Artykuł

Z małego ekranu na duży (albo odwrotnie)

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Z+ma%C5%82ego+ekranu+na+du%C5%BCy+%28albo+odwrotnie%29-74920
Reżyserzy filmowi kręcą seriale, reżyserzy serialowi próbują swoich sił na dużym ekranie. Z aktorami jest podobnie. Praktycznie nie ma rozgraniczenia na aktora filmowego i serialowego. Zmieniła się tylko częstotliwość pojawiania się gwiazd kina na małym ekranie. Widać, że już się nie wstydzą, widać, że nie przeraża ich związanie się z jednym tytułem na kilka lat.

Serialowa rewolucja jeszcze nie dotarła do Polski. Nie wiadomo, czy w ogóle dotrze. Seriali mamy coraz więcej, ale wcale nie jest tak, że ilość przechodzi w jakość. Przemysł telewizyjny funkcjonuje w innej przestrzeni niż przemysł kinowy, ale znowu w nie tak odległej. Reżyserzy filmowi kręcą seriale, reżyserzy serialowi próbują swoich film na dużym ekranie. Z aktorami jest podobnie. Praktycznie nie ma rozgraniczenia na aktora filmowego i serialowego. Nawet największym gwiazdom, którym wydaje się, że mają już naprawdę ugruntowaną pozycję, zdarza się ciągle przyjmować propozycję grania na małym ekranie: w tasiemcach, krótszych tasiemcach, zagranicznych formatach, produkcjach autorskich. Tych ostatnich jest oczywiście najmniej, a wśród nich udanych – jeszcze mniej, może tylko "Pitbull" i oczywiście "Glina". Ameryki tu nie odkrywam, chodzi mi raczej o mechanizm, który wyraźnie uległ zmianie. Wszyscy pamiętamy, jakie problemy z uwolnieniem się od wizerunku Janka Kosa miał Janusz Gajos, jak długo musiał płacić frycowe za występ w "Czterech pancernych i psie". Drugi przykład: Stanisław Mikulski, któremu po dziś dzień nie udało uwolnić się od postaci stworzonej w "Stawce większej niż życie". Dzisiaj jest inaczej. Danuta Stenka, Maja Ostaszewska, Marcin Dorociński, Borys Szyc, Piotr Adamczyk grają w serialach, ale potem nie siedzą na ławce rezerwowych, nie muszą odbywać przymusowej kwarantanny, tylko szybko wskakują znowu na srebrny ekran.


Jak jest w Stanach, gdzie praktycznie od czasu pierwszych seriali wyprodukowanych przez HBO trwa rzeczona serialowa rewolucja? Jak sobie radzą gwiazdy seriali i czy do tych seriali ciągną ikony kina, o tym za chwilę. Warto wcześniej przytoczyć słowa Kasi Adamik, która w rozmowie z Michałem Chacińskim nie tak dawno mówiła: "Seriale z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych były raczej głupkowate i często kiczowate. Wiadomo było, że to produkcja drugorzędna z innymi aktorami. "Prawdziwi" aktorzy filmowi uważali grę w serialu za poniżającą. Z kolei gwiazdy telewizyjne nie przebijały się do kina". Jest oczywiście kilka wyjątków: Bruce Willis ("Na wariackich papierach"), Michael Douglas ("Ulice San Francisco"), Johnny Depp ("21 Jump Street"), Will Smith ("The Fresh Prince of Bel-Air"). Ilu jest jednak tych, którym się nie udało: Richard Dean Anderson, Joe Lando, Janine Turner, przykłady można by jeszcze długo mnożyć.

  

Mówi się słusznie, że pierwszym serialem, który zrewolucjonizował podejście do tematu, była nie jedna z produkcji HBO, tylko "Twin Peaks" Davida Lyncha i Marka Frosta. Frost i Lynch jako pierwsi pokazali, że telemaniaka można traktować tak samo, jak widza kinowego: nie trzeba go zarzucać dialogami, wszystkiego mu wyjaśniać, używać tych samych środków filmowych, słynnego "stylu zerowego". Ale gdzie są gwiazdorzy z tamtej produkcji? O Sherilyn Fenn, Michaelu Ontkeanie praktycznie się nie słyszy. Lara Flynn Boyle miała kilka spektakularnych wejść, ale od dawna w niczym ciekawym nie zagrała. Nawet Kyle MacLachlan musiał wrócić do serialu i schronić się w "Gotowych na wszystko", gdy kino o nim praktycznie zapomniało. Weźmy inne kultowe seriale z lat 90., w jakimś stopniu mniej rewolucyjne i mniej oryginalne niż "Twin Peaks": "Z archiwum X", "Przyjaciele", "Buffy postrach wampirów", "Roseanne", "Ostry dyżur", "Kroniki Seinfelda" (dla Amerykanów jeden z najważniejszych seriali ostatniej dekady XX wieku, u nas praktycznie nieznany). Który z tabuna grających w nich aktorów podbił Hollywood – jeden George Clooney i jedna Jennifer Aniston (nie liczę Davida Duchovny'ego, który swój status gwiazdy osiągnął jednak mimo wszystko dzięki małemu ekranowi).

