Trzymać precyzję w szarży. Żegnamy Jana Frycza
Herbatki bym się napił, herbatki, z cukrem bez cytrynki – te słowa i następującą po nich scenę, w trakcie której gangster Dario wbija w grunt pozującego na człowieka z miasta rapera Pioruna, widział chyba każdy, kto w ostatnich kilkunastu latach miał kontakt z Internetem. I zapewne wielu, zwłaszcza młodszym widzom w Polsce, zmarły niedawno aktor Jan Frycz kojarzy się głównie jako Dario z serialu "Ślepnąć od świateł". Faktycznie, jest to rola znakomita, wręcz wybitna. Dario, postać będąca uosobieniem zła, woli mocy i instynktu przetrwania, władca najniższego kręgu przestępczego piekła przychodzący upomnieć się od duszę kręcącego się po jego bezpiecznych obrzeżach młodego dilera – to wymarzona, a zarazem piekielnie trudna rola. Bo odtwarzając ją bardzo łatwo można było przeszarżować, wpadając niezamierzenie w rejony autoparodii. Frycz jako Dario jest jednak bezbłędny, jak każdy prawdziwy diabeł jest jednocześnie przerażający i komiczny w swojej demoniczności, swojsko wciągający do spoufalenia, ale i emanujący nieziemską aurą piekielnej niesamowitości. I to właśnie umiejętność utrzymania precyzji i dyscypliny w aktorskiej szarży, tworzenia postaci tyleż odstręczających, co tak fascynujących, że nie jesteśmy w stanie oderwać od nich wzroku, była rozpoznawczym znakiem oraz największym talentem Frycza. Dlatego aktor najlepiej sprawdzał się albo w rolach u reżyserów uwielbiających posługiwać się przerysowaniem, groteską i przesadą – jak Mariusz Treliński czy Łukasz Barczyk – albo w kinie gatunkowym, lubującym się w rysowanych mocną kreską komiksowych, większych niż życie postaciach. "Ślepnąc od świateł" (2018) Półświatek i wielki świat Pierwsza rola Frycza, która przeszła do pamięci widzów w Polsce, to właśnie epizod w gatunkowym klasyku z lat 80. – "Wielkim Szu" (1982) Sylwestra Chęcińskiego. Aktor pojawia się w tej produkcji jako jedna z ofiar tytułowego bohatera, zawodowego szulera i oszusta, przemierzającego kraj coraz bardziej ogarniętego chciwością PRL-u i przy pomocy kart wymierzającego karę jeszcze gorszym od siebie postaciom. Frycz pojawia się w filmie w roli Jarka, zepsutego dziecka peerelowskiej nomenklatury, syna wpływowego ojca i zięcia badylarza. Gdy tytułowy Szu i towarzysząca mu prostytutka odwiedzają go w jego podwarszawskiej willi, Jarek przyjmuje ich jak pan na włościach, w każdym geście podkreślając pewność swojego przywileju. Aż przegrywa wszystko z Szu i zmienia się w zapłakany wrak człowieka, na przemian błagając na kolanach, by szuler nie odbierał mu dewiz i zachodniego samochodu, a potem grożąc, że "zgnoi" jego i towarzyszącą mu kobietę. W kilku ujęciach Frycz buduje zapadająca w pamięć, przechodzącą przez całe spektrum sprzecznych emocji postać. We wspomnianej scenie dochodzi do spotkania wielkiego świata (na miarę późnej Polski Ludowej) i przestępczego półświatka, co zapowiada poniekąd późniejszą drogą zawodową Frycza, na której często będzie obsadzany zarówno w rolach gangsterów, jak i arystokratów krwi i ducha, zbirów emanujących niebezpieczeństwem i wyrafinowanych, dekadenckich estetów. Na wyżyny gnijącej w swoim wyrafinowaniu dekadencji Frycz wzbija się w roli Atanazego Bazakbala w "Pożegnaniu jesieni" (1990) Mariusza Trelińskiego. Frenetyczna, pędząca na złamanie karku, podejmująca dialog z kinem Żuławskiego, lubująca się w estetycznym ekscesie adaptacja Witkacego okazuje się doskonałym medium dla talentu aktora. Dekadę później Frycz stworzy u Trelińskiego kolejną zapadająca w pamięć kreację: architekta Filipa w "Egoistach" (2000), mężczyznę pogrążonego w rozpaczy po rozstaniu z młodszym kochankiem, zmierzającego ku samozatraceniu. Scena, gdy Filip ubrany w długi skórzany płaszcz zbiera grupę żołnierzy z warty pod Grobem Nieznanego Żołnierza i udaje się z nimi na orgiastyczną imprezę do koszar, gdzie musztruje żołnierzy jak kapitan występku, należy do jednych z najbardziej niezwykłych w polskim kinie