CANNES 2026: Rusza festiwal. Na jakie filmy czekamy?

Dziś rozpoczyna się 79. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes – doroczne święto kina organizowane na Lazurowym Wybrzeżu. Nasz redaktor Maciej Satora już pewnie czeka w kolejce po odbiór festiwalowej akredytacji, by razem ze współpracownikami Filmwebu móc zrecenzować najgorętsze tegoroczne premiery kina artystycznego. Zanim to się jednak stanie, przeczytajcie jego tekst o oczekiwaniach dotyczących tegorocznej edycji imprezy.  Gdy przed tygodniem trzeciego dnia majówki na leżaku wcinałem karkówkę z grilla, nagle przygrzało, a moja czapka przecież została w domu. Nie wiem, jak mogłem do tego dopuścić, bo od swojego pierwszego festiwalu w Cannes w 2023 roku w cieplejsze dni noszę ją codziennie przypiętą gdzieś do ucha plecaka. Słońce nad Lazurowym Wybrzeżem tuli w maju ze zdwojoną mocą. Raptem pół godziny kąpieli w morzu wystarczyło wtedy, żebym trzy dni przeleżał w łóżku z udarem słonecznym. Pierwsze efekty poczułem chwilę po wyjściu z wody, gdy z mokrymi włosami wchodziłem na seans "Asteroid City" Wesa Andersona. Zaczęło się od zimnego potu, potem mroczki przed oczami, temperatura i totalne niezrozumienie, co właśnie dzieje się przede mną na ekranie. Francuskie święto kina widziało w swojej historii lepsze debiuty. "Asteroid City"No i tak między kolejnymi kęsami karkówki wpadłem w czeluści rozkminki, Cannes nie pozwoliło mi już wyrzucić się z głowy. Mam to szczęście, że na najważniejszy festiwal filmowy na świecie od początku jeżdżę w towarzystwie przyjaciół. Niezobowiązujące piwko w ogrodzie w moment zamieniło się więc w pieczołowite planowanie i nostalgiczne wycieczki (pamiętacie, jak Arthur pokazał dupę przed pałacem festiwalowym???). Tylko przyszłość i przeszłość – "teraz" będzie liczyło się kiedy indziej.PrzyszłośćNapisz o tym, no wiesz, na co czekasz, co chciałbyś zobaczyć – szepnął mi w redakcji przełożony, więc oto ogłaszam, że najbardziej chciałbym w końcu zobaczyć zdobywcę Złotej Palmy, najlepiej w dniu jego premiery. Raz pominąć zwycięski film na festiwalu to niefart nowicjusza, ale dwa to już niezła anegdota. Przyznaję więc, że i "Anatomię upadku" (daj spokój, kim niby jest ta cała Justine Triet?) i "To był zwykły przypadek" (po gorszym "Niedźwiedzie nie istnieją" wydawało mi się, że Panahi najciekawsze projekty ma już za sobą) zwyczajnie zignorowałem – kosztem jakiegoś posiłku, niedokończonego tekstu czy dwóch godzin wyszarpanych na regenerację. Pominąć Palmę to zresztą wcale nietrudna sztuka. Romantyczną fantazję o napajaniu się kinem i pięciu filmach dziennie można sobie włożyć między bajki – dziennikarz nie jedzie do Cannes, żeby oglądać, tylko żeby pisać, bo jak podsumował Tadeusz Sobolewski: To nie tylko święto kina, to także święto krytyki. W zeszłym roku w ciągu 11 dni imprezy udało mi się wylądować na 19 seansach, a i tak miałem wrażenie, że przy takiej liczbie recenzji do opublikowania gram z losem w ruletkę o zbyt wysokie stawki. "Minotaur"Żeby i w tym roku nie pozwolić sobie zachorować na FOMO, nie pominę seansu "Minotaura" Andrieja Zwiagincewa, który po prawie dziesięciu latach wraca na festiwal z fabułą o zdradzanym przez żonę oligarsze przygotowującym się do przeprowadzenia grupowych zwolnień. Ciągle nie wiem, jak czuję się z wpuszczaniem tego typu "dobrych Rosjan" na czerwone dywany, ale wiem, że festiwal ma się z tym całkiem w porządku. Jednym z największych wydarzeń pobocznej sekcji Quinzaine des Cinéastes pozostaje premiera anglojęzycznego debiutu Kantemira Bałagowa – tego od "Wysokiej dziewczyny" i "Bliskości", ucznia Aleksandra Sokurowa. W zeszłym roku sporym echem odbił się z kolei pokaz nowego filmu Kiriłła Sieriebriennikowa – debaty o zasadności tej premiery na festiwalu mocno podzieliły polskie środowisko nad przypalonym neapolitańskim plackiem w knajpce nieopodal Pałacu.    