Czy Oscary mają sens?

Na pierwszym rozdaniu Oscarów nie było kamer. Całe wydarzenie odbyło się w jednym z hoteli w Los Angeles. Sama ceremonia rozdania nagród trwała piętnaście minut, na sali było 270 osób. Całość wyglądała jak jedna z typowych branżowych imprez, o której następnego dnia mogły poinformować gazety. Ponad dziewięćdziesiąt lat później rozdanie nagród Akademii to ponadtrzygodzinna gala, transmitowana na cały świat i oglądana przez miliony widzów. Ale paradoksalnie to właśnie teraz częściej niż kiedykolwiek wcześniej zadajemy sobie pytanie: czy Oscary mają jeszcze sens?   TRWA ANKIETA OSCAROWA! GŁOSY MOŻECIE ODDAWAĆ, KLIKAJĄC TUTAJP jak Prestiż, P jak PieniądzeJaki jest cel przyznawania nagród Akademii? Teoretycznie odpowiedź jest prosta: nagrodzenie najlepszych filmów i twórców minionego roku. Można się spierać, czy jakiekolwiek nagrody porównujące ze sobą dzieła kultury mają sens, ale jest to pytanie wykraczające daleko poza problem wartości samych Oscarów. Sprawa staje się jednak bardziej skomplikowana, gdy zadamy sobie bardziej ontologiczne pytanie: jaki był przez lata sens istnienia takiej nagrody? Zmieniał się on na przestrzeni dekad. Początkowo Oscary powstały, by podnieść prestiż świeżo utworzonej Akademii. Ta zaś nie została powołana, by nagrody rozdawać, ale (przynajmniej na początku swojego istnienia) być ważnym graczem w sporach pracowniczych w ramach przemysłu filmowego. Wraz z pojawieniem się telewizji ceremonia rozdania Oscarów stała się kolejnym elementem budowania wizerunku Hollywood. Oscary 1929W czasach przed social mediami, dzięki którym życie gwiazd możemy oglądać na bieżąco, wieczór rozdania nagród Akademii był jednym z niewielu, kiedy kinowe gwiazdy schodziły do telewizorów i pojawiały się w salonach osób oglądających transmisję. To pewien paradoks Oscarów: chociaż są nagrodą filmową, swoje najlepsze lata przeżywały za sprawą popularności widowiska telewizyjnego. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych rozdanie nagród stało się jednocześnie dobrym sposobem na promowanie amerykańskiej kinematografii niezależnej, która powoli zaczęła wypierać z oscarowej rywalizacji większe produkcje. W ostatnich dekadach Oscary stały się zaś narzędziem budowania prestiżu wchodzących do świata produkcji platform streamingowych. Nefliksowi, Apple’owi czy Amazonowi zależało na tym, by udowodnić, że liczą się jako gracze nie tylko na rynku telewizyjnym, ale też jako producenci prestiżowych produkcji filmowych.  Jednocześnie – nie wszystkie kategorie oscarowe miały ten sam cel. Wprowadzona w latach pięćdziesiątych kategoria dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego (obecnie filmu międzynarodowego) nie tylko zwracała uwagę amerykańskiej widowni na filmy tworzone poza Hollywood (co było szczególnie istotne w czasach, kiedy w powojennej Europie zaczęły pojawiać się nowe trendy filmowe i twórcy warci dostrzeżenia), ale też dawała szansę na ich szerszą dystrybucję. Zresztą do dziś nominacja do Oscara w tej kategorii ułatwia ich rozpowszechnianie – zwłaszcza filmów, które pochodzą z mniej znanych i mniej popularnych kinematografii. Międzynarodowy sukces niezależnej łotewskiej animacji "Flow" to dobry przykład na to, że wciąż są kategorie oscarowe, które pomagają filmom wzbudzić szersze zainteresowanie.  