Z kontem na Filmwebie możesz więcej

Oceniaj filmy, zapisuj i dziel się filmową pasją

Box Office USA: Godzilla przechodzi do historii. Triumf Króla Potworów

W amerykańskich kinach w ten weekend sporo się dzieje. Do kin weszła cała masa nowości. Trzy z nich zdołały znaleźć się na podium. Do tego dwie nowości świetnie poradziły sobie w limitowanej dystrybucji. A większość starszych tytułów, choć musiała uznać wyższość premier, to mimo wszystko zanotowała zaskakująco niskie spadki. Wielkim triumfatorem jest "Godzilla Minus Zero". Japońskie widowisko najprawdopodobniej ustanowi rekord otwarcia dla aktorskiego filmu obcojęzycznego. Aktualne szacunki mówią bowiem o otwarciu w wysokości 31,6 mln dolarów. To wynik niemal trzykrotnie lepszy od tego, jaki w 2023 roku zanotował film "Godzilla Minus One". Ponieważ "Godzilla Minus Zero" uzyskuje w CinemaScore ocenę A, należy spodziewać się w kolejnych tygodniach relatywnie małych spadków. Widowisko powinno więc bez problemu osiągnąć wynik zbliżony do 100 milionów dolarów (poprzednia część zarobiła pięciokrotność otwarcia, czyli 57,1 mln dolarów). Filmy 2026 roku z wpływami powyżej 100 mln dolarów # Tytuł zarobił w sumie otwarcie liczba kin premiera VOD budżet 1 Spider-Man: Całkiem nowy dzień  $958,9 $360,1 4539 31.07 6.10 $225 2 Odyseja  $625,6 $123,5 3942 17.07 17.11 $250 3 Toy Story 5  $480,3 $159,7 4425 19.06 18.08 $250 4 Super Mario Galaxy Film  $429,8 $131,7 4284 3.04 19.05 $110 5 Michael  $372,3 $97,2 3955 24.04 9.06 $200 6 Projekt Hail Mary  $344,1 $80,5 4077 20.03 11.05 $190 7 Obsesja  $263,5 $17,2 3068 15.05 30.06 $0,8 8 Diabeł ubiera się u Prady 2  $220,6 $76,7 4200 1.05 30.06 $100 9 Backrooms. Bez wyjścia  $197,5 $81,4 3565 29.05 14.07 $10 10 Minionki i straszydła  $183,2 $37,0 4244 1.07 11.08 $85 11 Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu  $177,7 $81,7 4300 22.05 21.07 $165 12 Hopnięci  $166,0 $45,3 4000 6.03 28.04 $150 13 Resident Evil  $159,7 $60,2 3684 18.09 - $75 14 Vaiana  $126,2 $43,1 4200 10.07 8.09 $250 15 Krzyk 7  $121,9 $63,6 3540 27.02 31.03 $45 16 Dzień objawienia  $116,6 $44,5 3824 12.06 21.07 $115 17 Straszny film  $108,3 $54,3 3504 5.06 21.07 $30 18 Wielka mała koza  $103,3 $27,2 3863 13.02 24.03 $90 Na drugim miejscu wylądował "Kot Prot". I choć zarobił na otwarcie tyle, ile prognozowano, to nie jest to dobra wiadomość dla Warner Bros. Animacja okazała się potężną klapą finansową. Film zarobił bowiem 20 milionów dolarów na dzień dobry. Dla porównania: ostatnia animacja zrealizowana przez Illumination – "Grinch" – debiutowała w 2018 roku kwotą 67,6 mln dolarów. "Kot Prot" będzie walczył o osiągnięcie łącznie takiego wyniku. Film zbiera jednak dobre oceny wśród widzów (A w CinemaScore), więc jest szansa, że to się uda. Najniższe miejsce na podium należy do "Drummer Boy". Chrześcijańska, patriotyczna widownia wreszcie dopisała i film zarobił na otwarcie 9,3 mln dolarów. To wynik w górnych granicach tego, co prognozowano przed premierą. Poprzedni film reżyserów – "Bastion ocalałych" – w 2024 roku na otwarcie zgarnął 6 milionów dolarów. Na piątym miejscu wylądowała kolejna nowość, "Ramajana: Narodziny legendy". W weekend film zgarnął 8,7 mln dolarów. Ponieważ premierę miał w czwartek, to łącznie na jego koncie jest 12,2 mln dolarów. To mocny start bollywoodzkiej superprodukcji, ale nie najlepszy w tym roku start indyjskiego filmu w ogóle. W marcu "Dhurandhar The Revenge" zarobił w cztery dni 14 milionów dolarów. Piątą nowością w pierwszej dziesiątce jest "Dziki Koń Dziewięć". Szacunki mówią o otwarciu w wysokości 6 milionów dolarów. Dla reżysera, Martina McDonagha, jest to najlepszy wynik w całej dotychczasowej karierze. Dotychczas najlepszym wynikiem był trzeci weekend "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" (4,4 mln dolarów). Poza pierwszą dziesiątką wylądował film biograficzny "Jimmy" (2 mln dolarów) oraz serial "Gorąca rywalizacja" (1,4 mln dolarów). Box Office USA: 6-8 listopada # Zm. Tytuł zarobił w weekend zarobił w sumie tyg. na ekranie kina 1 N Godzilla Minus Zero $24,91* $31,61 1 3254 2 N Kot Prot $19,5* $20,5 1 4003 3 N Drummer Boy $9,31 $9,31 1 2850 4 -3 Zobaczysz wszystko $8,86 $79,8 4 2473 5 N Ramajana: Narodziny legendy $8,65 $12,16 1 1433 6 -3 Kroniki lasu. Wildwood $7,0 $39,82 2 2693 7 -5 