RANKING: 10 gier, które zasługują na filmowe adaptacje

Filmweb autor: /
https://www.filmweb.pl/news/TOP+10%3A+ranking+gier%2C+kt%C3%B3re+zas%C5%82uguj%C4%85+na+adaptacje+filmowe-164656
RANKING: 10 gier, które zasługują na filmowe adaptacje
Niegdyś popularna opinia o wiecznie nieudanych adaptacjach gier wideo przeszła już do lamusa. Dziś, w dobie kolejnych ekranizacji, które zbierają wielomilionową publikę, można raczej mówić o modzie na takie widowiska. Mimo ciągle powiększającej się liczby tytułów, które zmienią telewizory na sale kinowe, wiele produkcji wciąż nie dostąpiło zaszczytu na wersję w innym medium. W tym rankingu przypominamy dziesięć gier zasługujących, aby trafić na wielki ekran.

Wśród nadchodzących premier 2026 roku wiele adaptacji gier ma szansę na przebojowe wyniki oglądalności. W końcu już niedługo mamy obejrzeć "Powrót do Silent Hill", "Super Mario Galaxy Film" czy "Mortal Kombat II". Kolejne tytuły już ustawiają się w kolejce. W tym zestawieniu zebraliśmy produkcje, które nie doczekały się jeszcze własnych adaptacji. Gdyby takie powstały, mogłyby z miejsca stać się hitami srebrnego ekranu.

TOP: te gry wideo zasługują na adaptacje filmowe



Wielowątkowe opowieści osadzone na Dzikim Zachodzie, między ludźmi wyjętymi spod prawa, brzmią jak gotowy materiał na film. W rękach studia Rockstar pomysł na westernową opowieść przemienił się w "Red Dead Redemption" – dylogię w pojedynkę przywracającą dla popkultury ten zapomniany, niegdyś bardzo popularny gatunek. Choć nieodłącznym elementem zabawy jest eksplorowanie całego świata przedstawionego, poruszając się po mapie według własnego uznania, i bez tego na ekranie możemy poczuć powab tej historii pełnej złożonych charakterów, nieoczywistych wyborów w czasach poniekąd dobrze poznanych, ale wciąż świeżych i atrakcyjnych dla oglądających. Długie minuty cwałowania przez prerię czy lasy nie stworzą ciekawej adaptacji, ale i na to pewnie znajdzie się lekarstwo. Jeśli ktoś ma okazję nawiązać do ekranowej chwały westernu, to serialowe lub filmowe "RDR".

Do fikcyjnych światów sięgamy po wszystko, co niespodziewane. W mieście Dunvall, miejscu akcji gry "Dishonored", znajdziemy więcej niż tylko kolejne inkarnacje lokalnych wierzeń. Osobliwy koloryt maluje przede wszystkim klęska industrialnego snu o potędze. Wzorowana na Londynie przełomu wieków metropolia to istna plątanina ludzi dziesiątkowanych przez plagę, polityki wiążącej najwyższe szczyty władzy i przeciwstawiającej się władzy ruchów oporu. Główny bohater, Corvo Attano zostaje wrobiony w śmierć swojej pracodawczyni, cesarzowej. Musi wtedy zejść do podziemia i zamiast ochroniarzem, zostaje cichym zabójcą. Po trupach dąży do celu, szukając zemsty. Klasyczna historia, unikatowa sceneria i odpowiednio przerobiona mechanika rozgrywki brzmi jak gotowy materiał na pełny metraż. Już oryginalna obsada dubbingu prezentuje się jak gotowy zestaw aktorski do filmu – głosów postaciom użyczyli Susan Sarandon, Brad Dourif, Carrie Fisher, Michael Madsen, Lena Headey, Chloë Grace Moretz. Nawet bez ich udziału adaptacja "Dishonored" brzmi jak widowisko, które zaciekawi nie tylko graczy.
Lata mijają, a my nadal nie otrzymaliśmy jeszcze ekranizacji gry "Metal Gear Solid". Projekt w reżyserii Jordana Vogta-Robertsa nadal nie dostał zielonego światła na realizację, a w międzyczasie gwiazda Oscar Isaac zdążyła opuścić pokład. W tym roku miną już dwie dekady od pierwszych prób zaadaptowania dzieła Hideo Kojimy. Pomimo upływu lat bez efektów, to nadal wdzięczny materiał dla filmowców. W końcu "MGS" jest jedną z pionierskich produkcji opowiadających swoją historię językiem wizualnym, zaczerpniętym prosto z wielkiego ekranu. Z licznych odsłon na różne konsole wyrosła seria gier, która stała się marką samą w sobie, kryjąc nie tylko pasjonującą rozgrywkę, ale przede wszystkim złożoną opowieść, która przyciągnęła miliony graczy z całego świata. Na filmowych przygodach Solid Snake’a podobno nie postawiono jeszcze krzyżyka – pozostaje więc jedynie czekać.

Miami, lata 80. Pewien bezimienny jegomość na skrzynkę głosową otrzymuje informację z adresem i poleceniem: zabić wszystkich w środku. Wyważa więc drzwi i przy pomocy bogatego arsenału rozwala każdego na swojej drodze. Każde zadraśnięcie skutkuje restartem poziomu, więc we wszechobecnym chaosie każdy ruch trzeba dokładnie planować. Twórcy "Hotline Miami" nie ograniczyli rozgrywki do wymagającej akcji, ale zmienili ją w prawdziwe doznanie audiowizualne, wciągające graczy na długie godziny. Przemiana w film zaczerpnie najwięcej z unikatowego klimatu, wykorzystywanego, aby opowiedzieć o bohaterze i świecie gry. Produkcja kinowa nie wydarzy się bez esencji ekranowej przemocy rodem z "Johna Wicka". Ale i ten, wydawałoby się, odmieniony przez wszystkie przypadki patent na rozrywkę można pokazać jeszcze nieco inaczej.


Choć "Dead Space" ma na koncie dwa animowane filmy, były to jedynie produkcje przeznaczone na rynek DVD. A ta seria zasługuje na nieco więcej, niż tylko takie odsłony. Od ponad dekady zainteresowanie adaptacją wygłaszał mistrz horroru, John Carpenter. Projekt nie powstał, pozostawiając wyobraźni, czym byłby film grozy osadzony w przyszłości, erze kosmicznych podbojów i przerażających, nieumarłych mutantów. W końcu osadzonych poza Ziemią horrorów mamy jak na lekarstwo – i jeszcze mniej udanych. Stąd potrzeba, aby odtworzyć klimat gry w duchu oryginału: doświadczana z perspektywy pojedynczego bohatera opowieść o izolacji pośród kosmicznej nicości, przeszywanej jedynie krzykami nekromorfów. Czy w końcu ktoś odważy się przenieść strach sprzed domowego ekranu na salę kinową? Oby.
Przez lata wyrzutem fanów "Gwiezdnych wojen" pod adresem twórców rozmaitych dzieł z uniwersum było niewielkie zainteresowanie czasami sprzed Republiki, tysiące lat przed wydarzeniami z filmów. Namiastką były co prawda udane gry – przede wszystkim "Star Wars: Knights of the Old Republic". Minęły kolejne dekady, dostaliśmy nowe filmy i seriale, a o tej historii z odległej Galaktyki nadal słyszeli tylko zapaleni fani. Ponad 20-letnie produkcja ma status kultowy, bo oprócz świetnego wykonania opowiada o zupełnie nowych, pociągających wydarzeń, w których manichejski układ świata stawia naprzeciw siebie Jedi i równie potężnych Sithów. Dzięki ekranowej adaptacji inspirowanej grą z 2003 lub jej kontynuacjami "Gwiezdne wojny" ponownie wezmą na tapet najciekawszy konflikt całej serii, otwierając wrota do kolejnych rozwinięć tego przebogatego świata.
"The Elder Scrolls V: Skyrim" obchodzi w tym roku już 15 lat, a nadal kolejne wersje sprzedają się jak świeże bułeczki. Bethesda stworzyła grę opierającą się upływającemu czasowi, jeden z najchętniej kupowanych tytułów w historii produkcji wideo. Oprócz wielkich smoków i świata zagrożonego zagładą twórcy przyszykowali na graczy długą opowieść, której poznanie w każdym aspekcie wymaga setek godzin gry. Uniwersum "Elder Scrolls" zajmuje przecież dziesiątki tytułów, i "Skyrim" to tylko jeden jaskrawy przedstawiciel. Okiełznanie takiego materiału źródłowego wymaga dokładnej analizy i ograniczeń, a popularność przygód dovahkiina zapewnia, że taka adaptacja to popkulturowe wydarzenie, którego nie przegapią nawet okazjonalni gracze. Próba okiełznania legendy ma też swoje minusy. Ale takie obawy to dopiero pieśń przyszłości, które i tak zagłuszyłyby Smocze Krzyki.
Wśród uniwersalnie uwielbianych gier nie brakuje też przedstawicieli tytułów logicznych. Między nimi wyróżnia się przede wszystkim "Portal", który swoją rozpoznawalnością może równać się jedynie z najsłynniejszymi. Ucieczka przed podstępami sztucznej inteligencji GLaDOS nie musi nawet wpisywać się we współczesne lęki przed AI. Serii gier nie zapomniano wyłącznie dzięki mechanice rozgrywki, dzięki której zagadki okazywały się wielopoziomowymi problemami. Głowieniem się nad rozwiązaniami towarzyszy wyjątkowo czarny humor. Zadania adaptacji tego nieoczywistego oryginału podjął się podobno J.J. Abrams, ale od 2021 roku nie słyszeliśmy o rozwoju projektu.