Oscary 1950Dotyczy to zresztą również kategorii, o których mówi się nieco mniej, takich jak np. tych poświęconych najlepszym krótkometrażowym filmom animowanym czy dokumentalnym. Te produkcje po otrzymaniu nawet nie nagrody, ale nominacji, cieszą się bez porównania większą popularnością niż przed dostrzeżeniem ich przez Akademię. To wciąż kategorie rzucające światło na tytuły, które w innym przypadku nie będą budzić zainteresowania powszechnej widowni. Ich cel jest więc zupełnie inny niż na przykład w przypadku kategorii "Najlepszy film", gdzie zakładamy, że większość tytułów miała już światową dystrybucję (nie jest to jednak zupełnie oczywiste, czego najlepszym dowodem było zwycięskie "Moonlight", które dopiero po otrzymaniu Oscara trafiło do większej liczby kin w Stanach, zwiększając liczbę ekranów do 1500. Oscary mają wciąż wpływ na zarobki aktorów, choć trwają dyskusje, jak duży. Szacuje się, że aktorzy nagrodzeni Oscarem mogą przy negocjowaniu swojego następnego kontraktu zwiększyć stawki o ok. 20%. Jednocześnie, im więcej mamy badań na ten temat, tym bardziej staje się jasne, że "bonus" za Oscary nie rozkłada się równomiernie. Nieco lepiej działa w przypadku mężczyzn, nieco słabiej w przypadku kobiet. Warto tu jednak podkreślić, że wpływa na to wiele innych czynników: na przykład fakt, że na przestrzeni lat nagrodę Akademii częściej dostawały młode aktorki niż młodzi aktorzy – co oznacza, że Oscar dla aktorki pojawiał się często na początku jej kariery, a niekoniecznie w pełnym jej rozkwicie. Innymi słowy – Oscar dla Leonarda DiCaprio potencjalnie bardziej podnosi jego kolejną stawkę niż choćby nagrodzonej w zeszłym roku Mikey Madison. Mimo to Oscary mają przełożenie finansowe – nawet jeśli nie dla samych aktorów, to dla producentów. Między innymi dlatego studia filmowe inwestują co roku dziesiątki milionów dolarów w kampanie oscarowe – statuetka wciąż jest ekonomicznie opłacalna. Nawet jeśli nie przekłada się bezpośrednio na wyniki w box offisie (choć ponowne wypuszczanie nagrodzonych filmów do kin przynosi realne zyski – i to w milionach dolarów), i tak sprawia, że nagrodzone studio staje się atrakcyjniejsze dla filmowców, aktorów, a także, co najważniejsze – potencjalnych inwestorów.  Mikey Madison z Oscarem za "Anorę", 2025Odkrywanie kulisSkoro Oscary mają swój wewnętrzny sens, to dlaczego wciąż zadajemy sobie pytanie: po co nam Oscary? Problem nie leży w samej idei nagrody, ale raczej w tym jak Oscary są rozdawane i kto to je przyznaje. Najbardziej wrażliwym elementem procesu oscarowego stała się w ostatnich latach ceremonia wręczenia nagród. Kiedyś przyciągająca nawet 50 milionów widzów (w 1998 roku oglądało ją ponad 55 milionów telewidzów, głównie ze względu na rekordowy rok "Titanica"), w ostatnich latach staje się coraz mniej popularna. Oglądalność na poziomie kilkunastu milionów widzów to stała rzeczywistość po pandemii. Ceremonia przestała być atrakcyjna. Przez dekady funkcjonowała jako wielkie telewizyjne widowisko, które przyciągało ludzi pragnących choć przez chwilę zobaczyć prawdziwe emocje na twarzach ukochanych gwiazd filmowych. Hollywood roztaczało swoją magię w telewizji, przekonując telewidzów, że to jest właśnie prawdziwe oblicze Fabryki Snów.  