Te zagraniczne gwiazdy pracowały z polskimi reżyserami

Na trwającym właśnie festiwalu w Cannes zadebiutował nowy film Pawła Pawlikowskiego - "Ojczyzna", w którym jedną z głównych ról zagrała Sandra Hüller. Aktorka w ostatnich latach zachwyciła m.in. rolą w "Strefie interesów", a ostatnio oglądaliśmy ją w "Projekcie Hail Mary". To nie pierwsza współpraca Pawlikowskiego z zagraniczną gwiazdą - przypomnijmy, że Polak reżyserował także choćby Emily Blunt w filmie "Lato miłości". Wykorzystajmy tę okazję, by zaprezentować ranking innych zagranicznych gwiazd, które współpracowały z polskimi reżyserami. Kolejność ułożyliśmy według średnich ocen filmów, o których mowa w zestawieniu (od najniższej do najwyższej). Zaczynajmy! 10. Vincent Gallo - "Essential Killing" (Jerzy Skolimowski)  W "Essential Killing" Vincent Gallo zagrał mężczyznę pojmanego przez amerykańskie wojsko, który po ucieczce próbuje przetrwać w skutej śniegiem, nieprzyjaznej rzeczywistości. Skolimowski nie dał mu łatwego zadania. Niemal całkowicie pozbawił bohatera dialogów, dlatego aktor musiał oprzeć swoją kreację głównie na fizyczności, mimice i instynktownych reakcjach. Jego minimalistyczna gra została bardzo wysoko oceniona przez krytyków - za tę rolę otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu w Wenecji. 9. Bill Pullman - "Ukryta gra" (Łukasz Kośmicki)  W "Ukrytej grze" Łukasza Kośmickiego Bill Pullman wcielił się w Joshuę Mansky’ego, amerykańskiego matematyka i byłego mistrza szachowego, który pojawia się w Warszawie na rozgrywany w czasach zimnej wojny mecz USA–ZSRR. Pullman dobrze odnalazł się w szpiegowskiej konwencji filmu, a obecność hollywoodzkiego aktora była jednym z najgłośniej promowanych elementów produkcji i podkreślała jej międzynarodowy charakter. Sam Pullman opowiadał w wywiadach, że chwalił się swoim znajomym faktem, że zrealizował film w Polsce. 8. Philip Seymour Hoffman - "Szuler" (Adek Drabiński)  W "Szulerze" Adka Drabińskiego z 1991 roku Philip Seymour Hoffman (na zdjęciu po lewej) pojawił się epizodycznie jeszcze na początku kariery, lata przed tym, zanim stał się jednym z najbardziej cenionych aktorów swojego pokolenia. Dziś jego drobny występ zwraca uwagę przede wszystkim jako ciekawostka związana z wczesnym etapem kariery przyszłego laureata Oscara. No i szczerze można powiedzieć, że na początku lat 90. powstał film, w którym zagrali Philip Seymour Hoffman i Jerzy Kryszak (a przypomnijmy, że w tamtej dekadzie naszej kinematografii znalazła się też produkcja z Valem Kilmerem i Bogusławem Lindą – "Letnia miłość"). Co za czasy! 7. Rutger Hauer - "Młyn i krzyż" (Lech Majewski)  Hauer nie jest jedyną zagraniczną gwiazdą adaptacji książki Michaela Francisa Gibsona poświęconej obrazowi "Droga krzyżowa" pędzla Pietera Bruegla. U jego boku na ekranie pojawiają się także Charlotte Rampling i Michael York (a Majewski ma na koncie współpracę również z m.in. Johnem Malkovichem i Joshem Hartnettem). Znane twarze zderzają się u polskie reżysera z eksperymentalną formą i narracją, a praca na planie takiej produkcji przypadła Hauerowi do gustu - w wywiadach udzielanych w okolicach premiery podkreślał, jak dobrze współpracowało mu się z Majewskim. 6. Aleksandr Domogarow - "Ogniem i mieczem" (Jerzy Hoffman)  Ach, jakim wydarzeniem było "Ogniem i mieczem"! Jeden z największych hitów końca lat 90., przyciągający do kin miliony widzów i bijący rekordy popularności, popkulturowy fenomen tamtych czasów (w czym na pewno pomogła także goszcząca w stacjach telewizyjnych i radiowych "Dumka na dwa serca"). Mam wrażenie, że najwięcej mówiło się o Bohunie, w którego wcielił się 36-letni wówczas rosyjski gwiazdor Aleksandr Domogarow. Nic dziwnego - aktorowi przypadła postać porywcza, kierująca się emocjami i miłością, a taką trudno wyrzucić z pamięci. 