WMFF 2026: "Debiut". Jesse Eisenberg potwierdza swój talent?
Na otwarcie Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego zobaczyliśmy "Debiut" z Julianne Moore w roli głównej. Czy Jesse Eisenberg potwierdził, że "Prawdziwy ból" nie był przypadkiem, i jest reżyserem, którego warto obserwować? Recenzuje Agnieszka Pilacińska. "Gotowa na wszystko" (recenzja filmu "Debiut", reż. Jesse Eisenberg) Zapewne każdy z nas choć raz miał potrzebę zmiany, która pozwoliłaby uwolnić się od rutyny, ciężaru niezrealizowanych planów, dałaby poczucie rzeczywistego przeżywania życia, a nie bycia jedynie trybikiem w systemowej machnie. W końcu, jak głosi jedna z ulubionych narracji kapitalizmu, jesteśmy kowalami swojego losu. Jesse Eisenberg mówi: "sprawdzam", zastanawiając się nad rolami, które gramy w życiu, powodami dla których nakładamy maski, oraz tym, co jest pod nimi, czyli prawdzie o nas samych. A robi to w sposób, który rozbawiłby samego Gombrowicza, serwując nam prawdopodobnie najlepszą, oryginalną komedię tego roku. Główną bohaterką opowieści jest Mona (Julianne Moore), typowa gospodyni domowa w średnim wieku, zafiksowana – niestety bez wzajemności – na swojej rodzinie. Zarówno mąż, jak i dwójka prawie dorosłych dzieci przypominają sobie o jej istnieniu dopiero wtedy, kiedy zaczyna burczeć im w brzuchach. Kobieta zbyt często zadaje sobie pytanie, czy ktokolwiek w ogóle zauważyłby jej brak. Z poczucia przezroczystości, bycia ignorowaną przez w zasadzie cały świat (a raczej z przyzwalania na taki stan rzeczy) rodzi się potrzeba zmiany. Pewnego dnia zgłasza się zatem na przesłuchanie do sztuki "Wścibscy sąsiedzi", ubiegając się o rolę pani Danielle, dozorczyni nowojorskiej kamienicy. Angaż dostaje – ale tylko dlatego, że wybrana w drodze castingu aktorka zrezygnowała, a innych zgłoszeń nie było. Artystyczny świat wita Monę z otwartymi ramionami. Młodziutka Stef (Halle Bailey), odtwórczyni głównej roli, od razu skraca dystans, deklarując siostrzaną więź. Reszta zespołu, w tym asystent Piotr (Eldar Isgandarov), codziennie obsypuje ją serdecznościami, które ta natychmiast odwzajemnia – ze zdwojoną siłą. Aż trudno uwierzyć, ile do tej pory nasza bohaterka traciła w życiu. W beczce nienaturalnie słodkiego miodu pojawia się jednak łyżka dziegciu: Jerry (Paul Giamatti), reżyser zdruzgotany scenicznymi umiejętnościami swojej nowej aktorki, który postanawia wydobyć z niej talent. Spokojnie, Eisenberg nie zamierza opowiadać nam o nauczycielu-tyranie pokroju Terence’a Fletchera (J.K. Simmons) i fundować powtórki z "Whiplash" (2013) Damiena Chazelle’a. Jednakowoż Mona ma w sobie coś z Andrew Neimanna (Miles Teller): zamierza za wszelką cenę osiągnąć swój cel, dać niezapomniany występ i zdobyć uznanie publiczności. Jej upór jednak w pewnym momencie zaczyna komplikować sytuację. Zachęcana przez mentora do porzucenia skorupy wstydu i oddania się roli, coraz bardziej zatraca się w nowej życiowej roli, stawiając Jerry’ego w szeregu kłopotliwych sytuacji. Całą recenzję autorstwa Agnieszki Pilacińskiej przeczytacie TUTAJ."Debiut" – zwiastun


























































































































