Eksploatacyjny arthouse. Będzie kultowy, ale nie wybaczę prościutkich metafor, logicznych wyrw w scenariuszu i powtarzanych do znudzenia ujęć/sugestii/cytatów.
Film bliski perfekcji; czysty i syty jak rondelek klarowanego masła. Odruch zaglądania do garnka doczekał się tu apoteozy w kuchennych piruetach kamery.
Wybitna laurka dla muzyki i znakomicie pęczniejący horror, który sprawy społeczne rozwiązuje na pełnym Jordanie. A Goransson to potwór, nie ma tu zbędnej nuty.