Przewrócę się, a cię zabiję. O fenomenie serii "Krzyk"

Wysoka skuteczność oraz slapstickowa nieporadność zamaskowanych morderców z serii "Krzyk" to paradoks unaoczniający starą prawdę: nie ma na świecie nic straszniejszego niż ludzka determinacja.  Nie czekajcie na mnie z nożem myśliwskim i modulatorem głosu, gdy powiem, że "Krzyk" Wesa Cravena to najważniejszy horror w długiej i bogatej historii tego gatunku.  Oczywiście, spytany o to na egzaminie u profesora Flimousza Bergminiego, postawiłbym raczej na któregoś z reprezentantów ekspresjonizmu niemieckiego – "Nosferatu" albo "Gabinet doktora Caligari"; filmy, w których doświadczenie wielkiej wojny dało początek narodowym egzorcyzmom. Doceniłbym "Teksańską masakrę piłą mechaniczną", czyli ostateczny – choć wygłoszony już w latach 70. – sąd nad ludzką naturą. W przypływie zuchwałości pochwaliłbym "Hereditary" – kino grozy, które zadziera nosa i patrzy na resztę gatunków z góry.  A jednak żaden z tych filmów nie uświadomił nam, że horror to gatunek rytualny; nie wziął pod lupę naszej miłości do konwencji i nie zostawił nas w przeświadczeniu, że destylowany w warunkach kinowych strach może być jednocześnie sednem sztuki i sensem życia. "Krzyk" jest tylko jeden. Nawet jeśli niedługo będziemy krzyczeć po raz siódmy.  "Krzyk 7" – zobacz zwiastunWładca snów  Horror to bodaj jedyny gatunek, którego wizytówką może być w ogóle taki film jak "Krzyk" – ostentacyjnie niepoważny, będący owocem kapitalizacji trendów, a jednocześnie znakiem czasów przesytu i źródełkiem postmodernistycznej ironii. W dodatku – film na zlecenie, nakręcony przez zmęczonego faceta z ciekawszymi planami na weekend.  W teorii Wes Craven był na "Krzyk" gotowy. W latach 70. i 80. wylał fundamenty pod gatunek slasherów. Naszą wyobraźnię umeblował rekwizytami z prowincjonalnej Ameryki. Niegościnne światy zaludnił naiwniakami wszelkich stanów, zawodów i politycznych afiliacji. Napuścił na nich psychopatów, popromienne mutanty i morderczych piaskunów. "Ostatni dom po lewej", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Wzgórza mają oczy"… Co film, to klasyka. Cała z żelaza.  "Koszmar z ulicy Wiązów" W kolejnej dekadzie reżyser rozmontował tę układankę jak dzieciak, który wyrósł ze swoich zabawek. W "Nowym Koszmarze Wesa Cravena" Freddy Krueger siał spustoszenie w snach ekipy filmowej, przygotowującej kolejną odsłonę… "Koszmaru z ulicy Wiązów". W akcie będącym świadectwem mądrości oraz zawodowego wypalenia twórca uszczypnął śniących o Kruegerze. Autotematyczne harce stały się zwiastunem nowej ery, która miała się obyć bez niego.  Craven chciał kręcić mniej, poflirtować z mainstreamem i ograniczyć zamówienia na syrop klonowy. Scenariusz "Krzyku" napisany przez Kevina Williamsona nie zrobił na nim piorunującego wrażenia, z kolei studio wolało reżysera doświadczonego w satyrze bądź komedio-horrorze (choć trudno w to uwierzyć, na radarze byli m.in. Danny Boyle, Quentin Tarantino, Sam Raimi i Bryan Singer). Dopiero anulowanie "Nawiedzonego domu na wzgórzu", czyli gotyckiego opus magnum na podstawie prozy Shirley Jackson, oraz kasowa porażka "Wampira w Brooklynie" z Eddiem Murphym zepchnęły Cravena pod ścianę.  "Wampir w Brooklinie" Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek. Jeden film dla studia, kolejny – dla siebie. Dla Cravena "Krzyk" miał być przepustką do serii wymarzonych projektów. Stał się dziełem, które zdefiniowało jego karierę na resztę życia. "Krzyk" jak Stachursky  Otwierająca film scena śmierci nastolatki Casey Becker (Drew Barrymore), inspirowana słynnym mordem na Janet Leigh w "Psychozie", funkcjonuje dziś niczym niezależny krótki metraż oraz wykładnia autorskiej filozofii Williamsona. Witajcie w metaświecie, w którym wszystko zaczyna i kończy się na kinie!  Zasady są proste: kochasz kino – żyjesz długo, choć nieszczęśliwie. Spałeś na zajęciach z filmoznawstwa – idziesz do piachu, zanim powiesz "Placek z jag…".  Wspomniana scena zawiera najważniejsze elementy konwencji: telefoniczną grę w horrorowe zgadywanki, faceta w odpustowym kostiumie ducha z lśniącym nożem w dłoni, gonitwę po dwupiętrowym domku z ogrodem i basenem. Jej kodą w drugim akcie pozostaje słynny zbiór zasad, wygłoszony na pijackiej imprezie z seansem "Halloween" Johna Carpentera w tle. Jeśli chcesz przetrwać, nie uprawiaj seksu. Nie pij i nie ćpaj. I pod żadnym pozorem nie mów: "Zaraz wracam".  "Halloween"Kolejne filmy pełne były podobnych scen, a nawet całych sekwencji metaforyzujących naturę ekranowych serii – od ich śmiałych początków, aż po jazdę na jałowym biegu. W "Krzyku 2" mamy zajęcia filmoznawcze i rozmowę o naturze perfekcyjnego sequela. Który lepszy – "Obcy. Decydujące starcie" czy "Ojciec chrzestny 2"? A może "Krzyk 2", zrealizowany w zgodzie ze złotą zasadą "mocniej, więcej, szybciej"?  Trzecia część przypomina, że w domknięciu trylogii nie ma zasad: każdy może być ofiarą, a schematy są po to, by wywrócić je na nice. Może z wyjątkiem jednego – skoro długi cień na życie bohaterów rzuca bolesna przeszłość, scenarzyści robią pętelkę i wracają do wątków z "jedynki". To w tym filmie dostajemy profetyczną wizję upadku Harveya Weinsteina oraz zapowiedź ery #metoo. To tutaj bohaterka ucieka przed mordercą po makiecie własnego domu, który odtworzono wiernie na hollywoodzkim planie zdjęciowym.  W podsumowującym okres bezwstydnej rimejkozy "Krzyku 4" z 2011 roku znów są telefony i ciekawskie dziewczyny. Jedna z nich, spytana pod groźbą śmierci o przeróbkę dawnego slashera, wypluwa z siebie kolejne tytuły: "Teksańska masakra piłą mechaniczną", "Amityville Horror", "Halloween", "Dom woskowych ciał", "Kiedy dzwoni nieznajomy", "Czarne święta"… To ostatni film nakręcony przez Cravena i zarazem przewrotny wykład na temat popkulturowego recyklingu. "Nawet ze starych klocków da się ułożyć nieoczywiste konstrukcje" – zapewnia reżyser – "trzeba tylko mieć mój talent, dorobek, finezję i poczucie humoru".  "Krzyk 4"Tyler Gillett i Matt Bettinelli-Olpin z kolektywu Radio Silence podnieśli rękawicę jedenaście lat później. Ich "Krzyk" pracuje na silniku tzw. requela, zawieszony gdzieś pomiędzy remakiem a sequelem. Powrót ukochanych bohaterów oznacza ich symboliczną konfrontację z młodszym pokoleniem. A że jesteśmy w czasach, w których twórcy ambitniejszych horrorów płyną na wysokiej fali, film zdradza podwójne ambicje. Z jednej strony jest powrotem do slasherowej prajedni; próbą rozniecenia pierwotnej frajdy z gatunku. Z drugiej – to zaproszenie do zabawy dla neofitów. Wy też, ze swoimi "Czarownicami" i innymi "Midsommarami" możecie pobawić się w klasie u starszaków.  