Karlowe Wary 2026: Festiwal dwóch prędkości

W tym roku przyjechałem do Karlowych Warów za wcześnie. Snując się po pustawym jeszcze deptaku i popijając hektolitry kawy z łapczywością Billa Murraya z filmu Jarmuscha, zastanawiałem się, co właściwie miałem na myśli, gdy rezerwowałem pierwszy możliwy lot. Naiwnie wierząc, że chodzi o coś więcej niż tylko o moje roztargnienie, zacząłem szukać wskazówek w najlepszym możliwym miejscu – na swoim filmwebowym profilu.  Szybko okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Z krótkiego researchu wynikało, że ostatnimi obejrzanymi przeze mnie i wysoko ocenionymi filmami były „Chungking Express”, „Inaczej niż w raju” i „Wałkonie”. Zrozumiałem, że w związku z tym potrzebowałem opuścić wieżę z kości słoniowej i nawiązać intensywny kontakt ze współczesnym kinem, mając nadzieję, że będzie miało mi jeszcze cokolwiek do zaoferowania.  Gdybym zatracił tę ciekawość, groziłoby mi przemiana w starego krytyka z branżowej anegdoty, który na pokazie prasowym zagadnął młodszego kolegę słowami: „Wie pan, jak teraz oglądam filmy, to co najwyżej czuję, że na jakiejś scenie teoretycznie mógłbym się wzruszyć”. Jeszcze zwięźlej i bardziej kąśliwie przedstawia podobny paradoks jeden z najlepszych memów Wiesławca Deluxe – ten, w którym dziennikarz zadaje przechodniowi pytanie: „Kiedy ostatni raz pan coś czuł?”, a w odpowiedzi słyszy: „W 1996”. Wierząc, że istniejemy o tyle, o ile przejawiamy w sobie zdolność do zachwytu, bardzo chciałem poczuć coś w Karlowych w roku 2026. Uwaga, spoiler: misja zakończyła się powodzeniem, nawet jeśli była trudniejsza, niż myślałem. Zanim trafiłem na pierwsze projekcje, rozejrzałem się po okolicy. Uświadomiłem sobie, że w przestrzeni, którą – z krótką, pandemiczną przerwą – odwiedzam od piętnastu lat, wyobraźnię uruchamia właściwie każdy zakątek. Zmierzając po odbiór akredytacji szlakiem młodzieńczej euforii, którym dawniej wracałem zygzakiem z imprez, na jakie dostawałem się zwykle na piękne oczy albo krzywy ryj, przypomniałem sobie scenę z „Wielkiego piękna”. W filmie, który widziałem pierwszy raz właśnie w Karlowych, Jep Gambardella, wysłuchawszy planu dnia streszczonego mu przez znajomego, odpowiada: „Pięknie. Kiedy wy będziecie wstawać z łóżka, żeby zacząć nowy dzień, ja będę właśnie kładł się spać po powrocie z bankietu”. Zrozumiałem, że ten dialog jest bardzo prawdziwy, bo – jako przykładny uczestnik organizowanych barbarzyńsko wcześnie prasowych pokazów filmów konkursowych – mógłbym dziś prowadzić go z samym sobą z młodości.Łączy nas piłkaPodczas gdy wiele aspektów festiwalowego doświadczenia ulega zmianom, inne pozostają boleśnie takie same. Ani trochę nie zdezaktualizowało się na przykład retoryczne pytanie, które równo rok temu zadał mi w wywiadzie reżyser prowokacyjnego „Tak”, Nadav Lapid: „Jak to możliwe, że żyjąc w tak szalonych czasach, robimy o nich równie bezpieczne filmy?”. Bon mot ten brzmi jednak tyleż efektownie, co idealistycznie. Wystarczyło opuścić branżową bańkę i przejść się na kilka pokazów dla publiczności, by zrozumieć, że gdy tylko na ekranie pojawią się choćby odrobinę niekonwencjonalne rozwiązania formalne lub zabiegi dramaturgiczne, wielu widzów opuszcza salę, jakby byli sterowani tajemniczą siłą rodem z filmu „Zniknięcia”. Ci sami uczestnicy festiwalu wiwatują natomiast na seansach, na których chciałoby się zapaść pod ziemię, czując w imieniu twórców second-hand embarassment. Przykładem takiego filmu było choćby włoskie „Classmates”, którego tytuł jakiś rezolutny