"Nomadland"; madmaksowane. Przecieram oczy nad tymi wszystkimi zachwytami. Film ledwie ma sens fabularny, polityczny kryzys w tle zdaje się napisany przez Alexa Garlanda ("jest kryzys; totalny, polityczny, światowy kryzys; CZEGO NIE ROZUMIESZ?!"). Jasne, że te wszystkie rejwowe wibracje są tu pięknie zrobione w warstwie muzycznej, wijąca się ludzka masa na początku robi wrażenie, podobnie jak robi wrażenie sam majestat pustyni (w pustni i w tłuszczy). Ale im dalej, tym niedorzeczniej. Prawdę mówiąc po którejś kolejnej eksplozji można się już tylko śmiać, bo ni w ząb nie rozumiem, na co liczyli bohaterowie pakujący się w całą tę sytuację...? Nie wiem, co zaserwowano canneńskim jurorom przed seansem (mam nadzieję, że nie było to wątpliwego pochodzenia LSD), ale najwyraźniej nastąpił tu jakiś zbiorowy odpał. Film bardzo chce być "Ceną strachu" na miarę naszej epoki; na pewno ma szansę stać się jej "Wielkim błękitem", czyli piękną, kultową bzdurą -- bo najwyraźniej "zażarło".
Taki film, któremu chce się dać świadectwo z czerwonym paskiem -- kaligrafia na szóstkę. Ale czegoś brakuje. Wnętrza domostw we włoskich Dolomitach AD 1944 są tu pięknie *zaaranżowane* (niestety to słowo ciśnie się na usta mocniej, niż np. "wiarygodnie zamieszkane"). Koordynacja barwna dziecięcych sweterków w scenach posiłków: fantastyczna! (Odcienie granatów i błękitów pięknie grają ze śnieżnobiałym mlekiem lejącym się z kanki). Cóż jednak z tego, skoro cała ta wizualna elegancja ma bardziej posmak dobrze rzuconego prompta ("Trochę więcej Olmiego... Kapkę więcej Vermeera..."), niż czegoś autentycznego. To nie znaczy, że trzy opowiedziane tu siostrzane losy nie są przejmujące, ale że przeszkadza mi estetyczny filtr nałożony na całość. Jeśli po seansie takiego filmu pierwsze słowo, jakie ciśnie się na usta, to "rustykalny", to nie jest dobrze. Jedno jest pewne: jeśli kiedyś będę urządzał wiejski dom, "Vermiglio" będzie pierwsze na watch liście, jaką zrobię dla dekoratora.