"Piękno jest zawsze dziwaczne" – pisał dawno, dawno temu Baudelaire. Dziś wydaje się jeszcze dziwniejsze niż kiedyś. W kinie jest przepustką i balastem, obiektem zazdrości i przedmiotem resentymentu. Najpiękniejsze gwiazdy z Fabryki Snów nie mają wcale łatwego życia. Muszą bowiem udowadniać, że prócz ślicznych twarzy posiadają też talent.
Cristiano Ronaldo
"Jestem zbyt przystojny, zbyt zdolny i zbyt bogaty" – przyznaje w wywiadach
Cristiano Ronaldo, wyliczając powody, dla których wygwizduje go publiczność na większości stadionów świata. Gdyby nie był tak wychuchany lub miał ciut mniejsze ego, świat kochałby go za piłkarski geniusz. Niestety, Ronaldo przydarzyło się być zbyt pięknym i zbyt aroganckim jak na warunki swojego zawodu. Ten syndrom dotyka także aktorów i aktorki.
Zaszufladkowani Mają licencję na uwodzenie. Na wielkim ekranie oczarowują masy otumanionych fanów. Czasem stają się ikonami: seksu, kobiecości, buntu, niezależności. Ich powinnością jest rozpościeranie blasku. Nie mają jednak łatwego życia: odbijają światło reżyserskich talentów, ściągając na siebie uwagę mediów i publiczności. Są na pierwszej linii frontu. Aby obronić się na polu bitwy z widzami, sięgać muszą po różnorodne bronie: talent, seksapil, urodę.
Czy tego chcemy, czy nie, ta ostatnia od zawsze jest biletem do świata filmu. Wystarczy przejść się po szkołach teatralnych, by zobaczyć, że efektowny wygląd jest jedną z przepustek do aktorskiego zawodu. Można by więc powiedzieć, że uroda nikomu jeszcze nie zaszkodziła, gdyby nie fakt, że nie jest to w pełni prawda. Przypadki wielu współczesnych gwiazd kina pokazują, że w branży filmowej uroda jest kartą, która lubi się odwrócić. Piękno bywa bowiem balastem – pozwala na łatwe szufladkowanie, naddatek urody przyćmiewa aktorskie talenty. Dla niektórych blask urody okazuje się zbyt duży, oślepia, nie pozwalając dostrzec prawdziwej wartości artysty.
Jessica Biel
W jednym z wywiadów
Jessica Biel żaliła się, że czuje się dyskryminowana ze względu na wygląd. Producenci odrzucają ją podczas castingów jako zbyt "gładką". Ładniutkie, wymuskane twarze aktorów świetnie sprawdzają się na kolorowych rozkładówkach i na czerwonych dywanach, ale kino w paradoksalny sposób tęskni za niedoskonałością. Choć X Muza uzależniona jest od przystojnych aktorów i seksownych aktorek – czasem potrzebuje szorstkiej i niepokojącej urody.
O tym, że piękni aktorzy mają czasem pod górkę, przekonuje przypadek
Channinga Tatuma. Facet, którego magazyn "People" ogłosił w tym roku najseksowniejszym żyjącym mężczyzną na świecie, w kinie raz za razem otrzymuje role nie dające pola do rozwinięcia aktorskiego talentu. Cóż z tego, że przed sześcioma laty błysnął talentem we
"Wszystkich twoich świętych" Dito Montiela, skoro od tego czasu dostaje role dziarskich chłopców o sprawnym ciele i martwej twarzy. I choć bujając się na ekranie w
"Step Up" czy prostackich filmach akcji, potwierdza swą popularność, wciąż pozostaje wrażenie, że stać go na więcej. Zaszufladkowany jako umięśniony przystojniak o wyrazistej szczęce, po wsze czasy grałby gogusiowatego twardziela, gdyby nie
Steven Soderbergh, który obsadził go w
"Magic Mike’u" inspirowanym biografią samego aktora, który zanim trafił przed hollywoodzkie kamery, był striptizerem i modelem.
Termin przydatności Nie on jeden trafił z wybiegu na filmowy plan. Podobną drogę przeszedł choćby
Jason Statham, największy twardziel współczesnego kina akcji, który przed filmami
Guya Ritchiego i serią
"Transporter" był sportowcem i modelem jednej z sieciówek kierujących swoje ubrania do "przeciętnych Brytyjczyków". Wśród tych, którzy z wybiegów trafiają do kina, dominuje jednak płeć piękna. Wśród najgłośniejszych nazwisk małego i dużego ekranu znalazłaby się cała plejada byłych modelek. Podobną ścieżkę kariery przeszły bowiem
Monica Bellucci,
Andie MacDowell,
Sharon Stone,
Cameron Diaz,
Halle Berry,
Milla Jovovich,
Uma Thurman,
Kim Basinger,
Diane Kruger,
Charlize Theron oraz przedstawicielki ciut starszego pokolenia:
Geena Davis czy
Jessica Lange.
Monica Bellucci / Sharon Stone / Uma Thurman
Ta ostatnia to jeden z najdoskonalszych przykładów na to, że piękno i talent nie muszą się wykluczać. Choć od zawsze imponowała urodą i głównie za jej sprawą wystąpiła w
"King Kongu" z 1976 roku, wielokrotnie dowodziła, że zna aktorski fach. Oscary i Złote Globy za role w
"Tootsie" i
"Błękicie nieba" były najbardziej spektakularnym zwieńczeniem kariery
Lange, która także w ostatnich latach błyszczy w telewizyjnych
"Szarych ogrodach" i serialu
"American Horror Story".
Lange jest jedną z tych gwiazd, którym uroda ułatwiła wejście do świata kina, jednocześnie nie ograniczając repertuarowych wyborów. Większość eksmodelek nie ma tyle szczęścia. Urodziwe panie szybko zaszufladkowane zostają jako specjalistki od ról seksbomb, a ich kariery trwają tak długo jak młodzieńcza uroda. Owszem,
Monica Bellucci czy
Sharon Stone mimo upływu lat zachowują status filmowych uwodzicielek, ale większość aktorek o modelingowym rodowodzie kończy karierę niedługo po trzydziestce. Kiedy pierwsza i druga młodość nieco przemijają, niewielu producentów wierzy w ich talent na tyle, żeby powierzyć im wymagające role.
Oszpecone, docenione W jednej ze scen paradokumentalnego serialu
"Life's Too Short" stworzonego przez
Ricky'ego Gervaisa,
Liam Neeson dzieli się swoimi nadziejami na zrobienie scenicznej komedii. Aby udowodnić swoje komiczne możliwości, aranżuje scenkę z
Rickym Gervaisem. Na propozycję, by wcielił się w postać sprzedawcy warzyw odpowiada: "Grałem Robina McGregora, Michaela Collinsa, Oscara Schindlera, Zeusa. Na Boga! Nikt nie uwierzy we mnie jako sprzedawcę z warzywniaka". Bo dla aktora wizerunek to nie tylko wypadkowa granych przez niego ról, ale też świadomie budowany brand. Wystarczy spojrzeć na to, jak swoją filmografię konstruuje
Ryan Gosling, by zrozumieć, że w Hollywood wizerunek i jego "właściciel" kontrolują siebie nawzajem.
Ryan Gosling
Aby zostać docenionymi, piękne aktorki muszą pokazać więcej, zrywać z wizerunkiem kwiatków przyczepianych do filmowego kożucha. Łatwiej dostrzec talent aktorski opasłego
Philipa Seymoura Hoffmana aniżeli
Brada Pitta czy
Jude'a Lawa, filmowych pięknisiów o szelmowskich uśmiechach. Nic więc dziwnego, że aby zdobyć uznanie krytyków, festiwalowych jurorów czy członków Akademii Filmowej, piękne aktorki muszą pozwolić się oszpecić.
Charlize Theron jedynego w swej karierze Oscara otrzymała za rolę w filmie
"Monster", w którym ani trochę nie przypominała seksownej blondynki z reklam kosmetyków. Co więcej – druga i ostatnia nominacja do nagrody Akademii przypadła jej w udziale za
"Daleką północ" i rolę silnej kobiety wykonującej męski zawód, a zamiast obcisłych kiecek noszącej robotniczą kamizelkę.
Charlize Theron
Żadna inna aktorka nie zrywała ze swym wizerunkiem równie spektakularnie jak właśnie
Theron. Mniej widowiskowe wolty wykonywały też inne piękności. Kiedy
Salma Hayek wyszła z roli latynoskiej bogini seksu i jako nieco chłopięca, dotknięta kalectwem malarka pojawiła się we
"Fridzie", także jej przytrafiła się jej jedyna w karierze nominacja do Oscara. O tym, że czasem warto się oszpecić, przekonuje też przypadek najzdolniejszej z nich
Nicole Kidman, która jedynego Oscara otrzymała za
"Godziny", gdzie jako Virginia Woolf nie wyglądała zbyt ponętnie.
Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, aniżeli piękna aktorka i przystojny aktor zgarną prestiżowe nagrody. Pięknisiom trudno jest doczekać się prawdziwych laurów, z łatwością zdobywają za to Złote Maliny dla najgorszych aktorów. Co roku wśród nominowanych do tych antynagród znajdujemy najpiękniejsze twarze Hollwood:
Angelinę Jolie,
Cameron Diaz,
Jennifer Lopez,
Evę Mendes,
Jessicę Albę,
Megan Fox,
Sandrę Bulloc,
Hilary Duff czy
Halle Berry. Aktorek brzydkich lub takich sobie jest tu niewiele. Tak jakby aktorski antytalent był proporcjonalny do urody, a ewentualna szpetota stanowiła bezpieczną kartę pozwalającą uniknąć poniżającego wyróżnienia.
Panowie mają nieco lepiej. Owszem, urodziwi mężczyźni pokroju
George'a Clooneya,
Johnny’ego Deppa,
Toma Cruise’a czy
Brada Pitta wiele lat muszą wyłamywać się z szufladki zarezerwowanej dla konfekcjonowanych pupilków, ale mimo wszystko łatwiej im pokazać swoje możliwości i wybić się na aktorską niepodległość.
Uroda w służbie ideologii W kinie dychotomia piękna i talentu wydaje się naturalniejsza aniżeli w innych dziedzinach sztuki. Starczy wspomnieć parę gwiazd kina niemego z
Wesismullerem czy
Valentino na czele, by pojąć, że w świecie filmu uroda nie zawsze idzie w parze z wielkim talentem. Ale to właśnie X Muza od samego początku swojego istnienia narzuca wzorce stylu i seksapilu. To kino w kolejnych epokach lansowało konkretne typy fizyczności, wiążąc je z określonym systemem wartości i pozafilmowych znaczeń.
James Dean / Marlon Brando
Uroda
Jamesa Deana nie byłaby tak istotna, gdyby postać aktora nie utożsamiała eskapistycznych potrzeb pokolenia,
John Wayne i
Gary Cooper byli piękni dzięki sile i moralnej czystości swoich bohaterów,
Fred Astaire, mężczyzna cokolwiek zniewieściały, był ambasadorem świata beztroski w szarej codzienności, a posągowy
Marlon Brando to zarazem wzór męskości i symbol buntu.
Także kobiece ikony z dawnych lat błyszczały w hollywoodzkim gwiazdozbiorze światłem odbitym.
Greta Garbo i
Rita Hayworth ucieleśniały seksowny mit
femme fatale, były kobietami wyzwolonymi i samodzielnymi.
