Od czasu SUKCESJI nie było tak dobrze skonstruowanego serialu, na dodatek mistrzowsko granego (Hellen Mirren, Tom Hardy, Pierce Brosnan - wszyscy wyśmienici) od głównych ról do epizodów. Pewnie w tym duża zasługa reżyserów (dwa pierwsze odcinki - Guy Ritchie), ale też scenariusza, który jeszcze raz udowadnia, że nie ma lepszej pożywki dla kina czy serialu niż świat zbrodni i jego mroczna psychologia.
Sezon ten, mimo fabularnych wywrotek i jawnych niedorzeczności, bezczelnie przegięty jak chyba żaden inny, podejmuje zaskakująco złożone problemy tożsamościowe. Dexter dawno pogodził się z tym, kim był, jest i będzie, skupiony jest raczej na tym, co ze sobą zrobić. Szyte to wszystko jest na grubo, ale, hej, czego możemy wymagać od serialu, który rozpoczyna się ożywieniem istnego potwora Frankensteina, pozszywanego z wyrzutów sumienia, poczucia obowiązku i podniety towarzyszącej przebiciu człowieka nożem. Finał „Dextera: Zmartwychwstania” nie pozostawia złudzeń, że, o ile dopiszą oglądający, to będzie to zaledwie początek przygody, istnego road tripu, który zabierze Morgana tam, gdzie jest potrzebny, niczym współczesnego błędnego kowboja, ronina poza prawem. Trudno mieć coś przeciwko temu, bo, nie oszukujmy się, Philips powiedział wszystko i więcej na temat swojego bohatera. Pozostało mu już tylko pozwolić mu dobrze się bawić. A przy okazji i nam.
Dotykający inaczej niż zwykle portret samotności ludzi, którzy w grupie towarzyskiej zawsze czują się, jakby mówili w obcym języku. Próba zrozumienia i znalezienia cząstek siebie w bohaterze Robinsona jest tu trudna, ale wynagradzająca. Choć łatwo zaszufladkować go jako zaburzoną jednostkę i z miejsca się od niego zdystansować, jakimś cudem wyłącznie taka konstrukcja protagonisty potrafi wyrazić absolutny horror przymusu niebycia-do-końca-sobą w społecznych interakcjach. Rezygnacja z naturalności na rzecz konwencji jakichś urojonych wymagań szybko zostaje tu zdemaskowana, ale desperacja tego bohatera w równym stopniu niepokoi, co rozczula. Być może dlatego, że film tak przeszywająco wnika w strach przed niezręcznością, rozumiejąc, że jest to element niemożliwy do zduszenia w sobie; wbrew staraniom wychodzący z ciała psychotyczną fiksacją, tikiem czy niekontrolowanym bodźcem. Pierwsze 15 minut "Przyjaźni" jest może i z Apatowa, ale reszta to już mój koszmar o pierwszym dniu w pracy.