TAURON NOWE HORYZONTY: "Róża" i "Ktoś we mnie" – recenzujemy

W programie Nowych Horyzontów możemy obejrzeć dwa filmy, w którym znane aktorki przeprowadzają eksperymenty na swoich twarzach i ciałach. Sandra Hüller w "Róży" Markusa Schleinzera gra kobietę, która podaje się za mężczyznę. Léa Seydoux w "Kimś we mnie" Arthura Harariego wciela się z kolei w mężczyznę uwięzionego w ciele kobiety. Filmy recenzują Maciej Satora i Łukasz Mańkowski. Recenzja filmu "Róża" (reż. Markus Schleinzer)"Oblicza" autor: Maciej Satora Sięgające do dalekiej przeszłości kino artystyczne lubi obserwować twarze, może wierząc, że faktycznie są one najdokładniejszymi zwierciadłami umęczonych dusz. Te oblicza naznaczone epoką widzieliście już wielokrotnie. Blizny wyryte wojennym orężem, deformacje wyrządzone chorobami, na które leśna ściółka nie zna odpowiedniego lekarstwa, w końcu subtelny podkład z błota i niedomytego łoju, modny bez wyjątku zarówno w gwarnych miastach i spokojniejszych przestrzeniach wiejskich. Scenografia i kostiumy mogą dbać o historyczną stylizację, język – o zatopienie w pewnym społecznym rytmie czasów, ale dopiero twarze okazują się prawdziwym wehikułem; niosą jakąś prawdę, która potrafi przekroczyć rekonstrukcję na rzecz bardziej autentycznego uczucia obudzonego w widzu. Czasem to nawet niekoniecznie kwestia aktorstwa. Przekonywał o tym niedawno Paweł Pawlikowski, tłumacząc w wywiadzie wagę, jaką obdarzył proces wynajdywania statystów do budowy każdego kolejnego kadru "Ojczyzny". Statyści muszą stanowić żywy element scenografii. Ich twarze mają współtworzyć cały ten historyczny obraz – mówił wówczas. W tym zakresie Markus Schleinzer najpewniej zgadza się z polskim reżyserem. By się o tym przekonać, nie trzeba nawet oglądać jego nagrodzonej w Berlinie "Róży". Wystarczy rzut oka na jej plakat – ten, na którym krótko ścięta Sandra Hüller nabożnie spogląda ku górze, imitując sposób, w jaki prawie 100 lat temu robiła to Maria Falconetti w "Męczeństwie Joanny d’Arc".  Na tych dwóch obrazkach, jak w ćwiczeniu spostrzegawczości dla dzieci, różnic jest raczej niewiele. Reżyser chce, by intuicja popchnęła nas w kierunku filmu Dreyera – dlatego w jednej ze scen "Róży" bohaterce założą nawet na głowę identyczną koronę z plecionej słomy. Szczegóły są jednak inne: tam, gdzie na twarzy Falconetti znajdował się ślad po łzie, protagonistka czarno-białego dramatu Schleinzera ma głęboką, zniekształcającą aparycję szramę. Pamiątka po kuli, która w trakcie wielkiej wojny 30-letniej przeszyła jej ciało, a którą teraz nosi na łańcuszku jako symbol własnej, budującej ją historii. A może dowód na to, że zamiast Boga i stanu urodzenia, wyraźniej tworzą nas podjęte decyzje i ich konsekwencje? To nie tylko moja twarz, teraz wszystko ma nowy kształt – mówi w końcu bohaterka. Takich ważnych decyzji – kontrowersyjnych i trudnych, ale wytyczających jej dalsze losy – Rose, jeszcze przed rozpoczęciem akcji filmu, zdążyła podjąć sporo. Najważniejszą z nich pozostaje chyba ta o konsekwentnym podszywaniu się pod mężczyznę, już od młodych lat, gdy po pierwszej przymiarce zauważyła, jak wielką siłę potrafią dać człowiekowi spodnie w porównaniu z suknią kłębiącą się pod stopami. Performowana płeć w XVII wieku oferuje jej szereg nowych możliwości, ale i nowych wyzwań, od których nie ucieka: najpierw więc dziesięć lat wojny, z całym ładunkiem odkładającego się w ciele okropieństwa, po nich niełatwa dola gospodarza, który musi doprowadzić zapuszczoną rolę do stanu używalności. Kobieta prawo do ziemi w niewielkiej mieścinie, jak wiele w swoim życiu, uzyskała sprytem. Przyzwyczajona do udawania kogoś innego, wcieliła się w postać dziedzica zaginionego na froncie, wracającego teraz do rodzinnej wsi po latach bojów. Akceptacja przez zbiorowość nie daje jednak Rose okazji do wytchnienia. Po części dlatego, że – jak powie – życie w kłamstwie oznacza ciągły przymus zachowania czujności oraz strach przed demaskacją. Po części dlatego, że własną sprawczość wyszarpała patriarchatowi przecież nie po to, by do końca życia siedzieć cicho w cieniu dominujących ją mężczyzn.  