"Wielki Marty" to a) film sportowy z zajmująca 2/3 metrażu dygresją w środku, b) opowieść o tym, jak lata 80. wymyślono w latach 50. (patrz: świetna ścieżka dźwiękowa) oraz c) kino absolutnie "safdiczne", czyli popis spiętrzania perypetii w nieskończoność w duchu "Nieoszlifowanych diamentów" czy "Good Time". A wszystko na barkach Chalameta, który też jest świetny: niby antypatyczny, ale gotów przyjąć każde upokorzenie – czym kupuje sobie widza.
Najbardziej poważny-niepoważny film w karierze Andersona. Tragikomedia na miarę tragikomicznych czasów. Reżyser pręży muskuły w nowych dyscyplinach (film akcji, pościg samochodowy), a DiCaprio się rozluźnia, grając bez aktorskiego ego, za to w szlafroczku.
W połowie delikatny romans, a w połowie heavymetalowo-orkiestrowo-psychodeliczny rave. A tak naprawdę metafora tego, jak kapitalizm przywiązuje ludzi do prekaryjnej pracy, mamiąc ich, że to w niej realizują swoje potrzeby. To nie przypadek, że wciąż mówi się tu o kontraktach z diabłami. Wierna i udana ekranizacja pierwowzoru, do tego całkiem samodzielny, zamknięty rozdział serii – ale bez znajomości pierwszego sezonu (albo mangi) i tak ani rusz.