James Cameron z Oscarami za "Titanica", 1998Dziś ten wymiar Oscarów przestał być dla nas intrygujący, co więcej – sama ceremonia straciła wiele ze swojego błysku, bo dzięki relacjom na social mediach możemy zajrzeć za kulisy i nagle okazuje się, że ta magiczna hollywoodzka gala rozgrywa się w kinie w centrum handlowym. Elegancka widownia to po prostu wystawione na szybko, niekoniecznie wygodne krzesła. Nominowani pokazują nam wszystko, co w relacji telewizyjnej dało się ukryć. Im więcej wiemy o kulisach ceremonii, tym bardziej oddalamy się od tego poczucia, że to magiczna, filmowa noc, która jest wyrwana z szarej codzienności. Między innymi dlatego od lat oglądalność gali spada – zwłaszcza wśród młodszych widzów, którzy nie są zainteresowani trzygodzinnym programem telewizyjnym. Nie pomaga też fakt, że w ostatnich edycjach często nominowane były filmy, które niekoniecznie doczekały się w Stanach szerokiej dystrybucji. Jeśli dodamy do tego np. częste nagradzanie aktorów brytyjskich, okazuje się, że wielu widzów nie widzi w samej gali czegokolwiek ciekawego dla siebie. A bez wielkiej ceremonii Oscary stają się kolejną nagrodą, o której – jak w latach dwudziestych – można spokojnie przeczytać następnego dnia.  Na obniżenie znaczenia Oscarów wpłynął też fakt, że nie tylko wiemy coraz więcej o samej gali, ale też o mechanizmie przyznawania nagród. Kiedy w 1999 roku "Zakochany Szekspir" pokonał w rywalizacji o statuetkę za najlepszy film "Szeregowca Ryana" nie wszyscy zdawali sobie w pełni sprawę, jak duża i przemyślana kampania marketingowa stała za taką decyzją Akademii. Od chwili, w której zaczęto coraz więcej mówić o kampaniach oscarowych, kiedy pojawili się specjaliści przygotowujący narracje wokół filmów i aktorów, rywalizacja oscarowa dla wielu stała się raczej rywalizacją firm specjalizujących się w marketingu. Specjalne pokazy, prezenty dla akademików, spotkania z aktorami, tworzenie przemyślanych narracji zarówno o swoim filmie, jak i o konkurencji – to wszystko sprawiło, że trudno uwierzyć w bezstronne głosy członków Akademii. "Szeregowiec Ryan"Co prawda na przestrzeni ostatnich lat Akademia zrobiła wiele, by ograniczyć znaczenie oscarowych kampanii, ale sama świadomość, że mówimy tu o zaplanowanej akcji mającej zakończyć się Oscarem, odbiera poczucie, że czeka nas wielka niewiadoma. W tym roku Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową najpewniej wygra Jessie Buckley za rolę w "Hamnecie". Choć będzie to zapewne wzruszający moment, sama wiedza, że aktorka od początku sezonu nagród jest typowana jako zwyciężczyni, odbiera emocje oscarowej nocy. Ów element hazardu czy zaskoczenia, który czynił galę oscarową tak ciekawą, w ostatnich latach zamienił się raczej w pewność, że w tych najbardziej prestiżowych kategoriach niezależnie od listy nominowanych zwycięzcy są raczej pewni. Zresztą wydłużenie się cyklu nagród (jest ich obecnie kilkanaście, a kilka ma dostępne internetowo czy telewizyjnie transmisje) sprawia, że nawet ocenianie strojów na czerwonym dywanie (rozrywka, która cieszy się obecnie większą popularnością niż same nagrody) staje się męczące i powtarzalne.  