"Wielki Marty" to a) film sportowy z zajmująca 2/3 metrażu dygresją w środku, b) opowieść o tym, jak lata 80. wymyślono w latach 50. (patrz: świetna ścieżka dźwiękowa) oraz c) kino absolutnie "safdiczne", czyli popis spiętrzania perypetii w nieskończoność w duchu "Nieoszlifowanych diamentów" czy "Good Time". A wszystko na barkach Chalameta, który też jest świetny: niby antypatyczny, ale gotów przyjąć każde upokorzenie – czym kupuje sobie widza.
Gdy byłem kiedyś w Oslo, myślałem tylko o niemal futurystycznym wyczuleniu tego miasta na człowieka i jego potrzeby i to całkiem niezwykłe, że dokładnie to samo myślę sobie oglądając filmy Haugeruda; głęboko zaangażowane w ludzi i wyciągające na wierzch empatię we wzajemnym obcowaniu, rozwiązywaniu problemów, opowiadaniu o emocjach i uważności na drugiego. O codziennym cudzie zakochania „Miłość” opowiada z tak wielką wrażliwością, że może służyć niemal za materiał edukacyjny, wszystko wpisując jednocześnie w spełnione uwikłanie jednostki w miasto. Gdybym mógł, oglądałbym go w kółko z przerwami na miłe myśli.