"Druga połowa canneńskiego festiwalu. Moment, w którym widownia wybacza już znacznie mniej. Lecimy na deficycie snu, cierpliwość działa w zupełnie innym rejestrze..." – pisze w swojej kolejnej recenzji Łukasz Mańkowski, który obejrzał dla nas "The Unknown" Arthura Harariego. Daria Sienkiewicz dzieli się natomiast wrażeniami po seansie "Gorzkich świąt" Pedro Almodóvara, którego bohater (alter ego reżysera?) mówi wprost: "Umrę, jeśli przestanę kręcić filmy". Nasz redakcyjny kolega Maciej Satora zmierzył się z kolei z nowym filmem Andrieja Zwiagincewa. O seansie "Minotaura" – "pierwszego od dziewięciu lat projektu najważniejszego antyrządowego rosyjskiego reżysera" – pisze między innymi tak: "Zbiorową niezręczność (łudzę się, że współodczuwaną) oglądania pod muchą w canneńskim pałacu festiwalowym filmu stworzonego przez Rosjanina usprawiedliwiało jedynie oczekiwanie, że autor przeprowadzi bezpardonowy atak na reżim". Recenzje wszystkich trzech filmów znajdziecie już na ich kartach, a poniżej można przeczytać ich fragmenty. Recenzja filmu "Gorzkie święta", reż. Pedro AlmodóvarBól i grzmot autorka: Daria Sienkiewicz Raczej nieczęsto zdarza się, aby reżyser tuż po zdobyciu weneckiego Złotego Lwa zrobił film, w którym tak pogodnie wyśmiewa siebie i swój bogaty dorobek artystyczny. W końcu po premierze "W pokoju obok" łatwo można było odnieść wrażenie, że Pedro Almodóvar żegna się z rolą demiurga, godząc się z przemijaniem i coraz realniejszą wizją nadchodzącej śmierci. Nic bardziej mylnego! Niepokonany patron kobiet na skraju załamania nerwowego wraca po 7 latach do Cannes, by wyśmiać swój status twórcy kultowego oraz wszystkich stworzonych na przestrzeni lat bohaterów: ich wieczne rozgorączkowanie, zamartwianie się o przyszłość i naiwną wiarę w możliwość rozpoczęcia życia od nowa. Z połączenia "W pokoju obok" oraz "Bólu i blasku" stworzył "Gorzkie święta" – filmowy roast pełen niespodzianek i autoironicznej dojrzałości, w której 76-latek oświadcza fanom wszem wobec: nigdzie się jeszcze nie wybieram! "Gorzkie święta" – zobacz zwiastunJak na Almodóvara przystało, w "Gorzkich świętach" wszystko jest "meta": protagonista filmu to uznany posiwiały reżyser Raúl Rossetti (Leonardo Sbaraglia) – alter ego Pedro i zarazem przedłużenie postaci, którą w "Bólu i blasku" grał przejmująco Antonio Banderas. Mężczyzna od jakiegoś czasu tkwi w reżyserskiej niemocy, ale, jak przyznaje swojej wieloletniej współpracowniczce i przyjaciółce Mónice (Aitana Sánchez-Gijón), nie może żyć bez robienia filmów. Mónica, która odchodzi z pracy, by skupić się wreszcie na sprawach prywatnych, radzi mu, aby zrobił to, co robi dzisiaj każdy (nie)szanujący się filmowiec: przyjął kasę od festiwalu w Katarze, zrobił jakąś wysokobudżetową szmirę dla platformy streamingowej i przeszedł na definitywną emeryturę. "Umrę, jeśli przestanę kręcić filmy" – grozi, ba, postanawia wręcz Raúl, podkreślając na każdym kroku swoją "tragiczną" sytuację. Całą recenzję filmu "Gorzkie święta" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.Recenzja filmu "The Unknown", reż. Arthur HarariHarariri autor: Łukasz Mańkowski Druga połowa canneńskiego festiwalu. Moment, w którym widownia wybacza już znacznie mniej. Lecimy na deficycie snu, cierpliwość działa w zupełnie innym rejestrze, a każde reżyserskie potknięcie czy przepowiednia festiwalowego snucia bez celu grozi kinofilską drzemką albo ostentacyjnym wyjściem z sali, żeby przewietrzyć głowę. Arthur Harari stąpa właśnie po tej cienkiej granicy ryzyka. Bo "The Unknown" na papierze brzmi fantastycznie – minimalistyczne sci-fi o tym, że szybki numerek z przypadkowo poznaną osobą może doprowadzić do zamiany ciał. Chciałbym powiedzieć, że Harari dowozi to jako pełnoprawne objawienie, ale choć pomysłów tu nie brakuje, film ostatecznie częściej dryfuje, niż naprawdę hipnotyzuje. Początek wygląda jak okrojona z budżetu