Rose dużo więc pracuje, nie wikła się w niepotrzebne relacje, nie zaniedbuje obowiązków wobec społeczności. Gdy jej "niełatwą ziemię" wiosną przebijają kolejne pączki roślin uprawnych, rozpoczyna prace nad odbudową sypiącego się domu i pobliskiej stodoły. Do lata zacznie myśleć już o ekspansji, choć we wsi łatwiej niż wykupić kolejne morgi jest przejąć je w ślubnym posagu. Małżeństwo – w pierwszym odruchu tak przecież abstrakcyjne – zaczyna jawić się jako kolejny obowiązek niemożliwy do uniknięcia; kolejne brzemię, które będzie musiała nieść na swoich plecach, by podtrzymać kruche wrażenie wolności i samostanowienia. Całą recenzję Macieja Satory znajdziecie TUTAJ.Zobacz zwiastun "Róży""Róża" z Sandrą Hüller w tytułowej roli zadebiutowała na tegorocznym festiwalu w Berlinie. Zobaczcie zwiastun:  Recenzja filmu "Ktoś we mnie" (reż. Arthur Harari)"Harariri" autor: Łukasz Mańkowski Druga połowa canneńskiego festiwalu. Moment, w którym widownia wybacza już znacznie mniej. Lecimy na deficycie snu, cierpliwość działa w zupełnie innym rejestrze, a każde reżyserskie potknięcie czy przepowiednia festiwalowego snucia bez celu grozi kinofilską drzemką albo ostentacyjnym wyjściem z sali, żeby przewietrzyć głowę. Arthur Harari stąpa właśnie po tej cienkiej granicy ryzyka. Bo "The Unknown" na papierze brzmi fantastycznie – minimalistyczne sci-fi o tym, że szybki numerek z przypadkowo poznaną osobą może doprowadzić do zamiany ciał. Chciałbym powiedzieć, że Harari dowozi to jako pełnoprawne objawienie, ale choć pomysłów tu nie brakuje, film ostatecznie częściej dryfuje, niż naprawdę hipnotyzuje. Początek wygląda jak okrojona z budżetu francuska wariacja na temat "Matrixa". Poznajemy Davida – przygaszonego faceta po czterdziestce, sadboya z introwertyczną aurą i twarzą człowieka, który dawno temu pogodził się z życiową rezygnacją. Nieco apatycznego, wycofanego spotykamy po raz pierwszy, gdy fotografuje publiczne przestrzenie miasta w poszukiwaniu nieistniejącego już miejsca uwiecznionego kiedyś na zdjęciach jego ojca. Gdzieś pomiędzy tymi kadrami pojawia się twarz Léa Seydoux – obiekt obsesji, która finalnie zmieni jego życie. Chwilę później jesteśmy już w klubie, do którego zabierają Davida znajomi. Impreza o dość dziwnej energii, wokół ludzie w maskach. David od przypadkowo poznanej osoby dostaje pigułkę i bez chwili zawahania ją połyka. W tłumie nagle rozpoznaje Evę – kobietę ze zdjęcia. Rusza za nią jak Alicja za królikiem; jedna rzecz prowadzi do drugiej, aż chwilę później Eva szczytuje spazmatycznie na jego ciele. Następnego ranka David budzi się już jako Eva. I wtedy "The Unknown" naprawdę zaczyna się bawić własnym konceptem. David ponownie rusza na poszukiwanie Evy, przeczesując paryskie ulice, tyle że tym razem funkcjonuje już w kobiecym ciele. Kiedy w końcu trafia na trop samego siebie, okazuje się jednak, że ten pociąg dawno już odjechał – karuzela cielesnych podmian trwa dalej, a w jego dawnym ciele mieszka już inna dziewczyna, Malia. W tym osobliwym układzie – David jako Eva, Malia jako David – zaczynają razem szukać pierwotnej Evy, a absurdalne doświadczenie stopniowo zbliża ich do siebie bardziej, niż mogliby przewidzieć. Całą recenzję Łukasza Mańkowskiego znajdziecie TUTAJ.