Clayface $6,68 $56,61 3 2946 8 N Dziki Koń Dziewięć $5,1* $6,0 1 1100 9 N Stray Kids World Tour 'Run It' $3,7 $3,7 1 917 10 -6 Wicker $3,35 $19,89 3 2081 *wynik otwarcia z samego weekendu Z kolei w limitowanej dystrybucji bardzo dobry start zaliczył "Club Kid". W sześciu kinach zarobił 390 tysięcy dolarów, co przekłada się na średnią w wysokości 65,1 tysiąca. Niewiele gorzej wypadł też "Jestem Rocky", który w siedmiu kinach zgarnął prawie 345 tysięcy dolarów, co daje średnią w wysokości 49,3 tysiąca. Już w poniedziałek do kin trafi oryginalny "Rocky". W środę dołączy do niego akcyjniak z Jimem Caviezelem "Żołnierz widmo". Z kolei na piątek planowane są premiery: świątecznego widowiska z Johnnym Deppem "Ebenezer Scrooge. Opowieść wigilijna", kostiumowego horroru z Maiką Monroe "Victorian Psycho" oraz nowego thrillera Davida Leitcha "Jak obrabować bank".

Nakręcił filmowy viral sezonu. Kim jest Nathan Fielder?

"Zobaczysz wszystko" zwróciło oczy świata na Nathana Fieldera. Ale nakręcony w duecie z Lance'em Oppenheimem dokument o Elizabeth Holmes to zaledwie najnowszy projekt w filmografii twórcy, który już od jakiegoś czasu konsekwentnie bada granicę między faktem a fikcją. Mapę przez twórczość Nathana Fieldera – znanego też z programów "Nathan for You" oraz "Próba generalna" i serialu "The Curse" – rysuje Kacper Rydzewski. Film to nie rzeczywistość. To, jeśli mogę się tak wyrazić, "model" rzeczywistości. Rzeczywistości w całej jej złożoności nie da się oczywiście uchwycić, więc trzeba dokonywać wyborów. Trzeba "odfiltrować" całą tę złożoność, korzystając z ram (struktury). To tak jak w teatrze. Sztuka teatralna nie jest prawdziwym życiem. To model prawdziwego życia w zmniejszonej skali. Myślę, że to jedyna opcja w przypadku filmu fabularnego. Inaczej wygląda to jednak w przypadku filmu dokumentalnego – choć właściwie uważam, że tam jest to jeszcze trudniejsze. W filmie dokumentalnym bowiem twierdzisz, że pokazujesz prawdziwe życie, ale pokazujesz tylko jego niewielki wycinek, który natychmiast staje się reprezentatywny dla "prawdziwego życia". To pułapka zarówno w filmach dokumentalnych, jak i fabularnych. Jeśli jesteś tego świadomy, być może zwracasz nieco większą uwagę na związane z tym zagrożenia. Ponieważ jest to z natury rzeczy manipulacja. Jeśli jednak zawsze dajesz widzowi szansę, by rozpoznał to jako manipulację – powiedziałbym, że jest to kwestia uczciwości. Michael Haneke tragik
 1. tragediopisarz
2. aktor grający role tragiczne słownik PWN Na samym początku jest kłamstwo. Nathan Fielder ukończył jedną z najlepszych kanadyjskich szkół biznesu z bardzo dobrymi wynikami – a przynajmniej tak zdaje się nas przekonywać w czołówce "Nathan for You" ("Złoty dotyk Nathana"). Kamera pokazuje nam natomiast świadectwo Fieldera, które wskazuje raczej na to, że mamy do czynienia z co najwyżej przeciętniakiem. A im dalej w las, tym tylko więcej sprzeczności. Nathan pozuje na profesjonalistę, ale wystarczy chwila, żeby ogarnąć, że o biznesie Kanadyjczyk nie ma bladego pojęcia. Przykład pierwszy z brzegu: jak pomóc lodziarni przyciągnąć większą rzeszę klientów? Wprowadzić smak nieoczywisty: gówno. Nathan sprzedaje ten i podobne pomysły z kamienną twarzą. Przychodzi w roli mentora, a wychodzi jak głupek. Ta gęba ofermy przez długi czas stanowić będzie dla Fieldera główne alibi. Celem programu ma być pomoc małym przedsiębiorcom w aglomeracji Los Angeles, ale Nathan częściej niż im pomagać, marnuje ich czas, a bardzo często zwyczajnie szkodzi. Jego pomysły niejednokrotnie narażają bohaterów na ryzyko prawne albo straty wizerunkowe. Ale w kwestii wizerunku Kanadyjczykowi obrywa się przecież równie mocno. Koniec końców widz nie śmieje się wcale z bohaterów, tylko – bardzo często – z samego Nathana. Ostatecznie to on jest obiektem żartu, nawet jeśli ten poczyniony zostaje kosztem kogo innego. Sęk w tym, że jednocześnie sam jest tym, który ten żart opowiada. W pierwszy odcinku "The Curse" – jedynym w pełni fikcjonalnym dziele Kanadyjczyka – Dougie (w tej roli współautor scenariusza, Benny Safdie) pokazuje Asherowi i Whitney (kolejno: Nathan Fielder i Emma Stone) czołówkę programu, który niegdyś tworzył. Piętnaście kobiet chętnych otworzyć się na miłość – i jeden zamaskowany mężczyzna, o którego względy będą konkurować. Oblicze