tłumacz mógłby przełożyć jako „Pieprzyć Dantego”. Scenariusz sztampowej opowieści o nauczycielce, która dzięki swojej charyzmie jest w stanie odmienić życie trudnej młodzieży, wygląda bowiem jak odpisany na kolanie od twórców słynnej polskiej serii o przygodach belfra Jana Sienkiewicza. "Classmates"Niezgoda, jaką wzbudziły we mnie euforyczne reakcje publiczności kusi, by ukoić ją za sprawą paru protekcjonalnych komunałów, ale wiem, że byłaby to droga na skróty. Kino jest przecież dla wszystkich, a jego masowy charakter stanowi w ostatecznym rozrachunku raczej zaletę niż bolączkę. Nie zmienia to faktu, że napięcie między dwiema grupami, z których składała się festiwalowa widownia, dało się wyczuć na każdym kroku. Karlowe Wary całkiem dosłownie okazały się festiwalem dwóch prędkości. Do ich konfrontacji regularnie dochodziło na wspomnianym deptaku, gdzie neurotyczni, poruszający się nerwowym krokiem, wiecznie balansujący na granicy spóźnienia kinofile przeciskali się między traktującymi festiwal jako lokalną ciekawostkę leniwie przechadzającymi się kuracjuszami z pobliskich domów zdrojowych. Obserwując te kontrasty, łatwo było odnieść wrażenie, że prawdziwym zwycięzcą w Karlowych Warach mógłby okazać się ktoś, kto będzie w stanie pogodzić te dwa zwaśnione stronnictwa. "Cantona"Nie jest przypadkiem, że na imprezie, która odbywała się w czasie mundialu, sztuka ta najpełniej udała się chyba filmowi piłkarskiemu. Mowa o „Cantonie” Davida Tryhorna i Bena Nicholasa – dokumencie przypominającym pełen zwrotów akcji spektakl w rodzaju odbywającego się równolegle z jednym z pokazów meczu Argentyny z Egiptem. Tytułowy bohater, piłkarska ikona lat dziewięćdziesiątych, budzi fascynację, bo nie pasuje do poddanego dyktatowi algorytmów, wykastrowanego z wyrazistości świata współczesnego futbolu, który pod tym względem niespecjalnie różni się zresztą od pozaboiskowej rzeczywistości. Cantona wchodzi do gry odważnie, z intencją, by ośmieszyć obrońców schematycznego, zerojedynkowego myślenia. Będąc geniuszem, choć czasem jednak kabotynem, estetą, który niepostrzeżenie zamienia się w brutala, i narcyzem podkreślającym, że asysty cieszą go bardziej niż gole, osiąga swój cel w wielkim stylu. To zresztą nie koniec towarzyszących piłkarzowi paradoksów. Wnikliwie obserwując swojego bohatera, Tryhorn i Nicholas ujawniają bodaj najciekawszy z nich. Cantona, żyjąc na własnych warunkach i nie chcąc zabiegać o niczyją sympatię, ostatecznie podoba się niemal wszystkim. Będąc Francuzem – niezależnie od skomplikowanych relacji jego ojczyzny z Anglią – rozkochał w sobie kibiców Manchesteru United, a pewnie i neutralnych wielbicieli Premier League. Jako utalentowany piłkarz, a jednocześnie ekscentryk i erudyta, którego bon moty dorównują urodą najpiękniejszym golom, imponował zarówno zagorzałym fanom piłki, jak i interesującym się futbolem od święta intelektualistom. Powszechną fascynację Cantoną było widać również w Karlowych Warach. Gdy przed pokazem w wypełnionej po brzegi sali jeden z reżyserów zapytał widzów, kto nigdy nie słyszał o tytułowym bohaterze, rękę podniosło raptem kilka osób. Wiedziony zawodową ciekawością, nie mogłem się powstrzymać i obserwowałem ich reakcje na film. Mogę zapewnić, że po seansie klaskali równie energicznie jak wszyscy inni widzowie. "Cantona"To, co wydarzyło się w Karlowych Warach wokół „Cantony”, przyniosło ważną lekcję: utopie spełniają się wtedy, kiedy chcą, mimochodem, w sposób niemożliwy do zaprogramowania. Mając to w pamięci, przestałem za wszelką cenę szukać wypełnionego Becherovką albo Pilsnerem świętego Graala i polować na mityczne filmy środka. Zamiast tego, wróciłem na szlak, na którym czuję się najbardziej komfortowo i przyjrzałem się bliżej programowi sekcji Horizons. Ta część karlowarskiego festiwalu stanowi prawdziwy fenomen. Składają się na nią filmy uhonorowane głównymi nagrodami na najważniejszych światowych imprezach, na czele z „Fjordem” Cristiana Mungiu. Gdyby poszukać trochę głębiej, można jednak znaleźć w Horizons również perełki z bocznych sekcji Cannes, Wenecji czy Sundance – dzieła niby wyróżnione znakiem jakości, a jednak wciąż czekające na odkrycie, niezalane jeszcze powodzią tweetów i recenzenckich one-linerów. Gdzie ja jestem w tej historii?Moim ulubionym filmem z Horizons okazał się – prezentowany pierwotnie w canneńskim Un Certain Regard –  kostarykański „Na zawsze twoja matczyna istota”. Pod tym enigmatycznym, przykuwającym uwagę tytułem (reżyserka Valentina Maurel ewidentnie ma do nich talent – poprzedni film nazwała „Mam elektryczne sny”) kryje się opowieść budząca zaskakujące skojarzenia. Historia młodej Elsy, która wraca do ojczyzny ze studiów w Europie i próbuje spojrzeć świeżym okiem na łączące członków jej rodziny love-hate relationships, przypomina trochę wariację na temat „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Okazuje się, że po kostarykańskim San Jose – podobnie jak jak po warszawskim Powiślu – grasują widma przeszłości, a ludzie próbują schronić się przed nimi w bazach stworzonych z własnych pragnień, fantazji i tyleż uroczych, co kłopotliwych dziwactw. Jednocześnie Maurel rozkłada u siebie akcenty nieco inaczej niż Emi Buchwald. Podczas gdy polska reżyserka delikatnie ironizuje sobie z pozornie najbardziej uporządkowanej w całej rodzinie Nastki, ale pozwala jej pozostać częścią większej całości, kostarykańska twórczyni ma wobec Elsy nieco inne plany. Przesiąknięta już europejską mentalnością i patrząca na zagubionych w codzienności krewnych z niedbale skrywaną wyższością dziewczyna stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę z własnej obcości i wykorzenienia. Gorycz tego odkrycia osłabia jednak wewnętrzna jasność Elsy, a także charyzma i zmysłowość wcielającej się w nią Danieli Navarro, która została za swoją rolę zasłużenie nagrodzona w Cannes. "Na zawsze twoja matczyna istota"Skomplikowane relacje rodzinne stanowiły także motyw przewodni moich ulubionych filmów z karlowarskiego Konkursu Głównego. Pierwszy z nich, uhonorowany ostatecznie laurem za reżyserię i Specjalną Nagrodą Jury „Gość” Madsa Mengela, jest rodzinnym komediodramatem, ale ma strukturę psychologicznego thrillera. Oś filmu stanowi zaplanowana w idyllicznej, nadmorskiej okolicy impreza rodzinna którą zakłóca – niezaproszona na uroczystość – matka głównego bohatera. Opowieść o zawstydzającej chłopaka wszędobylskiej, nieliczącej się z konwenansami, najpewniej zaburzonej kobiecie kusi, by poddać ją interpretacji psychoanalitycznej. Żywiołowa, apodyktyczna matka reprezentuje w końcu wszystko to, co jej szczycący się własną powściągliwością syn zdołał już dawno zepchnąć na margines świadomości. Jeśli kogoś nie przekonuje jednak coś, co Vladimir Nabokov z właściwym sobie wdziękiem bagatelizował jako „freudowskie wudu”, i tak znajdzie w „Gościu” elementy godne pochwały. Mengel sprawnie, posiłkując się przy tym przewrotnym i błyskotliwym poczucie humoru, przedstawia zagubienie swoich bohaterów w niewoli konwenansów. Matka – nawet jeśli zachowująca się w sposób budzący wstyd i zażenowanie – to w końcu zawsze matka, więc czy w celu jej spacyfikowania naprawdę godzi się wzywać policyjny patrol? "Gość"Obecność tego rodzaju pytań sprawia, że w „Gościu” pobrzmiewają znajome echa dzieł Rubena Östlunda. Na podobnej zasadzie w drugim, najciekawszym filmie tegorocznego konkursu – bułgarskim „Black Money for White Nights” – da się wyczuć pokrewieństwo z twórczością Akiego Kaurismakiego. Podobnie jak fiński mistrz, duet Kristina Grozeva-Petar Valchanov obiera za bohaterów zwykłych ludzi, którzy z biegiem czasu ujawniają zaskakujące wewnętrzne skomplikowanie. W „Black Money…” twórcy przyglądają się starszawemu małżeństwu, które sprawia wrażenie, jakby skryło się w schronie przeciwczasowym z książki Georgiego Gospodinowa i nie zauważyło, że na zewnątrz już dawno skończył się komunizm. Marina i Gosha nie pasują do współczesności nie tylko ze względu na swoje staroświeckie profesje, zamiłowanie do kombinatorstwa i wyraźne wykluczenie cyfrowe. Żywcem z poprzedniej epoki pochodzi nawet ich najskrytsze pragnienie: zobaczyć na własne oczy białe noce w Sankt Petersburgu. Nawet jeśli bohaterowie sprawiają wrażenie lekko obciachowych, a środki na wymarzoną podróż zdobyli nie do końca legalną drogą, nie sposób nie kibicować im w spełnieniu skromnego marzenia. Przynajmniej do czasu. Grozeva i Valchanov umiejętnie przekonują, że granica między poczciwością a łajdactwem bywa cieńsza, niż mogłoby się wydawać. Pierwszym sprawdzianem dla Mariny i Goshy okazuje się wybuch wojny w Ukrainie, który interesuje sympatycznych staruszków tylko o tyle, o ile powoduje komplikacje w organizacji wycieczki. Sprowokowany przez chore, imperialne ambicje Putina efekt motyla wywrze zresztą jeszcze większy wpływ na życie bohaterów, każąc zredefiniować podstawy własnego związku, a nawet wkroczyć w świat jednocześnie dziecinnych i groźnych gangusów rodem z dawnych filmów Kusturicy. Piętrząc kolejne fabularne absurdy, Grozeva i Valchanov na szczęście ani na chwilę nie tracą z oczu swoich bohaterów, którzy do samego końca na przemian rozczulają nas i irytują. Bułgarski duet między wierszami przemyca również obecne także w kilku innych karlowarskich filmach – na czele ze świetnym litewskim „Jak się rozwieść w czasie wojny?” – pytanie o to, czy przysłowiowe „ciekawe czasy”, w których tracimy poczucie bezpieczeństwa, pozwalają nam okiełznać własny egoizm czy prowadzą tylko do jego spotęgowania? "Black Money for White Nights"Kwestię tę analizowałem w głowie jeszcze długo, ale nie tylko dlatego po powrocie z festiwalu czułem się, jakbym właściwie stamtąd nie wyjechał. Pierwszym filmem, jaki obejrzałem już w Polsce, było w końcu „Osiem i pół”, a więc opowieść, której akcja toczy się w dużej mierze w luksusowym uzdrowisku łudząco podobnym do Karlowych Warów. Wspaniały film Felliniego przemawia do mnie po latach tak bardzo również dlatego, że zachęca, by porzucić wielkie ambicje i zadowolić się drobnymi, krótkotrwałymi olśnieniami. A przecież właśnie czegoś takiego doświadczyłem w Karlowych – nie obejrzałem może żadnego skończonego arcydzieła, ale zostało mi w głowie kilka filmów, myśli, obrazów zarówno z sali kinowej, jak i spoza niej. Trzeba zrozumieć, że to już całkiem sporo, w przyszłym roku wrócić po więcej i na nowo stać się częścią kinofilskiego korowodu, którego uczestnicy poruszają się może z różną prędkością, ale wciąż w tym samym kierunku.   Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicytyka" TUTAJ.

Przenieś oceny z TV Time na Filmweb. Importer już gotowy!

