Box Office USA: Desperacka walka Spider-Mana o rekord trwa

Wygląda na to, że w branży filmowej mamy nowy punkt odniesienia. Wyniki nie będą już porównywane z tym, co miało miejsce po pandemii. Teraz wszyscy będą się mierzyć z pierwszym weekendem sierpnia 2026 roku. A to dlatego, że był to weekend rekordowy. Szacuje się, iż Amerykanie zostawią w kasach kinowych ok. 430 milionów dolarów. Dotychczas najlepszy weekend zanotowano w kwietniu 2019 roku, kiedy do kin wchodziło widowisko "Avengers: Koniec gry" (402 mln dolarów). Oczywiście najbardziej na ten rekord zapracowała największa nowość tego roku, widowisko "Spider-Man: Całkiem nowy dzień". Film pobił rekord wpływów z pierwszego dnia w kinach (168 milionów dolarów), jednak wygląda na to, że może mu odrobinę zabraknąć do pokonania wyśrubowanego osiągnięcia "Avengers: Koniec gry" (357,1 mln dolarów). Po rekordowym piątku "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" już w sobotę zaczął tracić dystans do hitu Marvela. Jeśli niedzielna sprzedaż spadnie o więcej niż 15%, to przegra walkę o rekord. Będzie jednak naprawdę blisko, bowiem najświeższe szacunki mówią o wyniku otwarcia w wysokości 355 milionów dolarów. Jest to rezultat o 95 milionów lepszy od dotychczasowego drugiego wyniku wszech czasów z weekendu otwarcia, który należał do filmu "Spider-Man: Bez drogi do domu".   Wydawać by się mogło, że takie otwarcie zmiecie konkurencję z powierzchni ziemi. Nic bardziej mylnego. "Odyseja" Christophera Nolana, do której wciąż w całości należą ekrany kin IMAX, straciła tylko 43% wpływów. Universal szacuje, że widowisko fantasy zgarnęło 51 milionów dolarów. Jest to najlepszy wynik trzeciego weekendu w karierze Nolana. I oznacza, że już w poniedziałek zostanie trzecią premierą tego roku, która przekroczy granicę 400 milionów dolarów wpływów z amerykańskich kin. Dla porównania w ubiegłym roku poziom ten osiągnęły tylko dwa filmy. Filmy 2026 roku z wpływami powyżej 100 mln dolarów # Tytuł zarobił w sumie otwarcie liczba kin premiera VOD budżet 1 Toy Story 5 $461,7 $159,7 4425 19.06 - $250 2 Super Mario Galaxy Film  $429,8 $131,7 4284 3.04 19.05 $110 3 Odyseja (+2) $395,5 $123,5 3942 17.07 - $250 4 Michael (-1) $372,3 $97,2 3955 24.04 9.06 $200 5 Spider-Man: Całkiem nowy dzień (NOWOŚĆ) $355,0 $355,0 4487 31.07 - $225 6 Projekt Hail Mary (-2) $344,1 $80,5 4077 20.03 11.05 $190 7 Obsesja (-1) $262,8 $17,2 3068 15.05 30.06 $0,8 8 Diabeł ubiera się u Prady 2 (-1) $220,6 $76,7 4200 1.05 30.06 $100 9 Backrooms. Bez wyjścia (-1) $197,3 $81,4 3565 29.05 14.07 $10 10 Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu (-1) $177,7 $81,7 4300 22.05 21.07 $165 11 Minionki i straszydła  $168,4 $37,0 4244 1.07 - $85 12 Hopnięci (-2) $166,0 $45,3 4000 6.03 28.04 $150 13 Krzyk 7 (-1) $121,9 $63,6 3540 27.02 31.03 $45 14 Dzień objawienia (-1) $116,6 $44,5 3824 12.06 21.07 $115 15 Vaiana (+1) $114,8 $43,1 4200 10.07 - $250 16 Straszny film (-2) $108,2 $54,3 3504 5.06 21.07 $30 17 Wielka mała koza (-2) $103,3 $27,2 3863 13.02 24.03 $90 Dobrze poradziły sobie także wszystkie trzy familijne produkcje z pierwszej dziesiątki. Ich spadki wyniosły od 38% ("Toy Story 5") do 50% ("Vaiana"). Wielkimi