NOWE HORYZONTY: Recenzujemy "Everytime" i "Fjord"

Festiwal Tauron Nowe Horyzonty rozkręcił się już w najlepsze. W programie nie brakuje głośnych tytułów z tegorocznego canneńskiego programu. Wrocławską imprezę otworzył wyróżniony Złotą Palmą "Fjord" Crisitiana Mungiu z Sebastianem Stanem i Renate Reinsve. Możemy też zobaczyć porównywany do "Aftersun" "Everytime" Sandry Wollner, przywieziony prosto z canneńskiej sekcji Un Certain Regard. Filmy recenzują Jakub Popielecki i Maciej Satora. Recenzja filmu "Everytime" (reż. Sandra Wollner)"Paincraft" autor: Jakub Popielecki "Horror vacui", głosi napis z plakatu na drzwiach pokoju nastolatki w filmie "Everytime" Sandry Wollner. Swój poprzedni film niemiecka reżyserka zatytułowała cytatem z pesymisty Ciorana, który z "horrorem" i "próżnią" miał się za pan brat, więc wszystko się zgadza. "Strach przed pustą przestrzenią" pasuje też na motto filmu o stracie i próbie jej przepracowania. Natura nie znosi próżni, mówią. Człowiek też nie znosi – i stara się ją wypełnić. A Wollner w "Everytime" opowiada właśnie o tej próbie i dramatyzuje pracę żałoby, mnożąc ekranowe "puste miejsca": w kadrze, w narracji, w rozumieniu. "Everytime" znacząco rozpoczyna się od kłótni o przestrzeń. Dwie siostry sprzeczają się o współdzielony pokój, a Wollner filmuje to w ujęciu, które robi opowieść nie tylko z tego, CO widać, ale i z tego, JAK oraz SKĄD widać. Nieostre zbliżenie na zieleń miejskiego drzewa nagle zmienia się przecież w podglądające ujęcie "zza węgła". Panoramując dalej tropem bohaterek, kamera stopniowo odkrywa przed nami kolejne konteksty, kolejne warstwy świata przedstawionego: okazuje się, że patrzymy przez szybę, z poziomu zawieszonego nad ulicą tunelu-wiaduktu. I trudno oprzeć się wrażeniu, że oko obiektywu zainteresowało się bohaterkami jakby tylko na chwilę. Że zaraz się na powrót rozproszy i ucieknie gdzieś indziej, w świat. Człowiek jest tylko momentem, punktem w czasie i przestrzeni – sugeruje mimochodem Wollner. W jednej ze scen nastoletnia Jessie (Carla Hüttermann) zatrzymuje się nagle, zagapiona gdzieś poza kadr. Jak w słynnym ujęciu "spielbergowskiej twarzy" w widzu zaraz rodzi się ciekawość: na co patrzy bohaterka? Ale kiedy Wollner tnie do przeciwujęcia, nie przynosi ono jednoznacznej odpowiedzi: widzimy jedynie miejską ulicę nad ranem, ciągnące się w dal tramwajowe tory, pustkę. Pół filmu później matka dziewczyny, Ella (Birgit Minichmayr), poniekąd dopełnia to ujęcie. Staje w tamym pustym kadrze i, jakby w odpowiedzi, spogląda w kierunku, z którego patrzyła jej córka. Ale tym razem tamto ujęcie jest puste: Jessie już w nim nie ma. Teraz to Ella widzi "tylko" przestrzeń: tory, drzewa, NIC. W "Everytime" pełno jest podobnych momentów. Wollner raz za razem udaje się w ten sposób uchwycić na ekranie coś niewidzialnego, sfilmować to, czego nie ma. Uobecnić nieobecność. I ma to sens. W końcu "Everytime" opowiada o tym, jak Ella, jej młodsza córka Melli (Lotte Shirin Keiling), i zaprzyjaźniony z nimi nastolatek Lux (Tristan López) próbują poradzić sobie ze stratą. Ella, Melli i Jessie tłoczyły się wcześniej w zbyt ciasnym mieszkanku, które dosłownie mieściło się niemal w jednym kadrze: za dużo osób na zbyt małej ilości miejsca. Teraz, po rodzinnej tragedii, ich mieszkanie zieje nadmiarem przestrzeni. Lux głowił się wcześniej nad podręcznikiem matematyki, próbując zrozumieć, że plus i minus dają minus, a minus i minus dają plus. Teraz musi przećwiczyć abstrakcje odejmowania w praktyce. Klasyczny egzystencjalny paradoks: nieobecność bliskiej osoby to ciężar. Niby nic – a waży.   