Artykuł

Na czym polega lato?

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Na+czym+polega+lato-83141
W "Zapiskach z Toskanii" Abbasa Kiarostamiego przypadkowe – czy na pewno przypadkowe? – spotkanie kobiety i mężczyzny prowokuje bohaterów do rewizji życia. Kino karmi się tego rodzaju przełomami. Zagadana noc nastolatków, sentymentalny wieczór przy winie, milczenie staruszków. Pierwsze, dziecięce spotkanie z miłością, dojrzałe zetknięcie z uśpioną ambiwalencją, kontakt z odpowiedzialnością macierzyńską lub ojcowską. Mój osobisty przewodnik po filmowych, przełomowych "spotkaniach" nie pretenduje do kompletności. Imperatywem jest w tym przypadku głos wzruszenia.  

MOMENTY CUDOWNOŚCI

W "Zapiskach z Toskanii" Juliette Binoche została sfotografowana w apogeum dojrzałej, kobiecej urody. Jest w tym filmie taka piękna, eteryczna, niemożliwa. Patrząc w oczy rozmówcy, dętego angielskiego pisarza, którego gra śpiewak operowy, William Shimmel, Binoche uśmiecha się tajemniczym grymasem Mony Lizy.

Ale urodziwi bohaterowie "Zapisków" są świadomi, że od pewnego momentu życia coraz trudniej o początki. Mężczyzna jest z przeszłością, a kobieta po przejściach. Podobnie funkcjonuje mechanizm kina. Czysta biała karta to utopia. Biografia to rozmaitość analogii, wpływów, inspiracji. Kiarostami mocno uwypukla ten aspekt. Akcja filmu rozgrywa się w bajkowej Toskanii, główne role grają Francuzka i Anglik, słyszymy język włoski, francuski, angielski. Filmowa Wieża Babel dotyczy także kontekstów. Kiarostami niemal wprost odwołuje się do "Nostalgii" Tarkowskiego, chodzi mu również o powinowactwa pozaartystyczne. Tarkowski w Italii był uchodźcą z Rosji radzieckiej, Kiarostami – przybyszem z Iranu.

Nostalgia za Tarkowskim, nostalgia za "Nostalgią", tęsknota za spotkaniem możliwym jedynie w kinie. Kracauerowskim "momentem cudowności".

Momentami cudowności były także filmy Richarda Linklatera, Julie Delpy i Ethana Hawke'a"Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca".

Oglądając dylogię Linklatera, jesteśmy poza kinem, obok historii. Kino  podgląda widza, a widz staje się uczestnikiem gry. Przyglądamy się dwojgu młodych ludzi, którzy spotkali się dwukrotnie. Najpierw w Wiedniu, potem, po dziesięciu latach, w Paryżu. Spacerujemy po miastach starej Europy i słuchamy ich rozmowy. Rozmowy, która trwa dokładnie tyle, ile film.

W "Przed wschodem słońca" inteligentna, kochająca malarstwo i poezję, młoda studentka Celine (Delpy) i ujmująco wrażliwy romantyk Jesse (Hawke) poznali się w pociągu. Tam wpadli na pomysł, żeby w Wiedniu spędzić wspólnie ostatnią europejską noc Jesse’ego.

Ona i On. Nie było między nimi namiętności, było zrozumienie: "Czy ją kochałem?" – pytał w dziennikach autor "Żaru", Sándor Márai. "Nie wiem. Czy człowiek kocha swoją nogę, swoje myśli? Tylko że właśnie bez nogi albo bez myśli nic nie ma sensu?". Zrozumienie jest ważniejsze. W "Przed wschodem słońca" dominowała aura Wiednia i aura młodości, która minie, ale jeszcze jest, jeszcze trwa i trzeba na nią uważać. Celine i Jesse rozmawiali o mieście, poezji, o byciu i trwaniu. Patrzyli na siebie. Przed siebie już nie, to zbyt daleka perspektywa. O świcie zasnęli w parku. Nie wymienili nawet telefonów, umówili się w tym samym miejscu za pół roku. On przyleciał, ona nie.

 
"Przed wschodem słońca"

Minęła prawie cała dekada. Jesse jest pisarzem, autorem bestselleru, w którym opisał pierwszą, jedyną miłość, historię przypadkowego spotkania w Wiedniu. W Paryżu kończy właśnie promocyjne tournée. Kiedy w trakcie spotkania autorskiego w małej paryskiej księgarni "Shakespeare & Co." dziennikarka zapyta Jesse'ego: "Czy ta dziewczyna istniała naprawdę?", pisarz zobaczy stojącą w kąciku Celine (jest dzisiaj aktywistką ekologiczną). Przeczytała książką, nawet dwa razy, przyszła na spotkanie. Do zaplanowanego odlotu Jesse'ego pozostały niecałe dwie godziny. Spędzamy je wspólnie.

W "Przed wschodem słońca" bohaterem filmu był Wiedeń (zapamiętałem fontannę, ławkę, stary wiedeński cmentarz, na którym oboje leżeli "przed wschodem słońca", pijąc wino z kieliszków skradzionych z baru), Zachód ma kolor Paryża. Ale ich gadanie jest ciekawsze od miejsca, oddaje nastrój chwili, jednego paryskiego popołudnia. Sprawia wrażenie aktorskiej improwizacji, co jest także złudzeniem, w trakcie zdjęć aktorzy nie zmienili ani jednego słowa w tekście scenariusza. W finale filmu Jesse znajdzie się w mieszkaniu Celine. Spotkamy się znowu?

W "Przed wschodem słońca" para dwudziestokilkulatków miała wrażenie, że to, co dobre, dopiero się zaczyna. Niewiele się spełniło. Celine i Jesse znowu chodzą i rozmawiają o pracy, przemijaniu, związkach uczuciowych (On ma żonę, której nie kocha, nigdy przecież nie zapomniał o Celine, i czteroletniego synka, dla którego jest w stanie zrobić wszystko; Ona nie jest w stanie podjąć wyzwania trwałego związku), mówią o śmierci, religii, ekologii, polityce, sprawach ważnych i błahych, ale może przede wszystkim o spotkaniu przed dziewięcioma laty, spotkaniu, które mogło odmienić ich życie.

 
"Przed zachodem słońca"

Celine i Jesse przemierzają paryskie uliczki i trotuary, piją kawę w ulubionej kafejce Celine (Jesse mówi: "Żałuję, że w Stanach nie ma takich miejsc"), mijają Ogród Luksemburski, dalej brzeg Sekwany, rejs stateczkiem i zdziwienie Celine, że widok na Notre Dame z tandetnego bateau-mouche może być aż tak niezwykły.

Z każdą minutą ich rozmowy, początkowo błahe, stają się poważniejsze, w końcu dramatyczne. Nabierają tempa, czasu do odlotu Jesse'ego jest coraz mniej. A przecież oboje czują, że wzajemna fascynacja nie minęła. Nie minie. Wtedy, w Wiedniu, jak w najlepszych filmach Rohmera, tych dwoje przeżyło całe swoje życie. Nic ciekawszego już na nich nie czekało. Zobaczyli siebie z zewnątrz, zdziwieni tym odkryciem. Celine powie: "Wtedy straciłam cały swój romantyzm", Jesse opowie jej dwa sny, które prześladują go od lat, oba z udziałem Celine: "Budzę się rano, zlany potem, obok mnie leży żona, wokół dojmujące uczucie pustki".

"Przed wschodem słońca" zamyka cytat z "Zaćmienie" Antonioniego: sekwencja pustych miejsc, które mijali tego dnia, "Przed zachodem słońca" w ogóle się nie kończy. W swoim mieszkaniu Celine opowiada Jesse’emu o koncercie Niny Simone. Naśladuje słynne kocie ruchy wielkiej artystki, mruczy, kręci pupą. Jesse pije herbatę, z kompaktu wielka artystka śpiewa o uczuciu większym niż życie.

WŁAŚCIWY KLUCZ

Kino jest seksualnym spotkaniem na szczycie. Uczy kochać (się) i pokazuje, jakie to trudne. Filmowy eros niejedno ma imię. Fascynuje i boli. Bazuje na niedopowiedzeniach i pławi się w rozpuście. Oznacza porno i ascezę. W nowelowym filmie "Eros" troje znakomitych reżyserów – Michelangelo Antonioni, Steven Soderbergh i Wong Kar Wai – próbowało pogodzić te zależności. Michelangelo Antonioni (nowela w "Erosie" była ostatnim dokonaniem wielkiego reżysera) w swoich najwybitniejszych filmach pytał w zasadzie zawsze o to samo: Czy pożądanie jest także miłością, czy erotyka to ekwiwalent głębokiej relacji, która wynika nie tyle z porozumienia ciała, co z umowy duszy i intelektu? Również w "Erosie" Antonioni powraca do tych samych pytań. Celebruje piękno natury rozumianej wprost (wspaniałe włoskie pejzaże), ale i metaforycznie – pokazując czule fotografowane przez Marco Pontecorvo piękne ciała małżonków: wchodzącego w smugę cienia, przystojnego Amerykanina i jego włoskiej żony. Czułe jest jednak tylko oko kamery, sami bohaterowie nie dostrzegają własnej i cudzej urody. Antonioni dobrze wie, że piękno jest czymś niemożliwym, przemija obok nas niezauważone, odbija się blaskiem cudzym, również blaskiem celuloidu, żeby, po wielu latach, być może odnaleźć miejsce we wspomnieniu prywatnym.

 
"Eros"

Jeszcze mocniej motyw niespełnienia wybrzmi w noweli autorstwa Wong Kar Waia. Jego opowieść to niezwykły hołd oddany przez autora "2046" Kieślowskiemu i jego "Krótkiemu filmowi o miłości". Kar Wai zaczyna nowelę w momencie, w którym kończył ją Kieślowski. Młody krawiec zostaje wysłany do pięknej kurtyzany (wspaniała Gong Li). Ma zdjąć z niej miarę na suknię. Tymczasem to Hua zdejmie z chłopca miarę wstydu. Dotykając genitaliów młodego mężczyzny, masturbując go, powtórzy dialog Szapołowskiej z filmu Kieślowskiego: "To cała miłość, tylko tyle". Aż tyle. Bo Kar Wai, z wprawą wirtuoza, dopowie jeden z możliwych scenariuszy tamtej historii, każdej historii. Bez happy endu.

Gianni Amelio nie ma w Polsce szczęścia. Ten były współpracownik Liliany Cavani uznawany jest, obok Tornatore, Tavianich, Morettiego, Ozpetka i Avatiego, za najważniejszego twórcę włoskiego kina. Filmy Amelio trafiają na festiwale, zdobywają uznanie publiczności i krytyków, ale szerokim łukiem omijają polskie kina.

Jego "Klucze do domu" są jednocześnie obrazem dla niego typowym i niecodziennym. Typowym, bo podobnie jak w najgłośniejszych filmach Amelio"Echach dzieciństwa" czy w "Złodzieju dzieci" – medium reżysera są znowu małoletni bohaterowie, silniejsi i mądrzejsi od opiekunów, ale w "Kluczach do domu" odmienny jest punkt wyjścia. Amelio sięgnął bowiem po głośną, autobiograficzną książkę jednego z najwyżej cenionych włoskich prozaików i eseistów, Giuseppe Pontiggii, "Urodzeni dwa razy". Powieść Pontiggia została zresztą wydana także i w Polsce, przed czterema laty, w znakomitym tłumaczeniu Hanny Borkowskiej. Po obejrzeniu filmu na pewno warto sięgnąć i po nią.

 
"Klucze do domu"

Pontiggia dotknął rzadko poruszanego, zarówno w kinie, jak i w literaturze, problemu niepełnosprawności. Ale niepełnosprawności bez bajkowego entourage’u znanego chociażby z lektury "Poczwarki" Doroty Terakowskiej albo z postmodernistycznego przerysowania filmu "Ósmy dzień" Jaco van Dormaela. W powieści Pontiggii i w filmie Amelio obserwujemy pokazany bardzo realistycznie długotrwały proces dojrzewania ojca do miłości i odpowiedzialności za kalekiego syna. Twórcy są jednak bezwzględni: żadnego użalania się nad sobą, fałszywej czułości. Praca nad chorym dzieckiem to długie godziny ćwiczeń, odsuwanie pogardliwych spojrzeń rodziny i przyjaciół, następnie żmudna, posuwająca się w żółwim tempie terapia. Prawdziwym kalectwem, mówi Amelio, jest jednak strach, niezdolność do empatii, rozczulanie się nad losem własnym i chorego dziecka, które chce być po prostu szczęśliwe. Bez taryfy ulgowej. Jak każdy.

Gianni Amelio wybrał tylko jeden z motywów powieści. "Klucze do domu" są niemal wyłącznie historią o dojrzewaniu do ojcostwa, budzeniu się w pyszałkowatym, młodym mężczyźnie wrażliwości, delikatności i nadludzkiej siły. Paolo urodził się z porażeniem mózgowym. Poród był ciężki. W jego trakcie umarła matka dziecka, a ojciec, Gianni, przestraszył się dramatu i odpowiedzialności. Uciekł, od syna i problemów. Po piętnastu latach, niekoniecznie z wielkim entuzjazmem, stara się w ramach zalecanej rekonwalescencji towarzyszyć chłopcu w podróży do Niemiec i w trakcie rehabilitacji w specjalistycznej klinice w Berlinie. Jak łatwo się domyślić, to spotkanie będzie zarówno dla ojca, jak i syna podróżą przez życie. Podróżą ku dojrzałości.

Śledzimy jej kolejne etapy. Na początku, co zrozumiałe, oboje się boją. Są niepewni i przerażeni. Ale stopniowo, zwłaszcza po serii pouczających spotkań Gianniego z Nicole (gra ją Charlotte Rampling), matką równie chorego dziecka, na twarzy mężczyzny coraz częściej pojawia się uśmiech, grymas szczęścia i zadziwienia, który odbija się także na buzi chłopca. Ojciec i syn, w obcym mieście, w nieznanym języku, urodzili się bowiem po raz drugi. Pierwsze narodziny były traumą, eliminującą chłopca poza nawias dzieci zdrowych, a dla ojca oznaczały ciągłe wyrzuty sumienia, zadawnioną, ropiejącą ranę. Spotkanie drugie, chociaż w niczym nie przypomina sentymentalnego hollywoodzkiego happy endu, daje nadzieję, że Gianni i Paolo naprawdę odnajdą "klucze do domu".

ZMARSZCZKA NA CZOLE

Spotkania dzieci bywają donioślejsze od przełomów dorosłych.

Jak bardzo pomylił się niegdyś Andrzej Wajda, który po premierze "Diabły, diabły" Doroty Kędzierzawskiej, w ostry, niekulturalny sposób, publicznie wyrzucał reżyserce artystowską postawę i nieliczenie się z widzem. Tymczasem autorka "Jestem" już w pierwszym, pełnometrażowym filmie była autorką w pełni ukształtowaną i samoświadomą.

 
"Diabły, diabły"

Wieś sielska, anielska. Do czasu. Kiedy przyjadą tam Cyganie, wiejski anioł zatańczy dance macabre z diabłem, a sielanka zamieni się w ponury ostracyzm. Cyganie w filmie Kędzierzawskiej symbolizują powietrze, wolność, radość życia i zgodę na śmierć. Burzą ustanowione od dziesięcioleci wioskowe przyzwyczajenia. Niepokoją. Ale w jednym z domów mieszka trzynastoletnia dziewczynka. Błękitnooka blondyneczka – jak z obrazka. Ona jeszcze nie rozumie, że trzeba się bać obcych. Romowie ją fascynują, w uszach dźwięczą ciągle ich tańce i muzyka. A kiedy "Mała" zamyka oczy, widzi małego Cyganka i wtedy serce bije szybciej.

W niezwykle wyrafinowanej formie plastycznej (zdjęcia Zdzisława Najdy), w filmie właściwie bez dialogów – scenariusz zmieściłby się na kilku stronach maszynopisu, Dorota Kędzierzawska stworzyła jeden z najpiękniejszych filmów o tajemnicy dzieciństwa. Każdego dzieciństwa. O tęsknocie dziecka, które buntując się,  idealizuje przyszłość, a o przeszłości nie myśli wcale.