5. Jason Mitchell - "Kos" (Paweł Maślona)  W "Kosie" Jason Mitchell (znany m.in. ze "Straight Outta Compton") wcielił się w Domingo - byłego niewolnika i towarzysza Tadeusza Kościuszki, który razem z nim przybywa do ogarniętej napięciami Rzeczypospolitej tuż przed wybuchem insurekcji. Aktor kreuje jedną z najciekawszych postaci filmu: jest outsiderem patrzącym na polskie konflikty społeczne z zupełnie innej perspektywy, a jednocześnie kimś, kto coraz mocniej angażuje się w lokalne wydarzenia. Czas pokaże, czy w kolejnych historycznych produkcjach doczekamy się innych ciekawych wyborów castingowych. 4. Leonardo DiCaprio - "Całkowite zaćmienie" (Agnieszka Holland)  W "Całkowitym zaćmieniu" Leonardo DiCaprio wcielił się w Arthura Rimbauda - francuskiego poetę, który wdaje się w burzliwą relację z Paulem Verlaine’em. Film Agnieszki Holland powstał, zanim aktor osiągnął status hollywoodzkiej supergwiazdy (było to dwa lata przed "Titanikiem"), ale oczywiście już wtedy zwracał na siebie uwagę swoją grą. Rola w filmie Holland była jednym z ważniejszych etapów wczesnej kariery DiCaprio i potwierdziła jego opinię jednego z najbardziej utalentowanych młodych aktorów swojego pokolenia. Sama Holland miała okazję współpracować z wieloma innymi zagranicznymi gwiazdami – m.in. Maggie Smith, Vanessą Kirby, Diane Kruger i Davidem Thewlisem (z nim również w "Całkowitym zaćmieniu"). 3. Patrick Wilson - "Jack Strong" (Władysław Pasikowski)  W "Jacku Strongu" Władysława Pasikowskiego Patrick Wilson wcielił się w Davida Fordena, oficera CIA odpowiedzialnego za kontakty z Ryszardem Kuklińskim podczas jego współpracy z amerykańskim wywiadem. Wilson w ramach swojej roli miał nawet okazję powiedzieć kilka słów po polsku - ten język nie jest mu zresztą obcy, jako że aktor od lat jest mężem Dagmary Domińczyk. Biorąc pod uwagę, jak rozwija się zagraniczna kariera Marcina Dorocińskiego, niewykluczone, że jeszcze zobaczymy ich razem na ekranie. 2. Juliette Binoche - "Trzy kolory: Niebieski" (Krzysztof Kieślowski) W pierwszej odsłonie trylogii Juliette Binoche wcieliła się w Julie, kobietę, która po nagłej tragedii próbuje całkowicie odciąć się od dotychczasowego życia. Binoche buduje tę rolę w bardzo oszczędny – dużo znaczeń przekazuje spojrzeniem, ciszą i minimalnymi gestami, co dobrze współgra z kontemplacyjnym stylem filmu Krzysztofa Kieślowskiego. Ona sama określała współpracę z reżyserem jako wyjątkową. Przy okazji tej wspaniałej trylogii polski twórca miał okazję współpracować jeszcze z innymi znakomitymi aktorkami - Julie Delpy i Irene Jacob. 1. Adrien Brody - "Pianista" (Roman Polański) W słynnym "Pianiście" Polańskiego Adrien Brody wcielił się w Władysława Szpilmana - wybitnego pianistę i kompozytora żydowskiego pochodzenia, który podczas II wojny światowej próbuje przetrwać okupację Warszawy. Aktor przygotowywał się do roli wyjątkowo intensywnie: schudł kilkanaście kilogramów, uczył się gry na fortepianie i na pewien czas odciął się od codziennego życia, by lepiej oddać samotność oraz psychiczne wyniszczenie bohatera. Jego niezwykle emocjonalna kreacja przyniosła mu Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, czyniąc go najmłodszym laureatem tej kategorii w historii tych nagród. Podczas przemówienia podziękował Polańskiemu za rolę życia. Która z powyższych ról najbardziej zapadła wam w pamięci?"Pianista" - zwiastun

"Jak zrobić film o betonie"? John Wilson radzi

Jednym z gości tegorocznego Millennium Docs Against Gravity był John Wilson, reżyser kultowego serialu HBO "Dobre rady Johna Wilsona". Dokumentalista przywiózł na festiwal swoje nowe dzieło - "Jak zrobić film o betonie". Zobaczcie rozmowę z artystą, którą przeprowadził dla Filmwebu Jakub Popielecki.  