Spodziewam się, że o Zwiagincewa mało komu będzie chciało się tak zażarcie kłócić. Od premiery "Lewiatana" jego krytyczne nastawienie do reżimu stało się oczywiste dla wszystkich, w tym tych, którzy filmu nawet nie widzieli. "Niemiłość" finansował już przy wsparciu europejskim, a potem zamieszkał w Paryżu, bo sytuacja (osobista czy polityczna?) stała się dla niego zbyt trudna do zniesienia. Być może połączenie tych napięć stanie się sednem "Minotaura" – dzieła powstającego w Rydze za francuskie pieniądze, które zarazem stanowi jeden z pierwszych głosów potępienia wojny w Ukrainie ze strony rosyjskiego twórcy o takim autorytecie. Z Palmy dla Zwiagincewa jednak jakoś przesadnie bym się nie cieszył, z wielu powodów. Weźmy chociaż konkurencję ze strony rodaka Pawła Pawlikowskiego. "Fatherland" opowie historię Tomasza Manna (Hanns Zischler) i jego córki Eriki (Sandra Huller) wracających do podzielonych Niemiec po koszmarze II wojny światowej. W podróży od Frankfurtu po Weimar zagłębią się pewnie w znajome dla twórcy "Idy" i "Zimnej wojny" tematy odbudowującej się Europy i zakopanej tożsamości, ale w nowej dla niego konwencji drogi, ruchu i zerkania przez szybę samochodu.  "Fatherland"Tak silne emocje patriotyczne odpalają się u mnie jedynie podczas meczu kadry i premiery filmu Polaka na międzynarodowym festiwalu filmowym, ale w tym roku ich skala zaskakuje nawet mnie samego. To chyba przez to, że o "Fatherland" po cichu mówi się jako o głównym faworycie: wpływowi dziennikarze przytakują wpisom w mediach społecznościowych, bukmacherzy ustalają niskie kursy, a Niemcy już ścigają się z nami o prawo zgłoszenia filmu do przyszłorocznych Oscarów jako "swojaka". Grzeje mnie to ponad miarę, bo nie jestem pewny, czy na Lazurowym Wybrzeżu pojawialiśmy się w roli faworyta… kiedykolwiek. Może w 1994, kiedy Quentin Tarantino ze swoim "Pulp Fiction" ostatecznie wyszarpał Palmę Krzysztofowi Kieślowskiemu; w czasach, gdy moi rodzice jeszcze się nie poznali. Jak już przy twórcy "Trzech kolorów" jesteśmy, "Historie równoległe" będą miały premierę na festiwalu równolegle (hehe) z "Fatherland" i to już wystarczająco dobry powód, żeby 14 maja ustanowić oficjalnie Dniem Triumfu Polskiej Kinematografii. Asghar Farhadi, zdobywca Oscara i Złotej Palmy dokładnie przed dekadą przywozi do Cannes swoją wariację na temat szóstej części "Dekalogu". Ten polski sen nie byłby możliwy, gdyby nie starania Macieja Musiała – dla was Tomka z "Rodzinki.pl", dla mnie wielkiego szefa, turbokozaka i cudotwórcy, który zamiast odcinać kupony od popularności staje się światowym ambasadorem polskiej sztuki filmowej.  "Historie równoległe"Doktor Strange w alternatywnej wersji "Wojny bez granic" widzi miliony symulacji kupczenia dziedzictwem Kieślowskiego i Piesiewicza. Tylko w jednej z nich powstaje projekt dziesięciu pełnych metraży, w który zaangażowani zostają między innymi Asghar Farhadi i Lee Chang-dong (jego przykazanie ukryte pod tytułem "Possible Love" już przechodzi proces postprodukcji), absolutni giganci grający już tylko w swoich własnych ligach. Choć wiem o tym już od jakiegoś czasu, ciągle nie dowierzam, że to naprawdę się dzieje – na sali kinowej będę szczypał się po przedramieniu w przerwach od spisywania notatek. Duże nadzieje wiążę też z premierą "Fjordu", pierwszego projektu Cristiana Mungiu kręconego poza rodzinną Rumunią. Z plakatu filmu uśmiechają się przytuleni do siebie Renate Reinsve i nierozpoznawalny Sebastian Stan w towarzystwie gromadki dzieci. Sposób ich wychowania ma okazać się zapalnikiem narastającego społecznego napięcia po tym, gdy rodzina z Europy Wschodniej podejmuje decyzję o wyprowadzce do postępowej Norwegii. Na ciele jednego z synów ktoś zauważa siniaki, co prędko angażuje zbiorowość, zaalarmowaną opiekę społeczną, a w konsekwencji – wymiar sprawiedliwości. Klincze różnych systemów wartości od zawsze były specjalnością kina Mungiu, choć dotychczas patrzył raczej na napięcia znajome, dostrzegane w trakcie spaceru po prowincji czy wertowania zapisków z lokalnej historii.  "Fjord"Zmiana szerokości geograficznej wiąże się z pewnym ryzykiem dla niuansów opowieści – pokazywali to przez lata choćby mistrzowie azjatyckiego kina, którzy nagle tracili talent po przenosinach na Zachód – tym bardziej że Rumun podnosi rękę na system innego państwa, w realiach którego nie dorastał i nie funkcjonował. A jednak, coś mi podpowiada, że jeśli w blokach startowych grzeje się jakiś czarny koń, to siedzi na nim właśnie Mungiu – jedyny w stawce zdobywca canneńskiej potrójnej korony (Złota Palma, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz).PrzeszłośćZwiagincew, Pawlikowski, Farhadi, Mungiu – takich powrotów jest w tegorocznym programie znacznie więcej, z pół konkursu głównego to nowe dzieła twórców, którzy w Cannes kupili sobie już pewnie mieszkanko