GDYNIA 2026: Wester wojenny i komedia millenialska?
W 1964 roku Gustaw Holoubek pokazał polską wersję westernu – eastern – grając w "Prawie i pięści" Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana. W 2026 jego syn, Jan Holoubek, wraca do tradycji easternu w filmie "Dziki, dziki wschód", który startuje w Konkursie Głównym tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tymczasem w konkursie Perspektywy mogliśmy zobaczyć millenialską komedię "Czarna godzina" w reżyserii FIlipa Bojarskiego. Filmy recenzują Radosław Czyż i Maciej Kędziora. Za kilka złotówek więcej (recenzja filmu "Dziki, dziki wschód", reż. Jan Holoubek) Małe Zalesie, gdzieś na północno-wschodniej granicy Generalnej Guberni. Szare, styczniowe niebo płynnie przechodzi w pagórkowaty horyzont, który jak blizna na śnieżnym krajobrazie przecinają kolejowe tory. Akurat przejeżdża przez nie pociąg z rzędem pustych wagonów. Z pobliskiego wzgórza przygląda mu się ubrany w czerń mężczyzna na koniu. To Wolff (Itay Tiran), tajemniczy niemiecki urzędnik budzący niepokój lokalnej społeczności. Mieszkańcy Małego Zalesia dobrze wiedzą przecież, czego może tu szukać. Legendy o żydowskim skarbie słyszeli przecież wszyscy. Złoto należące do pewnej zamożnej żydowskiej rodziny przejął polski adwokat Jan Kowalski, który ponoć wyjechał do ciepłych krajów. O tym przynajmniej Wolffa przekonać stara się Kaim (Robert Więckiewicz), który "opiekuje się" posiadłością owej rodziny. Domem, a zarazem biurem Kowalskiego podobnie "opiekuje się" pewna przypadkowa, wiejska rodzina Polaków (w małżonków wcielają się Piotr Trojan i Joanna Kulig), którzy choć niepozorni, odegrają jeszcze w tej historii znaczące role. Równie znaczący są wiecznie pijany ukraiński poeta (Jacek Koman) i jego przybywający do miasteczka nieco później przyjaciel (Oleksandr Yatsentyuk), a także grupka przemytników i typów spod ciemnej gwiazdy (m.in. Jacek Beler czy niewypowiadający ani słowa Janusz Chabior i jego niezwykle podobny brat Piotr). Sceneria, koloryt i archetypy postaci, a także umiejscowienie akcji na pograniczu od razu przywodzą skojarzenia z westernem. Z kolei intryga i samo prowadzone przez Wolffa śledztwo idą w stronę kina noir. Wystarczy jednak do tego gatunkowego gulaszu dodać nazistów, w tym młodego oficera Kurta (Jan Bülow), by całość nabrała smaku klasycznego dramatu wojennego. Reżyserowi Janowi Holoubkowi udaje się w tej mieszance gatunków i nurtów zachować równowagę. Widz świadomy ram, w których przedstawione są określone motywy, nie powinien mieć problemu, by dać się tej historii wciągnąć. Całą recenzję autorstwa Radosława Czyża przeczytacie TUTAJ. Klucz do szczęścia (recenzja filmu "Czarna godzina", reż. Filip Bojarski) Są takie sytuacje gdy śmiech pozostaje ostatnią deską ratunku. Tak jest w przypadku trwającego kryzysu rynku mieszkaniowego – a próbą ratowania się w jego obliczu humorem jest "Czarna godzina" Filipa Bojarskiego, najnowsza komedia z wszech miar millenialska, będąca debiutem reżysera. Debiutem, choć krótkim w metrażu, to wyjątkowym: sprawnie zrealizowanym, miejscami bardzo zabawnym, krytycznym wobec rzeczywistości i naszpikowanym ikonografią Polski XXI wieku. Główne bohaterki, Adę (Julia Piklikiewicz) i Ewę (Helka Rząsa), łączy kilka rzeczy, w tym dwie najważniejsze: miłość i wykonywany zawód. Obie pracują jako nauczycielki w tej samej placówce, mieszkają pod wspólnym dachem i przygotowują się do nowego roku szkolnego – z zazdrością patrząc na ludzi, którzy postanowili się zbuntować, odejść z pracy, wyłamać z systemu. Pojawia się jednak ważniejszy problem, wyznaczając rytm opowiadanej historii: bohaterki muszą w tempie natychmiastowym wyprowadzić się z wynajmowanego mieszkania, a co za tym idzie, znaleźć nowy dach nad głową. Naczelną osią fabularną będzie więc poszukiwanie lokum – castingi lokatorskie, walka z czasem o zebranie czynszu i kaucji, zmaganie się oszustami na rynku nieruchomości czy też (co pozostaje ostatecznością) próba porozumienia się z rodzicami i pogodzenia z wizją powrotu pod wspólny dach. Bojarski łączy linearną opowieść z narracją wypełnioną gagami: większość sekwencji pozwala wybrzmieć konkretnemu żartowi i kończy się ponownym niepowodzeniem (to żaden spoiler dla większości widzów, którzy mieli do czynienia z wynajmowaniem lokum). Niepowodzeniem, które zmusza parę do dalszego wysiłku. A że znacząca część żartów okazuje się zabawna, konwencja się broni – choć jednocześnie uniemożliwia filmowi pełne rozwinięcie fabularnych skrzydeł. Całą recenzję autorstwa Macieja Kędziory przeczytacie TUTAJ.


















































































