Już za dwa dni, 15 lipca, zamyka się serwis TV Time – jeden z największych portali na świecie, na którym użytkownicy mieli możliwość prowadzenia prywatnego rejestru obejrzanych przez siebie seriali oraz programów telewizyjnych. Jeśli mieliście tam konta – posłuchajcie uważnie. By zgromadzone przez Was dane nie zostały bezpowrotnie usunięte, postanowiliśmy znaleźć sposób na proste przeniesienie ich na Wasze Filmwebowe profile. Obiecany przez Nas kilka dni temu importer już działa! Z jego pomocą szybko przeniesiecie Wasze oceny seriali i programów telewizyjnych na konta w serwisie Filmweb. Znajdziecie go klikając TUTAJ.Przenieś dane z serwisu TV Time na FilmwebDostępna jest już prosta możliwość przeniesienia danych ze swojego konta TV Time na Filmweb. Funkcjonalność ma na celu odciążenie użytkowników w ręcznym przenoszeniu ocen na platformę; szczególnie tych, których archiwa uginają się od obejrzanych treści. Od dziś bardzo prosto możecie zaimportować całą bibliotekę ocenionych treści na serwis Filmweb. Jak to zrobić? Najważniejsze, by do 15 lipca wyeksportować dane z serwisu TV Time. Po 15 lipca możliwość ta bezpowrotnie zniknie, a dane na zawsze przepadną w odmętach internetu. Możecie zrobić to już teraz, klikając TUTAJ. Gdy już to zrobicie, najlepiej zapiszcie plik w widocznym miejscu na dysku. Następnie otwórzcie nasz importer i wgrajcie do niego plik z danymi z serwisu TV Time. Link do importera Filmwebu znajdziecie TUTAJ.  I voilà! Po tym prostym manewrze oceny z Waszego konta TV Time zostaną przeniesione na konto użytkownika Filmwebu. Cieszymy się, że Wasze opinie przysłużą się do dyskusji o serialach i programach telewizyjnych w serwisie Filmweb. Do czego służy aplikacja TV Time?TV Time to międzynarodowa aplikacja oraz strona internetowa przeznaczona do oceniania seriali oraz programów telewizyjnych. Jest jedną z największą tego typu platform na całym świecie. Dlaczego TV Time się zamyka?Zamknięcie TV Time jest dużym ciosem dla grupy wiernych użytkowników strony. Przedstawiciele TV Time tłumaczą decyzję nieopłacalnością utrzymywania jej dalej w dotychczasowej formie darmowej aplikacji. Jednocześnie wskazują też, że ich zdaniem na płatny produkt nie było wystarczającego zainteresowania.Jak pobrać swoje dane z TV Time?By przenieść dane z TV Time na platformę Filmweb, ważne jest, by najpierw wyeksportować je z serwisu. Do 15 lipca możecie zrobić to, klikając TUTAJ.Ile zostało czasu do zamknięcia TV Time?Serwis TV Time zamyka się już niebawem. Strona i aplikacja będą działały jedynie do 15 lipca.Jak przenieść dane z TV Time na Filmweb?To bardzo proste! Wyeksportowane oceny z serwisu TV Time w formie pliku należy wgrać do naszego importera. Zrobicie to jednym prostym kliknięciem pod linkiem TUTAJ.

Marcin Dorociński w zwiastunie komedii z Ryanem Reynoldsem

Apple zaprezentował dziś zwiastun komedii akcji "Katastrofa w duecie". W obsadzie filmu znalazł się polski aktor Marcin Dorociński.O filmie "Katastrofa w duecie"Ale to nie on jest gwiazdą produkcji. Ten status mają Ryan Reynolds i Kenneth Branagh. W obsadzie jest też Maria Bakalova. "Katastrofa w duecie" to kumpelska komedia, która wywraca do góry nogami konwencję thrillera szpiegowskiego. As amerykańskiej marynarki wojennej, porucznik Troy "Assassin" Kelly (Reynolds), zostaje wysłany na ściśle tajną misję na terytorium Związku Radzieckiego w szczytowym okresie zimnej wojny. Operacja kończy się niestety katastrofą, a bohater zostaje uwięziony za liniami wroga.  Odnaleziony przez Nikołaja Ustinowa (Branagh) - szorstkiego byłego agenta KGB z zamiłowaniem do amerykańskiej kultury - Troy jest przekonany, że to jego koniec. Czy jednak nieoczekiwany sojusz między tą dwójką może doprowadzić do ocalenia Amerykanina oraz narodzin przyjaźni, której żaden z nich się nie spodziewał? Dorociński wciela się w postać imieniem Alexander Volkov. Za reżyserię odpowiadają twórcy "Dungeons & Dragons: Złodziejski honor" John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Premiera na AppleTV już 4 września.Zwiastun filmu "Katastrofa w duecie"