przegranymi są: dramat historyczny "Młody Waszyngton" (spadek o 75%), musical "Hadestown" oraz horror "Martwe zło: Ogień" (spadek o 81%). Fatalnie wypadł też powrót do kin Gregga Arakiego. "I Want Your Sex" zadebiutowało z wynikiem 600 tysięcy dolarów. Widzowie mając do wyboru dwa filmy z Olivią Wilde, wybrali "Zaproszenie", które w podobnej liczbie kin zrobiło dwukrotnie lepszy wynik będąc przy tym na ekranach już od ponad miesiąca. Box Office USA: 31 lipca - 2 sierpnia 2026 # Zm. Tytuł zarobił w weekend zarobił w sumie tyg. na ekranie kina 1 N Spider-Man: Całkiem nowy dzień $283,0* $355,0 1 4487 2 -1 Odyseja $51,0 $395,53 3 3861 3 +1 Toy Story 5 $6,3 $461,7 7 3035 4 +1 Minionki i straszydła $5,8 $168,36 5 3023 5 -3 Vaiana $5,3 $114,78 4 3010 6 -3 Hadestown $2,0 $18,2 2 1567 7   Zaproszenie $1,24 $22,78 5 792 8 N I Want Your Sex $0,6 $0,6 1 700 9 -3 Martwe zło: Ogień $0,53 $31,2 4 642 10 -2 Młody Waszyngton $0,48 $46,42 4 623 *wynik otwarcia z samego weekendu Trzy duże premiery są zaplanowane na nadchodzący weekend. To: horror "Ice Cream Man", komedia "Straż wiejska 3" oraz komedia romantyczna "Tylko jedna noc".

Krócej znaczy lepiej? Czy mikrodramy to przyszłość rozrywki?

„Zakochana w mafijnym dziedzicu”, „Tata miliarder rozpieszcza mnie bez granic”, „Udawany związek z przyjacielem byłego”, „Poślubiłam Mafiosa, którego uratowałam”, „Pocałowana przez pazur i kieł”, „Mój Alfa Hokeista”. Jeśli zastanawiacie się, co właśnie przeczytaliście, to znaczy, że nie wpadliście jeszcze w świat mikrodram – nowego, niezwykle popularnego formatu, który od kilku lat podbija świat i każe się zastanowić nad przyszłością rozrywki.  Mikrodramy narodziły się w Chinach pod nazwą „duanju” około 2018 roku, ale prawdziwą popularność zyskały w okresie między 2020 a 2022 rokiem. Ich format jest idealnie dostosowany do tego, by oglądać je w aplikacjach na telefonie i reklamować wszędzie tam, gdzie popularna jest wertykalna, krótka forma wideo. Czyli na TikToku, w rolkach na Instagramie czy Facebooku albo w shortach na YouTubie. Schemat serialu zawsze jest podobny. Dostajemy od 20 do 100 odcinków. Wszystkie trwają od 1 do 3 minut (mogą być nieco krótsze albo nieco dłuższe). Każdy odcinek powinien skończyć się takim zawieszeniem akcji, które skłoni do obejrzenia następnego. Pierwsze odcinki są zwykle darmowe, potem trzeba już płacić. Seriale mogą być zarówno grane przez prawdziwych aktorów, jak i produkowane z pomocą AI. I nie chodzi tu tylko o pisanie scenariuszy czy tworzenie dubbingu (ten powszechnie realizuje się przy pomocy sztucznej inteligencji), ale też o stronę wizualną. I co ważne, nie musi to być AI na wysokim poziomie – wiele z tych produkcji jest niedopracowanych i tworzonych na szybko, co niekoniecznie przeszkadza odbiorcom. Zwłaszcza że niezależnie od tego, czy oglądamy dramę graną przez aktorów, czy wygenerowaną bez ich udziału – widać, że budżety tych produkcji są mikroskopijne w porównaniu nawet do najtańszych, tradycyjnie tworzonych seriali. W pierwszym kwartale 2026 roku już 95% dram wyprodukowanych w Chinach zostało stworzonych przez AI. Szybko rozwijający się rynek pracy dla młodych aktorów, reżyserów i pracowników planu, którzy jeszcze niedawno pracowali bez przerwy nad krótkimi serialami, skurczył się do mikroskopijnych rozmiarów. Dzięki AI można wygenerować dowolną historię za ułamek ceny dotychczasowej produkcji.  