I jeśli rozegrana w scenerii nowojorskiego labiryntu "szóstka" nie działa tak, jak powinna, to właśnie ze względu na niekorzystny grunt pod autotematyczne poszukiwania. To sprawnie zrealizowany film, ale jednocześnie zaskakująco bierny w opisie horrorowych trendów. Być może dlatego, że same trendy nie zmieniły się w wystarczającym stopniu? Gdy "Krzyk" działa, jest trochę jak Stachursky. Pojawia się raz na kilka lat, niczym kometa, i żartobliwie podsumowuje wszystko, co w sztuce istotne. Jakby coś, to krzycz  Rzeczywistość w "Krzyku" bywa Nowym Jorkiem przefiltrowanym przez wyobraźnię amerykańskiego milenialsa (Gillett i Bettinelli-Olpin naoglądali się dużo Abla Ferrary oraz akcyjniaków z lat 90.) Kiedy indziej jest destylatem naszych wyobrażeń o Beverly Hills, bulwarach Santa Monica i serpentynach Mulholland Drive. Albo koledżem Windsor w stanie Ohio, rozpadającym się na powidoki z klasyki kina inicjacyjnego.  "Krzyk"Zazwyczaj pozostaje jednak kalifornijskim miasteczkiem Woodsboro. Mają tam liceum, szpital, a także kino "Rialto" (pozdrawiam wszystkich Poznaniaków). Na afiszu zazwyczaj wisi "Cios" – hollywoodzka adaptacja prawdziwej historii, czyli opowieść o spirali śmierci, która nie ma w Woodsboro końca.  Nakręcają ją entuzjaści kina grozy – niespełnieni filmowcy, socjopatyczni historycy gatunku, ludzie "zradykalizowani w fandomach internetowych". Ich prawdziwe motywacje są zakorzenione w mrokach ludzkiej natury. Modus operandi odsyła nas jednak do bogatego repozytorium horrorowych tropów. "Filmy nie tworzą psychopatów. Czynią ich bardziej kreatywnymi" – mówi jeden z zainteresowanych.  Ghostface, tajemniczy Ktoś w czarnej pelerynie i halloweenowej masce, ma wiele tożsamości. I jak to w przypadku legend horroru bywa, działa to na jego korzyść. Spaceruje po cienkiej granicy oddzielającej ideę nieludzkiej determinacji od człowieka, który krwawi, poci się i obrywa doniczką. Ów balans wydaje mi się w "Krzyku" kluczowy. "Krzyk"W kinie grozy, co do zasady, strach jest efektem nagłego przełamania oswojonego porządku. Czasem znajomą logikę świata rozsadza wredny duch. Kiedy indziej – facet z nożem. Zazwyczaj jednak inicjuje to pojedynek na kompetencje oraz instynkty: wolę przetrwania, determinację, chłodną głowę.  Ghostface potyka się o własne nogi, jest okładany całym asortymentem sprzętów RTV i AGD, turla się po schodach jak nieporadny piesek. Ostatecznie jednak chce zabić swoje ofiary bardziej niż one chcą przeżyć. Bez nieuczciwych trików, kuloodpornej skóry, wyostrzonych zmysłów i bilokacji. Jeśli Ghostface bywa w dwóch miejscach naraz, to tylko dlatego, że zazwyczaj pracuje w duecie.   