Jessie Buckley, "Hamnet"Nie pomaga Oscarom także rosnąca nieufność do samej Akademii. Po tym jak w 2012 roku w "Los Angeles Times" pojawił się artykuł ujawniający, że większość członków Akademii to biali mężczyźni po sześćdziesiątce, wiele osób zaczęło przyglądać się oscarowym decyzjom bardzo krytycznie. Mimo że kilkanaście lat później skład decydujący o rozdaniu Oscarów się zmienił (między innymi za sprawą zaplanowanej akcji przyjmowania zdywersyfikowanej grupy nowych członków), wciąż pokutuje przekonanie, że to nagroda "starych białych facetów". Zaufania do nagrody nie podbudowały także akcje takie jak #oscarssowhite – która w 2016 roku zwróciła uwagę na to, jak dominujące są nominacje dla białych twórców – ani też głębsza refleksja nad tym, jak niewiele reżyserek nagrodziła Akademia przez wszystkie lata swojego działania. Dodajmy do tego jeszcze ruch #MeToo i postać Harveya Weinsteina, pod którego adresem na Oscarach przez latach spływało najwięcej podziękowań zaraz po Bogu i… dostajemy instytucję, której trudno zarządzać gustem i prestiżem.  Zwłaszcza jeśli dodamy do tego rosnącą nieufność do elit, specjalistów i establishmentu. Internetowy odbiór kultury zdecydowanie wyżej ceni albo opinie wybranych influencerów, albo agregowane opinie widzów, traktowane często jako uczciwsze i mniej ideologiczne niż decyzje jury. Jest to niekoniecznie zgodne z prawdą (patrz: znane zjawisko zarówno wystawiania przez publikę ocen z klucza ideologicznego, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych). Ale jest też bliższe współczesnym nastrojom – zwłaszcza tym skierowanym ku starszym instytucjom, które dodatkowo w Stanach Zjednoczonych są kojarzone z liberalnymi elitami politycznymi. Od niedawna zaczęto też coraz głośniej mówić o wymiarze klasowym oscarowej gali. Piękne suknie z czerwonego dywanu i informacje o niesamowitych prezentach, jakie dostali nominowani uczestnicy gali, budzą frustrację, gdy coraz więcej osób przed ekranem telewizorów zastanawia się, jak przeżyć od pierwszego do pierwszego. Kto na Oscara zasługuje, a kto Oscara potrzebujePrzyglądając się oscarowym kryzysom, łatwo dostrzec, że największym problemem nagrody jest to, że nie jest ani lepsza, ani gorsza niż środowisko, które nagradza i z którego się wywodzi. Krytyczne słowa pod adresem Oscarów często da się niemal jeden do jeden przełożyć na krytykę samego Hollywood. Filmy stają się coraz mniej kreatywne, wszystko już gdzieś widzieliśmy, gwiazdy są zbyt pewne siebie, wszyscy sprawiają wrażenie, jakby chcieli mieć tę samą twarz i nie są w stanie dotknąć emocji widzów tak jak produkcje realizowane z dala od Fabryki Snów. Nawet jeśli na oscarowej gali zwykle mamy do czynienia z tytułami wyselekcjonowanymi tak, by pokazywały nam najlepsze oblicze amerykańskiej kinematografii, to wciąż wielu widzów ma wrażenie, że próbuje się odwrócić uwagę od tego, co naprawdę jest bolączką współczesnej amerykańskiej kinematografii. Czyli braku dobrych pomysłów na to, jak właściwie przyciągnąć widzów do kin i zainteresować ich czymś, co nie byłoby kolejnym sequelem, rebootem czy adaptacją istniejącego już wcześniej dzieła kultury.  