Choć seriale narodziły się w Chinach, to od kilku lat cieszą się rosnącą popularnością w całej Azji, Stanach Zjednoczonych i Europie. Krótki cykl produkcyjny (dramę można nakręcić z aktorami w dwa tygodnie, a jeszcze szybciej wygenerować w AI) pozwala najpopularniejszym aplikacjom, takim jak np. DramaBox, GoodShort, ShortMax, FlexTV, ReelShort, produkować tysiące tytułów rocznie. W samych Chinach w 2024 roku wyprodukowano 30 tysięcy mikrodram. Co jednak ważniejsze, zyski z ich produkcji przyniosły około 7 miliardów dolarów, przewyższając przychody z chińskich kin. Rynek mikrodram rośnie też w Polsce. Dane z Mediapanelu Gemius opracowane przez stronę Screenlovers.pl pokazują, że w maju tego roku w Polsce mikrodramę włączyło około 2 miliony osób, a przeciętny użytkownik spędza na oglądaniu seriali w aplikacji ReelShort około pięciu godzin miesięcznie. Jeśli chodzi o czas korzystania z aplikacji, ReelShort ma około 0,5% czasu wszystkich użytkowników (dla porównania Netflix ma 1,4%). Obok aplikacji oferujących zagraniczne seriale pojawiła się w Polsce platforma Wow.show, która proponuje widzom także krajowe produkcje (obok klasycznych seriali i programów).  A jest to rynek, który wciąż się rozwija – prognozy na kolejne lata przewidują, że jesteśmy jeszcze daleko od nasycenia się widowni. Zwłaszcza że, jak pokazują dane, odbiorcami mikrodram wcale nie są tylko ludzie młodzi. Wręcz przeciwnie, widać, że w ten rodzaj narracji angażują się osoby także w średnim wieku i starsze. Idealna odbiorczyni mikrodramy to kobieta pomiędzy 30. a 60. rokiem życia. Od liczb ciekawsza jest jednak próba umiejscowienia mikrodram w szerszym kulturowym kontekście. Z jednej strony wydaje się, że to przede wszystkim odpowiedź na pytanie, jak zmieniło się nasze podejście do treści wideo. Popularność krótkich filmików i ich wszechobecność na niemal każdej platformie social mediowej musiała się przełożyć na powstanie nowych sposobów narracji. Skoro na TikToku oglądamy naszych ulubionych influencerów, śmieszne filmiki, skecze, fragmenty wiadomości, to czemu nie iść o krok dalej i nie wybrać tego krótkiego formatu jako nośnika dla historii fabularnych? Zwłaszcza że nowe social media wpływają na naszą koncentrację. Krótkie odcinki, które sprowadzają się do jednej intensywnej sceny, wydają się idealnie wpisywać w nasze nowe medialne przyzwyczajenia. Można je oglądać w autobusie, w przerwie w pracy czy nawet podczas jazdy windą. Tak jak kiedyś telewizja naturalnie towarzyszyła codziennym czynnościom, tak dziś dużo chętniej sięgamy po aplikacje w komórce. Szczególnie że łatwiej wybrać do oglądania dramę (jeśli nam się nie spodoba, ryzykujemy tylko minutę) niż odcinek serialu, w przypadku którego nie mamy pewności, czy po godzinie nie okaże się, że jednak zupełnie nas nie zainteresował. Z drugiej strony – warto spojrzeć na mikrodramy nie tylko przez pryzmat ich formatu, ale przede wszystkim treści. Bo odbija się w nich cały splot inspiracji twórców i potrzeb odbiorców. A właściwie odbiorczyń – bo trafiają przede wszystkim do kobiet. W przypadku większości mikrodram punktem wyjścia jest opowieść romansowa. Część z nich oparta jest na klasycznych wątkach znanych z telenoweli, opery mydlanej czy typowego romansu. Młode, biedne kobiety, które wiążą się z bogatszymi mężczyznami, zakazana miłość, ukrywanie tożsamości, porwania itp. W Chinach popularne są formaty opowiadające o romansach historycznych.   