Autentycznie niepokojący, frenetyczny, a przy tym bezbrzeżnie smutny. Horror, którego groza wyraża się lękiem nie przed śmiercią, ale przed życiem bez miłości.
Horror? Dramat? Komedia? Baśń? Tak. Cregger daje aktorom pograć, świetnie żongluje perspektywami, powoli obrysowując kształt zła i – inaczej niż w „Barbarzyńcach” – dowozi też w finale.
Pierwsza połowa ma same cnoty: świetne postacie i muzykę, generalną werwę i ambicję. Druga ma głównie grzechy: mętną dramaturgię, mętną akcję i mętną symbolikę.