Oscary 2024Czy to oznacza, że należy z Oscarów zrezygnować? Dociągnąć do setnej ceremonii i zgasić światło? Nie byłabym aż tak radykalna. Przede wszystkim – eksperymenty z innymi nagrodami rozdawanymi filmowcom pokazują, że niełatwo Oscary zastąpić. Nie zrobią tego ani Złote Globy, odbudowujące markę po wielkiej kompromitacji, ani nagrody SAG (Nagrody Gildii Aktorów Ekranowych), które pomimo transmisji na Netfliksie nie budzą takiego zainteresowania, ani brytyjskie BAFT-y, które są jedynie cieniem oscarowego wieczoru. Nawet rozdawane w namiocie na plaży Independent Spirit Awards, które miały pokazać Oscarom, gdzie ich miejsce, nigdy nie wzbudziły większych emocji poza grupą osób bardzo zainteresowanych kinematografią. Europejska Nagroda Filmowa, choć zyskuje na znaczeniu, pokazuje, że stworzenie od zera prestiżowej nagrody branżowej wcale nie jest takie proste. A zainteresowanie nią szerokiej widowni jest jeszcze trudniejsze. Żadne nagrody filmowe przyznawane jako podsumowanie sezonu (nie mówię tu o nagrodach przyznawanych na festiwalach, te funkcjonują na zupełnie innych zasadach) nie zbliżyły się nawet do znaczenia i prestiżu Oscarów.  Może więc w ogóle powinniśmy zrezygnować z rozdawania nagród twórcom? Tu jednak pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie wylewamy dziecka z kąpielą. Tak, jasne, Leonardo DiCaprio czy Timothée Chalamet nie potrzebują Oscarów (choć bardzo ich pragną), ale pamiętajmy, że nagrody Akademii to najszerzej rozdawane duże nagrody filmowe. Wyróżnienia dla twórców produkcji dokumentalnych, krótkometrażowych, dla osób odpowiedzialnych za kostiumy, charakteryzację czy – jak w tym roku – także za casting dają chwilę w świetle reflektorów twórcom, o których zwykle nie mówimy zbyt wiele. Na każdą gwiazdę, która przyjeżdża do Dolby Theatre limuzyną, przypada jakiś dźwiękowiec czy dokumentalista podjeżdżający starą Toyotą. Nawet jeśli nie są to najważniejsze nagrody dla widzów, to nominacja, wyróżnienie i możliwość odebrania statuetki przed osobami ze swojej branży jest czymś, co ma swoją wartość. Zwłaszcza obecnie, gdy pracownicy techniczni kinematografii coraz częściej słyszą, że ich posady da się błyskawicznie zastąpić sztuczną inteligencją. Celebrowanie tych twórców jest nie mniej ważne niż zastanawianie się, co powie wyróżniony statuetką najlepszy reżyser.  Oscary 2016Oscarze, doradź, co oglądaćAle nie chodzi jedynie o wspieranie twórców, dla których wejście na scenę w Los Angeles może być równie kosmicznym przeżyciem co dla nas. Oscary wciąż mają na tyle duże znaczenie, by zwrócić naszą uwagę na filmy, które niekoniecznie poradziły sobie w box offisie. Z jednej strony to słabość – bo wiele osób czuje, że ich gust filmowy nie jest w nominacjach Akademii reprezentowany. Z drugiej – olbrzymia siła, bo wciąż wiele osób zwróci uwagę na tytuły, które w innym przypadku zupełnie by pominęły. Wyróżnienie filmów takich jak "Moonlight", "Parasite" czy "Anora" wzbudziło dużo szersze zainteresowanie nimi, niż mogli się tego spodziewać ich producenci i dystrybutorzy przed Oscarami. Choć w Polsce może się wydawać, że nominowane filmy należą do tych powszechnie dostępnych i szeroko dystrybuowanych, to część z nich nawet w Stanach Zjednoczonych ma ograniczoną dystrybucję. Takim niezależnym filmom nagrody wciąż dodają skrzydeł.  