Claudette Colbert i
Doris Day to zaś wieczne dziewczyny z sąsiedztwa, ucieleśniające mieszczańskie ideały i apelujące do umiarkowanie postępowej publiczności. Najpiękniejsze aktorki w historii kina stawały się ikonami – były czymś więcej niż tylko zestawem fizycznych cech.
Hepburn,
Bardot czy
Monroe to żywe symbole: dziewczęcości, wyzwolenia, świadomego erotyzmu.
Uroda gwiazd klasycznego amerykańskiego kina nie budziła zastrzeżeń. Była jednowymiarowym popkulturowym fenomenem – fascynowała, przyciągała spojrzenia i wzbudzała podziw. Z czasem piękno zostało jednak zwulgaryzowane. Delikatność
Hepburn i tajemnicę
Monroe zastępowała dosadna erotyka kolejnych "ikon kobiecości". Kulminacją trendu było okrzyknięcie
Pameli Anderson boginią seksu.
Pamela Anderson
Piersiasta ratowniczka ze
"Słonecznego patrolu" czy
Arnold Schwarzenegger będący przez kilka dekad ikoną męskości, to zarazem ofiary kultu ciała i jego beneficjenci. Ich przypadki pokazują, jak filmowe piękno w ostatnich dekadach zostało zwulgaryzowane. Podczas gdy klasyczne ikony stylu, elegancji czy urody reprezentowały określony system wartości, nowi bohaterowie popkultury byli czystym rozbuchaniem cielesności – erotycznej i atletycznej.
Pod celebryckim sztandarem
Merkantylizacja filmowych gwiazd zmieniła postrzeganie filmowego piękna. Efektowne sesje dla branży modowej, spektakularne kampanie z udziałem ślicznych aktorek, reklamy szamponów, pomadek, samochodów… Piękno stało się wartością materialną. Dla jednych ucieleśnia lepszy świat, dla innych jest przedmiotem resentymentu.
Współczesna popkultura zbierająca się pod celebryckimi sztandarami stała się narcystyczna. Zamiast dandyzmu, który przed wiekiem głosił kult niepospolitości, czyniąc piękno sensem życia i jego materią, w kinie mamy dziś do czynienia z tabunami narcyzów rozkwitających w blasku fleszy i wyrastających na medialnym podglebiu. Fizyczne piękno przestało być wartością jednoznacznie pozytywną. Częściowo stało się synonimem nieprawdy, życiowego Photoshopa.
Jessica Alba / Channing Tatum
Dlatego niełatwo jest być dziś śliczniutką
Jessicą Albą, która mimo paru przyzwoitych ról (m.in.
"Morderca we mnie"), dla krytyków i lwiej części publiki na zawsze pozostanie jedynie urodziwą pacynką. Niełatwo jest być
Channingiem Tatumem, wiecznie pięknym chłopcem z kwadratową szczęką. Bo czy nie jest niesprawiedliwe, że w światowych mediach tak niewiele miejsca poświęcono
Sofii Vergarze, gdy w serialowej
"Współczesnej rodzinie" pokazywała komediowy kunszt, kiedy zaś na czerwonym dywanie pokazała się z głębokim dekoltem i tyłkiem ściśniętym przymałą kiecką, jej zdjęcia obiegły świat?
"Piękno jest zawsze dziwaczne" – pisał dawno, dawno temu
Baudelaire. Dziś wydaje się jeszcze dziwniejsze niż kiedyś. W kinie jest przepustką i balastem, obiektem zazdrości i przedmiotem resentymentu publiczności. Najpiękniejsze gwiazdy z Fabryki Snów wcale nie mają łatwego życia. Muszą bowiem udowadniać, że prócz ślicznych twarzy posiadają też talent. Nie jest łatwo. Choć przypadki
Marlona Brando,
Brada Pitta,
Charlize Theron czy
Gillian Anderson dowodzą, że nawet największy blask urody nie musi wcale przyćmiewać artystycznej wrażliwości.