ukochanego pozna natomiast tylko jedna. Żart polega na tym, że twarz mężczyzny jest poważnie poparzona. Ale jaja – zdaje się myśleć Asher. "To tak, jakby zrobić pranka na ofierze pożaru" – oburza się Whitney. "W jaki sposób to ma być prank, kiedy on sam bierze w nim udział?" – odpowiada Dougie. Reakcje Ashera i Whitney reprezentują tu dwie krańcowe tendencje w odbiorze twórczości Fieldera. Z jednej strony naiwna afirmacja fikcji jako ciągu dźwięków i obrazów, który ma przede wszystkim dostarczyć. Z drugiej, dociekliwość pytania o drugie dno: o materialne podstawy całego spektaklu i zasadność ekranowej eksploatacji. Pośród tego wszystkiego Dougie jako wykręcone porte parole samego twórcy, świadomego, że być może prawdziwa rozrywka zaczyna się tam, gdzie kończy etyka. Czym innym jest bowiem telewizja, jeśli nie odpowiedzią na perwersyjne pragnienie voyerustycznej uciechy zgromadzonych przed teleodbiornikami widzów? Chodzi o to, żeby pokazać rzeczywistość od zaplecza – jak Magda Gessler w "Kuchennych rewolucjach" czy Ty Pennington w "Domu nie do poznania" – i wymuskać, a następnie udramatyzować wszelki rozgrywający się na nim konflikt. W "Nathan for You" ten konflikt zaczyna rozgrywać się także na poziomie meta. Czy to co oglądam, dzieje się na serio? Jeśli tak, czy to jest w ogóle w porządku? Czy powinienem to oglądać? "Nathan for You" jest na tle parodiowanych formatów wyjątkowy zaś w tym sensie, że czyni te wątpliwości wyraźnie dostrzegalnymi. Komizm programu nie zasadza się na łopatologicznej bece z pozbawionego samoświadomości głupka. Opiera się raczej na świadomości widza, że ma tu do czynienia z ironią. Nathan występuje tu pod własnym nazwiskiem – jako on sam – i próbuje prezentować siebie jako osobę społecznie i zawodowo kompetentną. Montaż czyni go osobą tych kompetencji pozbawioną. Widz natomiast wyłapuję tę sprzeczność i rozpoczyna się ta cała gra w to, co jest na serio i to, co jest zmyłą. Jeśli jest jednocześnie autorem i przedmiotem żartu – analogicznie: swoim katem i własną ofiarą – kim jest naprawdę? Nathan przestaje być godnym politowania gamoniem, a zaczyna funkcjonować jako geniusz zmyślnie zacierający za sobą ślady. I pozostaje nim tak długo, jak nie uda się powiedzieć, gdzie leży granica między nim a wykreowaną na potrzeby telewizji personą. #1 Zobaczyć się takim, jakim widzą cię inni (Asher / Elisabeth) Widzimy to, kiedy po premierze "The Curse" zjawia się wraz z Emmą Stone w programie Jimmy’ego Kimmela. Zamiast emblematycznej koszuli wprawionej w spodnie – stylówka opium. W miejsce nieporadnego społecznie jąkały – fashionista o nonszalanckim tonie, którym ogłasza, że w przeciwieństwie do postaci, w które wcielał się wcześniej, to jest "prawdziwy Nathan". To oczywisty żart – przy okazji pewnie niezbyt śmieszny – lecz niemniej udany. Sukces polega na tym, że Fielder zrobił to znowu: miał zdjąć maskę, a zamiast tego tylko nałożył kolejną. Mniejsza o perfidność blefu. Gra zostaje podtrzymana – i tylko to ma znaczenie. Cała twórczość Nathana to w zasadzie jeden wielki esej o logice wizerunku. "The Curse" to opowieść o pułapce, w jaką wpadamy konfrontując się z tym, jak widzą nas inni. Ale widać to też w samym zafiksowaniu Kanadyjczyka na sztuce imitacji: postaciach sobowtórów (patrz: pseudo-Bill Gates albo niby-Michael Richards) czy umiejętnym plagiatowaniu (patrz: Dumb Starbucks). W jednym z odcinków "Nathan for You" Fielder próbuje odmienić życie Cory’ego, biernego życiowo chłopaka. Cel: zrobić z niego bohatera… walki z rakiem piersi. Sposób: przejść na linie między dachami budynków w przebraniu Cory’ego, podczas gdy ten czeka tylko na zgarnięcie aplauzu. U Fieldera wszelka przemiana zaczyna się na zewnątrz: wystarczy zmienić powłokę, by przekształcić siebie. Tutaj najpierw jesteś tym, jak widzą cię inni. Nie bez powodu wyreżyserowany przez Fieldera i Lance'a Oppenheima dokument "Zobaczysz wszystko" zaczyna się od przypomnienia afery związanej z Elizabeth Holmes. Eli pojawia się jako oszustka. Dopiero wraz z przybyciem ekipy filmowej rodzi się obietnica głębi: perspektywa odnalezienia w jej życiu drugiego dna – prawdziwego oblicza osoby, której opinia publiczna domalowała jednoznacznie pejoratywną gębę. Cel i warunek całego przedsięwzięcia brzmi: pełna transparentność. Założenie