Bo też Akademia wciąż wyznacza nam pod koniec roku pewien zbiór filmów do omówienia, porównania, nadrobienia. Czy się nam to podoba czy nie – to właśnie narzucone przez nominacje ograniczenie sprawia, że tytuły, które znalazły się na liście nominowanych, zaczynają cieszyć się jeszcze większą uwagą widzów. Czasem decyzje akademików przekonują, że film warto zobaczyć. Zaraz po ogłoszeniu rekordowej liczby nominacji dla "Grzeszników" wiele osób postanowiło w końcu nadrobić film dostępny już w streamingu. Tym samym film Ryana Cooglera stał się najchętniej oglądanym tytułem na platformie na całym świecie.   "Grzesznicy" – zobacz zwiastunNie chodzi tu jedynie o filmy hollywoodzkie. W Polsce sporo mówi się o "Tajnym Agencie" czy "Wartości sentymentalnej" – nominowanych do Oscara filmach nieanglojęzycznych. Ich premiera przed rozdaniem nagród wydaje się absolutnie kluczowa. O "Bez wyjścia" – znakomicie przyjętym w Wenecji nowym filmie Parka Chan-wooka słychać bez porównania mniej. Bo nie załapał się na nominacje do nagród Akademii. To zawężanie przez Oscary pola dyskusji ma swoje plusy (pozwala sporo odkryć), ale i minusy (wiele fantastycznych filmów zostaje pominiętych). Ale świadczy o tym, że perspektywa porównania i wybierania najlepszych filmów spośród wskazanych przez Akademię wciąż jest dla nas atrakcyjna. "Tajny agent" – zobacz zwiastunZ telewizji do internetuPocząwszy od 2029 roku ceremonia rozdania nagród Akademii będzie transmitowana na YouTubie. Po latach tworzenia widowiska telewizyjnego w końcu nierychliwe hollywoodzkie gremium postanowiło przenieść się do Internetu. Ten nowy pomysł na dystrybucję treści może okazać się wybawieniem – ostatecznie spadająca oglądalność gali w telewizji była jednym z głównych problemów Oscarów. Jednocześnie pojawia się pytanie: czy te youtube’owe Oscary będą miały jeszcze nam cokolwiek do zaoferowania? Czy zmiana formuły nie sprawi, że ostatecznie skończy się okres prezentowania Oscarów jako największej i najważniejszej nagrody filmowej? Zwłaszcza że nietrudno sobie wyobrazić, jak na galę zapraszani są popularni twórcy z YouTube’a, a sama impreza stara się przede wszystkim przekonać do siebie młodsze pokolenie widzów, które niekoniecznie jest zainteresowane niezależną kinematografią. Czy te nowe Oscary znajdą swój nowy sens? To nie jest pewne. Nawet jeśli przez ostatnie sto lat udawało się tej nagrodzie wymyślać siebie na nowo więcej razy, niż mogłoby się wydawać.  Oscary raczej nie znikną. Tak samo jak nie znika większość nagród branżowych. Ludzie lubią być nagradzani, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują. Nawet jeśli widzowie niekoniecznie wierzą w moc Oscarów, to dla filmowców przyznawane przez Akademię wyróżnienie nadal będzie miało swoje znaczenie; podobnie jak mniejsze wyróżnienia przyznawane przez lokalne kinematografie, węższe gremia i mniej znaczące instytucje. Nagrody mają dokładnie takie znaczenie, jakie im nadamy, i tak długo jak będą ważne dla przedstawicieli środowiska, które je ceni, będą nadal rozdawane. Pytanie tylko, jakie będzie nasze miejsce w całym tym procesie. Jeśli eksperyment z pozyskiwaniem nowych widzów się nie uda, czy Oscary nie wrócą do początków – do momentu, kiedy nie byliśmy członkom Akademii do niczego potrzebni? Być może gdzieś tam w przyszłości Oscary rozdawane są w kwadrans, w niewielkiej sali, a potem wszyscy nominowani udają się na bankiet. A my widzowie, dowiadujemy się, kto wygrał, następnego dnia. Tylko już nie z gazet, ale z konta Akademii na Tik Toku. Jestem sobie w stanie taką przyszłość wyobrazić. 