Jednocześnie w tych dziesiątkach produkcji znajdziemy odbicia trendów, które już od dawna są obecne nie tylko na rynku literackim, ale wywodzą się również z twórczości fanowskiej. Mamy więc wiele historii rozgrywających się w świecie mafii (wciąż niezwykle popularny motyw w świecie literackiego romansu), ale też np. takie, w których bohaterka jest podwładną niezwykle zamożnego i dominującego milionera. To z kolei przywodzi na myśl całą linię powieści i historii, jakie narodziły się po sukcesie „50 Twarzy Greya”. Wiele historii rozgrywa się wśród młodych uczniów szkół z internatem, co z kolei pozwala na przetworzenie niesłychanie popularnych powieści young adult. Jednocześnie minidramy chętnie sięgają po wątki, które narodziły się w samych trzewiach Internetu, jak chociażby po tropy znane z „Omegaverse” – wywodzącej się z fan fiction konwencji romansowej, gdzie olbrzymią rolę odgrywają wilkołaki w najróżniejszych konfiguracjach. Sam sposób oznaczania wątków w mikrodramach – poprzez krótkie tagi odwołujące się do najważniejszych motywów, takie jak „od nienawiści do miłości”, „udawany związek”, „ukryta tożsamość”, „miłość z przeznaczenia” itp. – jest dziś często wykorzystywany do opisywania tropów literackich przy promocji romansów, ale wywodzi się z klasyfikowania treści na stronach z twórczością fanowską. Warto też zauważyć, że świat mikrodram może niezwykle szybko reagować na trendy w kulturze głównego nurtu. Po tym, jak widzom spodobała się „Gorąca rywalizacja”, natychmiast pojawiły się dramy uwzględniające zarówno hokej, jak i ukrywane przed światem związki pomiędzy dwoma mężczyznami. Nie ma takiego trendu w popkulturze, na który producenci mikrodram nie mogliby od razu zareagować dziesiątkami fabuł. Zwłaszcza kiedy mają pod ręką AI pozwalające na błyskawiczne przełożenie znanych wątków na scenariusz albo gotową produkcję. Jednocześnie nie sposób nie postrzegać pojawienia się mikrodram jako naturalnej konsekwencji tego, co robimy w social mediach z tradycyjnymi treściami. Kompilacje ulubionych scen, wycięte fragmenty pocałunków, wyznań czy cliffhangerów stanowią osobny podgatunek filmów na YouTubie. Kiedy pojawił się TikTok, naturalnie widzowie także tam zaczęli przenosić swoje ulubione sceny i kompilacje. Minidramy przeskakują nad koniecznością wycinania satysfakcjonujących „momentów” z większej całości. Nie trzeba już czekać kilkudziesięciu minut na pełną napięcia interakcję pomiędzy dziewczyną a dręczącym ją chłopakiem – pojawi się ona bowiem już po sześciu minutach oglądania filmiku. Czekacie na ulubioną sceną, w której dziewczyna budzi się w nie swojej koszuli i orientuje się, że ktoś ją przebrał? Poczekajcie osiem minut. Zbliżenia, które prawie prowadzą do pocałunku? Nie