CANNES 2026: Widzieliśmy film Johna Travolty! Przeczytajcie naszą recenzję

Tegoroczna edycja festiwalu w Cannes przyniosła niespodziewaną Złotą Palmę 72-letniemu Johnowi Travolcie za życiowe osiągnięcia. I faktycznie aktor osiągnął w swoim zawodzie zapewne wszystko, co chciał. Może więc robić teraz rzeczy tylko dla siebie. A chciał nakręcić film. I tak też się stało. Jego "Propeller One-Way Night Coach" zachwyciło canneńską widownię ciepłem opowieści o marzeniach i rodzinie. Film oglądał Jan Tracz, a jego wrażenia z seansu znajdziecie poniżej.  Maciej Satora natomiast wybrał się na nową produkcję dawno niewidzianego w kinie Kantemira Bałagowa, reżysera "Wysokiej dziewczyny" i "Bliskości". Czy "Butterfly Jam" z Barrym Keoghanem zachwyca tak jak jego poprzednie dzieła? Przeczytajcie naszą recenzję. recenzja filmu "Propeller One-Way Night Coach", reż. John TravoltaFanatyk lotnictwa autor: Jan Tracz Podobno każdy młody Amerykanin w latach 60. śnił o swoim pierwszym locie. Było to jednak marzenie ściętej głowy. W 2026 wejście do swojego pierwszego samolotu wciąż pozostaje marzeniem dla wielu młodych osób, choć dziś podróż powietrzna stała się znacznie bardziej dostępnym dla całego społeczeństwa. O tym doświadczeniu powiada "Propeller One-Way Night Coach", czyli – uwaga – reżyserski debiut Johna Travolty. W tym przypadku padło na podróż nieistniejącą już linią TWA (Trans World Airlines), swego czasu jedną z najważniejszych lotniczych marek. Lot TWA stanie się dla pretekstem dla Travolty, by opowiedzieć nam co nieco o swoim dzieciństwie i zaproponować niepretensjonalny feel-good movie. "Propeller One-Way Night Coach" – zwiastunAle zanim o filmie – pora na krótką korespondencję z tegorocznego Cannes. "Un film de John Travolta" – ten napis wybrzmiał bardziej niż dumnie tuż po tym, jak Travolta, który wyszedł na scenę powiedzieć kilka słów o swoim najnowszym debiucie, otrzymał honorową (oraz niespodziankową) Złotą Palmę. Sala wrzała, wiwatowała, i cieszyła się szczęściem zaprawdę skromnego aktora. Chyba nikt do końca nie mógł uwierzyć, że jest świadkiem historii. Ukochany aktor w wieku 72 lat stał się reżyserem – kto to słyszał…  Cała historia opowiadana jest głosem Travolty z offu, dzięki czemu monolog naszego czułego narratora przypomina wizualizację anegdotki, którą autor opowiada swoim wnukom przy kominku. To wtedy przypomniałem sobie, że jeden z moich ulubionych aktorów jest fanatykiem lotniska. Młody Jeff (Clark Shotwell) – alter ego Travolty – ma cały pokój zawalony w lotniczych gadżetach. Kiedy jego mama (Kelly Eviston-Quinnett) – ważna dla reżysera figura matczyna, z zawodu również aktorka – zdradza mu, że kupiła im bilet do Hollywood, chłopak nie może w to uwierzyć. Wreszcie uda mu się polecieć samolotem! Nie obchodzi go zbytnio, że matka chce tam