 

Potem wcale nie było lepiej. Pojawiały się kolejne świetne tytuły i nic, praktycznie żadnego oddźwięku. "Rodzina Soprano", "Prawo ulicy", "Sześć stóp pod ziemią", "Carnival", "Deadwood", "Skazany na śmierć", "Zagubieni", "24 godziny". Tak samo jak w latach 90. – ci, którzy się wybili, przechodzą do następnego serialu, wyjątki próbują szczęścia w kinie – są to próby zazwyczaj nieudane. Który z występujących w nich aktorów gra obecnie w kinie najwięcej? Chyba tylko Timothy Olyphant, aktor o zdecydowanie mniejszych możliwościach niż chociażby: James Gandolfini, Dominic West czy Frances Conroy. Kariera Olyphanta jest może najbardziej symptomatyczna. Chociaż osiągnął jakiś tam sukces w kinie, nigdy nie zaprzestał grania w serialach. Pojawił się w "Układach", "The Office", obecnie gra w "Justified". Więc może po prostu jest tak, że dzisiejszych aktorów małego ekranu wcale nie interesuje wdzieranie się do kin, wolą serial, w którym swoje postaci mogą budować przez miesiące, w których współpracują z różnymi reżyserami ze świadomością, i to chyba jest rzecz najważniejsza, że konkretna przygoda serialowa będzie trwać dłużej niż kinowa, że zarobek będzie może mniejszy, ale pieniądze częściej będą wpływać na konto. Zresztą, czy mniejszy? Sądząc po gażach gwiazd "Przyjaciół" czy takiego Hugh Lauriego, można powiedzieć, że serialowym aktorom naprawdę krzywda się nie dzieje. Czy właśnie dlatego Michael C. Hall po "Sześciu stopach pod ziemią" wolał "Dextera" niż hollywoodzką karierę? Może to był wybór, a może konieczność. Byłoby za pięknie, gdyby wszystko można było wytłumaczyć tym, że dzisiaj już nikt nie tęskni za karierą w kinie. Ależ tęsknią, nie tylko nasze rodzime ikony tęsknią. Gwiazdorzy "Przyjaciół", zarabiający pod koniec pracy przy serialu po milion dolarów za odcinek, zrezygnowali z bajońskich sum, bo chcieli spróbować swoich sił w kinie.  


Jeśli coś tak naprawdę się zmieniło, to chyba tylko częstotliwość pojawiania się gwiazd kina na małym ekranie. Widać, że już się nie wstydzą, widać, że nie przeraża ich związanie się z jednym tytułem na kilka lat. Pierwszym aktorem, który osiągnął coś w kinie, a potem przeszedł do serialu, był Kiefer Sutherland, gwiazdor kina lat 90., którego potem dopadł kryzys (zarówno życiowy, jak i zawodowy). Rolą Jacka Bauera, agenta jednostki antyterrorystycznej CTU, wrócił na świecznik. Nie dość, że otrzymał za nią kilka nagród, mnóstwo kasy, to jeszcze dostał rolę w najnowszym filmie Larsa von Triera. Podobnie jak z Sutherlandem ma się sprawa z Charliem Sheenem. Młody Sheen też kiedyś był gwiazdą, następnie też miał kryzys, aż w końcu trafił do serialu i wydostał się z niebytu. Niedawno aktor został z hukiem wyrzucony z "Dwóch i pół", ciekawe, czy teraz znowu zacznie się zastój w jego karierze. Raczej tak, bo przecież nie spektakularne sukcesy filmowe i role w nowych filmach von Triera. Jeśli chodzi o gwiazdy, wydaje się, że największym zaskoczeniem było pojawienie się w serialu Glenn Close. Ta wybitna aktorka zagrała w "Układach" nie po to, by sobie coś zrekompensować i z czegoś się wydobyć. Chyba po prostu zainteresowała ją rola twardej adwokatki, która do ostatniej krwi walczy z korporacjami i do celu idzie po trupach. Ciekawa postać – dwuznaczna, nie przymilająca się do widza, skomplikowana, efektowna. Close zagrała ją znakomicie. Za nią poszli następni. Tim Roth zagrał analityka zajmującego się badaniem fałszu w ludziach i studiowaniem ich mimik i gestów we wciągającym, ale jednak z lekka wydumanym serialu "Magia kłamstw"; Gabriel Byrne wcielił się w psychoterapeutę Paula Westona w serialu "In Treatment"; Bill Paxton przyjął rolę w nominowanym do Złotych Globów serialu "Trzy na jednego", opowiadającym o poligamicznej rodzinie z Utah. Niedawno do wspomnianej wyżej grupy dołączyli dwaj wielcy aktorzy: Jeremy Irons i Dustin Hoffman, i jeden odrobinę mniejszy: Steve Buscemi. Irons, (który ma już za sobą doświadczenie serialowe, grał w produkcjach angielskich: "Brideshead Revisited", "Love for Lydia", "Pallisers") występuje w "Rodzinie Borgiów", która właśnie pojawiła się w Polsce. Gra w niej głowę krewkiego klanu, papieża. Hoffman pracuje nad będącym w fazie postprodukcji serialem "Luck", a Buscemi (wcześniej pojawił się w "Rodzinie Soprano") gra pierwsze skrzypce w produkowanym przez samego Martina Scorsesego serialu "Zakazane imperium". Niedługo pewnie wypłyną kolejne nazwiska. Choć trzeba uczciwie przyznać, że seriale bez nazwisk radzą sobie nie najgorzej, a może nawet lepiej niż te, w których występują gwiazdy. Przykładem niech tu będzie "The Killing" – produkcja pokazująca, że serial ma własne atuty i nie musi wszystkiego przejmować od filmu.
Udostępnij: