Dziś mija 30 lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Jak ogląda się dziś kino twórcy "Amatora" i "Dekalogu"? Które jego filmy najlepiej wytrzymały próbę czasu? Jak zmieniła się ich wymowa w ciągu tego ponadćwierćwiecza? Co w 2026 może nam dać seans filmu Kieślowskiego? Zastanawia się Joanna Najbor. Panie Filipie, niech pan patrzy – niby nic, a jaki świat jest piękny. Ludzie żyją, kochają się. I to czasem warto zobaczyć – tak w jednej ze scen "Amatora" (1979) mówi do Filipa Mosza kierownik jego zakładu pracy, wskazując na otaczający krajobraz. W dolinie nie ma nic szczególnie ciekawego – bure przedwiośnie, gołe gałęzie drzew, pola uprawne, podobne do tych wszystkich, które mijamy podczas przypadkowej podróży pociągiem przez Polskę. Ktoś w oddali prowadzi konia, ćwierkają ptaki; w powietrzu unosi się nie wiadomo skąd pochodzący dym. A u Pana to wszystko jakieś szare, smutne – doda szef, komentując nakręcony przez Mosza film dokumentalny. No tak, życie przyrody może być publiczne – odpowie Filip. Oczywiście, całą tę scenę można uznać za autotematyczny komentarz do filmografii Krzysztofa Kieślowskiego, a w szczególności do jego starszych tytułów. Niby nic, a coś. Małe losy, wielkie dramaty, rozgrywane w ciasnych przestrzeniach poczekalni, mieszkań i przesmyków między dopiero co postawionymi blokami. Dziś, w trzydziestolecie śmierci artysty, mam jednak wrażenie, że to właśnie ten wycinek jego twórczości po latach smakuje najlepiej: gdzie życie społeczne traktowane jest jako element świata przyrody poddawany wytrwałej, zdystansowanej obserwacji. Krzysztof KieślowskiLegenda przed filmamiChyba nie ma co się spierać na temat znaczenia Kieślowskiego dla polskiej kultury; te wszystkie festiwale i przeglądy, nagrody, książki, wywiady, jubileusze, katowicka uczelnia nosząca jego imię, która co roku wypuszcza na świat kolejnych adeptów sztuki filmowej. Dla osób, które poznawały jego filmy w latach 90., to dorobek spowity nienaruszalną aurą sentymentu. W tamtym czasie "kieślowszczyzna" była przecież obowiązującą religią: trylogia "Trzy kolory: Biały, Niebieski, Czerwony" (1993-1994) święciła triumfy na zagranicznych festiwalach, a autor "Przypadku" pracował z największymi gwiazdami francuskiej kinematografii, takimi jak Julie Delpy, Juliette Binoche czy Jean-Louis Trintignant. Po sukcesie "Dekalogu" i wyjeździe do Francji zyskał opinię mistyka zza żelaznej kurtyny; zaufanego przewodnika po meandrach ludzkiej duszy, ale też po tej intrygującej sferze duchowości dostępnej tym, którzy doświadczyli totalitarnego reżimu. O podobnych wartościach wypalony przez konsumpcjonizm Zachód mógł już tylko śnić; a Kieślowski, jak się okazało, był w tworzeniu snów bardzo dobry. Kreując na ekranie odrealnioną, metafizyczną aurę i żonglując symbolicznymi detalami, wpasował się w popularny wówczas ruch gnostycyzmu i New Age, a uniwersalność późnych historii bardzo szybko wyróżniła jego nazwisko w międzynarodowym obiegu. I choć zawsze znajdą się tacy, co pokręcą nosem nad patosem i kiczem tych polsko-francuskich koprodukcji, to nie będą mieli na tyle siły przebicia, by faktycznie zachwiać albo chociaż wzniecić ferment wokół jego artystycznego Autorytetu. "Przypadek"Bo pamięć lubi pielęgnować tego typu legendy – tym bardziej gdy mowa o Polaku-twórcy, który nie dość, że uchwycił specyfikę Ducha Czasu i konflikty moralne wpisane w doświadczenia komunizmu, to wyjątkowo zarezonował w środowisku międzynarodowym. O taką ponadlokalną skalę sukcesu nic nie robiliśmy – a przecież wiadomo, że zagraniczne sukcesy "swoich" co do zasady cieszą podwójnie (a w jakiej kategorii czy dyscyplinie, to już drugorzędna sprawa). Nie ma też znaczenia, czy sam zainteresowany takiego sukcesu pragnął – w końcu cegiełką składającą się na jakość legendy stanowi także fakt, że Kieślowski został reżyserem filmowym trochę przypadkiem; z ambicji i przekory, uważając swój zawód za niepoważny, "ale który musi wykonywać, bo nie potrafi nic innego". Opowieść o Kieślowskim to też zatem przypowieść o nadwiślańskim uporze; i figę z makiem tym, którzy trzy razy z rzędu