francuska wariacja na temat "Matrixa". Poznajemy Davida – przygaszonego faceta po czterdziestce, sadboya z introwertyczną aurą i twarzą człowieka, który dawno temu pogodził się z życiową rezygnacją. Nieco apatycznego, wycofanego spotykamy po raz pierwszy, gdy fotografuje publiczne przestrzenie miasta w poszukiwaniu nieistniejącego już miejsca uwiecznionego kiedyś na zdjęciach jego ojca. Gdzieś pomiędzy tymi kadrami pojawia się twarz Léa Seydoux – obiekt obsesji, która finalnie zmieni jego życie. Chwilę później jesteśmy już w klubie, do którego zabierają Davida znajomi. Impreza o dość dziwnej energii, wokół ludzie w maskach. David od przypadkowo poznanej osoby dostaje pigułkę i bez chwili zawahania ją połyka. W tłumie nagle rozpoznaje Evę – kobietę ze zdjęcia. Rusza za nią jak Alicja za królikiem; jedna rzecz prowadzi do drugiej, aż chwilę później Eva szczytuje spazmatycznie na jego ciele. Następnego ranka David budzi się już jako Eva. Całą recenzję filmu "The Unknown" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.Recenzja filmu "Minotaur", reż. Andriej ZwiagincewZ dystansu autor: Maciej Satora Zaznaczmy to już na wstępie: w roku 2026 dosyć surrealistycznie ogląda się film osadzony w Rosji, nawet jeśli w "Minotaurze" jej obraz tylko imitują łotewskie przestrzenie miejskie. Spowity mgłą wojny kraj zniknął przecież z ekranów, przejawy jego reprezentacji wyparowały albo zapadły się pod ziemię. Gdy Andriej Zwiagincew wraca po dziewięciu latach, by jako jeden z pierwszych pokazać zachodniej publice realia życia w Putinowskim imperium, robi to trochę jak w swoim nagrodzonym Złotym Lwem "Powrocie". Powoli okręcająca się kamera rejestruje niemal opustoszały świat. Ujęcia groźnej natury i jeszcze groźniejszego miasta odsyłają do cichego zimna estetyki postapo, choć po ulicach ciągle jeżdżą samochody, chodnikami spacerują przechodnie, w mieszkaniach świecą się światła. Federacja Rosyjska z "Minotaura" – osadzona w 2022 roku, niedługo po bestialskiej inwazji na Ukrainę albo starcie "Specjalnej Operacji Wojskowej", jak wolą mówić bohaterowie filmu – to faktycznie świat postapokaliptyczny. Nawet jeśli Zwiagincew przedstawia go na początku wojny, a rakiety dopiero zaczynają niszczyć budynki i cele strategiczne, duchowa apokalipsa narodu zdążyła się już dokonać. Czują to rosyjscy cywile, pewnie mniej, a przynajmniej na innym poziomie, polityczni dygnitarze i umoczeni w interesy kraju oligarchowie. W jednej z pierwszych scen telewizyjny reportaż pokazuje nieskończony karawan aut na granicy z Gruzją; ludzie uciekają w popłochu. Ze swojego przeszklonego biura ogląda to Gleb Aleksandrowicz (niewiarygodny w oddaniu złamanego człowieka Dmitriy Mazurov). Choć pewnie tak jak większość cywilów obserwuje postępy wojennej machiny na ekranie laptopa, jej konsekwencje zaczyna zauważać dopiero teraz. Część pracowników należącego do niego przedsiębiorstwa transportowego postanawia złożyć wypowiedzenie; inni szukają rozwiązań pomostowych – może praca zdalna z zagranicy? Może zaległy urlop? Jak każdy biznesmen Gleb nie jest zadowolony ze zmian w korporacyjnego workflow. Wojna psuje mu interesy i wydajność jego firmy. Tam nie da się wysyłać transportu, stamtąd nie da się pozyskać niezbędnych materiałów, na domiar złego morale w zespole zaczynają drastycznie opadać, co w oczywisty sposób przekłada się na efektywność pracy. Niezadowolenie coraz częściej przynosi z biura do domu: pięknego, nowoczesnego budynku, oddzielonego od miasta lasem i spokojnym jeziorem. Elegancki beton, wielkie okna, delikatne oświetlenie, niegrodzone pomieszczenia, piwniczka z drogimi winami, zdalnie sterowana brama. Gdyby na północy Rosji było trochę cieplej, pewnie i samoczyszczący się basen, a tak musi wystarczyć ogromny ogród. Co zrobić – w życiu nie można mieć wszystkiego. Całą recenzję filmu "Minotaur" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.