trzeba czekać trzech sezonów, wystarczą dwa odcinki. Jeśli tworzenie filmików z ulubionymi scenami z serialu na YouTubie przypominało wyciąganie rodzynek z ciasta, to mikrodramy są paczką rodzynek. Składają się tylko z tego, co widzowie mogą uznać za satysfakcjonujące, na co czekają i na co najszybciej zareagują. Gdyby korzystać z bardzo dosadnego porównania – mówimy tu o pewnego rodzaju narracyjnej pornografii. I nie chodzi tu o to, że nowe mikrodramy (zwłaszcza te wygenerowane przez AI) stają się coraz odważniejsze w treści. Tak jak pornografia nie skupia się na budowaniu świata bohaterów, tylko na dostarczeniu podniety, tak samo tego typu seriale za cel stawiają sobie szybką gratyfikację, która jest bardziej fizyczna, niż wynika z naszej głębszej refleksji nad światem czy bohaterami. To są historie nastawione przede wszystkim na czystą przyjemność, która jest na tyle wciągająca, że zapłacimy za kolejny odcinek. Jednocześnie barbaryzuje zastane narracje, by wyciągnąć z nich tylko to, co na pewno wywoła satysfakcję – tu nie ma miejsca na refleksję i dyskomfort, bo te należą do zupełnie innego porządku. Ten schemat pojawiał się już wcześniej w niektórych przejawach twórczości fanowskiej, mającej dostarczyć czytelnikowi przede wszystkim szybkiej przyjemności, ale nigdy nie został tak wydestylowany i zwielokrotniony. Pornograficzne skojarzenia budzi też absolutna obsesja twórców mikrodram na punkcie relacji z ojczymem czy przyrodnim rodzeństwem – coś, co kojarzy się z popularnymi trendami w świecie filmów dla dorosłych. Tu pojawia się najciekawsze pytanie: co to oznacza dla naszego odbioru kultury? I dlaczego możemy uznać ten trend za jednocześnie ciekawy, ale też nieco niepokojący? Minidramy nie próbują opowiedzieć żadnej ciekawej czy nowej historii. Wręcz przeciwnie – ich siła leży w absolutnej powtarzalności i przewidywalności. I to nie tylko dlatego, że coraz więcej z nich pisze AI czy wykorzystuje się po kilka razy te same scenariusze. Zasadą tego typu rozrywki jest dostarczanie szybkiej i niezmąconej niczym przyjemności. To oznacza, że tego typu produkcje nie tylko nie próbują stworzyć żadnej nowej opowieści, ale też nie starają się wypełnić seriali żadną nową sceną. Każde ujęcie, jakie zobaczymy w tych produkcjach, jest już nam znane, zwykle z tradycyjnych filmów, seriali lub książek.  Różnica polega na tym, że gdy oglądamy serial, musimy poznać świat, bohaterów, fabułę, postacie drugoplanowe i całe skomplikowane zaplecze budujące świat przedstawiony, by w końcu doczekać się konkretnych scen. Mikrodramy redukują to do tego, co znamy i lubimy. Nie jest to zjawisko nieobecne w innych mediach – wiele osób zauważa, że w ten sam sposób ewoluowały w ostatnich latach powieści romansowe, które sprowadzają całą fabułę do kilku wybranych i popularnych tropów, łatwych do oznaczenia w promocji reklamowej. Zresztą powiązanie ze światem literatury, zwłaszcza na Zachodzie, wydaje się dość wyraźne. Zanim popularność zyskały filmowe mikrodramy, rozwijały się aplikacje, gdzie można było czytać podzielone na bardzo krótkie fragmenty opowiadania oparte na tych samych fabularnych schematach. Skoro widzowie spędzają w aplikacji pięć