Najbardziej poważny-niepoważny film w karierze Andersona. Tragikomedia na miarę tragikomicznych czasów. Reżyser pręży muskuły w nowych dyscyplinach (film akcji, pościg samochodowy), a DiCaprio się rozluźnia, grając bez aktorskiego ego, za to w szlafroczku.
W połowie delikatny romans, a w połowie heavymetalowo-orkiestrowo-psychodeliczny rave. A tak naprawdę metafora tego, jak kapitalizm przywiązuje ludzi do prekaryjnej pracy, mamiąc ich, że to w niej realizują swoje potrzeby. To nie przypadek, że wciąż mówi się tu o kontraktach z diabłami. Wierna i udana ekranizacja pierwowzoru, do tego całkiem samodzielny, zamknięty rozdział serii – ale bez znajomości pierwszego sezonu (albo mangi) i tak ani rusz.
Autentycznie niepokojący, frenetyczny, a przy tym bezbrzeżnie smutny. Horror, którego groza wyraża się lękiem nie przed śmiercią, ale przed życiem bez miłości.