dla celów optymalizacyjnych. Jestem za młody stażem, żeby upatrywać w tym rozczarowującej powtórki z rozrywki, za to na szczęście nie aż tak młody, żeby cały ostatni miesiąc minął mi pod kątem nadrabiania rumuńskich dramatów o aborcji.Na część z tych premier czekam przez sympatyczne wspomnienia z własnego filmowego dorastania; tak jest z Hirokazu Koreedą, bohaterem mojej historycznie pierwszej recenzji z Cannes, pierwszego nagranego "Movie się" i pierwszego gościnnego DKF-u poprowadzonego w kinie Amondo. Albo z Ryûsuke Hamaguchim, dla którego "Asako. Dzień i noc" uciekłem kiedyś z zajęć Edukacji dla Bezpieczeństwa w liceum. "Schyłek dnia" László Nemesa oglądałem w Kice na pufie wypełnionej styropianowymi kulkami, a potem, przechodząc tylko przez korytarz, poszedłem nadrobić "Lament" Na Hong-jina do tej ich większej sali bez stopniowania – kiedyś po dwóch tak mocnych emocjonalnych ciosach wychodziłem z pokazu nawet z dobrym humorem. "Histoires de la nuit"Ciekawi mnie też nowy projekt Lei Mysius, który wymyka się żelaznemu prawidłu festiwalu: "Jeśli tylko możesz, omijaj francuskie filmy za wszelką cenę". Jej "Ava" trochę po mnie spłynęła, ale "Pięć diabłów" to już absolutny highlight kinowego sezonu 2022 – "Total Eclipse of the Heart" stało się bangerem tamtych Nowych Horyzontów, a potem nieoficjalnym hymnem roku wszystkich wkręconych w kino artystyczne małolatów. "Histoires de la nuit" z Monicą Bellucci – film, z którym przyjeżdża na tegoroczną edycję imprezy – będzie jej debiutem w konkursie głównym. Takie awanse zawsze nastrajają pozytywnie (przypomnijcie sobie "Sirât" Olivera Laxe). Oby i tym razem na soundtracku miała utwór, który utrzyma później żywą pamięć o filmie w barach karaoke i festiwalowych klubach. Wiem też, czego w tym roku na Lazurowym Wybrzeżu nie obejrzę: żadnego amerykańskiego filmu tworzonego dla dużego hollywoodzkiego studia – no, poza pierwszą częścią "Szybkich i wściekłych" pokazywaną w tym roku w sekcji Midnight Screenings (seans obowiązkowy). Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że zwyczajnie nie uwzględniono ich w programie. Studia produkują mniej blockbusterów i mniej autorskich filmów niż w przeszłości – tłumaczył tegoroczną selekcję dyrektor festiwalu Thierry Frémaux, zaznaczając równocześnie, że premiera w Cannes to dla wielkich wytwórni kolejna decyzja biznesowa, która potrafi się opłacić ("Top Gun: Maverick") lub niekoniecznie ("Han Solo: Gwiezdne wojny – historie"). Efektu takiej kalkulacji najmocniej należy upatrywać w nieobecności "Dnia objawienia" Spielberga, pewnie mniej "Odysei" czy "Diggera", które mimo chęci twórców mogły nie zdążyć z domknięciem swoich procesów postprodukcyjnych. "Szybcy i wściekli"Nawet jeśli najwięksi fanatycy arthouse’u uśmiechnęli się na wieść o blokadzie Fabryki Snów, nie ma co udawać, że brak amerykańskich gwiazd nie stanowi problemu dla medialnej widoczności tegorocznej edycji. Dłubiący przy tabelkach księgowi muszą się cieszyć, że rzutem na taśmę udało się dopchać do konkursu "Papierowego tygrysa" Jamesa Graya – film autorski i rzecz jasna bez mainstreamowego potencjału pokroju nowego "Mission Impossible", ale gwarantujący, że po czerwonym dywanie przespacerują się Scarlett Johansson z Adamem Driverem. Z Nowego Jorku swój film przywiezie też Ira Sachs, ale "The Man I Love" to projekt skromny, cichy i raczej bez szans na poważniejsze nagrody, w dodatku z aktorami z hollywoodzkiego drugiego szeregu. W porównaniu z zeszłoroczną edycją, gdzie co drugi dzień do kamer machali Paul Mescal, Emma Stone, Pedro Pascal czy Robert Pattinson, ich obecność to raczej niewielka pociecha.TerazTo wszystko jednak przede mną. W czasie, gdy ten tekst zawiśnie na stronie głównej, stoję już pewnie w kolejce po odbiór akredytacji, a zza namiotu nieśmiało wygląda morze. Przestrzeń przed Pałacem powoli zaczyna się zagęszczać. Gwardia z karabinami strzeże ruchu z jednej strony ulicy, z drugiej nadciągają rzesze dziennikarzy z walizkami – niby nadgryzieni rutyną fachu i upadającą pozycją mediów, a już od wjazdu na Boulevard Carnot rozglądający się na wszystkie strony jak zaprzęg radosnych labradorów. Jeszcze pół godziny temu siedziałem przecież za nimi, czując się jak uczniak dojeżdżający na kolonię po kilkunastu godzinach jazdy autokarem. Podróż z lotniska w Nicei pod bramy Pałacu Festiwalowego trwa około godziny i na całe szczęście dla prasy pozostaje całkowicie darmowa – na wydatki jeszcze przyjdzie czas, po którym przyjdzie czas narzekania na te wydatki. Większość trasy pokonuje się, pędząc ekspresówką, z której w końcu zjeżdżamy na wysokości miejscowości Le Cannet. Z drogi wschód-zachód autobus kieruje się na południe arterią prowadzącą ku plaży.  