CANNES 2026: Miłość i jej trudne oblicza. Przeczytajcie nasze recenzje

Kolejny dzień w Cannes przynosi pokazy kolejnych wyczekiwanych filmów. Dziś mamy dla Was recenzje takich tytułów, jak "Gentle Monster" Marie Kreutzer z Léą Seydoux w roli głównej, najnowszego dzieła japońskiego reżysera Ryûsuke Hamaguchiego –  "All of a Sudden", francuskiego filmu z polskimi akcentami "Flesh and Fuel" – w jednej z głównych ról Julian Świerzewski, a także "The Beloved" – nowego filmu Rodrigo Sorogoyena, twórcy "Bestii".  Recenzje filmów w całości można już przeczytać na ich kartach. Recenzja filmu "Gentle Monster", reż. Marie KreutzerPogarda autorka: Daria Sienkiewicz Pisząc scenariusz do "Gentle Monster", Marie Kreutzer zadała sobie jedno bardzo ważne pytanie: czego lękam się w życiu najbardziej?. "Krzywdy mojego dziecka albo tego, że mój partner popełni jakąś okropną zbrodnię" – przyznała w wywiadzie dla Hollywood Reporter. Gdy w 2020 roku do ręki wpadł jej reportaż ujawniający, że sprawcami przemocy seksualnej wobec dzieci są najczęściej członkowie najbliższej rodziny, poczuła, że nie może pozostać na ten temat obojętna. Trzy lata później Austriaczka doznała szoku, dowiadując się, że Florian Teichtmeister, aktor, z którym współpracowała przy "W gorsecie", został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu za posiadanie i produkcję pornografii dziecięcej. Wahając się nad porzuceniem projektu, doszła do wniosku, że "Gentle Monster" musi powstać – jako ostrzeżenie oraz wyraz niezgody na przemoc, która nadal objęta jest tabu i co gorsza – pozostaje niewidoczna dla oczu. Kreutzer interesuje to, co ukryte jest pod powierzchnią, dlatego ziarno niepewności zasiewa w widzu już na początku filmu. W otwierającej scenie "Gentle Monster" Lucy (Léa Seydoux)  błądzi palcami po klawiszach fortepianu, śpiewając pod nosem "Would I Lie to You?" duetu Charles & Eddie. Jej kojący, przepełniony smutkiem głos po chwili zagłusza czyjś ciężki i nierówny oddech. Jej mąż ma właśnie atak paniki. Lucy uspokaja Philipa (Laurence Rupp) i chwilę później wraca do instrumentu, by wyśpiewać jeszcze kilka linijek refrenu. Wówczas nie wie jeszcze, że piosenka, którą wybrała do swojego koncertowego repertuaru okaże się zwierciadlanym odbiciem jej małżeństwa.  Całą recenzję filmu "Gentle Monster" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.Recenzja filmu "All of a Sudden", reż. Ryûsuke HamaguchiHamagunitude autor: Łukasz Mańkowski Niektóre rzeczy biorą cię z zaskoczenia. Bez zapowiedzi, bez przygotowania – po prostu wydarza się coś dobrego, coś tak dziwnie pięknego, że na chwilę przesuwa to rzeczywistość o kilka centymetrów. Tak właśnie dzieje się w życiu bohaterek "All of a Sudden". I tak samo zadziałał na mnie nowy Hamaguchi. To absolutny masterclass z jego kina: tematów, emocjonalnych napięć i poetyki, które japoński reżyser rozwija od lat. Film będący nie tyle kolejnym etapem kariery, co potwierdzeniem pełnej krystalizacji stylu twórcy, który już dawno wyrósł na jednego z największych współczesnych mistrzów kina. Bo umówmy się – takie rzeczy zazwyczaj się nie udają. Te wszystkie próby łączenia Zachodu ze Wschodem, gdy azjatyccy twórcy wchodzą na obcy grunt kulturowy – albo, co gorsza, zachodni twórcy próbują "opowiadać Azję" – kończą się najczęściej albo karkołomną próbą kulturowej translacji, albo bezpiecznym kinem środka, często podszytym orientalizującym spojrzeniem. Dzień wcześniej oglądam w Cannes nowego Farhadiego ("Historie równoległe") i jednocześnie marzę, by Hamaguchi nie poszedł tą samą drogą. Na szczęście mówimy o twórcy, który jest dziś na zupełnie innym etapie. Każdy kolejny film potwierdza jego nieustanny rozwój, a francuski kontekst okazuje się dla niego twórczą pożywką, nie pułapką. Zaprasza do jeszcze bardziej intelektualnie nasyconego dialogu – i Hamaguchi korzysta z tego zaproszenia z imponującą swobodą. Historia "All of a Sudden" przypomina trochę finałową nowelę z "W pętli ryzyka i fantazji" – tę, w której dwie kobiety przypadkiem mijają się na ruchomych schodach i przez krótką chwilę obie są przekonane, że rozmawiają z kimś znajomym. Bardzo szybko okazuje się, że żadna nie ma racji, ale pomiędzy pomyłką a rozmową rodzi się coś znacznie ciekawszego: fascynacja drugim człowiekiem i jego życiorysem. Całą recenzję filmu "All of a Sudden" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.Recenzja filmu "Flesh and Fuel", reż. Pierre Le Gall,Tirowcy (Grupa zamknięta) autor: Jan Tracz Restauracja. Przy stoliku siedzą mężczyzna i kobieta. Zamawiają jedzenie i wino. Rozmawiają. On jest wyraźnie zakłopotany. Ona ewidentnie zaintrygowana. Widać, że oboje się znają. Powoli wyłapujemy kolejne fakty: to, że on jest uznanym reżyserem, a ona aktorką skazaną na role w serialach, w których nie dostaje przestrzeni na złożone kreacje. Mężczyzna mówi, że dostrzega w niej talent; że być może ma to w genach – w końcu jest córką reżysera i aktorki filmowej. Dopiero chwilę później dadzą nam do zrozumienia, że tym ojcem jest niejaki Esteban Martinez (Javier Bardem) – światowej sławy reżyser hiszpańskiego pochodzenia, nagradzany Oscarami i Złotą Palmą. Ten sam, który przez większość jej życia był w nim zasadniczo nieobecny. Ten sam, którego nie widziała od ponad dekady. I ten sam, który właśnie siedzi przy stoliku i drży przed decyzją swojej córki.  W podobny sposób relacje swoich bohaterów Rodrigo Sorogoyen rozpisywał już w "Bestiach", swoim poprzednim filmie, pokazywanym w 2022 roku w sekcji Cannes Premiere: odpalamy kamerę, wrzucamy bohaterów, a stopniowo ujawniane informacje z ich przeszłości zmuszają nas do przewartościowania wszystkich ich dotychczasowych interakcji. W efekcie "Bestie", choć nie zaskakiwały fabularnie, poprzez grę z emocjonalnym stosunkiem widza do tego, co na ekranie, były w stanie dostarczyć (!) to, co często lubimy nazywać mianem katharsis. I chyba największym problemem "The Beloved", jego najnowszego projektu – pokazywanego już prawilnie w sekcji konkursowej canneńskiego festiwalu – jest jego niezdolność do wywracania oczekiwań. O ile w "Bestiach" Sorogoyen wyrzucał asy z rękawa na przestrzeni całego metrażu, o tyle w "The Beloved" wszystkie karty umieszcza na stole już w pierwszych minutach. Całą recenzję filmu "Flesh and Fuel" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.Recenzja filmu "The Beloved", reż. Rodrigo SorogoyenPlan zadośćuczynienia autor: Kacper Rydzewski Restauracja. Przy stoliku siedzą mężczyzna i kobieta. Zamawiają jedzenie i wino. Rozmawiają. On jest wyraźnie zakłopotany. Ona ewidentnie zaintrygowana. Widać, że oboje się znają. Powoli wyłapujemy kolejne fakty: to, że on jest uznanym reżyserem, a ona aktorką skazaną na role w serialach, w których nie dostaje przestrzeni na złożone kreacje. Mężczyzna mówi, że dostrzega w niej talent; że być może ma to w genach – w końcu jest córką reżysera i aktorki filmowej. Dopiero chwilę później dadzą nam do zrozumienia, że tym ojcem jest niejaki Esteban Martinez (Javier Bardem) – światowej sławy reżyser hiszpańskiego pochodzenia, nagradzany Oscarami i Złotą Palmą. Ten sam, który przez większość jej życia był w nim zasadniczo nieobecny. Ten sam, którego nie widziała od ponad dekady. I ten sam, który właśnie siedzi przy stoliku i drży przed decyzją swojej córki.  W podobny sposób relacje swoich bohaterów Rodrigo Sorogoyen rozpisywał już w "Bestiach", swoim poprzednim filmie, pokazywanym w 2022 roku w sekcji Cannes Premiere: odpalamy kamerę, wrzucamy bohaterów, a stopniowo ujawniane informacje z ich przeszłości zmuszają nas do przewartościowania wszystkich ich dotychczasowych interakcji. W efekcie "Bestie", choć nie zaskakiwały fabularnie, poprzez grę z emocjonalnym stosunkiem widza do tego, co na ekranie, były w stanie dostarczyć (!) to, co często lubimy nazywać mianem katharsis. I chyba największym problemem "The Beloved", jego najnowszego projektu – pokazywanego już prawilnie w sekcji konkursowej canneńskiego festiwalu – jest jego niezdolność do wywracania oczekiwań. O ile w "Bestiach" Sorogoyen wyrzucał asy z rękawa na przestrzeni całego metrażu, o tyle w "The Beloved" wszystkie karty umieszcza na stole już w pierwszych minutach. Całą recenzję filmu "The Beloved" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.