Ktoś powie, że Wollner serwuje nam tu banał. Jasne, kiedy przepisać to na słowa, wyjdzie tautologia o tym, że "strata jest stratą". Cały numer "Everytime" polega jednak na tym, że reżyserka i operator Gregory Oke opowiadają ten temat – kinem. Raz za razem pokazują zresztą bohaterów, którzy sami próbują zrobić to samo, co oni: uchwycić kruchą, migotliwą obecność w obiektywie. Przez kadr przewijają się więc poprzyklejane do ścian zdjęcia. Widzimy, jak siostra filmuje telefonem śpiącą siostrę. W którymś momencie Ella spotyka na parkingu krążącego w powietrzu drona, ten ucieka przed nią, niby speszony, a potem oglądamy zapis tego spotkania z punktu widzenia latającej maszyny, przewijany wstecz, jakbyśmy cofali się w czasie.  W jednej ze scen Jessica opisuje swoje najdawniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Ważny moment w filmie o nieobecności – bo mowa tu o wspomnieniu nieobecnego ojca. Zaraz okazuje się jednak, że to raczej wspomnienie wspomnienia: kadr z wakacyjnego filmu wideo, który ogląda w innej scenie Melli. Wollner przypomina tym samym, że nasza pamięć składa się w dużej mierze z zapisów pamięci. Reżyserka "Everytime" pokazuje, jak ludzka percepcja – nasze doświadczenie czasu, przestrzeni oraz przemijania – zostaje po trochu ulepszone, a po trochu zakrzywione przez kolejne narzędzia rejestracji i reprodukcji obrazów: aparat, kamerę, telefon. Zera i jedynki, za pośrednictwem których coraz częściej doświadczamy świata, nadają się zresztą na metaforę obecności-nieobecności. Jeden – jesteś, zero – nie ma cię. Co ciekawe, jednym z motywów przewodnich filmu jest… "Minecraft". Hej, to przecież kolejne cyfrowe medium percepcji. W obiektywie Wollner kanciasty krajobraz gry wideo rymuje się więc z rozpikselizowanymi wspomnieniami zapisanymi na kasecie – nomen omen też wideo. Reżyserka pokazuje "Minecrafta" jako symulator "realistycznego" punktu widzenia: tak zwanego POV, widoku "z oczu".  Całą recenzję Jakuba Popieleckiego znajdziecie TUTAJ.Recenzja filmu "Fjord" (reż. Cristian Mungiu)"Gość w dom, Bóg w dom" autor: Maciej Satora Polak, Rumun, dwa bratanki – wie każdy, kto w XXI wieku miał przyjemność zobaczyć choć jeden film wysłany do naszych kin ekspresem z Bukaresztu. Każdy, kto czytał choć jedną recenzję dowolnego dzieła Cristiego Puiu, Corneliu Porumboiu, Radu Judego czy bohatera poniższego tekstu, Cristiana Mungiu, wie natomiast, jak rodzima krytyka zazdrości przenikliwej kinematografii naszym przyjaciołom ze Wschodu. Przekonanie o tym, że Rumuni kręcą najlepsze filmy o polskich problemach słyszałem w swoim życiu wielokrotnie, z ust szerokiej gamy widzów – co ciekawe, te stanowiska zawsze dotyczyły akurat innego tytułu. Podobieństwa światów kryją się w przeróżnych miejscach: tragedii głęboko wdrukowanego komunistycznego systemu ("Egzamin"), rozbitych społecznych struktur i niepokoju przed migracją ("Prześwietlenie"), kulcie bohaterstwa i unikaniu