CANNES 2026: Największe zaskoczenie festiwalu? Recenzujemy

Dziś wieczorem poznamy laureatów tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. Tymczasem rzutem na taśmę recenzujemy jeszcze dwa filmy: "La Bola Negra" Javiera Calvo i Javiera Ambrossi, jedno z największych zaskoczeń tegorocznej edycji, i "Coward", nowy film Lukasa Dhonta. Piszą Jan Tracz i Daria Sienkiewicz.    Na Zachodzie zmiany (recenzja filmu "Coward", reż. Lukas Dhont) “Zapakuj zmartwienia do torby i uśmiechnij się" – podśpiewują chórem belgijscy żołnierze w drodze na front. Ich optymizm może dziwić, ale jest historycznie uzasadniony. W końcu Belgia – do czasu niemieckiej inwazji w 1914 roku – przez długie dekady pozostawała neutralna. Dla tych chłopców mundur to więc zupełna nowość, przebranie, którego znaczenie poznają dopiero po spojrzeniu w oczy śmierci. Między wojskową musztrą a zbieraniem zwłok z pola bitwy, przesiadywaniem godzinami w okopach a układaniem ciał kolegów w równe rządki, bohaterowie uciekają w rozrywkę i wodewilową maskaradę. Wielka Wojna staje się zaledwie tłem dla kolejnej opowieści Lukasa Dhonta o potrzebie bliskości i akceptacji. Belg przepuszcza bitewny horror przez filtr queerowego romansu, przez co "Coward" plasuje się bliżej wattpadowej fantazji niż widowiskowych dramatów wojennych pokroju "1917" i "Na Zachodzie bez zmian". Reżyser nagrodzonego w Cannes "Blisko" i współtworzący z nim scenariusz Angelo Tijssens opierają swój trzeci wspólny film na prostych dualizmach, co szybko okazuje się zarazem jego największą wadą, jak i zaletą. Widać to już w konstrukcji głównych bohaterów: małomówny nieśmiałek Pierre (Emmanuel Macchia) wpada w oko charyzmatycznemu ekscentrykowi Francisowi (Valentin Campagne). Ten pierwszy to skromny rolnik o pragmatycznym usposobieniu, drugi – obdarzony wyobraźnią krawiec, który wkrótce stanie na czele trupy teatralnej mającej na celu podtrzymać morale żołnierzy. W obliczu wojennej tragedii Francis rozkwita. Gdy przebrany w drag stoi na scenie, śpiewając cienkim głosikiem o ulotności miłości, komediowe show nieoczekiwanie zamienia się w cichą elegię o przemijaniu. Tłum płacze, tłum szaleje, a stojący za kulisami Pierre odkrywa eskapistyczne oblicze sztuki. Z początku exodus z wojennej rzeczywistości nie trwa w "Coward" dłużej niż chwilę. To przede wszystkim widok rozczłonkowanych ciał, umorusanych błotem i krwią zaprząta żołnierzom głowy. Ciał, które jeszcze wczoraj żyły pełną piersią, śmiejąc się do rozpuku i dyskutując z przyjaciółmi w obozowisku. Bolesny kontrast między korporalną witalnością a zimnym bezruchem wzmacnia siłę queerowego dotyku. Dlatego pierwszy pocałunek Pierre’a i Francisa dzierży moc kształtowania rzeczywistości oraz filmowej narracji. Od tej sceny twórcy robią wszystko, aby ucieczka w sferę wyobraźni trwała wiecznie. Im głębiej zanurzamy się w świat wodewilowych wygłupów, tym rzadziej wracamy do okopów. Im bardziej traumatyczne przeżycia czekają żołnierzy na froncie, tym większe show szykuje na drugi dzień Francis. Zabieg ten prowokuje krytykę, w końcu Dhont ucieka od realizmu, odwracając wzrok od rozgrywającego się wokół cierpienia. Ale czy aby na pewno? (...) Całą recenzję autorstwa Darii Sienkiewicz przeczytacie TUTAJ.  