jest więc takie, że jest jakieś źródło oraz środki do tego, by jakoś do niego dotrzeć – że gdzieś tam istnieje zaplątana praprzyczyna, wystarczy wiedzieć, gdzie pociągnąć. "Zobaczysz wszystko" spełnia w tym sensie tytułową obietnicę, ale to, co widzimy różni się znacząco od tego, co spodziewaliśmy się zobaczyć. Dokument Fieldera i Oppenheima dowodzi bowiem, że nie istnieje jedna prawda. Jest tylko suma zakumulowanych perspektyw, a każda jest po prostu efektem arbitralnie wyselekcjonowanych półprawd i przemilczeń. Sama prawda zaś składa się z faktów i fikcji, posklejanych i nie do rozdzielenia. Klucz to odpowiednia ich konfiguracja. Dlatego metoda, którą zaczyna stosować Nathan w drugiej połowie filmu mniej ma wspólnego z genealogią, a więcej – z kombinatoryką. Skoro nie ma głębi, możemy tylko stworzyć serię scenariuszy oraz pewien probabilistyczny model, który pozwoli nam określić najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń. Właśnie na takiej zasadzie działa "Próba generalna". Pierwszy krok: znaleźć swojego bohatera. Rozmawiać z nim, przyglądać mu się – spróbować go, jak najlepiej, zrozumieć. Drugi krok: wcielić się w swojego bohatera. Oddać jego wygląd, ekspresję i tok myślenia. Trzeci krok: umiejętnie uzasadnić swoje zachowania podczas improwizacyjnych sesji symulacyjnych. Przykład: Kor chciałby wyznać swojej przyjaciółce kłamstwo, na którym oparł ich relację. W tym celu Fielder wykonuje kopię życia Kora– swoisty plagiat rzeczywistości – włącznie z imitatorką samej przyjaciółki, niczym automat odtwarzającą kolejne opcje dialogowe. Zastosowanie: od teraz Kor może wypróbować różne scenariusze coming-outu w niemal laboratoryjnych warunkach. Z relacji społecznych możemy teraz skonstruować diagram – w oparciu o niego zaś przygotować się na wszystkie możliwe sytuacje. Na tym polega tzw. metoda Fieldera – i na takiej zasadzie zbudowana jest "Próba generalna". Całemu przedsięwzięciu przyświeca przekonanie, że interakcje społeczne posiadają określony schemat, a ludzkie zachowania można zredukować do kodu. "Uważam, że każdej ludzkiej cechy można się nauczyć lub przynajmniej ją odtworzyć" – mówi w jednym z odcinków sam Nathan. Behawioryzm metody Fieldera zaczyna w "Zobaczysz wszystko" pełnić funkcję narzędzia dochodzenia. Po to tak długo i tak blisko przyglądamy się mimice Elizabeth, by wytropić możliwie każde pęknięcie – wszelki przejaw fałszu musi zostać zauważony, a następnie detalicznie przestudiowany. O ile motywacje stojące za określonymi zachowaniami możemy sobie dowolnie interpretować, o tyle kamera ma zdolność do precyzyjnego rejestrowania samych reakcji. I o ile do jakiejś Prawdy nigdy nie dotrzemy, możemy próbować się do niej jakkolwiek zbliżyć – a przynajmniej uzgodnić to, co mówi się o Holmes z tym, jak opowiada siebie sama. To, że takie przedsięwzięcie skazane jest na porażkę zaczynamy rozumieć, gdy pojmiemy, że wizerunek nie przylega do twarzy – że unoszony jest siłą bezwładu w odmętach domeny publicznej. Dla samej Elizabeth jest balastem, dla jej męża Billy’ego – zasobem. A przynajmniej tak rysuje się ta arytmetyka wizerunku w narracji samego Fieldera, który obserwując Holmes wyrobił sobie jakiś jej obraz. #2 Zobaczyć się takim, jakim chciałoby się widzieć (Whitney / Billy) Koncepcja "Próby generalnej" manifestowała się już w niektórych odcinkach "Nathan for You". Absurd Fielderowskich pomysłów to jedno. Droga do ich osiągnięcia to drugie. W jednym z odcinków ("The Richards Tip"), Nathan próbuje wypromować jedną z lokalnych restauracji. Pomysł: wywołać medialny szum wokół miejsca za sprawą cholernie dużego napiwku zostawionego przez celebrytę. Kroki: najpierw znajdź sobowtóra Michaela Richardsa. Następnie zadzwoń do wszystkich Michaelów Richardsów w okolicy, prosząc ich o dane ich kart kredytowych. Kiedy to nie wypala: znajdź mężczyznę, który będzie skłonny zmienić swoje imię i nazwisko na Michael Richards. Problem: kalifornijskie prawo wymaga, by zmiana nazwiska została ogłoszona w jednym z dzienników, co mogłoby podważyć wiarygodność historii. Rozwiązanie: stworzyć własny dziennik, którego nikt nie chciałby kupić. I tak dalej. Należy przygotować się na wszelkie ryzyko. Nikt nie może być w stanie rozpoznać, że to wszystko blef. Tak, jak w odcinku "The Anecdote", gdzie Nathan chce