historycznej odpowiedzialności ("Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy"), niewydolności państwowej służby zdrowia ("Śmierć pana Lazarescu"), wycieńczeniu gonitwą w dyktowanym przez Zachód kapitalistycznym wyścigu ("Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata"), a nawet obrazie ideologicznych napięć przy rodzinnym stole – oraz obrazie samego stołu, z talerzem gołąbków położonym na plecionym obrusiku ("Sieranevada"). Jądrem wielu z tych scenariuszy jest obecny również w Polsce paradoks: konserwatywne społeczeństwo z silnie zachodnią aspiracją. Obecny w Polsce, ale niemal całkowicie nieobecny w polskiej przestrzeni filmowej. Znakiem towarowym Rumunii stała się lokalność tego kina, jego bezwstydne zanurzenie we własnym kontekście, spętanym obrzydliwą wsobnością środkowoeuropejskiej historii i mentalnością potransformacyjnego bagna – pisał trafniej ode mnie w znakomitym eseju Kamil Walczak, charakteryzując naraz kształt współczesnej rumuńskiej kinematografii oraz – być może – podstawę problemu z niedoborem analogicznych narracji w naszym kraju. Afirmowany przez Rumunów kontekst to coś, od czego jako Polacy lubimy uciekać, co, podświadomie lub nie, wypieramy. Weźmy choćby ekranowe oblicza polskiego konserwatyzmu: jeśli nie czerwone od wódy jak u Smarzowskiego, czy upokorzone i wsteczniackie jak w "Twarzy” Szumowskiej, to przynajmniej "zdemaskowane" za hipokryzję, z którą traktują własne chrześcijańskie ideały ("Wszystkie nasze strachy").  Być może przez współrzędne geograficzne czujemy mocniejsze powinowactwo z progresywną stroną kontynentu. Liczymy na przejęzyczenie kartografów, którzy zamiast "Europa Środkowa" (bo już dawno wywalczyliśmy, że nie "Wschodnia") powiedzą o nas pewnego razu per "Zachód" – dlatego tak chętnie reprodukujemy narracje na zachodnią modłę (od prób gatunkowych po te artystyczne), umieszczamy w nich zachodnich, liberalnych bohaterów, celujemy w uniwersalnie zachodnie, a nie lokalne tematy. Pozbawieni podobnych złudzeń Rumuni bezwzględnie rozliczają własny kraj, ale ich filmy emanują wyraźną dumą narodową; tak jakby przepracowanie rodzimych problemów było patriotyczną powinnością, działaniem nie anty-, ale właśnie prorumuńskim. Dumą, której pośród polskich aspiracyjnych twórców często próżno szukać, a która z jednostronnych "diagnoz społecznych" czyni portret bardziej ambiwalentny, a w konsekwencji – dzieła wiarygodniejsze również dramaturgicznie.  Owa "duma" dotycząca własnego systemu wartości charakteryzuje też głównych bohaterów "Fjordu" – pierwszego projektu Cristiana Mungiu tworzonego poza ojczyzną i jej specyfiką, ale biorącego rumuńsko-norweską, ewangelikalną rodzinę Gheorghiu za bohaterów swojego dramatu. Jej tożsamość narodowa (matka Lisbet grana przez urodzoną w Solbergeldze Renate Reinsve, ojciec Mihai – związanego z Konstancą Sebastiana Stana) pozostaje dla fabuły równie istotna, co ta religijna. Na północ Europy przyjeżdżają trochę za chlebem, trochę dla znalezienia pomocy w wychowaniu gromadki pięciorga dzieci – deklarowanego wsparcia ze strony babci. W pierwszej scenie widzimy, jak ogromnym statkiem dobijają do małej mieściny tworzonej przez kilka czerwonych domków wciśniętych między podnóże góry a polodowcowe wodne trakty. Witajcie, jestem