W 2019 "Euforia" wzięła mnie z zaskoczenia. Obejrzałam ją parę miesięcy po zakończeniu pierwszego sezonu, zaraz po tym, jak przeprowadziłam się na studia. To były immersyjne seanse. Po powrotach ze studenckich imprez siadałam z laptopem tuż przy twarzy i zauroczona patrzyłam, jak nastolatki płaczą brokatowymi łzami przy wtórze wokalu Labyrintha. Za oknem dryfowało nieznane miasto, a ja zestrajałam się z samotnością serialowego świata, gdzie każda postać uosabiała inną odsłonę tego samego archetypu typowego nastolatka czy młodego dorosłego – kogoś mocno zagubionego, nieudolnie zagłuszającego przeraźliwe uczucie pustki. Stylizowane obrazy dorastania rezonowały emocjonalnie z rzeczywistością moich rówieśników, pokolenia, które uważano za nadwrażliwe, neurotyczne i uprzywilejowane. Emki na imprezach, seks bez jednoznacznego przyzwolenia, przejazd po wszystkich zaburzeniach z oficjalnej listy Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. "Euforia" była "Skins" dla pokolenia urodzonego między 11 września a założeniem Facebooka; pokolenia, którego młodość zdefiniowała samotność pandemii i zalgorytmizowanego internetu. Czy byliśmy wyjątkowi w swoim smutku i buncie przed dorosłością? Oczywiście, że nie, ale Sam Levinson zręcznie przekonywał miliony z nas, że jak najbardziej. "Euforia", sezon 1Pierwszy milion trzeba ukraśćPo pierwszym sezonie byłam fanką reżysera, sądziłam, że dokonuje historycznych rzeczy, wzbogacając streaming o kinowy blichtr (serial kręcony na taśmie?). Mój zapał ochłodził się przy drugim sezonie, kiedy reżyser podkręcił wszystkie emocje do ekstremum, a bohaterowie zaczęli przekraczać granice karykatury. Czułam, że Levinson chce przede wszystkim szokować, co tylko potwierdził kolejnym projektem, "Idolem" (2023). Serial z Lily Rose Depp i The Weekndem miał budzić kontrowersje w imię satyry na show biznes, ale śmiałe sceny seksu wywoływały na zmianę niepokój, niesmak i nudę. Ostatecznie sfrustrowany chłodnym odzewem produkcji The Weeknd stał się pośmiewiskiem w mediach społecznościowych, internet zalały memy z bełkotliwymi przeróbkami sprośnych cytatów jego bohatera Tedrosa, a samo HBO anulowało "Idola" jeszcze w trakcie emisji. Nie obyło się bez kontrowersji związanych z pierwotną reżyserką serii Amy Seimetz, której wizję serialu z kobiecej perspektywy Sam Levinson wywrócił do góry nogami. Parę miesięcy temu dowiedziałam się, że pomysł na wizualną stronę "Euforii" nie wyszedł od samego Levinsona, ale był kopią twórczości kanadyjskiej fotografki Petry Collins. Dwudziestopięciolatka dostała od niego propozycję wyreżyserowania serialu i przeprowadziła się do Los Angeles na pół roku na czas przygotowań. To ona odpowiadała za stworzenie wizualnej tożsamości "Euforii" w preprodukcji oraz casting wielu aktorek, w tym Barbie Ferreiry i Alexy Demie. Jednak na moment przed ruszeniem zdjęć HBO zwolniło Collins, co nie przeszkodziło Levinsonowi w przejęciu jej autorskiego języka wizualnego i podpisaniu się pod nim. Kiedy rok później fotografka zobaczyła pierwsze plakaty z Zendayą, była w szoku: "Patrzę na ten billboard i widzę dokładnie siebie – jakby kopię tego, co zrobiłam. Rozpłakałam się". "Euforia", sezon 1Do trzeciego sezonu podchodziłam ze sporą rezerwą. Tyle się w międzyczasie zmieniło. Zmarli Angus Cloud (Fez) i Eric Dane (Cal). Z serialu odeszła Barbie Ferreira, niepotrafiąca dojść do porozumienia z Levinsonem w kwestii dalszego rozwoju swojej bohaterki Cat, której pod koniec drugiego sezonu groziło wpadnięcie w koleiny archetypu "grubej koleżanki". Do tego członkowie obsady stali się ultrasławni, a ich persony zaczęły wchodzić w konflikty z ich postaciami. Może mało kto widzi Zendayę w Rue, ale już postać groteskowej Cassie przypomina mi o wszystkich kontrowersjach związanych z Sydney Sweeney, która w ostatnim roku narobiła sobie wrogów (coraz częściej kojarzona jest z Bezosem, Trumpem i reklamami dżinsów American Eagle, w których chwaliła się "dobrymi genami"). W efekcie na premierze nowego sezonu część obsady unikała towarzystwa aktorki jak ognia. "Euforia", sezon 3Największa zmiana zaszła jednak na polu estetyczno-formalnym. Trzeci sezon został pozbawiony wielu najbardziej rozpoznawalnych znaków "Euforii". Bohaterki