Życie, miłość i śmierć Sebastiána (recenzja filmu "La Bola Negra", reż. Javier Calvo i Javier Ambrossi) Trzy postaci, trzy różne daty, trzy – w teorii oddzielne – historie i jeden wspólny temat: miłość. Na papierze "La Bola Negra" w reżyserii Javiera Calvo i Javiera Ambrossi brzmi nader ambitnie – jak zresztą większość tytułów z festiwalu w Cannes. Tegoroczny konkurs nieustannie bombarduje nas metahistoriami. Film w filmie ("Historie równoległe", "The Beloved", "Gorzkie święta", "Teenage Sex"), teatr w filmie ("Soudain"), czy też fikcja w życiu, lub życie w fikcji – moment, w którym twórca bierze kawałek prawdy historycznej i robi z niej swoją własną "prawdę". Do tej ostatniej kategorii należą "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego, "Notre Salut" Emmanuela Marre oraz ten mały wielki hiszpański film. "La Bola Negra" zdaje się prawdopodobnie największym zaskoczeniu tegorocznego konkursu. Film całkiem niespodziewanie otrzymał aż 20-minutową owację. To queerowy epos o bohaterach, którzy widzą się nawzajem w swoich oczach i myślą o własnych duszach. Jeden z nich, Carlos (Milo Quifes), w 1932 roku stara się wspiąć na szczyt hiszpańskiej drabiny społecznej. Uprzedzone tuzy nie chcą jednak wprowadzić go na salony – homoseksualiści nie mają tam wstępu, są traktowani jako balast. Drugi – najważniejszy – czyli Sebastián (świetnie sportretowany przez popularnego muzyka Guitarricadelafuente), w 1937 roku stara się przeżyć i kochać w trakcie wojny domowej w Hiszpanii. Kiedy poznaje zranionego Rafaela (Miguel Bernardeau), jego świat zmienia się o 180 stopni. Trzeci zaś – zwany Albertem (równie utalentowany Carlos González) – pracuje jako historyk i stara się odkryć prawdę o swoim niedawno zmarłym dziadku. Główną inspiracją dla tego filmowego kolosa jest twórczość Federico Garcii Lorci, jednego z czołowych przedstawicieli Pokolenia 27, który zginął przedwcześnie, brutalnie zamordowany. Tytuł filmu pochodzi od jego niedokończonego utworu ("La Bola Negra") – Lorca napisał jedynie cztery strony swojego ostatnie projektu. Twórcy stawiają fundamentalne pytanie: co by było, gdyby reszta tej sztuki faktycznie istniała? I w jaki sposób ten manuskrypt mógłby wpłynąć na bohaterów? "La Bola Negra" przypomina nam o sile kina. Albo inaczej – o tym, że nic nie zastąpi nam ludzkiej wyobraźni. Imaginacja obu Javierów odpowiedzialnych za ten epokowy projekt nie ma granic. Decydują się na "zawłaszczenie" prawdy historycznej i akt współczesnej grafomanii – czyli dopisanie reszty "La Boli Negry" w formie filmu. Taki zabieg trącił kiczem, ale wyszło z tego coś wyjątkowego. Dzieło wysublimowane, refleksyjne i – co najważniejsze – poruszające każdą możliwą strunę. Całą recenzję autorstwa Jana Tracza przeczytacie TUTAJ.  

"Gwiezdne wojny": Jak oglądać aktorskie filmy i seriale? Pełna lista tytułów

W kinach możecie już oglądać pierwszy od siedmiu lat kinowy film ze świata "Gwiezdnych wojen" - "Mandalorian i Grogu". Aby uczcić tę premierę, mamy dla was przegląd wszystkich aktorskich filmów (kinowych) i seriali należących do tego cyklu. Tytuły ułożyliśmy w kolejności chronologii wydarzeń (w przypadku seriali biorąc pod uwagę pierwsze sezony). Znajdziecie tu więc nie tylko najnowsze widowisko, lecz także trzy filmowe trylogie, dwa spin-offy i aż siedem powstałych jak dotąd seriali wraz z krótką subiektywną opinią na ich temat. Zapraszamy do dyskusji! Następny w kolejce - "Starfighter" z Ryanem Goslingiem. Reżyseruje Shawn Levy, premiera w 2027 roku."The Mandalorian and Grogu" - zwiastun