Główna gwiazda wyrzucona ze "Strefy gangsterów"

Choć 3. sezon "Strefy gangsterów" nie został jeszcze oficjalnie zamówiony, jego powstanie wydaje się niemal pewne. W nowych odcinkach nie zobaczymy jednak Toma Hardy'ego, który rozstał się z serialem w atmosferze skandalu.  "Strefa gangsterów": kłopoty na planieJak podaje serwis Puck, Hardy nie został zaproszony do powrotu z powodu konfliktów, do których miało dochodzić między nim a producentem wykonawczym Jezem Butterworthem, studiem 101 Studios oraz innymi osobami zaangażowanymi w realizację projektu. Zdjęcia do drugiego sezonu zakończyły się już w marcu. Na razie nie wiadomo, kiedy będzie je można zobaczyć.   W "Strefie gangsterów" Hardy wciela się w postać Harry’ego Da Souzy - sprytnego, zaprawionego w bojach kryminalisty działającego dla rodziny przestępczej Harriganów. Splot feralnych wydarzeń sprawia, że Harry znajduje się w samym centrum krwawej wojny o władzę nad londyńskim półświatkiem. Serial, stworzony przez Ronana Bennetta, zadebiutował na Paramount+ wiosną ubiegłego roku i szybko stał się drugim najchętniej oglądanym tytułem platformy. W obsadzie znaleźli się także Pierce Brosnan, Helen Mirren, Anson Boon oraz Paddy Considine. Jednym z producentów wykonawczych "Strefy gangsterów" jest Guy Ritchie.  To nie pierwszy raz, gdy Hardy wszedł w konflikt ze współpracownikami. W przeszłości media szeroko opisywały jego napięte relacje z Charlize Theron podczas pracy nad filmem "Mad Max: Na drodze gniewu". Reżyser George Miller wspominał później, że aktora trzeba było "wyciągać z przyczepy" na zdjęcia. Z kolei książka „Blood, Sweat, and Chrome” autorstwa Kyle'a Buchanana opisywała jego zachowanie na planie jako agresywne.Zwiastun serialu "Strefa gangsterów"

Jon Favreau zdradza nam, kto decyduje, czym są "Gwiezdne wojny"

Do kin wchodzi dziś widowisko "Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu", kolejna odsłona przygód dwójki tytułowych bohaterów z galaktyki dawno, dawno temu. Jak reżyseruje się taki duet, kto decyduje, czym są "Gwiezdne wojny", i czy analogowe efekty specjalne są lepsze od cyfrowych?? O tym opowiada nam reżyser filmu, Jon Favreau. Rozmawia Jakub Popielecki.   

CANNES 2026: Rami Malek w queerowym romansie (RECENZJA)

Za nami 10 dni festiwalu w Cannes – i mnóstwo udanych filmów w programie. Na Lazurowym Wybrzeżu zostajemy do jutra, by na własne oczy przekonać się, do kogo powędruje Złota Palma. Przedostatniego dnia mamy dla Was recenzje dwóch filmów. O "The Man I Love" z Ramim Malekiem Maciej Satora pisze, że jego reżyser Iga Sachs nie nakręciłby go, gdyby wcześniej nie powstało "Bohemian Rhapsody". Daria Sieniewicz z kolei ocenia francuską produkcję "Notre salut".  Recenzje obu filmów znajdziecie już na ich kartach, a poniżej można przeczytać ich fragmenty. Recenzja filmu "The Man I Love", reż. Ira SachsBohemian Requiem autor: Maciej Satora Bez "Bohemian Rhapsody" Ira Sachs nigdy nie przyjechałby do Cannes z "The Man I Love" – swoim nowym projektem opowiadającym (tylko częściowo) o chorującym na AIDS artyście, aktorze i performerze Jimmym George’u. Mężczyzna zakorzeniony w gejowskiej społeczności Nowego Jorku lat 80. pracuje mimetycznym przeobrażaniem się w inne persony popkultury: im bardziej zamknięte w swojej ekstrawagancji, tym stanowiące dla niego większe, twórcze wyzwanie. W 2018 roku pogrążony w swoich manieryzmach Rami Malek dwoił się i troił, żeby odtworzyć gest legendarnego wokalisty grupy Queen. Widząc go przed mikrofonem, Sachs musiał pomyśleć: Dobry Boże, ten chłopak ma wszystko, by zawojować światową scenę Dragu! Dlatego też zaproponował mu współpracę przy "The Man I Love". Magnetyczna kreacja Maleka wysuwa się na pierwszy plan do tego stopnia, że podejrzewam, że to właśnie od jego nazwiska na pokładzie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszła fabuła, zresztą dosyć szczątkowa, otaczająca tę wymagającą, fizyczną rolę. Wymagającą, bo w "The Man I Love" aktor płynnie i dynamicznie musi zmieniać kierunki swojego naśladownictwa. Po pierwsze więc, odtwarzając postacie, w które w swoich występach wciela się jego bohater – na czele z graną kiedyś przez Sophie Clément Carmen z filmu "Il était une fois dans l'est" André Brassarda. Przygotowania do teatralnej adaptacji tego zapomnianego dzieła zaprzątają głowę chorego Jimmy’ego; choć nigdy tego nie mówi, podskórnie czuje, że może być to jego ostatni wielki performens. Po drugie, Malek musiał wykreować też przekonujący portret człowieka podglądanego przez widza pomiędzy próbami i występami – zmęczonego, gasnącego pod wpływem AIDS homoseksualisty, niepogodzonego z faktem, że śmierć może porwać go ze sceny, jeszcze zanim doczeka się braw szerokiej publiczności. Całą recenzję filmu "The Man I Love" przeczytacie TUTAJ. Recenzja filmu "Notre salut", reż. Emmanuel MarreCzas rozliczeniaautor: Daria Sienkiewicz To wysoce niecodzienne wydarzenie: usłyszeć w kinie stadionowy hit austriackiego zespołu Opus jako tło do sceny pronazistowskiej uroczystości na cześć Philippe’a Pétaina. Dziesiątki tysięcy anonimowych rąk unosi się wyprostowane w geście hitlerowskiego pozdrowienia, podczas gdy Herwig Rüdisser śpiewa z animuszem swój najenergiczniejszy poprockowy szlagier. Uśmiechnięte buzie, powiewające na wietrze flagi, "patriotyczne" transparenty, spływające po policzkach łzy, tłum krzyczący: "Niech żyje marszałek!". W skrócie: "Live is life!". Banalność zła aż kłuje w oczy w najnowszym filmie Emmanuela Marre’a, inspirowanego życiem jego pradziadków – Henriego i Paulette, którzy nieoczekiwanie stali się trybikami w kolaborującej z III Rzeszą machinie propagandy i zabijania. "Notre salut" nie jest najlepszym tytułem z canneńskiego konkursu, ale z pewnością dzierży miano jednego z najodważniejszych.  
Dyrekcji i selekcjonerom festiwalu nie brakuje poczucia humoru. Zaledwie dwa dni po premierze biografii lidera francuskiego ruchu oporu ("Moulin" w reżyserii László Nemesa), na Lazurowym Wybrzeżu pokazano historyczną tragikomedię o naiwnym oportuniście, który w 1940 roku rozpoczyna karierę jako szukający poklasku literat i urzędnik w państwie Vichy. Twórca "Zero Fucks Given" otwiera film salonową parapetówką, podczas której Henri (Swann Arlaud) przysłuchuje się podpitym intelektualistom dywagującym na temat przyszłości ojczyzny. "Niemcy są tacy kulturalni – nie plują na ulicy i nie obłapują kobiet za tyłki tak jak Francuzi" – chwali sobie jedna z uczestniczek przyjęcia. "Kolaboracja? Preferuję słowo »współpraca«" – mówi ktoś inny przy stole obok. Przestrzeń wypełnia mrok, dlatego operator niezgrabnie krząta się po pokojach z przyczepioną do kamery latarką. W międzyczasie festiwalowa widownia buja się do kawałka Alphaville, a Henri potępia w rozmowach działania Hitlera, podkreślając jednak, że sojusz z nazistami wyjdzie Francji tylko na dobre.  Całą recenzję filmu "Notre salut" przeczytacie TUTAJ.