Chuck Norris. Amerykański zabijaka, zabijaka

Pewien młody, acz ambitny Belg, który angielskiego uczył się z kina i z paczek po papierosach, po przylocie do Ameryki wystawał pod domem Boba Walla, szukając okazji, aby zaczepić mistrza karate, którego sława dotarła daleko na drugą stronę oceanu. Bez grosza przy duszy i planu na życie, chłopak sypiał we własnym aucie, czekając, aż los ześle mu gwiazdkę z nieba. Zesłał inną. Wall bowiem, jako sparingpartner i nauczyciel hollywoodzkiej śmietanki, przyjaźnił się z Chuckiem Norrisem. A przyszły gwiazdor "Strażnika Teksasu" także symbolizował młodzieńcze marzenia bodaj każdego, kto choć raz przepasał kimono pasem innym niż biały. Sam Steve McQueen kłaniał się Norrisowi na ulicy, a niemalże mityczny Bruce Lee wyrwane mu z klaty włosy trzymał pewnie tuż obok rogu jednorożca i smoczego łba. Norris miał pieniądze, sławę i, co najważniejsze, serce po właściwej stronie. Choć nie musiał, przygarnął chłopaka pod swe skrzydła. Owym Belgiem był Jean Claude Van Damme. Wyświetl ten post na InstagramiePost udostępniony przez Jean-Claude Van Damme (@jcvd)Jean Claude Van Damme żegna Chucka Norrisa na InstagramieNiby to tylko anegdotka (choć za "tylko" mógłby się śmiertelnie obrazić Van Damme). Ale trafnie określa, kim był zmarły przed paroma dniami Chuck Norris. Porządnym facetem, ot co. A tacy, jak wiemy, ubierają się na czarno. Łatwo przecież spojrzeć na niego jak na przerysowanego harcerzyka, symbol republikańskiego etosu, człowieka wyciętego z folderu wyborczego Ronalda Reagana, który błogosławi żołnierzom, wymachuje za pieniądze glockiem, chętnie opowiada o teorii inteligentnego projektu, protestuje przeciwko małżeństwom jednopłciowym i żarliwie przestrzega przed wyborem Baracka Obamy. Norris to dziecko swojego czasu, schyłku epoki tzw. cichego pokolenia, orędownik "konserwatyzmu i flagi", jak sam mówił. Wypożyczając kasety z jego filmami, nie mieliśmy o tym pojęcia. A nawet jakbyśmy mieli, i tak guzik by nas to obchodziło. "Zaginiony w akcji"Bo wtedy gwieździsty sztandar obiecywał lepsze. Świat pomalowany na biało, czerwono i niebiesko paroma kopniakami, granatem i serią z karabinu maszynowego był tym, do którego aspirowaliśmy, a który Norris chciał zatrzymać. Nie znaczy to, że był bezkrytycznym wojownikiem spacerującym na smyczy systemu. Bynajmniej: sam przecież służył w wojsku i widział, jak rządzący traktują wracających z frontu. Stąd jego późniejszy aktywizm na rzecz weteranów wojennych, stąd pełne sceptycyzmu i zwątpienia wobec władzy filmy jak chociażby "Zaginiony w akcji", "Kod milczenia", "Oddział Delta" i "Inwazja na USA". Norris wyrażał w nich zaniepokojenie "miękkością" działań swojego zagrożonego terroryzmem kraju, który określił nawet mianem "papierowego tygrysa". Wtedy był już gwiazdą kina akcji, choć do mainstreamowej ekstraklasy nigdy nie udało mu się przebić. Ale to i tak nieźle jak na aktora z przypadku. "Inwazja na USA"Do grania popchnął go Bruce Lee, z którym zmierzył się na tle rzymskiego Koloseum na planie "Drogi smoka". Przekonanie odnośnie słuszności obranej drogi umocnił zaś w nim Steve McQueen. Norris zaczynał od onieśmielająco niskobudżetowych produkcji, głównie firmowanych przez American Cinema Productions, które odchodziły od panującego ówcześnie trendu i osadzały kino kopane w typowo amerykańskim kontekście. Dopiero w 1982 roku jego film trafił do studia Columbia, które zajęło się dystrybucją "Utajonej furii", mieszanki akcyjniaka i horroru. Niestety, mało tam było tego, za co Norrisa wszyscy cenili: bijatyki. Stąd niedługo potem i na długie lata zahaczył się w słynnym Cannon Films, uprzednio zapuszczając charakterystyczną brodę i kręcąc dla Orion Pictures swój bodaj najlepszy film. Można domniemywać, że był tego jak najbardziej świadomy. Bruce Lee  i Chuck Norris w filmie "Droga smoka""Samotny wilk McQuade", bo o tym tytule mowa, posłużył mu z czasem jako fundament dla późniejszego o dekadę, szalenie popularnego i długowiecznego serialu "Strażnik Teksasu". Zanim jednak Norris umościł się na dobre na małym ekranie, zrealizował liczne żelazne klasyki ery kasetowej. Prócz wymienionych powyżej, do końca lat osiemdziesiątych nakręcił jeszcze sequele "Zaginionego w akcji", "Bohatera i strach" czy też "Słonecznego wojownika". Przekleństwem tego twardziela emanującego iście stoickim spokojem nawet, gdy miał nóż na gardle, była komercyjna konieczność realizacji kina naśladującego lepsze i droższe produkcje. Norrisowi kazano bowiem być Johnem Rambo, Brudnym Harrym i Indianą Jonesem, rzadko dając okazję, aby był po prostu Norrisem. A wtedy wypadał zdecydowanie najlepiej. Dlatego też projekt wypływający prosto z jego serca, telewizyjny "Strażnik Teksasu", jest być może najważniejszym tytułem jego kariery. Prawa do marki "McQuade" miało Orion Pictures, skończyło się na procesie sądowym, ale, ostatecznie, nic nie przerwało realizacji projektu, który zgrywał się z wizerunkiem Norrisa, jaki ten kreował przez całe lata dziewięćdziesiąte. Cordell Walker może i narodził się z Samotnego Wilka, ale nie był abnegatem i nie wychylał piwka za piwkiem. Wręcz przeciwnie: stał się wzorcowym członkiem społeczeństwa, który stronił od używek, nie przeklinał, do przemocy uciekał się w ostateczności, słowem: służył i chronił. Filmografia Norrisa z tego okresu konsekwentnie koresponduje z wymową serialu. To wtedy nakręcił proekologicznego i zastanawiająco kuriozalnego "Leśnego wojownika", familijne filmy "Superpies" i "Kumple", oraz walczył z diabelskim pomiotem w "Mocach ciemności". Wszystkie wyreżyserował – ze zmiennym szczęściem – jego brat, Aaron. I pomyśleć, że najgorsze było dopiero przed nami. Produkcje z kolejnego tysiąclecia lepiej przemilczeć, bo były to (może poza "Zadaniem specjalnym") produkcje najgorszego sortu. A niedługo potem świat odkrył inne, nieznane oblicze Norrisa: memiczne. "Strażnik Teksasu"Cokolwiek suche, absurdalne żarty o Chucku Norrisie wychwalające jego nadludzkie przymioty stały się internetowym fenomenem, który na nowo rozpalił zainteresowanie aktorem. On zaś zdołał spieniężyć przedłużającą się uwagę opinii publicznej i prasy. Objeżdżał talk shows, pojawiał się gościnnie, gdzie się tylko dało, i reklamował, co się dało, ale do grania na poważnie już nie powrócił – nie licząc epizodycznych mrugnięć okiem. Chodziły słuchy, że kino stało się dla niego zbyt wyzute z wartości, którym hołdował, zbyt wulgarne. Ktoś mógłby powiedzieć, że był nieznośnym uparciuchem, ja powiem raczej, że kimś konsekwentnie konsekwentnym. Jak rzekł na wieść o jego śmierci Donald Trump: "Świetny był z niego facet, twarda sztuka". Temu akurat zaprzeczyć nie sposób. Norris dla całego pokolenia wychowanego na wypożyczalniach kaset był nie tyle popkulturową osobistością o stu twarzach, ikoną zdolną stworzyć herosa większego niż życie, jak Sly Stallone czy Arnold Schwarzenegger, bo sam stał się takowym. Chyba poza Walkerem, McQuade’em i, może, na upartego, Braddockiem, nie sposób z głowy wymienić nazwisk granych przez niego postaci, bo, obojętne, gdzie się pojawiał, pozostawał nade wszystko Chuckiem Norrisem. Niezmiennie. Wybitnym aktorem nie był, ale potrafił się bić jak mało który z nich. Wystarczyło tylko włączyć kamerę i kazać mu robić swoje. I robił. Norris zmarł 19 marca. Miał 86 lat. Zostawił po sobie piątkę dzieci, gromadę wnucząt i filmy.

Box Office Świat: Indie pokonały Amazon! "Dhurandhar: The Revenge" numerem 1

Największy tegoroczny hit z Hollywood kontra kontynuacja sequel czwartego największego kasowego hitu w historii indyjskiej kinematografii. W minionym tygodniu doszło do interesujące starcia box-office'owych tytanów. Po stronie "Projektu Hail Mary" stał szeroka dystrybucja (film trafił do ponad 80 krajów świata, konkurent obecny był w 18 krajach) oraz czas seansu (trwa "tylko" 2,5 godziny, podczas gdy indyjskie widowisko trwa niemal 4 godziny). Po stronie "Dhurandhar: The Revenge" stała liczba potencjalnych widzów. I to ona ostatecznie zdecydowała o tym, który film został numerem jeden. Niespodziewanie dla wielu to "Dhurandhar: The Revenge" ma powody do triumfu. W sam weekend obraz zgarnął ok. 49,8 mln dolarów. Jednak wraz czwartkową premierą wpływy wyniosły aż 67 milionów dolarów (czwartek był najlepszym dniem w samych Indiach). Po dodaniu do tego zarobków z Ameryki otrzymujemy imponującą kwotę 81 milionów dolarów. W lokalnej walucie już teraz, po zaledwie czterech dniach w dystrybucji, jest to 16. największy kasowy hit w historii Indii. Jest to też połowa tego, co zgarnęła w ubiegłym roku część pierwsza.Zwiastun filmu "Dhurandhar: The Revenge" "Projekt Hail Mary" dzielnie walczył o pozycję lidera, jednak ostatecznie musi zadowolić się miejscem drugim. Weekendowe wpływy szacujemy na 46,5 mln dolarów. Film wszedł jednak do wielu krajów już w środę, więc w sumie na koncie ma 60,4 mln dolarów. Mimo więc obecność w większej liczbie państw i dłuższej o jeden dzień dystrybucji, widowisko z Goslingiem i tak przegrało w bezpośredniej rywalizacji z indyjskim hitem. "Projekt Hail Mary" był numerem jeden w ponad 60 krajach, w tym także w Polsce, skąd pochodzi 780 tysięcy dolarów. Najlepsze wyniki widowisko SF osiągnęło w: Wielkiej Brytanii (10,2 mln dolarów), Chinach (7,2 mln), Australii (5,0 mln), Korei Południowej (4,3 mln) i Niemczech (4,1 mln). Wraz z wpływami z Ameryki film ma już na koncie 141 mln dolarów. Lider ubiegłotygodniowego zestawienia - film "Hopnięci" - tym razem znalazł się na najniższym stopniu podium. Animacja Pixara wciąż jednak była w stanie osiągnąć bardzo dobry wynik - 33,2 mln dolarów. Było to możliwe dzięki wejściu filmu do kilku azjatyckich rynków. Najważniejszym z nich były Chiny (gdzie z wynikiem 9,6 mln dolarów film pokonał "Projekt Hail Mary") i Tajwan (3 mln dolarów). Zagraniczne wpływy animacji "Hopnięci" wynoszą 122,2 mln dolarów. Jest to druga amerykańska premiera tego roku, która przekroczyła pułap 100 milionów dolarów. Wraz z USA ma na koncie 242,6 mln dolarów, co w tej chwili czyni film najbardziej kasową amerykańską premierą roku. W Hiszpanii wciąż świetnie sprzedaje się komedia "Torrente Presidente". Frekwencja niemal nie uległa zmianie i film zdołał zarobić kolejne 7 milionów dolarów. W sumie daje to 19,4 mln dolarów. Niewiele stracił też dramat obyczajowy "Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam", który z siódmego miejsca awansował w naszym zestawieniu na miejsce piątek. Weekendowe wyniki szacujemy na 6,8 mln dolarów. Film trafił do kin w Brazylii, Francji oraz krajów afrykańskich. W żadnym miejscu nie uzyskał jednak wpływów przekraczających milion dolarów. W sumie poza granicami USA obraz zarobił dotąd 20,8 mln dolarów (globalnie 54 mln). "Dhurandhar: The Revenge" nie był jedyną indyjską nowością minionego weekendu. W czwartek do kin w Indiach i 13 innych krajach trafiła komedia fantasy "Aadu 3". Weekendowe wpływy wyniosły 6,7 mln dolarów, a wraz z czwartkiem 7,5 mln dolarów. Numerem siedem w naszym zestawieniu jest "Krzyk 7". Film stopniowo znika z kinowych afiszy, ale wciąż dał radę zarobić 6,1 mln dolarów. Dzięki temu jest już bardzo blisko, by stać się pierwszą częścią cyklu, której globalne zarobki osiągną 200 milionów dolarów. Brakuje do tego niespełna 7 milionów. Być może po raz ostatni w naszym zestawieniu ląduje największy hit tego roku, chiński "Fei Chi Ren Sheng 3" (Pegasus 3). Film zarobił już tylko 5,8 mln dolarów. Niemniej jednak oznacza to, że łącznie na koncie ma prawie 624 mln dolarów. W Korei Południowej wciąż liderem pozostaje "Wanggwa saneun namja" (The King's Warden). W weekend obraz zgarnął kolejne 5,3 mln dolarów. Obraz globalnie ma już na swoim koncie 100 milionów dolarów. Prawie całość tej kwoty pochodzi oczywiście z rynku lokalnego. Najbardziej kasowe premiery 2026 roku bez Ameryki # Tytuł wpływy bez Ameryki wpływy łączne premiera kraj 1 Fei Chi Ren Sheng 3 $623,9 $623,9 17.02 Chiny 2 Biao ren  $201,5 $203,0 17.02 Chiny 3 Jing Zhe Wu Sheng  $192,1 $192,4 17.02 Chiny 4 Xiong Chu Mo: Nian Nian You Xiong  $151,9 $151,9 17.02 Chiny 5 Wichrowe wzgórza $151,1 $234,4 11.02 USA 6 Hopnięci (+2) $122,2 $242,6 4.03 USA 7 Wanggwa saneun namja (-1) $97,3 $100,0 4.02 Korea Pd. 8 Cheburashka 2 (-1) $80,8 $80,8 1.01 Rosja 9 Krzyk 7 (+1) $79,3 $193,8 25.02 USA 10 Wielka mała koza (-1) $77,0 $174,5 11.02 USA

Barry Keoghan o hejcie dotyczącym jego wyglądu. "Zamykam się w sobie"

Barry Keoghan promował ostatnio film "Peaky Blinders: Nieśmiertelny". W jednym z wywiadów irlandzki aktor opowiedział o konsekwencjach internetowego hejtu. Przyznał, że negatywne komentarze - szczególnie te dotyczące jego wyglądu - zaczęły odbijać się nie tylko na jego samopoczuciu, lecz także na podejściu do zawodu.Keoghan szczerze o swoich odczuciach Aktor, który w 2024 roku wycofał się z mediów społecznościowych, zdradził w rozmowie radiowej, że choć ma oddanych fanów i docenia bezpośredni kontakt z publicznością, to jego popularność przynosi też negatywne efekty. Keoghan czytuje komentarze na swój temat i wyciąga takie wnioski: jest mnóstwo nienawiści. Krytyka mojego wyglądu przekroczyła już granicę zwykłego "każdy przez to przechodzi". To sprawia, że zamykam się w sobie i unikam ludzi. Keoghan przyznał, że coraz częściej rezygnuje z udziału w wydarzeniach publicznych i ogranicza wychodzenie z domu. Co więcej, hejt najwyraźniej zaczyna wpływać na jego decyzje zawodowe. Kiedy to przenika do twojej sztuki, pojawia się problem, bo wtedy nawet nie chcesz pokazywać się na ekranie. Aktor zwrócił też uwagę na aspekt prywatny, dając do zrozumienia, że obawia się momentu, w którym jego dziecko natrafi w sieci na obraźliwe komentarze pod jego adresem. Mimo trudnych doświadczeń Keoghan na ten moment wciąż jest aktywny zawodowo. Jest jedną z gwiazd ambitnego projektu Sama Mendesa, który kręci cztery filmy o członkach grupy The Beatles. Keoghanowi przypadła rola Ringo Starra, a na ekranie towarzyszyć mu będą m.in. Harris Dickinson, Paul Mescal i Joseph Quinn. Aktor zagra też w filmie "Butterfly Jam", anglojęzycznym debiucie Kantemira Bałagowa. "Peaky Blinders: Nieśmiertelny" - zwiastun