Narzekania na zmiany w filmowej adaptacji "Until Dawn" udowadniają, że z gry, której fabuła zależy od decyzji gracza, trudno zrobić zadowalającą ekranizację. Kłam temu twierdzeniu może zadać "Disco Elysium". Oto opowieść w stylu dawnych filmów noir, osadzona w fikcyjnym świecie mieszającym to, co znamy z przeszłości w unikalny miszmasz. Wszystko jest jakby znajome – zaczynając od głównego (anty)bohatera, wiecznie pijanego gliniarza i jego partnera, uosobienie profesjonalizmu – ale powstaje z tego wielowątkowa, zaskakująca opowieść, w której przegląda się nasza rzeczywistość. Wybory gracza kształtują nie tyle rozwiązania fabularne, ale same charaktery zatapiające się w mrok świata przedstawionego. Jak zwykle, wszystko rozbija się o pomysł wyjściowy dla filmu. A "Disco Elysium" z pewnością zasługuje na twórców, którzy oddadzą grze należną sprawiedliwość.

Skoro można pokusić się o stworzenie filmu na podstawie serii lalek American Girl, spokojna gra wideo o chodzeniu po lesie to materiał źródłowy dawkujący napięcie niczym odsłony serii "Szybcy i wściekli". Żarty na bok – "Firewatch" od studia Campo Santo jest przede wszystkim niezwykle barwną opowieścią, którą poznajemy oczami głównego bohatera. Henry ucieka przed problemami w głuszę, pracując na wieży obserwacyjnej jako strażnik leśny. Jedną towarzyszką jego samotności jest Delilah, kobieta z innego posterunku, komunikująca się z mężczyzną przez radio. Choć okolica wydaje się spokojna, wręcz idealna dla tych szukających wytchnienia po ciężkich latach w pędzie, natura skrywa też swoje tajemnice. Bohater, jako nowy mieszkaniec okolicy, z czasem również je pozna i zostanie zmuszony do odkryć – również we wnętrzu siebie. Filmowemu "Firewatchowi" byłoby daleko do przejmujących, wypełnionych akcją produkcji, ale świetnie sprawdzi się jako opowieść o ludziach po przejściach w nowych, niezwykłych okolicznościach.