nie chcieli go przyjąć do szkoły filmowej. A także kolejny element budujący wielopoziomową siłę mitu. Na nośność legendy składa się też osobowość. Machiny pamięci, często bardziej niż ludzie, cenią takie cechy jak nerwowość, erudycja czy zdystansowanie – a on ich posiadał w nadmiarze. Dodać do tego krzaczaste brwi, charakterystyczny wysoki wzrost, papieros za papierosem i kawę za kawą, a otrzyma się modelowy wzór wizjonera, snującego historie o ukrytym porządku i cieniach ludzkiego losu. Na trwałość legendy często składa się również niestety nieoczekiwana śmierć. Tak było i w tym wypadku: zmarł marcowego dnia w 1996 roku w Warszawie, w wieku 55 lat, na chorobę wieńcową. Choć zarzekał się, że już więcej nic nie nakręci, miał przecież dalsze plany, choćby realizację trylogii "Niebo-Piekło-Czyściec", opracowywanej ze swoim ulubionym scenarzystą, Krzysztofem Piesiewiczem. Na jego grobie na warszawskich Powązkach do dziś stoi rzeźba przedstawiająca dwie dłonie układające kadr filmowy – gest symboliczny, ale też na swój sposób wyzwoleńczy, zamykający w wyobrażonej ramie każdą opowieść, także tę pozornie niedokończoną.Projekt: prawdaOd momentu debiutu telewizyjnego "Przejściem podziemnym" (1973) estetyka twórczości Kieślowskiego zaczyna się stopniowo rozwidlać. Przez pewien czas równolegle z krótkimi filmami tworzonymi w Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych powstają produkcje fabularne, w których reżyser obficie czerpał z doświadczenia zdobytego przy dokumentach. Dziś często wiąże się je z tzw. kinem moralnego niepokoju, kładącym nacisk na etyczne dylematy jednostki w późnym PRL-u. Gdy Kieślowski kręcił "Amatora", miał 38 lat i stopniowo oddalał się od dokumentalistyki oraz fabularnych "prostych historii" w stronę alegorycznych, oderwanych od kontekstów polityczno-społecznych opowieści o Karze, Przypadku i Przeznaczeniu. Cezurę formalną i gatunkową stanowić tu będzie najpierw rok 1980, gdy nakręcił swój ostatni dokument "Siedem dni tygodnia", a następnie 1987, czyli premiera "Przypadku" – tytuł z Bogusławem Lindą utrzymany w konwencji "co by było, gdyby" już otwarcie zapowiadający nowy, baśniowy rozdział w jego twórczości, który potrwa przez kolejną dekadę. "Siedem dni tygodnia"Do samego "Amatora" – wprowadzającego mnie przed laty w świat artystycznego kina – wracam więc dziś z dystansem, charakterystycznym dla powrotów do niegdyś ukochanych, formatywnych dzieł. Na szczęście historię o Filipie Moszu ogląda się wciąż naprawdę dobrze: może dzięki wybitnej kreacji Jerzego Stuhra, może dzięki bezpretensjonalnym powiązaniom scenariusza z praktycznym warsztatem reżysera, wówczas wciąż korzystającego z usług niezawodowych aktorów i osadzającego akcję w konkretnych realiach. W tych wczesnych tytułach, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych (wśród których, oprócz "Amatora" można wymienić na przykład "Personel" czy "Spokój") kamera to dla Kieślowskiego szkło powiększające przyłożone do obić i zadrapań na społecznym organizmie; albo, jak sam stwierdził, "świat dostrzeżony w kropli wody". Pretekstowe historie snute są tu poprzez niefotogeniczne wycinki codzienności peerelowskich biur ("Urząd"), sal lekcyjnych ("Siedem kobiet w różnym wieku"), fabryk ("Fabryka"), zakładów pogrzebowych ("Refren"), szpitali ("Szpital") czy hal dworcowych ("Dworzec"). Tak jakby Kieślowski chciał krok po kroku zmapować całą przestrzeń modernistycznych niemiejsc; cały ten drugi plan, który poprzez obraną optykę zaczyna niepostrzeżenie pełnić rolę synekdochy na temat życia w systemie. Z drugiej strony, tworzy portrety konkretnych jednostek – jak nocny portier czy robotnik z fabryki, którzy chcą po prostu żyć po swojemu i dobrze wykonywać robotę. "Siedem kobiet w różnym wieku"I myślę, że po latach to właśnie po te tytuły warto sięgnąć w pierwszej kolejności – aby przypomnieć sobie o Kieślowskim sprzed mitu, ale też spojrzeć na głęboką przemianę Polski, także tę mentalną, która zaszła w ciągu ostatniego półwiecza. Te szczere, rozedrgane od dźwięków maszyn i już w momencie produkcji wyblakłe zapiski stanowią mistrzowskie