O, już mijam swoje stare mieszkanie – skromna dwupokojowa dziupla w zestawie, jak się okazało, z miłym właścicielem, co szybko wytłumaczyło niewysoką cenę wynajmu. Pierwszego dnia poznał mnie ze swoim kotem, drugiego poczęstował domową nalewką i w taki sposób zostaliśmy przyjaciółmi, nawet pomimo tego, że jak na Francuza przystało za dużo po angielsku nie kumał. Tu trochę dalej ratujący nocne życie hipermarket, czynny chyba zawsze, o którejkolwiek byśmy do niego przyszli. A już zaraz dworzec; drzwi otwierają się z sykiem, ciepłe powietrze zaciąga morzem i wypiekami z pobliskiej kawiarenki, w której rankiem kupujemy rogaliki z czekoladą (Pain au chocolat, s’il vous plaît!).  Chodząc obok znajomych miejsc, zastanawiam się, jak będzie wyglądała ta 79. edycja – czy praca pójdzie gładko, czy będzie się dobrze pisało, czy wywiady nie nałożą się na pokazy prasowe, czy filmy spełnią oczekiwania – może coś odblokują, a może pozostaną zagadką długo po seansie? Gdy tak rozważam wszystkie scenariusze przecznicę od bulwaru, okoliczne stoliki przed ekskluzywnymi restauracjami powoli się zapełniają, połączeni pasją znajomi z różnych stron świata witają się jowialnie po długiej rozłące, zamawiają karafki białego wina i spontanicznie zmieniają plany, pod stołem wyklikując się z pierwszego filmu festiwalu. Na oglądanie przyjdzie przecież jeszcze czas. W zasięgu wzroku coraz mniej krótkich spodenek, coraz więcej wypastowanych butów, ułożonych włosów i wieczorowych kreacji – część przygotowanych na galę otwarcia, część na jedną z dziesiątek prywatnych imprez na plaży, na które wkręcić się trudniej, niż dostać na premierę w Grand Theatre Lumiere.  Już zaraz to wszystko się zacznie, porwie w swój rytm i nie puści, zmuszając, żeby na te niepełne dwa tygodnie zapomnieć o wszystkim, poza tym, co najważniejsze – kinem. Już za chwilę, już za momencik, już…  

MDAG 2026: Skończyły się czasy "sztuki dla sztuki". Rozmowa z Alisą Kovalenko

Na tegorocznym Millennium Docs Against Gravity polską premierę miały "Ślady", najnowszy projekt Alisy Kovalenko. Ukraińska dokumentalistka przedstawia w nim losy kobiet, które doświadczyły tortur i przemocy seksualnej ze strony rosyjskiego agresora. To kolejny osobisty i autorski film Kovalenko, która często gości na MDAG – w ostatnich latach w konkursie polskim brały udział jej "Nie znikniemy" (2023) i "Mój drogi Théo" (2025). Jednocześnie "Ślady" wyróżnia kolektywny styl produkcji; to dzieło współreżyserowane przez Marysię Nikitiuk, powstające przez siedem lat na podstawie spotkań kobiecej grupy wsparcia. Światowa premiera odbyła się na 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. Z Alisą Kovalenko w Kijowie porozmawiał Michał Konarski.          Alisa Kovalenko Wracasz na MDAG rok po roku. Podczas ostatniej edycji pokazywałaś "Mój drogi Theo", bardzo osobisty list do syna prosto z frontu. W nowym filmie oddajesz głos również innym kobietom i skupiasz się na doświadczeniu wojennych traum. Sama też złożyłaś już broń, skupiłaś się na kinie. Co się zmieniło? "Ślady" też są dla mnie bliską historią, dlatego, że sama doświadczyłam przetrzymywania w niewoli i przemocy seksualnej. Sama też na ten temat milczałam przez lata, aż wreszcie zaczęłam mówić i złożyłam świadectwo. Oczywiście wcześniej znałam skalę problemu, wiedziałam, jak wiele kobiet tego doświadczyło, ale wszystkim brakowało odwagi, by otwarcie o tym opowiedzieć. Wtedy poznałam Irynę Dovhan, główną bohaterkę "Śladów". Zaprosiła mnie na pierwsze spotkanie kobiet, które doświadczyły w niewoli tortur na tle seksualnym. Tak zawiązała się SEMA Ukraine Network. Dzięki wsparciu dużych międzynarodowych organizacji, mogliśmy na nim wysłuchać głosów ocalałych kobiet z wielu części świata, m.in. Demokratycznej Republiki Konga czy Bośni i Hercegowiny. Pozwoliło to na wymianę doświadczeń i pokazało, jak działać na tak trudnym gruncie. Z początku kwestionowałam sam pomysł wyjazdu, ale po dwóch dniach intensywnych rozmów i spotkań