Hugo Tarres o życiu między filmem a muzyką | Soundtrack #1

Kim naprawdę jest Hugo Tarres? Czego słuchałby Dante z "Pieprzyć Mickiewicza"? Jakie filmy miały największy wpływ na jego twórczość? I czy kino może zmienić sposób, w jaki słuchamy muzyki? O tym wszystkim rozmawiamy w premierowym odcinku "Soundtrack". "Soundtrack" to nowy program Filmwebu poświęcony temu, co łączy kino i muzykę. W każdym odcinku Marcin Tarkowski zaprasza osoby ze świata muzyki, by porozmawiać nie tylko o ich twórczości, ale także o filmach, które je ukształtowały, inspiracjach, ulubionych ścieżkach dźwiękowych i osobistych kinowych doświadczeniach. Gościem premierowego odcinka jest Hugo Tarres – artysta, który od lat porusza się między aktorstwem a muzyką. Występował m.in. w "Hamlecie" Jana Englerta w Teatrze Narodowym oraz w serii filmów "Pieprzyć Mickiewicza", a od niedawna rozwija także swoją solową karierę muzyczną.  Materiał został zrealizowany w Kinie Wisła.

Nie chciała rozebrać się w "Grze o tron". Spotkał ją hejt

Marsz wstydu Cersei Lannister z piątego sezonu "Gry o tron" do dziś pozostaje jedną z bardziej pamiętnych scen serialu. Choć bohaterka pojawia się w niej nago, grająca ją Lena Headey nie zdecydowała się wystąpić w tej scenie bez ubrania. Podczas realizacji twórcy skorzystali więc z pomocy dublerki oraz speców od efektów komputerowych. W rozmowie z „The Telegraph” Headey przyznała, że po premierze głośnego odcinka musiała zmierzyć się z internetowym hejtem ze strony części publiczności.  Lena Headey: Niektórzy uznali, że jestem gorszą aktorką, bo nie pokazałam piersi- Naprawdę zszokowała mnie skala tej złości i przekonanie, że oszukałam widzów - wspomina aktorka - Ale wtedy wszyscy już rozpoznawali obsadę, a sama możliwość wyjścia gdziekolwiek graniczyła z cudem. Na planie tej sceny było trzy tysiące statystów. Aktorstwo daje ogromną radość, ale też bardzo wiele od ciebie wymaga. Nie byłabym w stanie zagrać emocjonalnej strony tej sceny - cały czas byłabym skupiona wyłącznie na obronie samej siebie. Headey podkreśla, że decyzja nie wynikała z niechęci do scen nagości jako takich. Jej zdaniem w przypadku marszu wstydu najważniejsze było oddanie emocjonalnego stanu Cersei, a nie dosłowne pokazanie ciała. Już kilka lat temu w rozmowie z „Entertainment Weekly” Headey tłumaczyła swoje stanowisko. - Niektórzy uznali, że jestem gorszą aktorką, bo nie pokazałam piersi - mówiła - To było naprawdę zaskakujące. Grałam już w scenach nagości i nie mam z nimi problemu. Ale jestem bardzo emocjonalną aktorką i właśnie emocje napędzają moją pracę. Żeby dobrze wykonywać swój zawód, pozwalam sobie być całkowicie bezbronna. Nie umiem pracować inaczej. Wszystko bardzo mocno na mnie oddziałuje. Perspektywa spędzenia trzech dni nago na planie, próbując jednocześnie zachować emocjonalny stan Cersei, sprawiłaby, że byłabym pełna złości. A nie chciałam być zła. Nie sądzę, by Cersei w tej scenie kierowała się złością. Dlatego zrobiłam to w sposób, który moim zdaniem najlepiej oddawał jej emocje.  W najnowszym wywiadzie Headey szerzej opowiedziała również o realiach pracy aktorek w Hollywood. Przyznała, że na początku kariery rozbierane sceny traktowano niemal jako obowiązkowy element kobiecych ról. - Każda młoda aktorka musiała przejść przez pewnego rodzaju rytuał inicjacji - wspomina - Headey - Zwykle oznaczało to całowanie się na ekranie, zakochiwanie, sceny seksu i pokazywanie piersi. Nazywano to rolami naiwnych bohaterek, żeby brzmiało bardziej elegancko. Jak dodała, z biegiem lat nauczyła się stawiać granice, czego nie potrafiła na początku kariery. Jej zdaniem doświadczenie zdobyte przed rozpoczęciem pracy nad "Grą o tron" pozwoliło jej świadomie podjąć decyzję o wykorzystaniu dublerki i skupić się na aktorskiej stronie jednej z najważniejszych scen w serialu.Zwiastun serialu "Gra o tron"