nie noszą już odważnych graficznych makijaży, diamencików na powiekach ani łez z brokatu – kreska przy oku jest gruba, ale bardziej zachowawcza, co odwołuje do wyglądu klasycznego hollywoodzkiego glamu. Brakuje muzyki Labyrintha: dźwięku pianina i syntezatorów, gospelowych chórów i kruchego falsetu artysty. Zastąpiły ją bezbarwne brzmienia Hansa Zimmera, ulubieńca producentów potrzebujących zastąpić poprzedniego kompozytora na wczoraj. Definiująca serial w powszechnej świadomości paleta barw, oparta na fioletach i przydymionych kolorach końca imprezy, zniknęła już na etapie drugiego sezonu, kiedy to zaczęły dominować odcienie sepii i ciepło-złote światło. W trzecim sezonie za to na razie mocno brakuje wizualnej tożsamości – gradacja kolorów jest na tyle bezosobowa, że "Euforia" przypomina teraz przeciętny film ze studia A24 z podkręconym ziarnem oraz nasyceniem zamiast pomysłu. "Euforia", sezon 3Upudrowana pruderiaW pierwszym sezonie każdy odcinek otwierała dziesięciominutowa sekwencja, która wprowadzała nas w życie kolejnej postaci: Rue, Jules, Nate’a, Maddie. Uwielbiałam te wstępy, bo zapewniały coś, czego w szkole zawsze brakowało mi w kontaktach z rówieśnikami: kontekstu, z którego ktoś wychodził, wytłumaczenia źródła czyjejś złości, krzywdy, smutku czy po prostu zjebania. Dla serialu oznaczało to, że chcąc nie chcąc musiałam sympatyzować ze wszystkimi bohaterami, bo każdy z nich przeżył solidną dawkę życiowego gówna. Siłą tych retrospekcji było też dla mnie to, jak skutecznie wiązały przeszłość z teraźniejszością, osadzając każdą decyzję w łańcuchu historycznych zdarzeń, co czyniło wybory bohaterów prawdziwie tragicznymi. W nowym sezonie nie ma bohaterki, która nie byłaby związana z seksbiznesem. Teza Levinsona była dla mnie czytelna od pierwszego sezonu: żyjemy w świecie, gdzie kobiece ciało jest fetyszyzowane i seksualizowane, treści porno kreują często nierzeczywiste czy związane z przemocą fantazje i pragnienia, a czerpanie z tego osobistej korzyści jest jedną z form hakowania pokręconego systemu. Ale w 2026 roku mielenie wciąż na tę samą modłę seksualności młodych bohaterek jest już redundantne – jeśli nie żenujące. Levinson próbuje wywołać w widzach szok, ale to, że ludzie oglądają porno, a niektóre dziewczyny wybierają karierę na niebieskiej platformie, nie powinno chyba nikogo szokować. "Euforia", sezon 3Ciągłe eksponowanie widza na obrazy wywołujące wstręt sugeruje, że reżyser raczej fetyszyzuje samą koncepcję posiadania fetyszu, a od przekraczania granic bardziej interesuje go uchodzenie za twórcę-skandalistę. Hiperseksualizacja Cassie, zachwyconej ideą sprzedawania swoich fotek i wideo za kolosalne sumy, umniejsza doświadczoną przez nią przemoc, ale też po prostu nudzi. Chloe Cherry (serialowa Faye), która zaczynała karierę w branży pornograficznej, poruszyła ten sam temat znacznie bardziej treściwie, gdy ogłosiła: OnlyFans i praca seksualna zostały bardziej znormalizowane, ale to przez kapitalizm i pogarszającą się ekonomię. Nie ma to nic wspólnego z emancypacją czy sprawczością, ekonomia jest okrutna, dlatego ludzie to robią. Ale kto opowie lepiej o realiach pracy w seks biznesie niż czterdziestoletni mężczyzna? "Euforia", sezon 2Wizjonerstwo Levinsona to nie znajdowanie nowych form opowieści dla tematów wyrzucanych poza granicę kultury czy systemów moralnych, ale eksploracja porno-estetyk odrzucanych przez mieszczański konwenans. Reżyser nie jawi mi się nawet jako progresywny twórca; jego fascynacja seksem ma koniec końców mocno moralistyczny wymiar. W trzecim sezonie czuję szczególnie, że moralnej zgnilizny dopatruje się tu w odrzuceniu tradycyjnych wartości i skrajnym indywidualizmie. Nowy sezon otwiera się obrazem głęboko religijnej, odciętej od internetu rodziny, która bezinteresownie zaprasza Rue do swojego stołu i wyprawia dziewczynę w dalszą drogę. Dużo tu Boga, co prawda w podłych kontekstach, ale czuć często, że kryptokonserwatyzm bywa ukazywany jako jedyna alternatywa dla przedawkowania lub agresywnej monetyzacji siebie.AbsolwenciWciąż lubię jednak formalny rozmach "Euforii", za którą odpowiada powracający operator serialu Marcell Rév. Trzeci sezon to pierwszy w historii serial nakręcony na