godzin w miesiącu, to poświęcają jej czas, który mogliby przeznaczyć na kilka odcinków tradycyjnego serialu albo na dwa-trzy seanse filmowe. Fakt, że decydujemy się na słabo zagrane, a często wygenerowane przez AI filmiki, sugeruje, że dla wielu osób szybka przyjemność, jakiej dostarczają mikrodramy, jest wystarczającą (choć pewnie postrzeganą jako mało poważną) formą rozrywki. Czy wynika to ze wspomnianych, coraz większych trudności ze skupieniem uwagi (coraz więcej widzów ogląda filmy i seriale, zerkając na telefon), czy z naszej niecierpliwości, a może to tylko pokłosie olbrzymiego, reklamowego wysiłku (właściwie nie sposób, korzystając z social mediów, nie natknąć się na reklamę czy fragment mikrodramy), który sprawia, że wiele osób obejrzy choć jedną dramę z czystej ciekawości? Oczywiście pojawia się kolejne pytanie: czy mikrodramy stanowią przyszłość rozrywki czy raczej chwilowy trend? Przewidywania rozwoju rynku wskazują na olbrzymie zapotrzebowanie na krótkie produkcje: powstają nowe aplikacje do produkcji mikrodram, nad wejściem na rynek zastanawiają się kolejni producenci ze Stanów i krajów Europy. Jednocześnie nie sposób pozbyć się refleksji, że na dłuższą metę mikrodramy są produktem o bardzo krótkiej przydatności.  Oczywiście dają chwilową przyjemność i wciągają do świata nasyconych tropami, często bezsensownych fabuł, ale jednocześnie ich powtarzalność sprawia, że w końcu zaczynają nudzić. Ponieważ nie rozwijają bohaterów, ponieważ nie kreują spójnego świata przedstawionego, ponieważ tylko przetwarzają znane schematy i formuły, to w pewnym momencie powszednieją. Zwłaszcza że kolejnym krokiem w rozwoju gatunku ma być możliwość wygenerowania dramy na podstawie własnego promptu. Widz już nie będzie musiał wybierać, co mu się podoba – stworzy coś idealnie skrojonego pod swój gust: swoje ulubione wątki oraz sceny. Choć może się to wydawać doskonałym pomysłem, na dłuższą metę zabiera jakikolwiek element zaskoczenia. Zostaniemy tylko z tymi opowieściami, które sami potrafimy sobie ułożyć. Co daje krótkotrwałą przyjemność, ale przecież szukając interesujących narracji, zwracamy się ku temu, co mogą nam opowiedzieć inni ludzie. Tylko to może nas jeszcze zaskoczyć, zaintrygować i wywołać nieoczywiste reakcje. Nie twierdzę, że każdy widz mikrodram zaraz się nimi znudzi, ale trudno sobie wyobrazić, by te same sceny i schematy dawały wciąż tę samą satysfakcję po obejrzeniu kilkudziesięciu czy kilkuset tytułów. Wywoływanie prostej przyjemności w pewnym momencie zawodzi, gdy nasz mózg przyzwyczaja się do proponowanej nam rozrywki. Można sobie wyobrazić, że widzowie będą chcieli pozostać przy krótkich odcinkach czy licznych zwrotach akcji, ale będą już domagali się czegoś więcej – po to, by znów poczuć tę samą ekscytację, co na początku swojej przygody z mikrodramami. Być może okaże się, że aby spełnić ich wymagania, trzeba będzie pogłębić ten świat, opowiedzieć więcej o bohaterach i stworzyć mniej schematyczną narrację. Ostatecznie to właśnie w ten sposób szukamy coraz bardziej rozwiniętych i intrygujących narracji w kulturze. Kto wie, może się okazać, że to nie koniec kina, tylko wymyślanie go na nowo w innym formacie.