przełomu wieków i nie udałaby się, gdyby nie charyzma aktora. "Pożegnanie jesieni" (1990) W podobnych estetycznych rejestrach Frycz porusza się w "Nieruchomym poruszycielu" (2008) Łukasza Barczyka. Wciela się tam w rolę dyrektora fabryki w małym miasteczku, gdzie zakład jest największym pracodawcą. Skupia wokół siebie grupę mężczyzn, traktujących go jak banda gangsterów swojego charyzmatycznego wodza. Zapatrzeni w dyrektora młodsi pracownicy nazywają go nawet Generałem. Historia koncentruje się na relacji Generała z jedną z jego pracownic, którą wykorzystuje, poniża, stara się zupełnie sobie podporządkować, a przy tym jest bezradny wobec afektów, jakie ona w nim wyzwala. Oniryczny, porównywany z kinem Lyncha film bada mroczne fantazje o splocie władzy i seksu, panowaniu i poniżeniu, pozwalając stworzyć Fryczowi zupełnie wyjątkową w polskim kinie kreację postaci emanującej mroczną, sadystyczną seksualną energią; jedną z tych, jaką moglibyśmy zobaczyć w którymś z odcinków "Miasteczka Twin Peaks". Nawet w słabszych gatunkowych produkcjach, które raczej nie zapiszą się w historii polskiego kina tak jak "Wielki Szu", Frycz potrafił tworzyć zapadające w pamięć kreacje. W "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa" (2019) Macieja Kawulskiego najbardziej ekscytuje rola Frycza jako gangstera prowadzącego stołeczny antykwariat, zachowującego się jak inteligent starej szkoły, do momentu, gdy okoliczności wymagają odsłonięcia kłów. Poza typem Aktorskie możliwości Frycza nie ograniczały się przy tym do pary gangster-arystokrata-esteta. Aktor doskonale potrafił radzić też sobie w rolach komediowych, zwłaszcza tych, które wymagały dyskretnego, lirycznego komizmu. Wspaniale udaje się mu go wydobyć w "Spisie cudzołożnic" (1994) Jerzego Stuhra, gdzie ma malutką rólkę jako Jerzy Zgółka, psychiatra, do którego główny bohater przychodzi leczyć się z wymyślonej choroby alkoholowej, próbując w ten sposób zbliżyć się do upragnionej żony lekarza. Frycz, na ogół dominujący na ekranie i narzucający swoją obecność całemu planowi, gdy trzeba potrafił się też usunąć się w cień, grając wspierający historię i głównego bohatera drugi plan. W "Kawalerskim życiu na obczyźnie" (1992) Andrzeja Barańskiego bardzo oszczędnie budował rolę Hermana, pomocnika właściciela obwoźnej karuzeli, u którego zatrudnia się główny bohater – robotnik z początku wieku, w Niemczech uczący się dorosłego życia, zwłaszcza spraw płci. "Kawalerskie życie na obczyźnie" (1992) Z kolei w "Zwolnionych z życia" (1992) Waldemara Krzystka aktor przekonująco pokazywał mężczyznę, który po pobiciu przez SB traci pamięć, wpada w kryzys bezdomności, wiążąc swój los z kobietą uznawaną powszechnie za niespełna rozumu. Frycz, na ogół odgrywający imponujące, groźne postaci, tu doskonale potrafił pokazać słabość, lęk, zagubienie, poczciwą przeciętność. Nikt tak tego nie zagra Frycz stworzył też cały szereg uznanych ról w teatrze. Przynajmniej jedną z jego wybitnych kreacji na scenie możemy obejrzeć dzięki rejestracji dla Teatru Telewizji – w "Wycince" Krystiana Lupy, adaptacji powieści Thomasa Bernharda pod tym samym tytułem. Frycz odgrywa tam rolę aktora Teatru Narodowego, na którego spóźnione przybycie oczekują goście kolacji gromadzącej wiedeńską artystyczną elitę. Frycz w swojej grze genialnie łączy artystowskie pretensje i drobnomieszczańską małostkowość, pokazuje gigantyczne, narcystycznie rozdęte ego swojej postaci, pod którym kryje się cały szereg wewnętrznych słabości. Doskonale ucieleśnia w ten sposób ociekającą jadem bernhardowską satyrę. Oglądając go w tej roli mamy rzadkie poczucie absolutnie trafionego wyboru obsadowego; tego, że nikt inny tak tego by nie zagrał. Także o wielu filmowych rolach Frycza – Daria, Generała u Barczyka, Filipa z "Egoistów" – możemy powiedzieć to samo. I to jest najlepsza miara talentu aktora.










































































