spełniać swoje własne marzenia, jakoś zakręcić się przy gwiazdach i rozpocząć karierę w wieku 49-lat (po raz pierwszy i nie ostatni narrator ironizuje, gdy podkreśla ten fakt – nic zresztą dziwnego). Liczy się tu i teraz – TWA czeka. Całą recenzję filmu "Propeller One-Way Night Coach" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.recenzja filmu "Butterfly Jam", reż. Kantemir BałagowMotyla noga autor: Maciej Satora Reżyseria to także sztuka adaptacji twórczej wizji do nieprzewidzianych okoliczności. Na własnej skórze przekonał się o tym Kantemir Bałagow – przed kilkoma laty jeden z największych talentów wschodniego kina, który wyróżnienie na świadectwie otrzymał od samego Aleksandra Sokurowa. Dziś persona non grata, nieśmiało wyglądająca z otchłani cancelu, w którą wepchnięto go rękami wszystkich możliwych politycznych motywacji. Nieśmiało, bo choć jego "Butterfly Jam" otworzył sekcję Director’s Fortnight na tegorocznej edycji festiwalu w Cannes, powszechny dystans do jego postaci pozostaje niewiele słabszy niż w 2022 roku – nawet pomimo faktu, że pierwszego dnia inwazji na Ukrainę potępił swoją ojczyznę, a dwa tygodnie później zaszczuty uciekł do Stanów Zjednoczonych wraz z partnerką Kirą Kowalenko. Nasze serce jest z Ukrainą i Rosjanami, którzy sprzeciwiają się temu koszmarowi – napisał wówczas w mediach społecznościowych, po czym na kilka lat zapadł się pod ziemię. Problem, co z nim zrobić, rozwiązał się sam. W dniu pełnometrażowego debiutu, "Bliskości", Bałagow miał 25 lat. "Wysoką dziewczynę" pokazał światu w wieku 27 – po nagrodę za reżyserię sekcji Un Certain Regard sięgnął wcześniej niż większość pierwszoroczniaków wyciąga ręce po indeksy do łódzkiej filmówki. Dwa filmy, dwie premiery na Lazurowym Wybrzeżu – to potrafi zadziałać na wyobraźnię i odpalić twórczą korbę na całego. Może dlatego "Monicę" (przemianowaną później na "Butterfly Jam") chciał nakręcić już świeżo po 30-tce w rodzinnym Nalczyku; scenariusz był gotowy, większość preprodukcji zresztą też. Pierwszy klaps nigdy jednak nie zapadł. Potem przyszła rosyjska agresja, a krótko po niej szarpanie się o odpowiednie papiery, emigracja, nieudana przygoda zawodowa przy "The Last of Us", głębokie załamanie i deklaracja zakończenia reżyserskiej kariery (Dwa filmy to i tak aż za wiele – wyjaśnił na Instagramie). Swój powrót w 2026 roku argumentuje chęcią uratowania scenariusza tworzonego wspólnie z pisarką Mariną Stiepanową. Myślę jednak, że niemały wpływ mogła mieć też wiadomość od Barry’ego Keoghana, wyrażająca zachwyt "Wysoką dziewczyną" i otwartość na ewentualną współpracę. Wielcy twórcy i my maluczcy nie różnimy się w końcu tak bardzo. Czasami wszystko zmienia sprawdzenie DM-ów o odpowiedniej porze. Całą recenzję filmu "Butterfly Jam" przeczytacie na jego karcie POD LINKIEM TUTAJ.