"Minionki" pokonują "Toy Story 5", "Odyseja" zatapia "Vaianę"

Choć ostatnie dni lipca należały zdecydowanie do nowości „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, to w ujęciu całego minionego miesiąca najchętniej oglądanymi tytułami były „Minionki i straszydła” oraz „Odyseja”. Animacja przekroczyła pułap miliona widzów już kilka tygodni temu, natomiast najnowszy film Christophera Nolana dokonał tego prawdopodobnie w ostatni dzień lipca. Do niewielkiego grona tegorocznych premier z widownią powyżej miliona dołączyło w lipcu także „Toy Story 5”, co oznacza, że zwiększyło się ono do czterech tytułów. W czerwcu pierwszym milionerem stała się komedia „Diabeł ubiera się u Prady 2”.  Największymi atrakcjami filmowymi dla najmłodszych w pierwszym miesiącu wakacji były animacje. Pierwsza z nich, „Toy Story 5”, pojawiła się na ekranach jeszcze w czerwcu, jednak blisko połowę swojej całkowitej widowni (nieco ponad 600 tys.) film Disneya zgromadził w lipcu. Obecnie tytuł ten celuje w wynik końcowy w okolicach 1,3-1,4 mln widzów, co będzie oznaczać czwarty najlepszy rezultat dla Pixara w polskich kinach. Większym zainteresowaniem cieszyły się tylko „W głowie się nie mieści 2” (ok. 2,67 mln widzów), „Gdzie jest Dory?” (ok. 1,66 mln) oraz „Iniemamocni 2” (ok. 1,45 mln). To drugi sukces studia w tym roku. Kilka miesięcy temu „Hopnięci” zainteresowali ponad 725 tys. osób. W tej chwili jest to nadal jedna z dziesięciu najpopularniejszych tegorocznych premier. "Toy Story 5" – zobacz zwiastunInaczej niż w większości pozostałych krajów, bardziej popularne niż piątą częścią serii „Toy Story” były w Polsce kolejne przygody Minionków. Mimo że na ekrany trafiły one później niż konkurencyjna produkcja Disneya, „Minionki i straszydła” odnotowały lepsze otwarcie (ok. 275 tys. widzów) i szybciej osiągnęły pułap miliona. Ostatecznie tytuł ten zgromadzi przypuszczalnie widownię na poziomie zbliżonym do tego, który osiągnęły „Minionki” z 2015 roku (1,67 mln widzów). Do wyniku końcowego kontynuacji z 2022 roku, kiedy to osiągnięto szczyt popularności żółtych stworków w naszym kraju, zabraknie jednak sporo. „Minionki: Wejście Gru” zgromadziło wtedy przed ekranami bowiem ponad 2,8 mln osób. W cieniu „Toy Story 5” oraz „Minionków i straszydeł” na ekrany trafiła „Vaiana”. Podobnie jak w innych krajach, nie była ona w stanie powtórzyć sukcesu swojego animowanego pierwowzoru i jej kontynuacji. W 2024 roku „Vaiana 2” przyciągnęła ponad dwa miliony widzów. Tymczasem wersję aktorską filmu z 2016 roku do końca lipca zobaczyło nieco ponad 400 tys. osób. Nawet jeśli oczekiwania były wyższe, to na ten tytuł już teraz sprzedano więcej biletów niż na „Śnieżkę” z początku zeszłego roku (270 tys. widzów). Ostatecznie poradzi sobie podobnie jak „Mała syrenka”, którą w 2023 roku obejrzało w sumie blisko 600 tys. osób. Nie jest jednak wykluczone, że w trakcie całych wakacji nowość dopłynie do rezultatu, jaki osiągnęła animacja „Vaiana: Skarb oceanu” (670 tys. widzów). "Minionki i straszydła" – zobacz zwiastunInny film rozgrywający się w dużej mierze na otwartych wodach – „Odyseja” – cieszy się zdecydowanie większym zainteresowaniem niż „Vaiana”. W wielu zakątkach świata tytuł ten osiąga wyniki lepsze od notowanych trzy lata temu przez „Oppenheimera”. W Polsce popularność dwóch ostatnich filmów Christophera Nolana jest na podobnym poziomie, przynajmniej po pierwszych dwóch tygodniach wyświetlania. Podróż Odyseusza do Itaki rozpoczęła się trzecim najlepszym otwarciem roku na poziomie 270 tys. widzów. Do pułapu miliona tytuł ten dotarł prawdopodobnie w trzeci piątek wyświetlania, czyli tak samo