poczułam niesamowitą siłę oddziaływania. To było w pewnym sensie doświadczenie terapeutyczne. Myślałam, że skończy się tylko na wymianie poglądów i opowiedzeniu własnych historii; niespecjalnie wierzyłam, że coś z tego wyjdzie. A jestem w tej organizacji już 7 lat. Od samego początku zastanawiałyśmy się, w jaki sposób możemy działać, jakie aktywności możemy podjąć poza budowaniem solidarności. Na jeden z głównych celów wybrałyśmy kultywację pamięci. Jako że jestem dokumentalistką, wszyscy zaczęli od razu mówić: "Alisa, Alisa, nakręćmy film!". Wokół tego tematu było mnóstwo stygmatyzacji, mało się o nim mówiło w społeczeństwie. Uznałyśmy, że dokumentalny projekt zachowujący te świadectwa mógłby być ważnym głosem przełamującym to tabu. "Ślady"Brzmisz, jakbyś z początku nie była przekonana do tego pomysłu. Szczerze mówiąc trochę się bałam. Obawiałam się powrotu tych wszystkich traum. To jednak projekt wymagający pracy ze wspomnieniami, bólem i tragicznymi doświadczeniami.  Zastanawiam się, jak wyglądała u Ciebie ta zmiana perspektywy twórczej. W "Mój drogi Theo" byłaś filmowczynią, mamą i żołnierką; tutaj faktycznie przypomina to bardziej terapię, z tym że siedzisz i na kozetce, i na fotelu. Było to bardzo trudne. Nie bez powodu cały proces się opóźniał – pierwsze spotkanie odbyło się jeszcze w 2019 roku. Przez kilka lat aktywnie działałyśmy jako sieć osób ocalałych, starałyśmy się wspierać nawzajem, szukałyśmy kolejnych osób, które doświadczyły podobnej przemocy, organizowałyśmy różne szkolenia psychologiczne, prowadziłyśmy spotkania i dyskusje oraz próbowałyśmy dotrzeć do władz, aby państwo uznało osoby ocalałe z przemocy seksualnej związanej z konfliktem za ofiary i zapewniło im specjalny status. Z filmem wciąż zwlekałam, aż rozpoczęła się pełnoskalowa rosyjska inwazja i w ogóle wszystko się zmieniło. Zauważyłyśmy wówczas duży i nagły wzrost przypadków przemocy seksualnej wobec kobiet. Wtedy poczułam, że nie mogę dalej powtarzać, że nie jestem gotowa – zrozumiałam, że muszę go dokończyć.      Dostałyśmy grant na dokumentację zbrodni przeciwko ludzkości i wspólnie postanowiłyśmy go wykorzystać właśnie na rozpoczęcie prac nad tym projektem. To Iryna była głównym motorem napędowym działań. Początkowo zakładałam, że projekt będzie bardziej skoncentrowany na świadectwach i przyjmie bardziej perspektywę praw człowieka. Nie byłam też pewna, czy powstanie z tego pełnometrażowy film; myślałam raczej o krótkim lub średnim metrażu. Więc też pierwotnie bardziej zbierałam dowody, zastanawiałam się nad językiem wizualnym, nagrywałam bardzo dużo, tyle że głównie w formie audio; nie pracowałam w konwencji standardowych wywiadów z "gadającymi głowami". Proces powstawania "Śladów" był bardzo długi i skomplikowany, a sam jego kształt wielokrotnie się zmieniał, bo kreował się organicznie. "Ślady"Domyślam się, że w takim wypadku wybór odpowiednich fragmentów i decyzja, której historii pokazać więcej, a której mniej, musiały być wyjątkowo trudne? Tak, to był naprawdę ciężki proces. Sam montaż zajął też bardzo dużo czasu i obfitował w wiele wyzwań. Jak na przykład skrócić dwugodzinne świadectwo do raptem dwudziestu minut? Trzeba było wycinać nie poszczególne fragmenty, ale całe bloki tematów poruszanych przez ocalałe, żeby utrzymać narrację w ryzach. Zwłaszcza że po czasie zaczęłam też dokumentować nie same wspomnienia traumatycznych doświadczeń, ale i obecne zmartwienia czy sny. Trzeba w tym znaleźć jakiś balans. Tak jak z szokującymi czy szczególnie brutalnymi fragmentami. Nie można z tym przesadzić, dlatego też musiałam wycinać najbardziej hardkorowe opisy. I gdzie rysujesz tę linię graniczną? To jest złożona kwestia. Powtarzanie tych samych spraw w kolejnych historiach też ma pozytywny skutek – pozwala zobrazować pewne schematy, jakimi kieruje się agresor. Ale wszystko sprowadza się do oddania godności ocalałym. To była dla mnie sprawa pierwszorzędna. Więc takie też miałam motywacje przy montażu, nie chciałam się skupiać wyłącznie na horrorze.  