taśmie 65 mm, formacie kojarzonym z kinowymi arcydziełami. Wyjście ze szkoły oznacza wejście w dorosły, okrutny świat, co znajduje swoje odbicie w obrazie. Kadr jest widocznie szerszy, a sylwetki bohaterów giną w otaczającym je pejzażu. Nie brakuje mi dawnej estetyki, tak jak nie tęsknię za liceum jako głównym miejscu zdarzeń – szkoła się kończy, dzieciaki idą w świat, który zaraz je zmiażdży. To, że nowy sezon toczy się poza murami szkoły, nawet mnie podekscytowało: byłam ciekawa, jak mogły potoczyć się losy Rue i jej znajomych. Na tej samej zasadzie, wedle której po skończeniu studiów co rusz zaskakiwało mnie, w jak odmiennych miejscach wylądowaliśmy z dawnymi przyjaciółmi. "Euforia", sezon 3W "Euforii" pracę dostaje się, przerywając komuś lunch ze słowami: Nie będę zmorą HR-u i wierzę w kapitalizm. Ewentualnie – robiąc sobie olbrzymi dług u lokalnej dilerki, która w odpowiedzi zaprzęga cię do szmuglowania narkotyków przez granicę. To odklejenie od rzeczywistości nie uwierałoby mnie aż tak bardzo, gdyby nie to, że do tej pory łatwo było się utożsamić z bohaterami i ich doświadczeniami: dorastaniem na przedmieściach, walką z nałogiem, przetrwaniem w szkole, pierwszą miłością. Tymczasem w trzecim sezonie wątek Nate’a i Cassie jest groteskowy, pomysł na karierę Maddie i Lexi – przewidywalny, a przygody Rue – zbyt hardkorowe i przestylizowane, żeby pokleić je z resztą fabuły. W efekcie historia o zagubionych nastolatkach będąca formatywnym serialem pokolenia zmienia się w skrzyżowanie "Breaking Bad" z "Palm Royale", a ciągłe zmiany konwencji podkopują pakt zawarty z widzem, który już sam nie wie, po co ma odpalać kolejny odcinek. Spoiwem "Euforii" zawsze były przyjaźnie. To one pozwalały nawigować zagubionym nastolatkom przez depresję, traumy i uzależnienia. Labyrinth potrafił uchwycić te ulotne stany ducha w trapowych ścieżkach, przeciągniętych dźwiękach i muzyce syntezatorów. Jego kompozycje nie były emocjonalnie płaskie – słychać było w nich nie tylko przeszywający smutek, ale i nadzieję, strach, ekstazę i rezygnację jednocześnie. W kontraście do tego nowy sezon jest serialem pięknym wizualne, ale pustym, nakręconym z rozmachem, choć pozbawionym serca. W trakcie kilku lat wszyscy bohaterowie zgorzknieli. Już nie ma tu żadnych przyjaźni, każda z postaci jest samotnym elektronem napędzanym pragnieniem osobistej korzyści. Ich konfrontacje wydają się wymuszone, a chemia między nimi – wątpliwa. "Euforia", sezon 3Długie pożegnanieWere we ever good together? – pyta Jules, kiedy Rue zjawia się niezapowiedziana w jej drzwiach. Z perspektywy lat zastanawiam się, co zadecydowało o sukcesie "Euforii" – scenariuszowy talent Levinsona czy osadzenie tego drapieżnego świata w wyobraźni Collins? Może szczęście do współpracowników: kompozytora, makijażystki, projektantki kostiumów i operatora. A co, jeśli przestylizowanie serialu przysłoniło fakt, że to nigdy nie był tak świetny serial, za jaki go uważamy? Mimo wszystkich wątpliwości i zarzutów oglądam trzeci sezon dalej. Raczej dotrwam do końca, skoro przeżyłam już widok Cassie w stroju seksownego niemowlaka i wydalanie woreczków z fentanylem przewiezionych w układzie pokarmowym przez meksykańską granicę. Za bardzo zżyłam się z bohaterami, za długo czekałam na kolejny epizod ich historii. Mam do Rue ten sam sentyment, co do dawnych przyjaciół, z którymi za wiele już mnie nie łączy. "Euforia", sezon 3Kiedy wspominam tamte immersyjne seanse z 2019, myślę, że "Euforia" pojawiła się w szczególnym momencie, kiedy doświadczenie młodości zostało skondensowane przez cyfrową samotność, depresję klimatyczną, narastający kryzys sensu i – wreszcie – pandemię. Język wizualnej przesady sprawdził się jako portret pokolenia, ale po siedmiu latach wyczerpał własny moment kulturowy i nie potrafi zredefiniować swojej tożsamości. Opowieść o zagubieniu stała się czysto estetycznym spektaklem. Bohaterowie pozbawieni relacji i wspólnoty dryfują bez celu w świecie pozbawionym jakichkolwiek struktur. "Euforia" kończy się jako serial pokolenia, bo ujawnia granice swojej wyobraźni. Tam, gdzie wcześniej dostrzec można było próbę zdefiniowania doświadczenia młodości, dziś pozostają tylko groteskowe przebieranki za gówniaka.