po prostu wypaść dobrze w programie Jimmy’ego Kimmela. Idzie to tak. Najpierw wyłapuje schemat: każda gościnna gwiazda dzieli się jakąś emocjonalną anegdotą ze swojego życia. Wystarczy więc wymyślić jakąś emocjonującą anegdotę, a następnie być w stanie taką historyjkę uprawomocnić. Cały odcinek stanowi w zasadzie zapis przygotowań do samej anegdotycznej sytuacji, które prędko zaczynają się schizoidalnie rozgałęziać na kolejne etapy etapów etapów. Ostatecznie Nathan przemienia kłamstwo w prawdę: na swój sposób faktycznie przeżywa wymyśloną przez siebie fikcję. Taka dewiza przyświecać będzie następnie "Próbie generalnej": uczynić życie i jego imitację jednym i tym samym. O ile jednak "Nathan For You" miał charakter jawnie satyryczny, o tyle "Próba generalna" pomyślana została jako serial wielofunkcjonalny. Nadal są tu bohaterowie, którym Fielder próbuje pomóc – już nie na arenie wolnego rynku, ale w zwykłych ludzkich sytuacjach. Próby często kończą się niepowodzeniem, przy czym wszyscy możemy się oczywiście pośmiać, ale intencje wydają się znacznie bardziej szczere, a to dlatego, że kod zostaje otwarty. W "Próbie generalnej" kod rzeczywistości to już open source – wystarczy tylko skrupulatnie obserwować i wyciągać wnioski z przeprowadzanych kolejno eksperymentów, by być w stanie nie tylko dekodować, ale i przekodowywać określone zachowania. Dlatego dla wielu bohaterów uczestnictwo w projekcie przynosi efekty niemal terapeutyczne. Sfinansowane za pieniądze HBO studio, w którym Fielder przeprowadza tytułowe próby, staje się sceną konfrontacji z samą logiką relacji społecznych. Wraz z niemal laboratoryjnymi warunkami produkcji pojawia się możliwość podejmowania prób na nowo i na nowo. Pojawia się więc obietnica przepracowania czy przewartościowania – czasem nawet zanim przewartościowywane doświadczenie jeszcze nadeszło. Obietnica, która w drugim sezonie zaowocuje próbą stworzenia telewizji społecznie zaangażowanej, będącej w stanie zmienić coś w samej organizacji świata. Drugi sezon "Próby generalnej" ma charakter interwencyjny. Ponownie wszystko zaczyna się od wykrycia schematu. Fielder znajduje wspólną przyczynę niemal wszystkich katastrof lotniczych w Stanach Zjednoczonych. Jego zdaniem bylibyśmy w stanie zmniejszyć prawdopodobieństwo podobnych wypadków, usprawniając komunikację w kokpicie. Stawki zaczynają być więc poważne, a przedsięwzięcie szczytne, ale problem w tym, że nikt nie ma zamiaru traktować Nathana poważnie. Łatka prankstera przylgnęła do Kanadyjczyka na tyle mocno, że nie sposób mu teraz tak po prostu uwierzyć – tak, jak nie sposób ufać Elizabeth Holmes przekonującej w "Zobaczysz wszystko", że intencje miała szczere. Oprócz stawki społecznej rysuje się więc jeszcze inna, personalna: zamienić łatkę jajcarza na status zaangażowanego społecznie typka – niczym Whitney w "The Curse", próbująca przykryć wizerunek bananicy holistycznym uśmieszkiem. Może Holmes i Fieldera łączą nie tylko przekręty biznesowe, ale też pragnienie odkupienia. Bo co jeśli "Próba generalna" jest tak naprawdę próbą zadośćuczynienia: pogrzebania Fieldera-jajcarza cynicznie eksploatującego cudze historie i odkrycia telewizji jako narzędzia pomocy bliźniemu? Co jeśli Nathan sam chciałby tak siebie widzieć? Kiedy jeden z bohaterów dziwi się nagłym altruizmem Fieldera, przypominając, że mężczyzna słynie przecież z robienia ludziom żartów, ten odbąkuje, że chyba jego zawód został źle zrozumiany. To ważna lekcja: może patrząc w lustro widzimy inny obraz, niż przeglądając się w spojrzeniu drugiego człowieka? Najwidoczniej, bo status komika ciąży mu też z drugiej strony: Fielder ma zamiar ratować ludzkie życia, ale HBO dało mu hajs na serial komediowy. A jak uratować kogokolwiek, mając za zadanie zwyczajnie dostarczyć rozrywkę? Narzucona przez stację telewizyjną konwencja gatunkowa staje się ograniczeniem, a efekt końcowy – kulą u nogi. Dlatego historia o próbie naprawienia systemu lotnictwa musi ostatecznie opowiedzieć o samym Nathanie: o podróży bohatera – od ofermy do poważnego gościa – który po drodze milion razy tak śmiesznie wypieprza się na ryj. Może każda próba jest żartem, dopóki się nie uda – jak mówi w jednej ze scen sam Fielder. Być może, ale czy serio ma to, aż takie znaczenie? W końcu, jak dowodzi twórczość Nathana, próba