Zależało mi, żeby poza tymi strasznymi zbrodniami pokazać, jak prawda zwycięża nad przemocą i złem. Obserwowałam za pomocą kamery proces powrotu do zdrowia i sił, jak pośród tych kobiet rodzi się wspólnota i siostrzeństwo. Do tego była potrzebna równowaga między przemocą a nadzieją. Chciałam uniknąć przedstawiania tych kobiet przedmiotowo, jak bezosobowe, cierpiące ofiary. Dużą wagę przykładamy teraz w naszej pracy do zmiany w świadomości i mówieniu o tych doświadczeniach. Zależy nam na poszerzeniu perspektywy. Nie zgadzamy się na pasywne przedstawianie ofiar jako cichych, umęczonych i pozbawionych sprawczości. Naszym zdaniem należy unikać w ogóle słowa "ofiara" i mówić o tych kobietach jako o ocalałych, będących w stanie złożyć własne świadectwo. Ta perspektywa w mówieniu o osobach, które doświadczyły tortur i zbrodni wojennych musi zmienić się na całym świecie, również w Ukrainie. Od dwunastu lat jesteśmy w stanie wojny wywołanej przez trzykrotnie większego, agresywnego sąsiada. I musimy się bronić, nie jesteśmy przecież bierną ofiarą. Potrzebujemy dalszej walki, a nie słów otuchy. Dlatego też "Śladami" chciałam pokazać inną perspektywę tej dyskusji, skupioną na bardziej konkretnym przypadku kobiet. "Ślady"Zauważyłem, że dużo się mówi w ukraińskiej branży filmowej o przyspieszonej feminizacji różnych zawodów. Domyślam się, że deficyt mężczyzn to skutek wojny. Ale jak to wygląda w praktyce? Wiem, że powstają różne kolektywy twórcze składające się wyłącznie z kobiet. Możesz o tym opowiedzieć więcej? To akurat nie do końca jest przypadek "Śladów". U nas to było tak, że gdy zaczynałam filmować świadectwa i przesłuchiwałam codziennie wiele minut opowieści o strasznych zbrodniach, uznałam, że nie mogę być w tym wszystkim sama. Śniło mi się to wszystko po nocach. Współpraca z Marysią wyszła dosyć spontanicznie, zapytałam, czy nie chciałaby dołączyć do tego projektu. Byłam wtedy wciąż na etapie poszukiwań języka wizualnego, nie do końca mogłam znaleźć odpowiednią formę, ale zawiązanie takiego duetu bardzo w tym pomogło. Patrząc szerzej na branżę, wydaje mi się, że w Ukrainie już dużo wcześniej mieliśmy całkiem nieźle wyważony podział. Możliwości były podobne, a płeć nie była kluczowym czynnikiem. Wiadomo, ta równowaga w możliwościach znalezienia zatrudnienia się różni – kobiety zachodzą w ciążę, potem wychowują dzieci. Nieraz trudno jest to połączyć z wymagającą pracą na planie. Ten brak zaufania był raczej zawsze największym problemem, a nie samo systemowe wykluczenie z czegoś. Faktycznie w ostatnich latach coraz więcej kobiet zaczyna rozwijać się w środowisku i zajmują ważne stanowiska w instytucjach filmowych. Ale nie jestem przekonana, czy to wyłącznie wynik wojny – ta zmiana zaczęła się jeszcze przed pełnoskalową inwazją. Po 2022 roku po prostu przyspieszyła.  Jeśli widzę jakąś nierówność, to w braku mobilizacji wojskowej także dla kobiet. Na dobrą sprawę to mężczyźni są u nas w nieuprzywilejowanej pozycji, bo przykładowo reżyserzy nie mogą wyjeżdżać ze swoimi filmami za granicę, a reżyserki tak. Więc mimo tych pozytywnych zmian, taki paradoks, wciąż mamy nierówności, tylko że teraz w drugą stronę. Oczywiście nie twierdzę, że każdy powinien być siłą zaciągnięty do wojska, ale trzeba zachowywać równowagę – to jest raczej element szerszej rozmowy o odpowiedzialności i równości w czasie wojny. Dla samej branży sytuacja nie jest łatwa i spodziewam się, że po wojnie przyjdzie nam się mierzyć z wieloma nowymi problemami. Obecnie zmagamy się na przykład z niedoborem montażystów, choć już przed wojną brakowało nam na tym polu wybitnych nazwisk. Z wielu zawodów filmowych widzieliśmy odpływ do armii – rekrutowali się i mężczyźni, i kobiety. Pytanie, ilu z nich wróci potem do zawodu. Spotykamy się w Kijowie i choć linia frontu zarysowała się kawałek stąd, to wojna jest tu odczuwalna na każdym kroku. Filmów dokumentalnych, które starają się uchwycić ten moment, powstaje rokrocznie wiele. Zastanawiam się, jak podchodzisz do tej sytuacji jako reżyserka – ogrom tematów dosłownie leży na ulicy. Pytanie więc jak wybierasz te, po które sięgasz? Może jakichś narracji Ci brakuje? Na początku inwazji powstawało bardzo wiele filmów mozaikowych. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie ich więcej oglądać. Wielu zaczęło tworzyć wielowątkowe obrazy z pierwszych dni wojny, bo nie do końca wiedziano, na czym się skupić. To były filmy interwencyjne, tworzone spontanicznie, aby oddać zmieniającą się rzeczywistość. Niektóre z nich były świetnie, ale w innych czasem brakowało głębi, zatrzymania na dłużej przy jakimś temacie. Czułam po czasie przesyt takimi formami. Zauważyłam, że po jakimś czasie od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji zaczęłam zwracać bardziej uwagę na mniejsze historie. Tworzenie w takich realiach też nie jest łatwe, bo wszystko nieustannie się zmienia. A żeby nakręcić interesujący dokument, trzeba jednak wykonać jakieś śledztwo, a ono musi odpowiednio trwać. "Ślady" powstawały bardzo długo, dokończyłam je po tym, jak nakręciłam "Mojego drogiego Théo". Zastanawiałam się nawet wtedy, czy aby jednak nie wrócić na front. Ale uznałam, że zostanę, bo uważam za równie ważne nagłaśnianie zbrodni wojennych. Mam w sobie duży dylemat, którą rolę powinnam obrać. Ale chyba nie skupiasz się wyłącznie na dokumentach? Nie! Wielokrotnie przyłapuje się na tym, że mówię "o, to jest ciekawa historia!", "to nadałoby się na film!", ale potem orientuję się, ile czasu zajęłoby odpowiednie jej ujęcie. Dużo myślę też o kinie dla dzieci. To bardzo ważne, żeby w odpowiedni sposób opowiadać najmłodszym o doświadczeniu wojny, żeby wypełnić trochę lukę edukacyjną. Nie można wyłącznie odwracać ich uwagi pustą, rozpraszają rozrywką, tylko zaproponować też trochę refleksji. Chciałbym też nakręcić fabułę opartą na moich własnych doświadczeniach siedmiu lat pracy aktywistycznej na rzecz praw człowieka. Tak, żeby przedstawić wszystkie te dylematy, ale i instytucje, kryzysy praworządności, organizacji międzynarodowych i przestrzegania praw człowieka. Widzę to bardziej jako satyrę niż poruszający dramat… (śmiech) Więc pomysłów faktycznie pojawia się wiele, ale największą przeszkodą jest oczywiście czas. Teraz mam dużo pracy przy "Śladach" – poza wersją festiwalową, powstał też krótszy metraż filmu, który pokazujemy równocześnie na różnych konferencjach i projekcjach dla dysydentów. Zauważyłam, że to naprawdę pomaga sprawie. Możliwość wglądu w życie tych kobiet, utożsamienie się z nimi może więcej zmienić w mentalności niż głośne przemówienia. Więc jeden film działa na dwóch polach – i na festiwalach, i w obiegu dyplomatycznym. "Ślady"W przypadku wojen, ale i zbrodni przeciwko ludzkości, często konstruowane są zarzuty względem filmowców o brak odpowiedniej reprezentacji tragedii. Uważasz, że kino odpowiednio odpowiedziało na trwającą już dwunasty rok wojnę Rosji przeciwko Ukrainie? Czy jej pamięć została wystarczająco zachowana? Tak i nie. Pamięć ma swoje warstwy. I z jednej strony mamy niezliczone godziny materiałów z kamerek GoPro, dronów, nagrań z telefonów. Mamy do nich dostęp i możemy zobaczyć, co i gdzie wystrzeliło, co i gdzie spadło. Ale wszystkie stany emocjonalne, strachy i radości to także warstwa wspomnień z tego okresu, które już trudniej oddać na ekranie. Pamięć to również ten egzystencjalny aspekt, nie tylko ważne wydarzenia.  Przez te dwanaście lat wszystko się zmieniło. Ja sama byłam inną osobą na początku wojny, inną na froncie i inną teraz. Nic nie jest takie jak wcześniej. To bardzo ważne, żeby przy okazji kultywowania pamięci o tym okresie starać się też uchwycić te przemiany tożsamości. Podobnie jest ze snami – czy podczas wojny śnimy inaczej? We Lwowie działa cała instytucja poświęcona badaniu tego zjawiska, która między innymi dokumentuje sny ludzi w czasie wojny. To temat, który w ostatnim czasie bardzo mnie interesuje. Więc trudno jednoznacznie powiedzieć, że ta wojna została przedstawiona w sposób kompletny, skoro jest tak wiele ulotnych elementów pamięci. To, co robimy teraz, to fundamenty do pracy dla przyszłych pokoleń. Domyślam się, że to może nie być wystarczające. Ale uważam, że nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na jednej narracji, tylko drążyć w różne strony, tak żeby możliwie najpełniej oddać aktualny stan.  Co innego jednak ze zbrodniami wojennymi – je powinno się dokumentować bezpośrednio, z jak największą liczbą detali. I to wszystkie przypadki, bez wyjątku. Wciąż brakuje jakiejś bazy danych, która mogłaby zbierać w jednym miejscu wszystkie takie świadectwa we wszelkich formach. Ochrona pamięci powinna być bardziej ustrukturyzowana. Mówisz, że nieustannie się zmieniałaś przez te lata. A twój stosunek do kina? Straciłaś wiarę w to medium? Absolutnie. Na początku pełnoskalowej inwazji zupełnie przestałam wierzyć, że filmy mogą coś zmienić. To było nagłe i silne poczucie straty. Mam wrażenie, że nadal nie do końca mi przeszło. Choć oczywiście jestem świadoma, jak ważną rolę podczas wojny pełni kultura. Wszyscy wiemy, że o nią też trzeba walczyć. Ale naprawdę nie mam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o jedyną moralnie słuszną postawę. Osobiście też jestem wewnętrznie podzielona. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie powinnam wrócić na front. Teraz siedzę tutaj, a moi znajomi tam zostali, nadal walczą. Towarzyszy temu poczucie winy. Jeden z nich ma syna w tym samym wieku co mój, ale może się z nim widzieć dwa razy do roku. To strasznie niesprawiedliwe. Uważam, że w czasach takich jak te, jako artysta, również masz obowiązek w jakiś sposób się zaangażować. I łączy się to z moim prywatnym poglądem na kino. Skończyły się czasy sztuki dla sztuki. Nie chodzi mi oczywiście o skrajność, żeby nagle wychodziły same manifesty. Ale uważam, że artyści też mają na sobie pewną odpowiedzialność i powinni tworzyć dzieła, które zachęcają do jakiejś refleksji. Te uczucia kiełkowały we mnie od lat, ale wzmocniły się po pełnoskalowej inwazji. Stałam się radykalna w poglądach. Czy zastąpienie w rękach kamery karabinem na to wpłynęło? Nie tylko. Po prostu artysta musi być świadomy, że w rękach też ma broń i powinien wiedzieć, jak w umiejętny sposób jej używać. Jak byłam na Berlinale parę lat temu, to poszłam na kilka filmów i po jednym seansie wyszłam zdruzgotana. Na początku długa sekwencja logotypów sponsorów, wielkie instytucje, ogromne pieniądze, a potem przez dwie godziny oglądam historię, która wydaje mi się kompletnie oderwana od rzeczywistości i emocjonalnie fałszywa. Opowieść o jakimś leśnym potworze, który gwałci małych chłopców. Wyszłam z sali oburzona i zmęczona, że marnuję tyle czasu na jakąś chujnię. W takich momentach mam poczucie, że coś jest nie tak z naszymi priorytetami. Dlatego coraz częściej wybieram dokumenty – tam przynajmniej spotykam prawdziwych ludzi i realne doświadczenia, a nie historie, które wydają się puste albo stworzone tylko po to, żeby szokować. Takie sytuacje tylko wzmacniają we mnie przekonanie, że naprawdę powinniśmy się zastanawiać nad tym, co i po co tworzymy. Zresztą też na ostatnim Berlinale dużo mówiło się o kinie politycznym – pojawiały się głosy, między innymi ze strony Wima Wendersa, że kino nie powinno się angażować. Ale wtedy warto zadać pytanie: co właściwie rozumiemy przez "polityczność"? Jeśli chodzi o doraźną propagandę czy publicystykę, to oczywiście można mieć wobec tego opór. Ale jeśli mówimy o kinie, które reaguje na rzeczywistość, na globalne procesy, na doświadczenia ludzi żyjących tu i teraz, to trudno sobie wyobrazić, żeby mogło ono być całkowicie apolityczne. Dla mnie to jest właśnie sedno – nie tyle "polityczność" w wąskim sensie, ile gotowość do mierzenia się z tym, co naprawdę dzieje się wokół nas, zamiast eskapizmu.   Wywiad autoryzowany.

Listy na Filmwebie – teraz także w aplikacji mobilnej

Listy – funkcja, którą pokochaliście na stronie www.filmweb.pl – są już dostępne w najnowszej wersji naszej aplikacji na iOS i Android. Od teraz możecie przeglądać listy innych użytkowników oraz tworzyć własne zestawienia filmów, seriali i gier bezpośrednio z poziomu swojego smartfona. Twórz własne listy Na Twoim profilu pojawiła się sekcja „Listy", gdzie możesz tworzyć i przeglądać swoje zestawienia. Aby stworzyć listę, kliknij przycisk „Utwórz nową listę". Do wyboru masz trzy rodzaje list: klasyczne, rankingowe i tier listy. Po utworzeniu możesz dodawać tytuły, jak chcesz i kiedy chcesz, oraz opublikować listę, aby inni mogli ją zobaczyć. Tytuły możesz dodawać też bezpośrednio z panelu oceniania produkcji. Odkrywaj listy innych użytkowników Często jedna dobrze ułożona lista to lepsze źródło inspiracji niż bezosobowe rekomendacje algorytmów. Na kartach produkcji znajdziesz sekcję „Listy powiązane z filmem / serialem / programem / grą", gdzie odkryjesz listy stworzone przez innych użytkowników. Najciekawsze możesz dodać do obserwowanych i łatwo do nich wracać. Chcesz wiedzieć więcej? Więcej o samej funkcji list przeczytasz tutaj. Jeśli chcesz poznać wszystkie możliwości list – od tworzenia różnych typów list przez ustawienia po sposoby edycji – zajrzyj do przygotowanego przez nas samouczka. Listy dostępne są na stronie internetowej www.filmweb.pl oraz w najnowszej wersji darmowej aplikacji mobilnej Filmweb (od wersji 1.3.17 na iOS oraz od wersji 1.1.214 na Androidzie).