Kobiety modliszki i kryzys męskości w "Polowaniu na muchy"

Publikujemy kolejny nagrodzony tekst w 11. edycji konkursu krytycznofilmowego "Powiększenie", który w tym roku przebiegł pod hasłem roku Andrzeja Wajdy. Uhonorowany wyróżnieniem Jan Brzozowski przygląda się w swoim artykule "Polowaniu na muchy". Co nakręcony pod koniec lat 60. film Wajdy może zaoferować współczesnemu widzowi? I czy to prawda, że kobiety są tu szwarccharakterami? A może są nimi – jak pisze autor – "zniewieściali samce-alfa"? Czy może ktoś inny...  POD LINKIEM możecie się też zapoznać ze zwycięskim tekstem Magdaleny Guzik poświęconym "Dyrygentowi" Wajdy. *** Dialog jako osobny gatunek literacki praktycznie już dziś nie istnieje. Wielka szkoda, bo tradycję ma piękną – od Platona po Oscara Wilde'a – związaną z filozofią i krytyką sztuki. Autor „Portretu Doriana Greya” wykorzystał go w sposób mistrzowski w słynnym tekście „Krytyk jako artysta”. Wykreował w nim dwóch bohaterów, Gilberta i Ernesta, rozdzielił pomiędzy nich różne racje, a następnie przez kilkadziesiąt stron roztrząsał, kim w zasadzie jest krytyk i jaka jest jego rola. Do eseju Wilde'a nawiązał wiele lat później A.O. Scott, wieloletni recenzent filmowy New York Timesa, wykorzystując dokładnie tę samą formułę w książce „Better Living Through Criticism”. Fikcyjny dwugłos posłużył Amerykaninowi do rzeczy równie karkołomnej: zebrania dowodów na to, jak bardzo potrzebujemy dziś jakościowej krytyki filmowej. Umiejętnie napisany dialog spełnia co najmniej dwie funkcje. Po pierwsze, w sposób niezrównany buduje dramaturgię tekstu. Jego struktura opiera się w końcu na konfrontacji, ciągłym wadzeniu się autora z samym sobą bądź sztucznie spreparowanym przeciwnikiem. Po drugie, dialog pozwala wybrzmieć polemice, jaka wytworzyła się wokół opisywanego zjawiska. Daje przestrzeń na zaprezentowanie różnych punktów widzenia, nie zawsze doprecyzowując, który z nich jest właściwy. Siłą rzeczy najlepiej sprawdza się więc w przypadku dzieł bądź tematów kontrowersyjnych, prowokujących do żywej dyskusji.  „Polowanie na muchy” do takiej dyskusji z pewnością prowokuje – tak samo dziś, jak w dniu premiery, 56 lat temu. Na pozór frywolna komedia, a pod powierzchnią jeden z najbardziej problematycznych i niejednoznacznych filmów w dorobku reżyserskim Andrzeja Wajdy. Bo w kogo właściwie wycelowane jest tu ostrze satyry? W zniewieściałych samców-alfa czy pożerające tych samców kobiety-modliszki? Czy „Polowanie na muchy” to film mizoginiczny, a może wręcz przeciwnie? I co ma do zaoferowania współczesnemu widzowi?  