ćwiczenie z empatii, warte Nobla z obserwowania obserwujących. Z trzecim sensem wciąż pisanym przez życie, a nie wygrawerowanym złotymi literami na taśmie dla potomnych. I choć – jak miał skomentować kolega Kieślowskiego z podstawówki, Leonard Prochowski, którego we wstępie do biografii reżysera cytuje Katarzyna Surmiak-Domańska – "tam nie ma nic o radości, tam jest pokazane ciężkie życie. Samotność, walenie głową w mur, przebijanie się do czegoś", to seans tych wczesnych filmów nie działa jak depresant. Robi raczej za skuteczną przypominajkę, że u podstaw dokumentu leży i będzie leżeć humanizm, który nie może się ot tak zestarzeć.W poszukiwaniu balansuZdecydowanie więcej wątpliwości pojawia się w przypadku filmów fabularnych. Wskazywano na nie jeszcze za życia artysty – Agnieszka Holland przy okazji prac nad "Czerwonym" miała stwierdzić, że to "metafizyka dla kucharek", a francuskie pismo "Cahiers du Cinéma" wytykało mu małość tego typu moralizatorstwa. Może pogłębiająca się przepaść względem jego późniejszej twórczości wiąże się z pewnym rodzajem cynizmu wpisanym w doświadczenie codzienności (i kultury) trzeciej dekady XXI wieku. Nie chcę przez to powiedzieć, że projekty, które nie zostały przepuszczone przez postmodernistyczny filtr, powinny zostać wyrzucone do kosza – wręcz przeciwnie, mam poczucie, że to właśnie postironii potrzebujemy dziś najbardziej, kiedy nawet ludzka tragedia notorycznie bywa brana w cudzysłów. Nie jestem jednak pewna, czy o taki rodzaj powagi chodzi. "Czerwony"Kontrast wydaje się wyraźniejszy nawet nie przez sam dobór tematów, ale zdezaktualizowanie się języka filmowego, którym zaczął świadomie posługiwać się po (jego zdaniem) miażdżącej porażce filmu "Bez końca" (1985). Paradokumentalną, przyklejoną do twarzy bohaterów i śledzącą każdy ich ruch kamerę zastąpią manieryczne kadry pełne kolorystycznych dominant (często utrzymane w nostalgizującej konwencji sepii), patetyczna muzyka Zbigniewa Preisnera, konflikty niby przejmujące, ale jednak nadmiernie poetyzowane i zawieszone w próżni. Współczesna zmiana kontekstów i mód, niestety, tylko wzmacnia efekt sztuczności. I choć mam do tych filmów sentyment, po latach zdecydowanie bardziej intrygujące okazują się jego wcześniejsze propozycje, przywodzące na myśl najlepsze momenty Kena Loacha czy braci Dardenne. Oswoić niepokójKtórąkolwiek ze ścieżek wybierzemy, dokumentalną czy popmetafizyczną, w centrum – mimo wszystko – wciąż znajdziemy człowieka i jego tożsamościowe dylematy. Człowieka nieustannie zmuszonego do konfrontacji: z otoczeniem, systemem, samym sobą, i poszukującego: miłości, równowagi, miejsca w świecie (tematyka emigracji wybrzmiewa szczególnie mocno). Przede wszystkim jednak – spokoju. Jak wiadomo, sam Kieślowski był osobą przepracowaną, przez większość życia zmagał się z depresją. Znane jest jego powiedzenie I am so-so: mam się jako tako, wciąż żyję (ale co to za życie). Poszukiwanie mitycznego (bo przecież zawsze nieuchwytnego) spokoju to idée fixe przewijające się przez większość tych tytułów, które mogą trafiać do współczesnej rozproszonej i przebodźcowanej publiki. "Amator"Określenie "kino poszukiwania spokoju", choć uboższe znaczeniowo, brzmi zresztą chyba ciut zrozumialej niż "moralny niepokój" – bo czego miałby on dziś dotyczyć? Mam wrażenie, że napięcie pochodzące z konfliktów moralnych przeniosło się na te egzystencjalne i fizyczne, wpisane w doświadczenie ciała: ciągłe, podskórne lęki odczuwane w związku z niestabilną sytuacją polityczną, klimatyczną, ekonomiczną. Niepokój jako miejsce spotkania nie brzmi może najbardziej optymistycznie, ale w tym wypadku może pomóc zaistnieć tym sensom na nowych gruntach, przypominając, że to właśnie w napięciu często rodzi się wrażliwość. Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ. 18 marca o godzinie 20:00 w stołecznym kinie Iluzjon w związku z 30. rocznicą śmierci Krzysztofa Kieślowskiego wspólnie obejrzymy jeden z najważniejszych filmów w dorobku reżysera – "Przypadek" z Bogusławem Lindą i Tadeuszem Łomnickim w rolach głównych. Bilety na seans możecie kupić TUTAJ.