Urodziny Jasona Stathama. Te role gwiazdy "Transportera" trzeba znać

Obchodzący dziś urodziny Jason Statham należy do grona aktorów, którzy nie potrzebowali szerokiego wachlarza aktorskich środków, by osiągnąć gwiazdorski status. Od lat konsekwentnie utrzymuje ekranowy wizerunek małomównego, twardego i skutecznego bohatera, nadrabiając wszelkie braki w warsztacie charyzmą. Zanim jednak stał się jedną z najpopularniejszych twarzy współczesnego kina akcji, dał się poznać jako świetny aktor komediowy i naturalny talent w filmach Guya Ritchiego. Oto dziesięć ról, które najlepiej pokazują jego możliwości. 10. Lee Christmas – "Niezniszczalni" (2010–2023) Choć seria Sylvestra Stallone'a powstała przede wszystkim jako hołd dla kina akcji lat 80. i 90., Statham – jako reprezentant "nowej fali" – szybko wyrósł na jeden z jej najjaśniejszych punktów. Jako mistrz walki nożem Lee Christmas nie tylko błyszczał w scenach walk, ale też wnosił do obsady mnóstwo luźnej energii i sprawnie dotrzymywał kroku legendom gatunku, dobrze komponując się z całą ekipą. Podczas realizacji trzeciej części przeżył niebezpieczną sytuację – wjechał autem do morza w wyniku awarii hamulców. Nie zniechęciło go to jednak do udziału w "czwórce".  9. Handsome Rob – "Włoska robota" (2003) Remake klasyka z 1969 roku przyniósł Stathamowi jeden z pierwszych dużych sukcesów w Hollywood. Grany przez niego Rob to mistrz kierownicy i uwodziciel z wybujałym ego. Aktor świetnie odnalazł się w gwiazdorskiej obsadzie u boku Marka Wahlberga, Charlize Theron i Edwarda Nortona, udowadniając, że potrafi ukraść uwagę widza nawet z drugiego planu. Był to też doskonały przedsmak jego późniejszych wyczynów za kółkiem. Co prowadzi nas do postaci zwanej... 8. Deckard Shaw – "Szybcy i wściekli" (od 2013) Deckard Shaw zadebiutował w krótkiej scenie po napisach w 6. części serii, by w kolejnej odsłonie stać się jednym z najbardziej wyrazistych antagonistów w historii cyklu. Jako były żołnierz brytyjskich sił specjalnych bez problemu wpasował się w serię, a jego ekranowe starcia z Dwayne’em Johnsonem i popularność obu postaci doprowadziły do powstania dedykowanego spin-offu ("Hobbs i Shaw"). Jednak w pamięci fanów i tak najbardziej mogła zapaść scena z 8. części, w której Shaw pokonuje wrogów na pokładzie samolotu, jednocześnie opiekując się dzieckiem w nosidełku. 7. Bacon – "Porachunki" (1998) Debiut Stathama w filmie pełnometrażowym i początek jego współpracy z Guyem Ritchiem. Jako Bacon – jeden z członków grupy mężczyzn, którzy gotowi są za wszelką cenę spłacić karciany dług w wysokości pół miliona funtów, skutecznie przyciągał uwagę. Co ciekawe, przed odkryciem przez Ritchiego Statham dorabiał na ulicy, sprzedając podrabianą biżuterię – właśnie ten fakt przekonał reżysera do tego, by zatrudnić debiutującego aktora. Tym samym to właśnie tutaj po raz pierwszy Statham zaprezentował swój luz i świetne wyczucie komediowego dialogu. 6. Arthur Bishop – "Mechanik" (2011–2016) To być może jedna z najbardziej eleganckich i stonowanych postaci w dorobku aktora. Jako zawodowy zabójca, który perfekcyjnie eliminuje wyznaczone cele, Bishop działa według chłodnego kodeksu. Statham z powodzeniem wykorzystuje tu swoje flagowe atuty: oszczędną ekspresję, dystans i fizyczną pewność siebie. Nie musi krzyczeć ani wygłaszać groźnych przemów – wystarczy jedno spojrzenie, by widz wiedział, z kim ma do czynienia. 5. Patrick "H" Hill – "Jeden gniewny człowiek" (2021) W tym filmie Ritchie postawił na surowość, a Statham dostarczył minimalistyczną kreację człowieka napędzanego bezwzględną żądzą zemsty. Aktor niemal nie potrzebuje tu słów – całe napięcie buduje postawą, ciężkim krokiem i zimnym wzrokiem. To jedna z jego najbardziej dojrzałych i mrocznych ról, w recenzjach porównywana nawet do kreacji Clinta Eastwooda z "Mściciela" i "Niesamowitego jeźdźca". Pewnie nie żałował, że po latach wrócił do współpracy z Ritchiem. 