Czy to on zagra nowego Jamesa Bonda?

Tom Francis, który zdobył rozgłos dzięki występowi u boku Nicole Scherzinger w głośnym wznowieniu musicalu "Bulwar zachodzącego słońca", znalazł się w gronie aktorów ubiegających się o rolę nowego Jamesa Bonda.Tom Francis: kim jest nowy kandydat do roli Jamesa Bonda?Jak podaje Variety, 26-letni brytyjski aktor miał już wziąć udział w przesłuchaniu. Proces castingu wciąż trwa, a nad wyborem nowego agenta 007 czuwa legendarna reżyserka castingu Nina Gold ("Gra o tron", "Gwiezdne wojny"). Ani przedstawiciele Francisa, ani wytwórnia Amazon MGM Studios nie skomentowali doniesień.  Młody aktor dołącza do długiej listy nazwisk typowanych do przejęcia schedy po Danielu Craigu. Wśród najczęściej wymienianych kandydatów znajdują się m.in. Jacob Elordi, Aaron Taylor-Johnson oraz Callum Turner. W mediach pojawiło się również ostatnio nazwisko Cosmo Jarvisa, jednak jego przedstawiciele zaprzeczyli, jakoby brał udział w castingu. Choć Tom Francis pozostaje przede wszystkim aktorem teatralnym, jego kariera nabiera tempa. Za rolę w "Bulwarze" zdobył prestiżową nagrodę Olivier  oraz nominację do Tony. Echem odbiła się zwłaszcza scena, w której wykonując główny utwór musicalu, aktor spacerował po Broadwayu, śledzony przez kamery transmitujące występ na żywo. Dorobek ekranowy Francisa jest na razie skromny. Aktor pojawił się niedawno w filmie "Jay Kelly", a wkrótce zobaczymy go także w wojennym dramacie sportowym "The Mosquito Bowl" u boku Nicholasa Galitzine i Billa Skarsgårda. Zadebiutował również w telewizji w finałowym sezonie serialu "Ty". Przypomnijmy: nowy film o Jamesie Bondzie wyreżyseruje Denis Villeneuve według scenariusza Stevena Knighta. Stanowiska producentów piastują Amy Pascal i David Heyman. Występ Toma Francisa w "Bulwarze zachodzącego słońca"

"Obsesja" rozpocznie nowy cykl horrorów?

Curry Barker najwyraźniej nie zamierza jeszcze opuszczać świata "Obsesji". Reżyser i scenarzysta horroru, który właśnie trafił do kin, przyznał jednak, że jego film ma sporą "dziurę fabularną" i sam nie bardzo wie, jak ją logicznie wyjaśnić. Mimo to twórca już rozważa sequel albo nawet serialową antologię osadzoną w tym samym uniwersum. "Obsesja" na ekranachW centrum filmu znajduje się One Wish Willow – tajemniczy przedmiot spełniający jedno życzenie. Barker ma po czasie pewne przemyślenia na ten temat. Zauważa, że problem leży w tym, że skoro każdy może z niego skorzystać, świat powinien wyglądać kompletnie absurdalnie. Istniałyby smoki i cała masa szalonych rzeczy – zauważył Barker, dodając, że uniwersum "Obsesji" pozostaje przecież zaskakująco normalne.  Reżyser próbował tłumaczyć to teorią alternatywnych rzeczywistości, ale sam przyznał, że ona również się sypie – zwłaszcza za sprawą sceny, gdy pieniądze dosłownie spadają z sufitu po życzeniu jednego z bohaterów.  Mimo tych problemów Barker nie zamyka tematu. Twórca, który pracuje obecnie także przy projektach dla Blumhouse i A24, przyznał, że bardziej niż "Obsesja 2" kusi go serialowa antologia. Każdy odcinek miałby opowiadać o innym życzeniu, które kompletnie wymyka się spod kontroli, a do projektu mogliby dołączać różni filmowcy ze swoim własnym pomysłem na to uniwersum."Obsesja" – fabuła i zwiastunBear (Michael Johnston) platonicznie zakochany w swojej przyjaciółce Nikki (Inde Navarrette), chce zdobyć serce ukochanej i postanawia spełnić swoje marzenie za pomocą taniej zabawki spełniające życzenia "One Wish Willow". Zabawka naprawdę działa i chłopak otrzymuje dokładnie to, o co prosił, ale wkrótce odkrywa, że niektóre pragnienia mają mroczną, złowrogą cenę.