanie po filmie, Rabid, Kraków 2006.
Udostępnij: