Remake średniego, niskobudżetowego rip-offu "Conana", na który nikt nie czekał i który nikomu nie był potrzebny, a jednak Kostanski i jego spece od praktycznych efektów specjalnych stworzyli całkiem interesujący, barwny świat. W swojej kategorii wart uwagi
Choć „Opętani” czerpią chętnie z estetyki horroru, zwłaszcza bliżej finału, klasyczna opowieść o duchach, do której co i rusz film nawiązuje, to raczej sztafaż pomagający Samuelowi Van Grinsvenowi utrzymać ponury, pełen napięcia nastrój. Bo jego dzieło to przede wszystkim refleksja na temat przeżywania żałoby, studium smutku, ale, pozostając wiernym obranemu wyjściowo gatunkowi, młody jeszcze reżyser nie odpływa ku psychologicznemu dramatowi. „Opętanym” bliżej do półki arthouse’owej niż gatunkowej. Nie jest to żadnej przytyk, ale Van Grinsven nie potrafi tego ciężaru unieść. Popełnia jednak błędy wynikające z ambicji, z mierzenia wysoko. Nie zawsze udało mu się doskoczyć. Na szczęście świetni są Montgomery i Krieps, zarówno jako Jack i Jill i jako duch zmarłej Elizabeth. Całkiem słusznie mówi się, że mamy świetny rok dla horroru i choć „Opętani” nie są esencjonalnym kinem grozy, to stanowią dowód na to, że można, że trzeba, na tym gruncie ulepić coś oryginalnego.