"Diabły, diabły"

W filmie Kędzierzawskiej nie ma niczego z etnograficznej dosłowności. Nastrój budowany jest poprzez dźwięk – śpiew, rżenie koni, poszczekiwania psów. Ciepły, skąpany w brązach i sepii świat Cyganów został skorelowany z intensywną zielenią wioski. Na wybrukowanej uliczce widzimy niemal identyczne domy, w oknach firanki i "zazdrostki", pelargonie. Cisza tego miejsca jest wręcz przytłaczająca. Ale w jej kontrze, w miejscu, gdzie rozbił się tabor, słychać śpiew, tańce, ferwor. Wystarczy jednak zbliżenie na twarz przypadkowego Cygana, a potem na twarz matki "Małej", żeby zrozumieć, że coś jednak łączy te dwa zupełnie do siebie niepasujące światy. Wspólna jest rozpacz. I może jeszcze nadzieja, że kiedyś uda się ją przełamać.

Widziałem już taką rozpacz w polskim kinie. Tę samą nadzieję. Dekoracje były inne, ale zmarszczka na czole (oraz duszy) identyczna. To "Ostatni dzień lata" Tadeusza Konwickiego z 1958 roku: genialna filmowa akwarela.


"Ostatni dzień lata"

Jeden z najważniejszych debiutów w historii polskiego kina powstał trochę przez przypadek. W połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, Tadeusz Konwicki, ceniony jako pisarz, ale także przyjaciel filmowców i scenarzysta, po prywatnej klęsce związanej z dewaluacją marzeń po Październiku 1956 roku, postanowił po raz kolejny zacząć wszystko od nowa. Musiał odreagować siebie i przeszłość. Dlatego, w amatorskich warunkach, niemal bez pieniędzy, zrealizował film o niemocy zapominania. "Ostatni dzień lata", po pięćdziesięciu czterech latach od premiery, wciąż ogląda się wspaniale. Film jest nowoczesny i poruszający. Pozornie w debiucie Konwickiego niewiele albo zgoła nic się nie dzieje, ale w tym narracyjnym ospałym constansie mieści się cała gama kolorów, emocji i treści. Kobieta, grana przez Irenę Laskowską, której wojna zniszczyła młodość i zabrała miłość, spotyka nad morzem, w ostatnim dniu lata, młodego mężczyznę (Jan Machulski) który urodził się bez młodości – w cieniu wojny, i bez miłości. Oboje natychmiast wyczuwają, że są dla siebie stworzeni, ich hormony i feromony nie mogą się mylić, ale pożądanie przegrywa w końcu ze współzrozumieniem, czułością i współczuciem. Wiedzą to wszystko, a jednak się rozstają. Na zawsze. Bo są po ludzku wybrakowani, niezdolni do jakiegokolwiek gestu, czynu, do podjęcia kolejnej walki o siebie i o drugiego człowieka. Boją się pokochać, nie potrafią. Zmarszczka na czole. I na duszy.

***

Kartkowanie "Dzienników" Iwaszkiewicza to długi filmowy seans. Tam jest wszystko. Historia Polski i polski kompleks, seks i cnota, wielkość i konformizm. Visconti, Von Trier, Genet.


"Tatarak"

Najnowszy, doprowadzony do śmierci pisarza tom Iwaszkiewiczowskiego "Dziennika", odmierza rytm pożegnań. Wszystko umiera. Ludzie, zwierzęta, przedmioty. A stary Iwaszkiewicz to zapisuje. Reanimuje. Pojawia się imię, nazwisko, mniej lub bardziej zapomniany dorobek, a pomiędzy sferami ludzkimi – sfery niebieskie. Anonimowa pani Hanna, lat 86, staje się we wspomnieniu pisarza piętnastoletnią Hanusią ulepioną z muślinu i snu. Wraca obraz dworku, w którym Jarosław pracował jako korepetytor, oraz obraz dziewczyny eterycznej jak marzenie o najpiękniejszej panience. W jedwabnych rękawiczkach, w etoli z marzeń. I jeszcze jeden refleks  wspaniałego tańca, walca przy kandelabrach, w parny sierpniowy dzień, ale już w pewnym stopniu schyłkowy, już z przeczuciem jesieni. Zajadali  jabłka. Słońce zaszło i wystąpiło w roli księżyca. Seks sytuacji. Erotyka chwili. Księżycowy bezwstyd, w ich zawstydzeniu.

Zapiski ze Stawiska, zapiski z Toskanii. Wszystkie nasze przełomy. "Chciałbym to  sfilmować, może wyjaśnić Wajdzie na czym polega lato" – pisał Iwaszkiewicz. Na czym polega lato?
Udostępnij: