Nie żyje Stanisława Celińska. Aktorka miała 79 lat

Nie żyje Stanisława Celińska. Polska aktorka filmowa i teatralna oraz wokalistka była znana m.in. z takich filmów jak "Krajobraz po bitwie", "Panny z Wilka" i "Pieniądze to nie wszystko". Informacja o śmierci aktorki pojawiła się na jej oficjalnym kanale w mediach społecznościowych. Celińską pożegnała Joanna Trzcińska, która współprowadziła profil. Stanisława Celińska miała 79 lat.       Kim była Stanisława Celińska? Stanisława Celińska urodziła się 29 kwietnia 1947 roku w Warszawie. Na zajęcia aktorskie uczęszczała od dziecka. Maturę zdała w XLI Liceum Ogólnokształcącym im. Joachima Lelewela w Warszawie, a w 1969 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie.      Występowała w warszawskich teatrach: Teatrze Współczesnym, Teatrze Nowym, Teatrze Dramatycznym, Teatrze Studio i teatrze Kwadrat. Pracowała m.in. z reżyserem Krzysztofem Warlikowskim. Grała również w Teatrze Telewizji i Teatrze Polskiego Radia. Na dużym ekranie zadebiutowała u boku Daniela Olbrychskiego w filmie "Krajobraz po bitwie" (1970) Andrzeja Wajdy. W jej filmografii są również m.in. "Hipoteza" (1972) Krzysztofa Zanussiego, "Nie ma róży bez ognia" (1974) Stanisława Barei, "Noce i dnie" (1975) Jerzego Antczaka, "Pieniądze to nie wszystko" (2001) Juliusza Machulskiego i "Joanna" (2010) Feliksa Falka. Grała też w serialach "Alternatywy 4", "Samo życie" i "Mamuśki". Ostatni film z jej udziałem to "Listy do M. Pożegnania i powroty" (2024).                Równolegle do kariery aktorskiej Celińska prowadziła karierę muzyczną. W 1969 roku zwyciężyła w konkursie "Debiutów" na krajowym festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, śpiewając piosenkę "Ptakom podobni". Wielokrotnie brała udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Występowała też z solowymi recitalami, m.in. "Piękny świat" (w którym śpiewała utwory Papuszy), "Zorba i inni" oraz "Domofon, czyli śpiewniczek Stanisławy C". Wydała szereg albumów, wśród których są m.in. "Atramentowa..." (2015), "Malinowa..." (2018), "Jesienna..." (2020), "Przytul" (2022) i "Uwierz" (2024).Stanisława Celińska – najważniejsze role Jedne z najważniejszych ról w swojej karierze Stanisława Celińska zagrała w filmach Andrzeja Wajdy. To debiutancka rola Niny w "Krajobrazie po bitwie" (1970) oraz rola Zosi w "Pannach z Wilka" (1979) – obie u boku Daniela Olbrychskiego. Publiczność na pewno pamięta ją jako Agnieszkę Niechcicównę z "Nocy i dni" (1975) Jerzego Antczaka. Dwukrotnie zdobyła Orła w kategorii "Najlepsza drugoplanowa rola kobieca". Najpierw za występ w roli pani Ali w filmie "Pieniądze to nie wszystko" (2001) Juliusza Machulskiego, a potem za rolę dozorczyni w "Joannie" (2010) Feliksa Falka.

"Odyseja". Kogo gra Lupita Nyong’o? Christopher Nolan odpowiada

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji castingowych, jakie podjął Christopher Nolan, było obsadzenie Lupity Nyong’o w filmie "Odyseja". Przez wiele osób została ona przyjęta z wściekłością. Teraz okazuje się, że malkontenci będą mieli jeszcze więcej powodów do niezadowolenia, bo Nyong’o ma w filmie Nolana aż DWIE ROLE.Dwa razy więcej Lupity Nyong’o w "Odysei"Nowe informacje pochodzą z wywiadu, którego Nolan udzielił "Time Magazine". Ujawnił w nim, że Lupita Nyong’o zagrała w filmie "Odyseja" dwie role. Jakie? Pierwsza rola to Helena. O tym wiedzieliśmy już od dłuższego czasu. Helena to w mitologii greckiej córka Zeusa i Ledy. Była najpiękniejszą kobietą świata. O jej rękę starał się każdy, nawet sam Odyseusz. To ona (a dokładniej jej "porwanie") stało się pretekstem do wybuchu wojny trojańskiej. Akcja "Odysei" będzie się rozgrywać pod koniec wojny i po jej zakończeniu. Drugą rolą, którą zagrała Nyong’o, jest Klitajmestra. To przyrodnia siostra Heleny. Jednym z jej mężów był Agamemnon, którego brat Menelaos był mężem Heleny. Agamemnon zdobył Klitajmestrę zabijając jej męża i ich dziecko oraz gwałcąc ją. Klitajmestra nigdy mu tego nie wybaczyła, a czarę goryczy przelała decyzja Agamemnona o złożeniu ich córki Ifigenii w ofierze Artemidzie. Wraz ze swoim kochankiem Klitajmestra zamordowała Agamemnona. Czego nie zaakceptował jej syn Orestes. W końcu dokonał najgorszej zbrodni w oczach starożytnych Greków - matkobójstwa. W literackim pierwowzorze "Odysei" jest opowieść o tym, jak Menelaos pojawia się w Mykenach na stypie. Jak dużo ekranowego czasu ma Nyong’o? To zupełnie inne pytanie. Nie znamy na nie na razie odpowiedzi.Zwiastun filmu "Odyseja"

CANNES 2026: Rusza festiwal. Na jakie filmy czekamy?

Dziś rozpoczyna się 79. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes – doroczne święto kina organizowane na Lazurowym Wybrzeżu. Nasz redaktor Maciej Satora już pewnie czeka w kolejce po odbiór festiwalowej akredytacji, by razem ze współpracownikami Filmwebu móc zrecenzować najgorętsze tegoroczne premiery kina artystycznego. Zanim to się jednak stanie, przeczytajcie jego tekst o oczekiwaniach dotyczących tegorocznej edycji imprezy.  Gdy przed tygodniem trzeciego dnia majówki na leżaku wcinałem karkówkę z grilla, nagle przygrzało, a moja czapka przecież została w domu. Nie wiem, jak mogłem do tego dopuścić, bo od swojego pierwszego festiwalu w Cannes w 2023 roku w cieplejsze dni noszę ją codziennie przypiętą gdzieś do ucha plecaka. Słońce nad Lazurowym Wybrzeżem tuli w maju ze zdwojoną mocą. Raptem pół godziny kąpieli w morzu wystarczyło wtedy, żebym trzy dni przeleżał w łóżku z udarem słonecznym. Pierwsze efekty poczułem chwilę po wyjściu z wody, gdy z mokrymi włosami wchodziłem na seans "Asteroid City" Wesa Andersona. Zaczęło się od zimnego potu, potem mroczki przed oczami, temperatura i totalne niezrozumienie, co właśnie dzieje się przede mną na ekranie. Francuskie święto kina widziało w swojej historii lepsze debiuty. "Asteroid City"No i tak między kolejnymi kęsami karkówki wpadłem w czeluści rozkminki, Cannes nie pozwoliło mi już wyrzucić się z głowy. Mam to szczęście, że na najważniejszy festiwal filmowy na świecie od początku jeżdżę w towarzystwie przyjaciół. Niezobowiązujące piwko w ogrodzie w moment zamieniło się więc w pieczołowite planowanie i nostalgiczne wycieczki (pamiętacie, jak Arthur pokazał dupę przed pałacem festiwalowym???). Tylko przyszłość i przeszłość – "teraz" będzie liczyło się kiedy indziej.PrzyszłośćNapisz o tym, no wiesz, na co czekasz, co chciałbyś zobaczyć – szepnął mi w redakcji przełożony, więc oto ogłaszam, że najbardziej chciałbym w końcu zobaczyć zdobywcę Złotej Palmy, najlepiej w dniu jego premiery. Raz pominąć zwycięski film na festiwalu to niefart nowicjusza, ale dwa to już niezła anegdota. Przyznaję więc, że i "Anatomię upadku" (daj spokój, kim niby jest ta cała Justine Triet?) i "To był zwykły przypadek" (po gorszym "Niedźwiedzie nie istnieją" wydawało mi się, że Panahi najciekawsze projekty ma już za sobą) zwyczajnie zignorowałem – kosztem jakiegoś posiłku, niedokończonego tekstu czy dwóch godzin wyszarpanych na regenerację. Pominąć Palmę to zresztą wcale nietrudna sztuka. Romantyczną fantazję o napajaniu się kinem i pięciu filmach dziennie można sobie włożyć między bajki – dziennikarz nie jedzie do Cannes, żeby oglądać, tylko żeby pisać, bo jak podsumował Tadeusz Sobolewski: To nie tylko święto kina, to także święto krytyki. W zeszłym roku w ciągu 11 dni imprezy udało mi się wylądować na 19 seansach, a i tak miałem wrażenie, że przy takiej liczbie recenzji do opublikowania gram z losem w ruletkę o zbyt wysokie stawki. "Minotaur"Żeby i w tym roku nie pozwolić sobie zachorować na FOMO, nie pominę seansu "Minotaura" Andrieja Zwiagincewa, który po prawie dziesięciu latach wraca na festiwal z fabułą o zdradzanym przez żonę oligarsze przygotowującym się do przeprowadzenia grupowych zwolnień. Ciągle nie wiem, jak czuję się z wpuszczaniem tego typu "dobrych Rosjan" na czerwone dywany, ale wiem, że festiwal ma się z tym całkiem w porządku. Jednym z największych wydarzeń pobocznej sekcji Quinzaine des Cinéastes pozostaje premiera anglojęzycznego debiutu Kantemira Bałagowa – tego od "Wysokiej dziewczyny" i "Bliskości", ucznia Aleksandra Sokurowa. W zeszłym roku sporym echem odbił się z kolei pokaz nowego filmu Kiriłła Sieriebriennikowa – debaty o zasadności tej premiery na festiwalu mocno podzieliły polskie środowisko nad przypalonym neapolitańskim plackiem w knajpce nieopodal Pałacu.    Spodziewam się, że o Zwiagincewa mało komu będzie chciało się tak zażarcie kłócić. Od premiery "Lewiatana" jego krytyczne nastawienie do reżimu stało się oczywiste dla wszystkich, w tym tych, którzy filmu nawet nie widzieli. "Niemiłość" finansował już przy wsparciu europejskim, a potem zamieszkał w Paryżu, bo sytuacja (osobista czy polityczna?) stała się dla niego zbyt trudna do zniesienia. Być może połączenie tych napięć stanie się sednem "Minotaura" – dzieła powstającego w Rydze za francuskie pieniądze, które zarazem stanowi jeden z pierwszych głosów potępienia wojny w Ukrainie ze strony rosyjskiego twórcy o takim autorytecie. Z Palmy dla Zwiagincewa jednak jakoś przesadnie bym się nie cieszył, z wielu powodów. Weźmy chociaż konkurencję ze strony rodaka Pawła Pawlikowskiego. "Fatherland" opowie historię Tomasza Manna (Hanns Zischler) i jego córki Eriki (Sandra Huller) wracających do podzielonych Niemiec po koszmarze II wojny światowej. W podróży od Frankfurtu po Weimar zagłębią się pewnie w znajome dla twórcy "Idy" i "Zimnej wojny" tematy odbudowującej się Europy i zakopanej tożsamości, ale w nowej dla niego konwencji drogi, ruchu i zerkania przez szybę samochodu.  "Fatherland"Tak silne emocje patriotyczne odpalają się u mnie jedynie podczas meczu kadry i premiery filmu Polaka na międzynarodowym festiwalu filmowym, ale w tym roku ich skala zaskakuje nawet mnie samego. To chyba przez to, że o "Fatherland" po cichu mówi się jako o głównym faworycie: wpływowi dziennikarze przytakują wpisom w mediach społecznościowych, bukmacherzy ustalają niskie kursy, a Niemcy już ścigają się z nami o prawo zgłoszenia filmu do przyszłorocznych Oscarów jako "swojaka". Grzeje mnie to ponad miarę, bo nie jestem pewny, czy na Lazurowym Wybrzeżu pojawialiśmy się w roli faworyta… kiedykolwiek. Może w 1994, kiedy Quentin Tarantino ze swoim "Pulp Fiction" ostatecznie wyszarpał Palmę Krzysztofowi Kieślowskiemu; w czasach, gdy moi rodzice jeszcze się nie poznali. Jak już przy twórcy "Trzech kolorów" jesteśmy, "Historie równoległe" będą miały premierę na festiwalu równolegle (hehe) z "Fatherland" i to już wystarczająco dobry powód, żeby 14 maja ustanowić oficjalnie Dniem Triumfu Polskiej Kinematografii. Asghar Farhadi, zdobywca Oscara i Złotej Palmy dokładnie przed dekadą przywozi do Cannes swoją wariację na temat szóstej części "Dekalogu". Ten polski sen nie byłby możliwy, gdyby nie starania Macieja Musiała – dla was Tomka z "Rodzinki.pl", dla mnie wielkiego szefa, turbokozaka i cudotwórcy, który zamiast odcinać kupony od popularności staje się światowym ambasadorem polskiej sztuki filmowej.  "Historie równoległe"Doktor Strange w alternatywnej wersji "Wojny bez granic" widzi miliony symulacji kupczenia dziedzictwem Kieślowskiego i Piesiewicza. Tylko w jednej z nich powstaje projekt dziesięciu pełnych metraży, w który zaangażowani zostają między innymi Asghar Farhadi i Lee Chang-dong (jego przykazanie ukryte pod tytułem "Possible Love" już przechodzi proces postprodukcji), absolutni giganci grający już tylko w swoich własnych ligach. Choć wiem o tym już od jakiegoś czasu, ciągle nie dowierzam, że to naprawdę się dzieje – na sali kinowej będę szczypał się po przedramieniu w przerwach od spisywania notatek. Duże nadzieje wiążę też z premierą "Fjordu", pierwszego projektu Cristiana Mungiu kręconego poza rodzinną Rumunią. Z plakatu filmu uśmiechają się przytuleni do siebie Renate Reinsve i nierozpoznawalny Sebastian Stan w towarzystwie gromadki dzieci. Sposób ich wychowania ma okazać się zapalnikiem narastającego społecznego napięcia po tym, gdy rodzina z Europy Wschodniej podejmuje decyzję o wyprowadzce do postępowej Norwegii. Na ciele jednego z synów ktoś zauważa siniaki, co prędko angażuje zbiorowość, zaalarmowaną opiekę społeczną, a w konsekwencji – wymiar sprawiedliwości. Klincze różnych systemów wartości od zawsze były specjalnością kina Mungiu, choć dotychczas patrzył raczej na napięcia znajome, dostrzegane w trakcie spaceru po prowincji czy wertowania zapisków z lokalnej historii.  "Fjord"Zmiana szerokości geograficznej wiąże się z pewnym ryzykiem dla niuansów opowieści – pokazywali to przez lata choćby mistrzowie azjatyckiego kina, którzy nagle tracili talent po przenosinach na Zachód – tym bardziej że Rumun podnosi rękę na system innego państwa, w realiach którego nie dorastał i nie funkcjonował. A jednak, coś mi podpowiada, że jeśli w blokach startowych grzeje się jakiś czarny koń, to siedzi na nim właśnie Mungiu – jedyny w stawce zdobywca canneńskiej potrójnej korony (Złota Palma, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz).PrzeszłośćZwiagincew, Pawlikowski, Farhadi, Mungiu – takich powrotów jest w tegorocznym programie znacznie więcej, z pół konkursu głównego to nowe dzieła twórców, którzy w Cannes kupili sobie już pewnie mieszkanko dla celów optymalizacyjnych. Jestem za młody stażem, żeby upatrywać w tym rozczarowującej powtórki z rozrywki, za to na szczęście nie aż tak młody, żeby cały ostatni miesiąc minął mi pod kątem nadrabiania rumuńskich dramatów o aborcji.Na część z tych premier czekam przez sympatyczne wspomnienia z własnego filmowego dorastania; tak jest z Hirokazu Koreedą, bohaterem mojej historycznie pierwszej recenzji z Cannes, pierwszego nagranego "Movie się" i pierwszego gościnnego DKF-u poprowadzonego w kinie Amondo. Albo z Ryûsuke Hamaguchim, dla którego "Asako. Dzień i noc" uciekłem kiedyś z zajęć Edukacji dla Bezpieczeństwa w liceum. "Schyłek dnia" László Nemesa oglądałem w Kice na pufie wypełnionej styropianowymi kulkami, a potem, przechodząc tylko przez korytarz, poszedłem nadrobić "Lament" Na Hong-jina do tej ich większej sali bez stopniowania – kiedyś po dwóch tak mocnych emocjonalnych ciosach wychodziłem z pokazu nawet z dobrym humorem. "Histoires de la nuit"Ciekawi mnie też nowy projekt Lei Mysius, który wymyka się żelaznemu prawidłu festiwalu: "Jeśli tylko możesz, omijaj francuskie filmy za wszelką cenę". Jej "Ava" trochę po mnie spłynęła, ale "Pięć diabłów" to już absolutny highlight kinowego sezonu 2022 – "Total Eclipse of the Heart" stało się bangerem tamtych Nowych Horyzontów, a potem nieoficjalnym hymnem roku wszystkich wkręconych w kino artystyczne małolatów. "Histoires de la nuit" z Monicą Bellucci – film, z którym przyjeżdża na tegoroczną edycję imprezy – będzie jej debiutem w konkursie głównym. Takie awanse zawsze nastrajają pozytywnie (przypomnijcie sobie "Sirât" Olivera Laxe). Oby i tym razem na soundtracku miała utwór, który utrzyma później żywą pamięć o filmie w barach karaoke i festiwalowych klubach. Wiem też, czego w tym roku na Lazurowym Wybrzeżu nie obejrzę: żadnego amerykańskiego filmu tworzonego dla dużego hollywoodzkiego studia – no, poza pierwszą częścią "Szybkich i wściekłych" pokazywaną w tym roku w sekcji Midnight Screenings (seans obowiązkowy). Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że zwyczajnie nie uwzględniono ich w programie. Studia produkują mniej blockbusterów i mniej autorskich filmów niż w przeszłości – tłumaczył tegoroczną selekcję dyrektor festiwalu Thierry Frémaux, zaznaczając równocześnie, że premiera w Cannes to dla wielkich wytwórni kolejna decyzja biznesowa, która potrafi się opłacić ("Top Gun: Maverick") lub niekoniecznie ("Han Solo: Gwiezdne wojny – historie"). Efektu takiej kalkulacji najmocniej należy upatrywać w nieobecności "Dnia objawienia" Spielberga, pewnie mniej "Odysei" czy "Diggera", które mimo chęci twórców mogły nie zdążyć z domknięciem swoich procesów postprodukcyjnych. "Szybcy i wściekli"Nawet jeśli najwięksi fanatycy arthouse’u uśmiechnęli się na wieść o blokadzie Fabryki Snów, nie ma co udawać, że brak amerykańskich gwiazd nie stanowi problemu dla medialnej widoczności tegorocznej edycji. Dłubiący przy tabelkach księgowi muszą się cieszyć, że rzutem na taśmę udało się dopchać do konkursu "Papierowego tygrysa" Jamesa Graya – film autorski i rzecz jasna bez mainstreamowego potencjału pokroju nowego "Mission Impossible", ale gwarantujący, że po czerwonym dywanie przespacerują się Scarlett Johansson z Adamem Driverem. Z Nowego Jorku swój film przywiezie też Ira Sachs, ale "The Man I Love" to projekt skromny, cichy i raczej bez szans na poważniejsze nagrody, w dodatku z aktorami z hollywoodzkiego drugiego szeregu. W porównaniu z zeszłoroczną edycją, gdzie co drugi dzień do kamer machali Paul Mescal, Emma Stone, Pedro Pascal czy Robert Pattinson, ich obecność to raczej niewielka pociecha.TerazTo wszystko jednak przede mną. W czasie, gdy ten tekst zawiśnie na stronie głównej, stoję już pewnie w kolejce po odbiór akredytacji, a zza namiotu nieśmiało wygląda morze. Przestrzeń przed Pałacem powoli zaczyna się zagęszczać. Gwardia z karabinami strzeże ruchu z jednej strony ulicy, z drugiej nadciągają rzesze dziennikarzy z walizkami – niby nadgryzieni rutyną fachu i upadającą pozycją mediów, a już od wjazdu na Boulevard Carnot rozglądający się na wszystkie strony jak zaprzęg radosnych labradorów. Jeszcze pół godziny temu siedziałem przecież za nimi, czując się jak uczniak dojeżdżający na kolonię po kilkunastu godzinach jazdy autokarem. Podróż z lotniska w Nicei pod bramy Pałacu Festiwalowego trwa około godziny i na całe szczęście dla prasy pozostaje całkowicie darmowa – na wydatki jeszcze przyjdzie czas, po którym przyjdzie czas narzekania na te wydatki. Większość trasy pokonuje się, pędząc ekspresówką, z której w końcu zjeżdżamy na wysokości miejscowości Le Cannet. Z drogi wschód-zachód autobus kieruje się na południe arterią prowadzącą ku plaży.  O, już mijam swoje stare mieszkanie – skromna dwupokojowa dziupla w zestawie, jak się okazało, z miłym właścicielem, co szybko wytłumaczyło niewysoką cenę wynajmu. Pierwszego dnia poznał mnie ze swoim kotem, drugiego poczęstował domową nalewką i w taki sposób zostaliśmy przyjaciółmi, nawet pomimo tego, że jak na Francuza przystało za dużo po angielsku nie kumał. Tu trochę dalej ratujący nocne życie hipermarket, czynny chyba zawsze, o którejkolwiek byśmy do niego przyszli. A już zaraz dworzec; drzwi otwierają się z sykiem, ciepłe powietrze zaciąga morzem i wypiekami z pobliskiej kawiarenki, w której rankiem kupujemy rogaliki z czekoladą (Pain au chocolat, s’il vous plaît!).  Chodząc obok znajomych miejsc, zastanawiam się, jak będzie wyglądała ta 79. edycja – czy praca pójdzie gładko, czy będzie się dobrze pisało, czy wywiady nie nałożą się na pokazy prasowe, czy filmy spełnią oczekiwania – może coś odblokują, a może pozostaną zagadką długo po seansie? Gdy tak rozważam wszystkie scenariusze przecznicę od bulwaru, okoliczne stoliki przed ekskluzywnymi restauracjami powoli się zapełniają, połączeni pasją znajomi z różnych stron świata witają się jowialnie po długiej rozłące, zamawiają karafki białego wina i spontanicznie zmieniają plany, pod stołem wyklikując się z pierwszego filmu festiwalu. Na oglądanie przyjdzie przecież jeszcze czas. W zasięgu wzroku coraz mniej krótkich spodenek, coraz więcej wypastowanych butów, ułożonych włosów i wieczorowych kreacji – część przygotowanych na galę otwarcia, część na jedną z dziesiątek prywatnych imprez na plaży, na które wkręcić się trudniej, niż dostać na premierę w Grand Theatre Lumiere.  Już zaraz to wszystko się zacznie, porwie w swój rytm i nie puści, zmuszając, żeby na te niepełne dwa tygodnie zapomnieć o wszystkim, poza tym, co najważniejsze – kinem. Już za chwilę, już za momencik, już…