nie jest mniej realna od teatru życia. #3 Zobaczyć siebie jako spektakl (Dougie / Nathan) Drugi sezon "Próby generalnej" do perfekcji doprowadza Fielderowską sztukę fałszerstwa. Mało, że kongres nie zechce traktować go poważnie – same linie lotnicze nie są chętne udostępnić Kanadyjczykowi wstępu do kokpitu. Pozostaje jednak dobra wola samych pilotów, którzy o realiach swojej pracy chętnie mówią oraz zaangażowanie zatrudnionych przez Nathana aktorów, odpowiednio przeszkolonych jego autorską metodą. Trochę rozmów, nie mniej obserwacji i ekipie udaje się zmontować dokładną replikę nie tylko lotniska, ale też kokpitu czy specjalnych pomieszczeń dla pilotów (a następnie przetestować w nich wielorakie scenariusze). Tym samym sposobem w "Zobaczysz wszystko" udaje się Fielderowi detalicznie odwzorować scenę swojego spotkania z odsiadującą wyrok Holmes. Wystarczy dokonać pomiarów i odpowiednio wszystko przeskalować. Nie jak ci borgesowscy kartografowie, którym udało się sporządzić mapę pokrywającą się rozmiarem z całą powierzchnią terytorium. Na odwrót: sprowadzić świat do rozmiaru minimakiety. Sztuka plagiatu służy tu jeszcze czemuś – pokonaniu ograniczeń dokumentalistyki. No bo jak dokumentować coś, do czego kamera nie ma dostępu? Inscenizować. A że to nieuchronnie skazuje nas na partykularność czy ryzyko błędu – to już samo życie. Może być jak w "Cienkiej niebieskiej linii" Errola Morrisa: wszystkie wersje wydarzeń zostają odegrane, a cała historia nadal nie składa się do kupy. Morris zdecydował się jednak każdą z nich zainscenizować. Każda wersja stała się u niego równoprawna, a że wszystkie sobie przeczyły, żadnej ogólnej prawdy nie udało mu się nigdy odsłonić. Niemniej film Morrisa autentycznie uratował ludzkie życie (czemu więc by Fielder nie mógł)! Doprowadził do uniewinnienia Randalla Adamsa, niesłusznie skazanego za zamordowanie policjanta. Morris odsłonił bowiem co innego: logikę systemu karnego; albo – szerzej – samej rzeczywistości, która zmusza nas do mnożenia fikcji, by dać się jakkolwiek pojąć i nazwać. Fikcja to budulec świata. Kiedy Fielder próbuje przygotować się do życiowej roli ojca (konkretnie: ojca dziecka uzależnionego od narkotyków), inscenizuje po prostu scenki z "Mojego pięknego syna" z sobą w roli głównej. Kiedy chce wejść w psychikę Sully’ego Sullenbergera – dokonuje semi-adaptacji jego autobiografii, sam wcielając się w postać zasłużonego pilota. Ale przyjmując kolejne postacie, Nathan przede wszystkim uczy się czegoś o sobie samym. U podstaw "Próby generalnej" leży w końcu jeszcze jedno przekonanie: że zmieniamy się poprzez doświadczenie, a doświadczenie symulacji jest nie mniej realne, niż dotknięcie trawy. Może samo życie to w zasadzie sztuka umiejętnej symulacji. Może wszyscy coś udajemy i nie czyni to nas jakkolwiek mniej szczerymi. Tak przynajmniej w swoim tekście pochwalnym o "Nathan for You" pisał sam Errol Morris: "Jaka jest różnica między złym imitatorem a meta-imitatorem? Lub między prawdziwą miłością a złudzeniem? Co czyni coś prawdziwym? Że w to wierzymy? Że przekonamy do tego innych? (…) Może wszyscy jesteśmy pozerami udającymi prawdziwych ludzi? Albo odwrotnie." Jaka jest różnica między wyznaniem a monodramem, skoro podczas obydwu możemy przewracać oczami z zażenowania? Może dlatego Fielder chowa się pod kolejnymi warstwami ironii i przyjmuje co raz to nowe maski: bo w świecie zdominowanym przez ironię, gdzie – jak pisał już laaata temu David Foster Wallace – nawet reklama wchłonęła język własnej krytyki, szczerość opakować trzeba w zgrabny cudzysłów. Żeby powiedzieć coś na serio trzeba uczynić swoją opowieść cytatem, zobaczyć swoje życie jako imitację, a samego siebie – jako aktora. W końcu, jeśli Elizabeth Holmes jest postacią tragiczną, jest nią w tym sensie, że udało jej się uwierzyć we własną szczerość – i nie udało pogodzić się z tym, że to, jak widzi się sama zawsze różnić się będzie od tego, jak widzą ją inni. Ponoć różnica między tragedią a komedią polega na tym, czy jesteś widzem czy bohaterem. Skoro tak, wychodzi na to, że Nathan Fielder, ten pociągający za sznurki komik jest w rzeczywistości największym żyjącym tragikiem – a więc tym, kto wie, że życie, synek, to ma wymiar tragiczny – a nam nie pozostaje nic innego, jak się nad tym, haha, roześmiać.