jak film o „ojcu bomby atomowej”. Ostatecznie, głównie ze względu na mocnego konkurenta w postaci Człowieka-Pająka „Odyseja” może jednak nie zbliżyć się do końcowego rezultatu poprzedniego dzieła Nolana, które zobaczyło ok. 1,9 mln osób. Mimo to nowość powinna być co najmniej jego drugim najchętniej oglądanym filmem w Polsce, z dużą przewagą nad trzecią na podium „Incepcją” (1,1 mln). "Odyseja" – zobacz zwiastunLipcowym przebojem, choć na zdecydowanie mniejszą skalę niż „Minionki i straszydła” oraz „Odyseja”, było również „Zaproszenie”. Komediodramat w reżyserii Olivii Wilde zobaczyło ponad 300 tys. widzów i nie jest wykluczone, że ostatecznie zbliży się on do pułapu 400 tys. Od tego wyniku będzie już niewiele brakowało do „Dramy”, czyli innego tegorocznego przeboju dystrybutora Monolith Films, który wiosną zgromadził blisko 450 tys. i stał się jednym z największych fenomenów 2026 roku w polskich kinach. Monolith posiada na swoim koncie również „Backrooms. Bez wyjścia”, na który sprzedano w sumie ponad 700 tys. Taki rezultat oznacza już teraz miejsce w czołówce najbardziej popularnych horrorów w historii polskich kin – tuż za „Obecnością 4” (920 tys.), „Pięcioma koszmarnymi nocami” (815 tys.) oraz „Zakonnicą” (780 tys.). Pierwszą piątkę tego zestawienia uzupełnia prawdopodobnie „Obsesja”, która w lipcu gromadziła jeszcze sporą widownię. W cieniu ostatnich dwóch przebojowych filmów grozy wyświetlano „Martwe Zło: Ogień”. Tytuł ten mógł przyciągnąć ponad 100 tys. widzów. "Zaproszenie" – zobacz zwiastunTymczasem w ostatni dzień lipca, po dwóch dniach pokazów przedpremierowych, do regularnej dystrybucji trafił „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. Tytuł ten przypomina o ogromnym komercyjnym potencjale MCU oraz ekranizacji komiksów ogólnie, ponieważ w ostatnim czasie nie było zbyt kolorowo. Rok temu w lipcu zarówno „Fantastyczna 4: Pierwsze kroki”, jak i „Superman” odnotowały niezbyt spektakularne rezultaty, gromadząc na widowni niespełna 400 tys. osób. Natomiast w tym roku na przełomie czerwca i lipca „Supergirl” zanotowała bardzo słaby wynik. Na ten tytuł nie udało się sprzedać w sumie nawet 100 tys. biletów. Już po pierwszym dniu pokazów przedpremierowych najnowsze przygody Człowieka-Pająka osiągnęły prawdopodobnie lepszy rezultat. Poprzednik „Spider-Man: Bez drogi do domu” wystartował z poziomu ok. 450 tys. widzów, co jest nadal drugim najlepszym premierowym weekendem (trzy dni) wśród ekranizacji komiksu w polskich kinach. Wydaje się, że nowość stać co najmniej na podobny wynik oraz najlepsze tegoroczne trzydniowe otwarcie. Do tej pory było to „Piep*zyć Mickiewicza 3”, które zgromadziło 293 tys. widzów.  "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" – zobacz zwiastun„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” powinien zdominować sierpień, który – co nie jest zaskakujące – pod kątem hollywoodzkich produkcji prezentuje się dość skromnie. Jedynym wysokobudżetowym filmem z premierą w najbliższych tygodniach jest „Koniec ulicy Dębowej”. Dużym zainteresowaniem w Polsce powinna cieszyć się inna propozycja, w której również pojawiają się prehistoryczne gady, animacja „Psi Patrol i dinozaury”. Tytuł ten będzie główną atrakcją dla najmłodszej publiczności w drugiej połowie wakacji. Inaczej niż w zeszłym roku, tegoroczny sierpień nie będzie raczej miesiącem horrorów, a przynajmniej nie w tak dużym stopniu, choć „Ice Cream Man” oraz „Naznaczony: Wyjście z mrocznego wymiaru” mogą zainteresować fanów gatunku. Lipiec potwierdził dominację animacji i stabilną pozycję Nolana, a sierpień zapowiada się jako miesiąc jednego wielkiego hitu.