Czysta i skumulowana determinacja, w dodatku niewynikająca z instynktu przetrwania? Nie wiem jak was, ale mnie to przeraża. Wykładane przez bohaterów mądrości na temat horroru nie są w tej optyce żadnym metakomentarzem, tylko dekalogiem mądrego, uważnego człowieka. A głowni bohaterowie serii – etatowa final girl Sidney Prescott (Neve Campbell), cwana reporterka Gale Wheaters (Courtney Cox) oraz safandułowaty szeryf Dewey Riley (David Arquette) – uczą się przykazań na własnej skórze. I jest to jedna z przyczyn, dla których pozostają tak fantastycznie napisanymi postaciami. "Krzyk 7"Gale może skakać po główkach maluczkich na sam szczyt dziennikarskiej drabiny, ale na przestrzeni lat poukłada sobie priorytety w zgodzie z etycznymi normami. Dewey nieco zbyt często idzie w ślady inspektora Clouseau, lecz gdy przyjdzie co do czego – wykaże się umiejętnością analitycznego myślenia. Sidney rozpocznie swoją drogę jako ocalała z rzezi ofiara, lecz ostatecznie stanie się strażniczką pamięci o zbrodniach z Woodsboro i obrończynią nowego pokolenia.  Ich kompetencje są bezdyskusyjne, a wady, traumy i lęki – psychologicznie wiarygodne. Bohaterowie "Krzyku" są też – o czym często zapominają filmowcy-niebędący-Wesem-Cravenem – autentycznie zabawni. Wiarygodni, choć osadzeni w niewiarygodnym świecie, mówią coś o nas. Przypominają nam, za co pokochaliśmy kino grozy i jakim pragnieniami karmi się trwający od ponad stu lat wielki horrorowy rytuał.  Jakie to potrzeby? Zaraz wracam i wam opowiem.   

"Urodzeni mordercy" dziś o 20:00 w kinie Iluzjon

Już dziś o godzinie 20:00 zapraszamy do warszawskiego kina Iluzjon na kolejny pokaz w ramach cyklu "Wielkie kino na wielkim ekranie". Tym razem będziemy mieli okazję obejrzeć wspólnie wielki film Olivera Stone'a "Urodzeni mordercy". Bilety na film możecie kupić TUTAJ. Jak zwykle przed seansem odbędzie się prelekcja redaktora naczelnego Filmwebu, Łukasza Muszyńskiego. Na publiczność czekają również niespodzianki. Bilety na pokaz dostępne są online oraz w kasie kina Iluzjon. Normalny bilet kosztuje 25, a ulgowy - 20 złotych. Możecie je nabyć, klikając TUTAJ. Mickey i Mallory Knox to napędzana potężnymi traumami oraz żądzą mordu para potworów w ludzkich skórach. Są amoralni, zakochani i efektywni w swojej krwawej profesji. Z kolei ich odyseja przez zafascynowaną seryjnymi mordercami Amerykę to przeszywająca wiwisekcja kultury zbudowanej na przemocy. Wbrew tytułowi bohaterowie nie przyszli na ten świat z zabójczymi skłonnościami. Reżyser wymierza swój palec w wychowanie, ale także media, które żywią się zbrodnią i spieniężają sposoby udostępniania okropieństw widzom. Szalona komedia miesza style i gatunki, wyrywając się z ram kolejnych konwencjonalnych filmów o mordercach. W samym centrum tego cudownego bałaganu niezapomniani Woody Harrelson i Juliette Lewis jako niepotrafiący żyć bez siebie psychopaci.  W obsadzie filmu znaleźli się także Tommy Lee Jones, Robert Downey Jr. oraz Tom Sizemore. "Wielkie kino na wielkim ekranie" to wspólne przedsięwzięcie Filmwebu, Kina Iluzjon oraz Filmoteki Narodowej - Instytutu Audiowizualnego. Pokazy z cyklu odbywają się regularnie w ostatnią środę każdego miesiąca. Za każdym razem to Wy decydujecie o tym, który film zostanie wyświetlony w Iluzjonie.  Wystarczy, że weźmiecie udział w naszej ankiecie i zagłosujecie na jeden z tytułów zaproponowanych przez redakcję Filmwebu.