Nie tylko Taika Waititi. Ci reżyserzy atakowali krytyków filmowych

Niedawno głośno było o wypowiedzi Taiki Waititiego, który w odpowiedzi na negatywne recenzje jego najnowszego filmu ("Klara i słońce") stwierdził w mediach społecznościowych, że krytycy to "smutne, zagubione dusze, którym nie udało się spełnić marzeń o zostaniu artystami, więc zostały krytykami" i stwierdził, że nadają się do kosza. To nie pierwszy raz, gdy twórca filmowy atakuje słownie (a nawet nie tylko słownie) recenzentów. Poniżej 10 przykładów takich sytuacji.  Pamiętne starcia twórców z krytykami10. Paul Verhoeven Zestawienie otwiera Paul Verhoeven, który może nie obrzucał dziennikarzy poważnymi obelgami, ale zarzucał im powierzchowność i brak umiejętności odczytywania ironii. Holenderski reżyser przez lata bronił swoich "Żołnierzy kosmosu", tłumacząc, że amerykańscy krytycy błędnie uznali film za pochwałę faszyzmu, przegapiając jego satyryczny charakter. Z kolei odnosząc się do fatalnych ocen "Showgirls", Verhoeven sugerował, że recenzenci byli tak bardzo rozproszeni widokiem nagich piersi na ekranie, iż nie dostrzegli kryjącej się w filmie krytyki społecznej i obyczajowej. 9. William Friedkin Gdy w 2000 roku Roger Ebert opublikował recenzję rozszerzonej wersji "Egzorcysty", sugerując, że wprowadzone zmiany i dodatkowe sceny wynikają raczej z chłodnej kalkulacji marketingowej niż autentycznej potrzeby artystycznej, reżyser nie przyjął tego najlepiej. Friedkin zadzwonił bezpośrednio do krytyka i w emocjonalny sposób bronił swoich decyzji montażowych, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że nie zgadza się z jego oceną. Osiemnaście lat później, w wywiadzie dla "The Guardian", twórca stwierdził z kolei, że współcześnie "byle głupek z iPhonem jest krytykiem filmowym". Zastanawiał się również, dlaczego miałby bardziej wierzyć recenzji jednej osoby niż drugiej. 8. Quentin Tarantino Tarantino podważał autorytet recenzentów, sugerując swoją intelektualną wyższość nad tym gronem. Podczas promocji "Bękartów wojny" w 2009 roku, odpowiadając w magazynie "GQ" na chłodniejsze opinie po pokazie w Cannes, oświadczył, że wie o kinie więcej niż większość osób piszących o jego filmach. Tarantino dodał, że uważa się za lepszego pisarza od większości recenzentów i z łatwością potrafiłby tworzyć od nich lepsze teksty krytycznofilmowe. Przypomnijmy, że pierwotnie dziesiąty film reżysera miał mieć tytuł "The Movie Critic" - plany na jego realizację jednak nie wypaliły. 7. James Cameron Lepiej nie drażnić również Jamesa Camerona. W 1998 roku, po negatywnej recenzji "Titanica" napisanej przez Kennetha Turana z "Los Angeles Times", reżyser opublikował w tej samej gazecie ostry list, zarzucając krytykowi elitaryzm i prowokacyjnie pytając, jak doprowadzić do jego odwołania ze stanowiska. Z kolei w 2024 roku, odpierając zarzuty dotyczące słabych dialogów w swoich scenariuszach, Cameron skwitował sprawę na łamach magazynu "Empire": "Pokażcie mi trzy z czterech najbardziej dochodowych filmów w historii, a potem porozmawiamy o skuteczności dialogów". 6. Dan Fogelman Dan Fogelman poszedł o krok dalej, podważając wrażliwość i profil demograficzny recenzentów. Twórca sukcesu serialu "This Is Us", po chłodnym przyjęciu filmu "To właśnie życie" w 2018 roku, w rozmowie z "Los Angeles Times" bronił swojego podejścia do opowiadania historii, zestawiając je z cynizmem części krytyków. W jednym z wywiadów zasugerował, że negatywne recenzje jego filmu pochodziły przede wszystkim od białych mężczyzn, którzy "nie lubią czegokolwiek, co ma emocje". Wypowiedź wywołała kontrowersje, ponieważ nieprzychylne opinie publikowali również recenzenci o innym profilu demograficznym. 