"Nomadland"; madmaksowane. Przecieram oczy nad tymi wszystkimi zachwytami. Film ledwie ma sens fabularny, polityczny kryzys w tle zdaje się napisany przez Alexa Garlanda ("jest kryzys; totalny, polityczny, światowy kryzys; CZEGO NIE ROZUMIESZ?!"). Jasne, że te wszystkie rejwowe wibracje są tu pięknie zrobione w warstwie muzycznej, wijąca się ludzka masa na początku robi wrażenie, podobnie jak robi wrażenie sam majestat pustyni (w pustni i w tłuszczy). Ale im dalej, tym niedorzeczniej. Prawdę mówiąc po którejś kolejnej eksplozji można się już tylko śmiać, bo ni w ząb nie rozumiem, na co liczyli bohaterowie pakujący się w całą tę sytuację...? Nie wiem, co zaserwowano canneńskim jurorom przed seansem (mam nadzieję, że nie było to wątpliwego pochodzenia LSD), ale najwyraźniej nastąpił tu jakiś zbiorowy odpał. Film bardzo chce być "Ceną strachu" na miarę naszej epoki; na pewno ma szansę stać się jej "Wielkim błękitem", czyli piękną, kultową bzdurą -- bo najwyraźniej "zażarło".