Filmweb poleca "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej"

Do kin wchodzi dziś "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". Pełnometrażowy reżyserski debiut Emi Buchwald zdobył dwa Orły i cztery nagrody na festiwalu w Gdyni, spodobał się też w redakcji Filmwebu. Do tego stopnia, że postanowiliśmy wyróżnić go znakiem jakości "Filmweb Poleca".    TRWA ANKIETA OSCAROWA! GŁOSY MOŻECIE ODDAWAĆ, KLIKAJĄC TUTAJ Przeczytajcie recenzję "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Buchwald organicznie rozumie małe kryzysy młodych dorosłych, urastające do rangi dylematów pierwszego planu. Film łapie ich w chwilach bezradności, pozwalających śledzić wzajemne reakcje na problemy każdego z osobna i kreślić w ten sposób fascynującą siatkę emocjonalnych oddziaływań, pisał w swojej recenzji filmu Maciej Satora. "Małe stawki, wielkie emocje" – mówi o swoim filmie Emi Buchwald, podsumowując wyjątkowy na tle polskiego kina nastrój "Duchów"; produkcji jak emocjonalny monolog przyjaciółki, w którym żywy, osobisty problem, rozładowujący żart i świadomość pełnego zrozumienia tworzą razem wreszcie coś namacalnego. Reżyserka, nachylając się do widza i ściszając głos, zaprzyjaźnia nas ze swoimi bohaterami właśnie poprzez tę skalę – jakby dopiero z pomocą kameralnego opowiadania o życiowej bieżączce mogła wydobyć pełną, prawdziwą wagę spraw najważniejszych, czytamy dalej w recenzji.     Całą recenzję autorstwa Macieja Satory przeczytacie TUTAJ.   "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" – zwiastun Wchodząca w dorosłość czwórka rodzeństwa próbuje odnaleźć własne ścieżki, nie tracąc przy tym łączących ich więzi. Najmłodszy, Benek, mierzy się z bolesnym odrzuceniem ze strony starszego brata, Franka, który dotąd był jego najlepszym przyjacielem. Chłopaka nawiedza także tajemnicza zjawa – Dusiołek – niepozwalająca mu zasnąć i wywołująca nagłe napady paniki. Uciekający od rodziny Franek wplątuje się w toksyczny związek, popada w kłopoty z narkotykami i coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Jego stan budzi niepokój Nastki, siostry bliźniaczki, która sama pragnie miłości i stabilizacji. Najstarsza z rodzeństwa, Jana, pracuje nad projektem artystycznym, który ma przynieść ukojenie nie tylko młodszemu rodzeństwu, lecz także jej samej.   

"The Batman Part II" ma problem. Nikt nie chce zagrać tej postaci

Wygląda na to, że Matt Reeves ma problem. Kolejna duża gwiazda kina odmówiła udziału w komiksowym widowisku "The Batman Part II". TRWA ANKIETA OSCAROWA! GŁOSY MOŻECIE ODDAWAĆ, KLIKAJĄC TUTAJ Brad Pitt, Stellan Skarsgård, Daniel Craig - rośnie lista gwiazd, które nie chcą spotkać BatmanaWiększość ról w filmie "The Batman Part II" została obsadzona. W filmie wystąpią: Robert Pattinson, Scarlett Johansson, Sebastian Stan, Jeffrey Wright, Colin Farrell, Barry Keoghan i Paul Dano. Do obsadzenia została jednak ważna rola Christophera Denta, ojca Harveya. Wygląda jednak na to, że wszyscy aktorzy, do których zwrócił się Matt Reeves, odmówili. Jak donosi World of Reel, najnowszą gwiazdą, która powiedziała "nie", jest Daniel Craig. Aktor na razie zajęty jest przygotowaniami do nowego filmu Damiena Chazelle'a, w którym wystąpią także Cillian Murphy i Michelle Williams. Wcześniej ofertę zagrania Denta seniora odrzucili Brad Pitt i Stellan Skarsgård. O czym opowie "The Batman Part II"?Oficjalnie fabuła filmu Matta Reevesa "The Batman Part II" nie została ujawniona. Wiadomo jednak, że kluczową rolę odegra w nim rodzina Dentów. Oprócz Harveya Denta (którego zagra Sebastian Stan) i jego ojca Christophera w filmie pojawia się też Gilda Dent, żona Harveya (wcieli się w nią Scarlett Johansson). Jednak World of Reel dzieli się plotką, zgodnie z którą film będzie opowiadał o sojuszu Batmana, Harveya Denta i komisarza Gordona zawartego, by powstrzymać seryjnego zabójcę oraz zapędy mafii. Z tego niektórzy wyciągają wniosek, że w filmie pojawi się Holiday Killer, a całość czerpać będzie inspiracje z komiksowej serii "The Long Halloween". Warto pamiętać, że ten komiks był też inspiracją dla "Mrocznego Rycerza" Christophera Nolana. Czy plotki te potwierdzą się i kto ostatecznie zagra Christophera Denat? Czas pokaże.Zwiastun filmu "Batman"