waszym sąsiadem... Właściwie wszyscy tu jesteśmy sąsiadami – zapewnia dzieci dyrektor lokalnej podstawówki, zaświadczając przy okazji, że choć znajdujemy się setki kilometrów od rumuńskiej prowincji, dominujące kino Mungiu poczucie społecznego osaczenia zgrabnie przeszczepione zostanie na obcy reżyserowi kontekst. Za gościnnością norweskiego państwa prędko idzie jego (nad-)opiekuńczość. Mimo że mieścinka jest malutka (skalę potęguje otoczenie tytułowych fiordów, budujących wrażenie, jakby akcja filmu działa się na krańcu świata), instytucje i mieszkańcy stają na głowie, by przyjezdni prędko stali się częścią wspólnoty (celowo unikam tu zwrotu "by czuli się jak u siebie w domu"). Rodzice bez trudu znajdują dobrze płatną pracę, sąsiedzi organizują spotkania zapoznawcze, grupa religijna z radością przyjmuje ich w swoje szeregi. Szkolni pedagodzy tak samo starają się zadbać o najmłodszych, blisko przyglądając się ich procesowi adaptacji – być może trochę zbyt blisko. Odkrycie siniaków na ciele jednego z dzieci podnosi alarm w szeregach nauczycieli. Wezwane na dywanik, zgodnie z prawdą wyznają, że w przeszłości rodzicom zdarzało się stosować klapsy jako element wychowawczy.  Całą recenzję Macieja Satory znajdziecie TUTAJ.Zobacz zwiastun filmu "Fjord""Fjord" zadebiutował na tegorocznym festiwalu w Cannes, gdzie został nagrodzony Złotą Palmą. Na ekrany polskich kin trafi pod koniec stycznia przyszłego roku. Przypominamy zwiastun: 

Wyróżnienie w Konkursie "Powiększenie": Andrzej Wajda i "modne" dziewczyny

Publikujemy ostatni z tekstów wyróżnionych w 11. edycji konkursu krytycznofilmowego "Powiększenie", który w tym roku przebiegł pod hasłem roku Andrzeja Wajdy. Apolonia Marcinek pisze o metamorfozach figury "modnej" dziewczyny oraz przestrzeni polskiej "nowoczesności" w filmach "Niewinni czarodzieje" (1960) oraz "Polowanie na muchy" (1969). *** Lata 60. XX wieku w twórczości Andrzeja Wajdy stanowią fascynujący nawias między narodowymi tragediami „Popiołu i diamentu” (1958) a epickim rozmachem „Ziemi obiecanej” (1975). To dekada, w której reżyser, odkładając na bok mundury i historyczne sztandary, skierował kamerę na współczesność – na warszawskie ulice, jazzowe piwnice i duszne kawalerki. Poprzez filmy „Niewinni czarodzieje” (1960) oraz „Polowanie na muchy” (1969) Wajda nakreślił portret polskiej inteligencji, która w pogoni za zachodnim sznytem tworzy własną, unikalną i często groteskową formę egzystencji. W obydwu tytułach dominują kobiecie bohaterki. Kluczem do zrozumienia tej przemiany jest ewolucja postrzegania i prezentowania kobiet w filmach oraz przestrzeni, w której przyszło im żyć. W centrum obu filmów stoi postać „dziewczyny nowoczesnej”, jednak dzieli je niemal przepaść dekady, która zmieniła nadzieje „małej stabilizacji” w cynizm końca lat 60. Pelagia z „Niewinnych czarodziejów” (grana z niezwykłą lekkością przez Krystynę Stypułkowską) to uosobienie nowofalowej wolności. Jest równorzędną partnerką dla głównego bohatera – Bazylego (w tej roli Tadeusz Łomnicki). Nie jest to kolejna bohaterka, która jest robotnicą lub tragiczną ofiarą wojny, lecz dziewczyną zrodzoną z ducha egzystencjalizmu. Nocne spotkanie Pelagii i Bazylego to pewnego rodzaju intelektualny boks, gra pozorów, w której oboje udają bardziej zepsutych i obojętnych, niż są w rzeczywistości. Pelagia nie chce Bazylego zmieniać ani posiadać: chce go sprawdzić, rzucić mu wyzwanie. Jej „nowoczesność” objawia się w prawie do decydowania o sobie, w inteligencji i ironii, która służy jako tarcza przed prawdziwym uczuciem.  "Niewinni czarodzieje"Scena, w której Pelagia od początku kłamie na temat swojego imienia (mówi, że ma na imię Magda), pokazuje pewnego rodzaju manifestację wolności egzystencjalnej. W świecie, gdzie każdy musiał być gdzieś zameldowany i mieć dowód osobisty, Pelagia odmawia bycia „zdefiniowaną” i zdominowaną, zarówno przez system, jak i przez mężczyznę, z którym rozmawia.  Zupełnie inny obraz daje Irena w „Polowaniu na muchy”. Małgorzata Braunek wciela się w postać, którą krytycy – podobnie jak i sam reżyser – ochrzcili mianem „modliszki” (1). Irena nie szuka partnera do gry, lecz materiału rzeźbiarskiego. Czegoś, a właściwie kogoś, kogo może ulepić od nowa – tak jak chce, niczym rzeźbę z gliny. Włodek (Zygmunt Malanowicz), przeciętny bibliotekarz, staje się dla niej projektem.  "Polowanie na muchy"Irena to „modna dziewczyna” nowej ery: drapieżna, zdeterminowana, wykorzystująca atrybuty nowoczesności (jak choćby kultowe wielkie okulary, w których przypomina tytułową muchę), by dominować. Jest niczym femme fatale, jednak nie zabija pistoletem, lecz ambicją. Wysysa z Włodka jego tożsamość, wykorzystuje jego osobę dla własnej satysfakcji tworzenia kogoś "wpływowego".  Jeśli Pelagia była powiewem wolności, Irena jest ucieleśnieniem opresji ubranej w najmodniejszy żakiet. Wajda, pod wpływem prozy Janusza Głowackiego, pokazuje tu lęk mężczyzny przed kobiecą siłą, która w świecie pozbawionym wielkich idei, skupia się na bezwzględnej walce o status. To właśnie wątek statusu jest w obu dziełach skutecznie uwydatniony. Bohaterowie tych filmów to inteligenci, lecz nie intelektualiści. Podchodzą do życia w sposób swobodny, żyją tu i teraz (swoiste carpe diem), z dystansem. Fasada intelektualna pozwala im na niezobowiązujące podejście. Wizerunek, jaki budują, pełni funkcję azylu, bezpiecznego miejsca, gdzie pod maską cynika można ukryć lęk przed prawdziwym zaangażowaniem. Jeśli wszystko jest grą intelektualną, nikt nie może zostać zraniony.  Rezonuje to z myślą, którą doskonale rozwija Susan Sontag w swoim tekście „Przeciw interpretacji”, pisząc o tym, że współczesny styl bycia jest formą oporu przeciwko sentymentalizmowi; Pelagia i Bazyli są tego idealnym przykładem (2). Bohaterowie nie chcą interpretować swoich uczuć, wolą przeżywać czystą formę wzajemnej licytacji i intelektualnego flirtu. Ich zachowanie jest więc realizacją postulatu Sontag o prymacie stylu nad treścią. O ile u Sontag styl jest wyzwoleniem, o tyle w „Polowaniu…” staje się on już tylko „pustym znakiem” lub narzędziem społecznej opresji, gdzie fasada intelektualna nie tylko nie chroni wrażliwości, lecz maskuje jej brak.  "Niewinni czarodzieje"Tak jak magnetofon Bazylego nie służy do pracy, lecz do autokreacji, tak gigantyczne okulary Małgorzaty Braunek w „Polowaniu…” są narzędziem manifestu swojej osobowości dla bohaterki. Pokój Bazylego w „Niewinnych…” jest prosty, ascetyczny. To „stacja badawcza”, w której dwoje ludzi testuje granice swojej szczerości. Pustka tego wnętrza jest wolnością – pozwala bohaterom wypełnić ją własną grą. Oprócz tego jest to również film oparty na słuchaniu. Bogaty w rozmaite, długie dialogi między bohaterami, staje się intelektualnym poligonem postaci.  