Odpowiedzi na te oraz kilka innych pytań szukać będą M i K. Krytycy filmowi, studenci filmoznawstwa, a może po prostu dwie osoby żywo zainteresowane kinem. W gruncie rzeczy to bez znaczenia. Liczy się wyłącznie fakt, że M i K wyszli właśnie z seansu „Polowania na muchy”. I jak to często bywa: każdy z nich obejrzał ten sam, a tak naprawdę zupełnie inny film. Rzecz dzieje się w drodze z kina do domu. Bohaterowie idą chodnikiem w milczeniu, każdy pogrążony jest w swoich myślach. W końcu cisza zostaje przerwana. M: I co myślisz? K: To chyba najgorsze pytanie, jakie można zadać od razu po filmie. Ale jeżeli już musisz wiedzieć: nie podobało mi się. M: Nie podobało? Czemu? K: W dużym skrócie? Wajda nigdy nie powinien był zabierać się za komedie. Brakowało mu czegoś tak podstawowego, jak dystans do siebie i rzeczywistości. Nawet kiedy opowiadał pozornie błahe historie, to zawsze z trudnym do zniesienia zadęciem, charakterystycznym dla wielkich reżyserów z dorobkiem. „Polowanie na muchy” jest właśnie takim filmem – nakręconym przez kogoś, kto czuje się moralnie lepszy od wszystkich dookoła i daje temu wyraz za pośrednictwem sztuki. M: A czy nie jest czasem tak, że aby coś skrytykować albo wyśmiać, trzeba – chociaż na chwilę – postawić się ponad tym? Musimy najpierw spojrzeć na jakąś rzecz z góry, aby następnie wypunktować wszystkie jej wady i absurdy. Jeżeli chodzi natomiast o błahe historie i rzekome zadęcie: przypomnij sobie „Niewinnych czarodziei”. Nie ma w polskiej kinematografii drugiego filmu, który byłby opowiedziany z taką swobodą i bez pretensji. K: Zgoda, „Niewinni czarodzieje” są wyjątkowi, ale to w równym stopniu sukces Wajdy, co Skolimowskiego i Andrzejewskiego, którzy napisali scenariusz i pomogli reżyserowi uchwycić ducha czasu. Współpraca z Januszem Głowackim nie była tak samo udana. Świat, który stworzyli z Wajdą w „Polowaniu na muchy” jest sztuczny i całkowicie niewiarygodny. Bohaterowie są przerysowani do granic możliwości, a humor czerstwy i żenujący. M: W sprawie humoru nie ma się co spierać. Jednych bawi, drugich nie. Ja na scenie przyjęcia w Nieporęcie nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Co do innych zarzutów... Wydaje mi się, że zabierasz się do tego filmu od złej strony. Wszystkiemu winne jest podejście, które wpojono nam za młodu: że sztuka równa się mimesis. Jeżeli coś nie naśladuje rzeczywistości, tylko ją parodiuje, przedrzeźnia albo deformuje, to od razu mamy z tym kłopot. Nie wiemy, co zrobić, nie potrafimy oceniać książek i filmów w innych kategoriach. Tymczasem od „Polowania na muchy” bije wielkimi literami: S-A-T-Y-R-A. I właśnie dlatego wszystko jest tutaj przerysowane: rodzina głównego bohatera, jego otoczenie, nieudolność i potulność względem postaci granej przez Małgorzatę Braunek. Wajda wziął realistyczne opowiadanie Głowackiego i zamienił je w groteskową farsę, która chlasta po równo obie płcie. K: Satyra nie powinna być wytłumaczeniem dla wszystkich słabości filmu, poza tym Wajda ewidentnie się w tej konwencji nie odnajduje. Szuka elementów komediowych w grubej karykaturze i uproszczeniu. Z głównego bohatera robi kompletnego pajaca, a z jego kochanki – krwiożercze monstrum. Satyryczne widzenie świata nigdy nie było jego mocną stroną. To Andrzej Munk w czasach ich wielkiej rywalizacji kręcił filmy, które zakrzywiały rzeczywistość i drwiły z naszych narodowych przywar. Wajda tymczasem tworzył konsekwentnie w konwencji śmiertelnie poważnej: jak w „Kanale” albo „Popiele i diamencie”. Nie potrafił się zdystansować. W „Polowaniu na muchy” próbuje tego wreszcie dokonać, ale – jak głosi znane porzekadło – starego psa nie da się nauczyć nowych sztuczek. Swoją drogą, nie