Sezon ten, mimo fabularnych wywrotek i jawnych niedorzeczności, bezczelnie przegięty jak chyba żaden inny, podejmuje zaskakująco złożone problemy tożsamościowe. Dexter dawno pogodził się z tym, kim był, jest i będzie, skupiony jest raczej na tym, co ze sobą zrobić. Szyte to wszystko jest na grubo, ale, hej, czego możemy wymagać od serialu, który rozpoczyna się ożywieniem istnego potwora Frankensteina, pozszywanego z wyrzutów sumienia, poczucia obowiązku i podniety towarzyszącej przebiciu człowieka nożem. Finał „Dextera: Zmartwychwstania” nie pozostawia złudzeń, że, o ile dopiszą oglądający, to będzie to zaledwie początek przygody, istnego road tripu, który zabierze Morgana tam, gdzie jest potrzebny, niczym współczesnego błędnego kowboja, ronina poza prawem. Trudno mieć coś przeciwko temu, bo, nie oszukujmy się, Philips powiedział wszystko i więcej na temat swojego bohatera. Pozostało mu już tylko pozwolić mu dobrze się bawić. A przy okazji i nam.
Sheridan w nieco innym wydaniu - bardziej intymnym, melancholijnym, skupionym. Zamiast akcji - spokojne tempo, kontemplacja i szukanie nowego miejsca w świecie, który nagle jest pusty. Ładna opowieść o pracy żałoby i kojącej potędze natury. Wybaczam skróty i stereotypowe traktowanie postaci (co czasem jest źródłem wręcz slapatickowego humoru).
Dla wszystkich Mamoniów tego świata - najbardziej lubiących filmy, które już widzieli. Przez aktorów traci umowność i vis comica, ale dalej działa emocjonalnie.