Kluczowym rekwizytem jest magnetofon, z którego płynie muzyka jazzowa. Nowoczesność jest tu niematerialna, ulotna, oparta na rytmie i improwizacji. Relacja Pelagii i Bazylego przypomina jam session – liczy się to, co wybrzmiewa między słowami. W „Niewinnych czarodziejach” jazz (z muzyką Krzysztofa Komedy) jest językiem wolności. Polska jako światowy i wizjonerski kraj, lecz wciąż zakompleksiony w przaśnej rzeczywistości PRL-u stara się aspirować do bycia częścią Zachodu, między innymi poprzez scenografię, która sama w sobie jest bohaterem. Piwnice i zadymione lokale to enklawy, w których bohaterowie mogą poczuć się obywatelami świata. To tutaj rodzi się styl bycia „cool”, zapożyczony prosto z paryskich bulwarów. Ich rozmowy zazwyczaj skupiają się na artystach, szeroko pojętej kulturze – większość naszych bohaterów to z wykształcenia humaniści. W akompaniamencie grającej muzyki, paląc papieros za papierosem, mówią o działalnościach artystycznych. Nie odstają również nowocześnie urządzone mieszkania.  W obu filmach wnętrza pełnią funkcję manifestu. U Bazylego widzimy magnetofon szpulowy oraz skuter Lambretta – atrybuty sukcesu młodego lekarza-muzyka. W „Polowaniu…” nowoczesność staje się już bardziej agresywna, niemal pop-artowa. Nad percepcją tego filmu dominuje zmysł wzroku. Oprócz wymiany zdań pomiędzy bohaterami, zwracamy uwagę na bogatą estetykę i scenografię (konceptu Teresy Barskiej). Mieszkania są pełne modnych gratów, które mają maskować duchową pustkę. Tragizm (lub właściwie komizm) tych przestrzeni polega na ich izolacji. To wyspy „światowości” otoczone przez szarość codzienności.  "Polowanie na muchy"Wajda sugeruje, że ta polska nowoczesność jest w dużej mierze fasadowa – to kostium, który bohaterowie zakładają, by ukryć swoje kompleksy, brak życiowego celu czy strach przed autentycznością. Podczas gdy w „Czarodziejach…” nowoczesne wnętrza były znakiem nowej ery, w „Polowaniu…” są one tłem dla ludzkiej małości. Intelektualizm staje się tu kampowy w rozumieniu wspomnianej już Susan Sontag – jest tak przesadzony i sztuczny, że staje się własną parodią (3). W swoim słynnym tekście autorka definiuje kamp jako zamiłowanie do sztuczności, do „stylu kosztem treści”. Kamp kocha rzeczy „za bardzo” – zbyt dekoracyjne, zbyt dramatyczne, zbyt strojne. Sontag pisze: Kamp to doświadczenie świata jako zjawiska estetycznego (…) nie w kategoriach piękna, lecz w kategoriach stopnia sztuczności (4). Tak zwana estetyka „kolorowych ptaków”: w kontraście do szarej, gomułkowskiej ulicy, pop-art oferował jaskrawe barwy, geometryczne wzory i fascynację plastikiem. Zauroczenie twórczością Andy’ego Warhola wybrzmiewało wtedy szczególnie. Ponieważ towary luksusowe były trudno dostępne, przedmioty codziennego użytku (jak puszka po zagranicznym napoju czy zachodni magazyn mody) stawały się niemal dziełami sztuki (5). W książce „Znaczenia modernizmu" Piotr Piotrowski wyjaśnia, jak dbałość o styl i formę (modernistyczny sztafaż) pozwalała artystom i inteligencji czuć się częścią