byłbym taki pewien, czy obu płciom rzeczywiście dostaje się w „Polowaniu”... po równo. Mężczyzna jest tutaj przedstawiony jako ofiara, a otaczające go kobiety jako niebezpieczne drapieżniki. Irena i Hanka tłamszą Włodka, metodycznie go sobie podporządkowując. Różnica polega na tym, że jedna z nich robi to w sposób ostentacyjny, a druga – jako żona – stosuje nieco bardziej wyrafinowane metody. W ostatniej scenie Wajda obie bohaterki jednak ze sobą zrównuje – ich zachowanie jest tak samo destrukcyjne dla głównego bohatera.  M: Twierdzisz, że Wajda wchodzi tutaj na grunt zupełnie sobie nieznany. Według mnie „Polowanie na muchy” jest natomiast przedłużeniem tendencji, które pojawiały się w jego twórczości wcześniej. Relacje i konflikty damsko-męskie często odgrywały w jego filmach istotną rolę, żeby znów nawiązać do „Niewinnych czarodziei”, a silne postacie kobiece, górujące nad  słabszymi mężczyznami, miały pole do popisu w „Powiatowej Lady Makbet” czy „Samsonie”. Estetyka, w której utrzymane zostało „Polowanie…”, również nie jest w dorobku Wajdy niczym nowym. To konsekwencja nowofalowych poszukiwań reżysera, zapoczątkowanych w „Niewinnych czarodziejach”, a kontynuowanych w „Miłości dwudziestolatków”, „Przekładańcu” i „Wszystko na sprzedaż”. W przeciwieństwie do ciebie, mnie akurat cieszy, że Wajda nie zatrzymał się w tonacji minorowej i nie kręcił do końca życia kolejnych „Kanałów” czy „Katyniów”. Takie filmy jak „Polowanie na muchy” – nawet jeżeli nie do końca udane – są świadectwem jego artystycznej żywotności. Kto wie, być może miarą prawdziwego artysty jest właśnie to, że nigdy nie przestaje eksperymentować, za każdym razem ryzykując i wystawiając się na potencjalne pośmiewisko.  K: No dobrze, rozumiem. Do pewnego stopnia jestem nawet w stanie się z tobą zgodzić. Ale co masz do powiedzenia na temat portretu kobiet w tym filmie? Czy naprawdę uważasz, że perspektywa Wajdy nie jest mizoginiczna? M: Dla mnie sytuacja jest co najmniej niejednoznaczna. Na pierwszy rzut oka to właśnie kobiety są tutaj głównym celem ataku. Okrutne i pozbawione empatii, doprowadzają mężczyznę na skraj szaleństwa. Wajda widział jednak ten film trochę inaczej – jako odwrócenie mitu o Pigmalionie i Galatei, do którego nawiązują zresztą subtelnie w epizodzie z Danielem Olbrychskim. Zamiast mężczyzny rzeźbiącego kobietę otrzymaliśmy sytuację przeciwną – niezwykle kłopotliwą z punktu widzenia kruchego, męskiego ego. Nie ulega wątpliwości, że to kobiety są w „Polowaniu na muchy” prawdziwie sprawcze. To one dzierżą władzę i rozdają karty. Nawet pod względem aktorskim – Małgorzata Braunek i Ewa Skarżanka właściwie w każdej scenie dociskają biednego Zygmunta Malanowicza do parkietu. Sytuacja wyglądałaby pewnie trochę inaczej, gdyby Wajda zdecydował się koniec końców na Bogumiła Kobielę... K: Kobiela byłby z pewnością bardziej interesującym wyborem. Odbiegamy jednak w tym momencie od tematu, a ja wciąż mam wrażenie, że coś mi w „Polowaniu”... nie pasuje. Może chodzi o to kruche, męskie ego, o którym wspomniałeś... Bo czy nie jest czasem tak, że cały film potraktować można jako projekcje lęków dwóch facetów w średnim wieku, którzy stracili kontakt ze współczesnością? Rewolucja seksualna ich przerosła, a druga fala feminizmu zastała z ręką w nocniku. Wajda i Głowacki nie rozumieją przemian obyczajowych, boją się ich efektów. W