5. James Gray Reżyser dramatu "Imigrantka" z 2013 roku podczas festiwalu w Marrakeszu publicznie zaatakował recenzenta "The Guardian", Petera Bradshawa. Gray oświadczył, że tekst Bradshawa to "jedna z najgłupszych recenzji, jakie kiedykolwiek przeczytał", a samego dziennikarza nazwał porażką w dziedzinie krytyki filmowej i zarzucił mu nierzetelność. Głównym powodem wściekłości twórcy były błędy faktograficzne - Bradshaw skrytykował scenę śpiewu Carusa dla imigrantów jako nierealistyczną, nie wiedząc, że opierała się ona na autentycznym wydarzeniu historycznym. Krytyk przeprosił, choć negatywną opinię na temat tej sceny podtrzymał. 4. Kevin Smith O ile Gray skupił się na błędach w tekście, o tyle Kevin Smith dopuścił się bulwersujących porównań i ataku na zasady działania branży. Po fali miażdżących opinii o komedii "Cop Out: Fujary na tropie" z 2010 roku reżyser opublikował na ówczesnym Twitterze wpis, w którym porównał pisanie negatywnych recenzji do znęcania się nad dzieckiem z niepełnosprawnością intelektualną. Smith publicznie podważał sens organizowania bezpłatnych przedpremierowych pokazów dla krytyków i sugerował, że dziennikarze powinni płacić za bilety, jeśli chcą oceniać jego pracę. W rozmowie z "The Guardian" wyznał, że odbierał teksty osobiście, ponieważ recenzenci wyśmiewali nie tylko jego twórczość, ale również wygląd i sposób ubierania się. 3. Alex Proyas Jeszcze większy poziom agresji wykazał Alex Proyas, u którego frustracja przerodziła się w festiwal wyzwisk. Po klęsce filmu "Bogowie Egiptu" z 2016 roku reżyser zamieścił na Facebooku wpis, w którym nazwał krytyków "obłąkanymi idiotami" oraz "chorymi sępami". Zarzucił środowisku dziennikarskiemu brak własnego zdania i powielanie opinii krążących w sieci, twierdząc, że recenzenci wykorzystali kontrowersje wokół obsady, by bezmyślnie zmiażdżyć jego projekt. Proyas podsumował, że współczesna krytyka traci jakikolwiek sens, porównując piszących do sępów dziobiących zwłoki. 2. Vincent Gallo Przed samym szczytem zestawienia melduje się Vincent Gallo i jego osobista wojna ze słynnym krytykiem. Gdy po pokazie filmu "Brązowy królik" na festiwalu w Cannes w 2003 roku Roger Ebert uznał go za najgorszy film w historii imprezy (nie był zresztą odosobniony w negatywnej opinii), Gallo przeszedł do skrajnego ataku. Nazwał Eberta "grubą świnią", publicznie ogłosił, że rzuca na niego klątwę (życzył mu raka), a w wypowiedziach porównywał wygląd recenzenta do handlarza niewolnikami. Ebert zripostował, że jego własna kolonoskopia była bardziej zajmująca niż seans filmu. Później krytyk obejrzał ponownie przemontowaną (i skróconą) wersję obrazu i opublikował kolejną recenzję, w której odniósł się do zmian wprowadzonych przez reżysera - tym razem był już zdecydowanie bardziej przychylny.  1. Uwe Boll Na samym szczycie rankingu nie mógł się znaleźć nikt inny - bo i nikt inny nie wyzwał krytyków na dosłowny pojedynek. Niemiecki reżyser, sfrustrowany powtarzającymi się negatywnymi recenzjami i zarzucający dziennikarzom, że oceniają jego dzieła bez ich oglądania, w 2006 roku wyzwał swoich najostrzejszych krytyków na oficjalne pojedynki bokserskie w Vancouver. Do ringu weszło czterech przeciwników, wśród nich dziennikarze Jeff Sneider i Chris Alexander, a także twórcy internetowi Richard Kyanka i Nelson Chance Minter (ten ostatni nie był przeciwnikiem twórczości reżysera, po prostu chciał się z nim zmierzyć). Boll wygrał wszystkie cztery walki. Po wszystkim oświadczył, że zaczął darzyć swoich przeciwników sympatią za odwagę, z jaką przyjęli wyzwanie. Nagrania z pojedynków trafiły do materiałów dodatkowych wydania DVD filmu "Postal", a większość uczestników walk pojawiła się również w gotowej produkcji. Boll wciąż nie zjednał sobie krytyków - jego najnowszy film "Citizen Vigilante" także został zmiażdżony w recenzjach. Uwe Boll vs. Jeff Sneider - nagranie z pojedynku