Zachodu, nawet jeśli na co dzień funkcjonowali w realiach systemowych PRL-u. "Polowanie na muchy"Ewolucja ta najwyraźniej ogniskuje się w kobiecych protagonistkach, które redefiniują klasyczną figurę kobiety fatalnej. Pelagia z początku dekady to „fatalizm oświecony” – jej niszczycielska siła nie uderza w życie bohatera, lecz w jego pancerz kłamstw. Jest ona ucieleśnieniem „sontagowskiego„ ideału, w którym styl stanowi barierę ochronną dla autentycznej, kruchej wrażliwości. Z kolei Irena z końca dekady to „fatalizm pop-artowy” postać płaska, graficzna, chłodna i pozbawiona empatii, która miłość zamienia w proces produkcyjny. Jeśli Pelagia rzucała mężczyźnie wyzwanie, by stał się sobą, Irena tresuje go, by stał się „kimś” w oczach snobistycznego otoczenia.  Patrząc na oba filmy, widać wyraźną zmianę nastroju pomiędzy początkiem a końcem dekady lat 60. „Niewinni czarodzieje” niosą w sobie jeszcze nutę romantyzmu ukrytego pod maską cynizmu. Andrzej Wajda udowadnia, że „modna dziewczyna” lat 60. to postać tragiczna w swojej pogoni za formą. Niezależnie od tego, czy jest partnerką w jazzowej improwizacji jak Pelagia, czy bezwzględną kreatorką cudzych losów jak Irena, zawsze pozostaje uwięziona w dekoracjach Polski, która desperacko chce być inna, niż jest w rzeczywistości. To kino ucieczki w formę, która ostatecznie okazuje się ucieczką donikąd.  "Niewinni czarodzieje"Twórca zamyka tę dekadę z pesymistycznym, ironicznym uśmiechem. Pokazuje, że ucieczka w styl, choć estetycznie pociągająca, nie rozwiązała fundamentalnych dylematów polskiej inteligencji. Pozostawiła ją jedynie w wielkich oprawkach okularów, w mieszkaniach pełnych modnych bibelotów, ze świadomością, że pod tą lśniącą powierzchnią, pustka stała się jeszcze bardziej dotkliwa. To właśnie ten moment, w którym „erotyka sztuki” Sontag spotyka się z brutalną socjologią czasów PRL-u, mówiąc o ponadczasowej sile tych dwóch, pozornie tylko „lekkich” filmów mistrza. Przypisy: 1. https://youtu.be/mWnPyqfzFmM?si=eXCJOBS2zLTc7Mk0 2. Susan Sontag, "Przeciw interpretacji i inne eseje", autorka rozwija swoje myśli o dystansie estetycznym – dystans jako ochrona przed zranieniem, co idealnie wpasowuje się w zachowanie bohaterów. 3. Susan Sontag, "Notes on Camp" 4. Tamże, str. 16 – tłumaczenie własne. 5. Piotr Piotrowski, "Znaczenia modernizmu. W stronę historii sztuki polskiej po 1945 roku", str. 175-176 Bibliografia: Piotrkowski Piotr, "Znaczenia modernizmu. W stronę historii sztuki polskiej po 1945 roku", wyd. REBIS, Poznań, 1999  Sontag Susan, "Notes on Camp", wyd. Penguin Classics, 2018 Sontag Susan, "Przeciw interpretacji i inne eseje", tłum. D. Żyłowska, wyd. Karakter, Kraków 2012

Paramount NIE PRZEJMIE Warner Bros. w tym roku

Kolejny zaskakujący zwrot akcji w trwającym od dłuższego czasu procesie przejmowania Warner Bros. Discovery przez Paramount-Skydance. Otóż Paramount ogłosił, że rezygnuje z finalizacji przejęcia WBD do 30 września 2026 roku. Krok ten jest podyktowany chęcią jak najszybszego rozpoczęcia się procesu sądowego związanego z pozwami, jakie przeciwko umowie kupna wytoczyły koalicja 12 stanowych prokuratorów generalnych oraz Amerykańska Gildia Scenarzystów.Zaskakująca decyzja Paramountu na pozwy Paramount ogłosił, że wstrzymuje się