związku z tym zaczynają demonizować kobiety – te same kobiety, które po latach patriarchalnego ucisku wreszcie mają okazję zaznać odrobiny władzy i kontroli. Biada im, bo mają czelność z tej okazji skorzystać! Zapamiętaj to sobie: sprawczość bohaterek nie oznacza z automatu, że dany film jest postępowy. W „Seksmisji” kobiety też dzierżyły władzę, ale nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby komedii Machulskiego feministyczną. I jeszcze jedna sprawa: zwróć proszę uwagę na język, którym posługuje się w filmie Irena. „Każda świadomość jest świadomością czegoś”, „urzeczowienie rzeczywistości”, „zinfantylizowana popkultura”. To nie bohaterka wymyśliła to pretensjonalne pustosłowie, którym strzela z prędkością karabinu maszynowego. Ona je zasłyszała albo wyczytała. Gdzie? Od kogo? Odpowiedź jest oczywista: od mężczyzn. Intelektualistów, z którymi stykała się na uczelni, studentów i profesorów perorujących na temat teorii Ingardena i Jakobsona. Irena jest w takim samym stopniu Pigmalionem co Galateą, stworzoną przez męskie środowisko akademickie, z którym na co dzień obcuje. M: Wszystko, co mówisz jest bardzo ciekawe. Nie dostrzegasz jednak, że argumenty, które podajesz, przemawiają za filmem Wajdy, nadając mu drugie dno. Jeżeli podążymy dalej twoim tokiem rozumowania, to odkryjemy, że reżyser stawia na ławie oskarżonych nie kobiety, ani mężczyzn, ale całą nowoczesną kulturę, która tworzy takich ludzi jak Irena – młodych snobów i karierowiczów pozbawionych kręgosłupa moralnego. Pewnie dlatego tuż po premierze filmu Wajdzie oberwało się najmocniej wcale nie od kobiet, ale od młodzieży, która intuicyjnie wyczuła, że „Polowanie na muchy” wymierzone jest przeciwko niej.  K: A moim zdaniem wyczuła, że coś jest z jej wizerunkiem nie tak; że obcuje na ekranie z czystą fantazją, która nijak nie odpowiada rzeczywistości. Młodzi ludzie od razu wychwytują każdy fałsz, kiedy mają do czynienia z portretem swojego pokolenia.  M: Trudno im dogodzić, to fakt. Na obronę Wajdy dodam tylko, że jest on w "Polowaniu na muchy” nastawiony krytycznie właściwie do wszystkiego. Jeżeli kultura przedstawiona jest tu jako snobistyczna bańka, zarezerwowana dla elit, to natura sportretowana zostaje jako destrukcyjna siła, uruchamiająca w ludziach pierwotne instynkty. Człowiek zostaje zdegradowany w „Polowaniu na muchy” do roli oczytanej małpy – analogie pomiędzy cywilizacją ludzką i królestwem zwierząt budują fragmenty dokumentów przyrodniczych oglądanych w telewizji przez rodzinę Włodka. Jesteśmy, przynajmniej zdaniem Wajdy, wyłącznie elementem łańcucha pokarmowego, a nasza aktywność ogranicza się do walki o terytorium i zaspokajania pragnień. K: Wielkie odkrycie pana reżysera. M: I po co ta ironia? K: Jest odpowiedzią na banały, które podawane są w tym filmy jako błyskotliwe spostrzeżenia, a których ty próbujesz teraz bronić, ubierając je w piękne słowa. M: Ty mówisz: banały, ja mówię: prawdy uniwersalne. To właśnie te „błyskotliwe spostrzeżenia” sprawiają, że „Polowanie na muchy” jest czymś więcej niż tylko dokumentem epoki. O filmie Wajdy rozmawia się tak samo dobrze dzisiaj jak ponad 50 lat temu. Czy tego chcesz, czy nie: właśnie to udowodniliśmy.  W tym momencie M i K dotarli do skrzyżowania. Podali sobie ręce, a potem każdy z nich poszedł w swoją stronę. Minęło trochę czasu, zanim znów wybrali się razem do kina.