"Wielki Marty" to a) film sportowy z zajmująca 2/3 metrażu dygresją w środku, b) opowieść o tym, jak lata 80. wymyślono w latach 50. (patrz: świetna ścieżka dźwiękowa) oraz c) kino absolutnie "safdiczne", czyli popis spiętrzania perypetii w nieskończoność w duchu "Nieoszlifowanych diamentów" czy "Good Time". A wszystko na barkach Chalameta, który też jest świetny: niby antypatyczny, ale gotów przyjąć każde upokorzenie – czym kupuje sobie widza.
Będą razem? Będą osobno? W związku otwartym? W związku zamkniętym? Nic mnie to nie obchodzi. Nie kupiłem ani jednego bohatera. Ani jeden moment nie zabrzmiał autentycznie. Scena po scenie - fałszywy ton, dysonans i reżyseria pełna niepotrzebnych popisów. Scena walki ma świetną choreografię... ale jest oderwana od reszty filmu. To i "Materialiści" -- dwie porażki w próbie wskrzeszenia dawnych 'screwball comedies'.