z finalizacją przejęcia Warner Bros. aż do 1 czerwca 2027 roku lub też do werdyktu sądu w spodziewanym procesie. Jest to szokujący zwrot akcji, który z całą pewnością nie zostanie dobrze przyjęty w otoczeniu Donalda Trumpa. Prezydent, którego przyjaciółmi jest rodzina Ellisonów (właścicieli Paramount-Skydance), bardzo liczył na przejęcie przez koncern kontroli nad CNN jeszcze przed wyborami połówkowymi do Kongresu, które będą miały miejsce w listopadzie. Tak się jednak nie stanie. Wiadomość jest za to dobrą informacją dla obecnych akcjonariuszy Warner Bros. Discovery. Kiedy bowiem Paramount próbował odwrócić losy umowy przejęcia Warner Bros. przez Netflix, zgodził się na wypłacanie akcjonariuszom 7 milionów dolarów kary za każdy dzień po 30 września 2026 roku bez finalizacji umowy kupna. Dlaczego Paramount przesuwa datę ostatecznego przejęcia Warner Bros.Decyzja Paramountu nastąpiła po tym, jak kalifornijski sąd zdecydował się przedłużyć na kolejne 14 dni blokadę na finalizowanie umowy przejęcia. Wniosek taki złożyła koalicja 12 stanowych prokuratorów generalnych, którzy chcą, by sąd najpierw rozstrzygnął złożony przez nich pozew. Pozew został złożony dziesięć dni temu. Prokuratorzy generalni stanów Kalifornia, Arizona, Kolorado, Connecticut, Massachusetts, Minnesota, Newada, New Jersey, Nowy Meksyk, Nowy Jork, Oregon i Waszyngton uznali, że warta 111 miliardów dolarów umowa kupna Warner Bros. przez Paramount-Skydance stanowi zagrożenie monopolowe i łamie przepisy ustawy Clayton Act. Dodatkowo odrębny pozew złożyła Gildia Scenarzystów. Paramount uznało, że dla firmy będzie lepsze, by jak najszybciej doszło do procesu, w którym - jak wierzą szefowie koncernu - dojdzie do odrzucenia złożonych przeciwko umowie pozwów. Oto fragment komunikatu prasowego studia: Dzisiejsze porozumienie to znaczące zwycięstwo, ponieważ jego rezultat jest dokładnie tym, do czego dążyliśmy od samego początku: bezpośrednią drogą do procesu opartego na dowodach. To najszybszy i najbardziej przejrzysty sposób, by wykazać, że ta transakcja sprzyja konkurencji, przynosi korzyści konsumentom i twórcom – do takiego samego wniosku doszły już dziesiątki organów ochrony konkurencji na całym świecie. Definicje rynku przedstawione przez stronę powodową nie mają żadnego związku z realiami współczesnego rynku i nie wytrzymują krytycznej analizy. Z niecierpliwością czekamy na możliwość przedstawienia naszych argumentów przed sądem. Prokurator generalna stanu Nowy Jork Letitia James (którą na wszystkie sposoby próbowali usunąć ze stanowiska ludzie Donalda Trumpa) opublikowała następujące oświadczenie: Od pracowników i twórców, którzy ożywiają historie na ekranie, po rodziny kupujące bilety do kin – niezgodne z prawem przejęcie Warner Bros. przez Paramount jest niekorzystną transakcją dla wszystkich, którzy polegają na konkurencyjnym rynku rozrywki. Wstrzymanie tej fuzji na czas trwania postępowania stanowi istotne zwycięstwo w naszych działaniach na rzecz egzekwowania prawa oraz ochrony branży filmowej i telewizyjnej. Liczę na dalsze prowadzenie tej sprawy, aby doprowadzić do zablokowania tej niezgodnej z prawem fuzji. Aktualnie strony pracują nad wspólnym wnioskiem o wyznaczenie daty procesu. Ma on zostać złożony w sądzie do 31 lipca.