4. Chev Chelios – "Adrenalina" (2006-2009) Jeśli szukacie filmu, który definiuje pewne ekranowe szaleństwo Stathama, "Adrenalina" prawdopodobnie nie ma sobie równych. Chev Chelios zostaje otruty substancją, która zabije go, jeśli jego tętno spadnie poniżej krytycznego poziomu. Ten absurdalny punkt wyjścia daje pretekst do ekranowych szaleństw, a Statham świetnie odnajduje się w takiej konwencji. Jego rolę docenili też recenzenci (nawet jeśli same filmy – szczególnie drugi – nie spotkały się z ciepłym przyjęciem). 3. Rick Ford – "Agentka" (2015) Występ w komedii Paula Feiga pozwolił Stathamowi stworzyć udaną parodię własnego wizerunku. Rick Ford to absurdalnie pewny siebie tajny agent, który z absolutnie kamienną twarzą opowiada najgłupsze wymyślone historie o swoich wyczynach, po czym zalicza serię żenujących wpadek. Statham bezwzględnie kradnie cały film, pokazując olbrzymi dystans do siebie i raz jeszcze wykorzystując świetne wyczucie komediowe. 2. Frank Martin – "Transporter" (2002–2008) Rola, która na dobre ugruntowała jego pozycję w Hollywood. Frank Martin – były wojskowy i kurier realizujący nielegalne zlecenia według twardych, własnych zasad – z miejsca stał się jedną z najpopularniejszych postaci kina akcji początku XXI wieku. Statham wykorzystał tu wszystkie swoje atuty, w tym świetne przygotowanie fizyczne i umiejętności sztuk walki, co otworzyło mu drzwi do wielkiej kariery. Choć seria zbierała raczej chłodne recenzje, każda część trylogii z udziałem Stathama (w czwartym filmie główną rolę zagrał bowiem Ed Skrein), zarabiała więcej od poprzednika. 1. Turek – "Przekręt" (2000) Dla wielu widzów to właśnie Turek pozostaje najlepszą rolą w karierze Stathama. Bohater nie jest niezniszczalnym twardzielem, lecz zwykłym facetem, który próbuje wybrnąć z coraz większych kłopotów, a przy okazji rzuca jedne z najlepszych kwestii w całym filmie. Statham raz jeszcze znakomicie odnajduje się w świecie Guya Ritchiego – pełnym ekscentrycznych postaci, szybkich dialogów i absurdalnego humoru. "Przekręt" udowodnił (i pokazał przyszłym twórcom), że jego największym atutem nie są tylko sceny akcji, ale także naturalny komediowy timing i ogromna ekranowa charyzma. Na urodziny życzmy mu wiecej takich ról!"Transporter" – zwiastun

Plotki były prawdziwe! Ryan Gosling dołącza do uniwersum Marvela

Jak się okazało, to była najgorzej skrywana tajemnica Marvela od lat. Jak głosiły plotki, tak zostało to potwierdzone w sobotę na Comic-Conie w San Diego. Ryan Gosling dołącza do uniwersum Marvela. Po 17 latach Ghost Rider wróci do kinZgodnie z przeciekami Ryan Gosling zagra główną rolę w widowisku "Ghost Rider". Jego premiera planowana jest na 2028 roku. Będzie to wiosna lub lato, ponieważ w grudniu 2028 roku do kin trafi "Czarna Pantera 3". Ghost Rider enters the MCU Ryan Gosling will star in Marvel Studios' Ghost Rider, directed by Shawn Levy. #SDCC pic.twitter.com/MR2HJww2Wg— Marvel Studios (@MarvelStudios) July 26, 2026 Ryan Gosling zagra więc Ghost Ridera. Jednak podczas prezentacji na Comic-Conie nie podano żadnych szczegółów. Nie jest więc jasne, czy na pewno chodzi o najsłynniejszą komiksową wersję, czyli Johhny'ego Blaze'a. Postać wcześniej grał Nicolas Cage w dwóch filmach kinowych. Ostatni z nich pochodzi z 2011 roku. Ghost Rider pojawił się później w serialu Marvela "Agenci T.A.R.C.Z.Y.". Był to inny wariant postaci - Roberto Reyes. Grał go Gabriel Luna. Na razie wiemy tylko, jak wygląda logo nowego widowiska: To nie do końca prawda. Wiemy też, kto stoi za całym projektem. Otóż reżyserem jest Shawn Levy, który ma na swoim koncie największy hit Marvel Studios ostatnich lat, czyli "Deadpool & Wolverine". Scenariusz przygotuje debiutujący w MCU Jonathan Tropper. Co ciekawe, Gosling, Levy i Tropper właśnie pracują ze sobą przy wielkim widowisku Lucasfilm "Star Wars: Starfighter". Ten film ma trafić do kin w 2027 roku.Zwiastun filmu "Ghost Rider 2". Ostatniego, w którym w kinach pojawił się Ghost Rider