OSCARY 2026: Kto wygra? Redakcja Filmwebu typuje zwycięzców

O tym, jakim gwiazdom i filmom Amerykańska Akademia Filmowa przyzna Oscary 2026, dowiemy się w nocy z niedzieli na poniedziałek (15-16 marca). Zanim to jednak nastąpi, nie ustajemy w rozgryzaniu, do kogo mogą powędrować nagrody. Wy na swoich faworytów możecie wciąż głosować w naszej ankiecie, którą znajdziecie POD LINKIEM TUTAJ.  My też zrobiliśmy burzę mózgów w naszym redakcyjnym gronie i wspólnie wytypowaliśmy zwycięzców. Czy będą to trafione strzały? Nie możemy się doczekać. Dajcie znać, jak Wy obstawiacie.  TRWA ANKIETA OSCAROWA! GŁOSY MOŻECIE ODDAWAĆ, KLIKAJĄC TUTAJOSCARY 2026: Kto wygra w najważniejszych kategoriach? Redakcja Filmwebu typujeNAJLEPSZY FILM W tym roku oscarowa pula jest wyjątkowo mocna, ale wszystko wskazuje na to, że pojedynek w kategorii "Najlepszy film" rozegra się między dwoma tytułami. "Jedna bitwa po drugiej" czy "Grzesznicy"? Kto wie! Wbrew pozorom sporo je łączy: oba wykorzystują matrycę kina gatunków do opowiedzenia politycznie naładowanych historii, które rezonują z gorącym światem za oknem. Koniec końców o wyniku starcia może przesądzić skład Akademii. Fenomen "Grzeszników" wydaje się najsilniejszy w USA, a grono głosujących w ostatnich latach znacznie powiększono o twórców spoza Ameryki – film Andersona może na tym skorzystać. Na korzyść "Jednej bitwy po drugiej" pracuje też ten sam argument, który – przynajmniej naszym zdaniem – powinien zapewnić Andersonowi również Oscara za reżyserię: czyli to, że zasługiwał od dawna. Na szczęście – jeśli PTA faktycznie zwycięży – w tym wypadku nie będzie to tylko nagroda "za całokształt". Bo nakręcił (kolejny) świetny film. Wygra: "Jedna bitwa po drugiej" *** REŻYSERIA Jedną z rzeczy, które najbardziej lubi Akademia – oprócz aktora rehabilitującego się po latach świetną rolą – jest nadrabianie zaległości. A fakt, że Paul Thomas Anderson wciąż czeka na Oscara za najlepszą reżyserię, to jedna z największych zaległości Akademii. Jej członkowie nominowali go już za "Aż poleje się krew", za "Nić widmo", za "Licorice Pizza" – ale Oscara nie dali. Jeśli kiedyś ma się to wydarzyć, to teraz. "Jedna bitwa po drugiej" jest w końcu nie tylko popisem reżyserii, ale też popisem reżyserskiej witalności: Anderson pręży tu bowiem muskuły w dziedzinach, których dotychczas nie tykał, inscenizując sceny akcji czy pościg samochodowy. Reżyseria "Jednej bitwy po drugiej" przyniosła już Andersonowi m.in. Złotego Globa i nagrody BAFTA, Critics' Choice oraz Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Brakuje tylko jednej. Wygra: Paul Thomas Anderson – "Jedna bitwa po drugiej" *** AKTOR PIERWSZOPLANOWY W kategorii "Najlepszy aktor pierwszoplanowy" mamy wiele znakomitych kreacji, ale tylko jedna z nich definiuje cały ton, rytm i wyjątkowy charakter swojej produkcji. Timothée Chalamet jest Wielkim Martym w nie mniejszym stopniu niż jest "Wielkim Martym" – wyjątkową nawet jak na kino Josha Safdiego energią niebiorącej jeńców motywacji i zawadiackiej bezczelności. Dowody jej moc aktor pozostawia zarówno poza ekranem (kilka lat przygotowań na treningach tenisa stołowego), jak i na nim (dosłownie każda scena). Mamy nadzieję, że po w pełni zasłużonym Oscarze poczuje satysfakcję nie mniejszą niż jego bohater po wycieńczającym starciu z Koto Endo – i tak samo jak on będzie mógł poświęcić się w końcu dojrzalszej roli (czy też: rolom). Co prawda bukmacherzy i amerykańscy dziennikarze przewidują, że na ostatniej prostej Michael B. Jordan ("Grzesznicy") może sprzątnąć Chalametowi Oscara sprzed nosa, ale w redakcji Filmwebu wierzymy jednak w rozsądek, kompetencję i dobry gust Akademików.  Wygra: Timothee Chalamet – "Wielki Marty" *** AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Jeśli jest jakaś kategoria na tegorocznych Oscarach, w której wynik jest już przesądzony, to jest nią zdecydowanie najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Fantastyczna rola Jessie Buckley w filmie "Hamnet" została już doceniona na Złotych Globach, BAFTA i – co chyba najważniejsze – przez samych aktorów. I słusznie, bo jej przejmująca kreacja naprawdę zapada w pamięci, definiując cały film. To m.in. dzięki niej w redakcji tak bardzo zachwyciliśmy się filmem "Hamnet", że przyznaliśmy mu znak jakości Filmweb Poleca. Jesteśmy też przekonani, że Jessie Buckley za swoją rolę odbierze Oscara. Wygra: Jessie Buckley – "Hamnet" *** DRUGOPLANOWA ROLA MĘSKA "Najlepszy aktor drugoplanowy" to jedna z bardziej nieprzewidywalnych oscarowych kategorii w tym sezonie. Na przestrzeni ostatnich miesięcy nominowani w niej artyści zdobywali różne prestiżowe wyróżnienia, co sprawia, że trudno dziś wskazać jednoznacznego faworyta. Jacob Elordi zgarnął Critics Choice Awards, Benicio del Toro zdobył kilka statuetek od stowarzyszeń krytyków w tym National Board of Review. Stellan Skarsgård wygrał Złoty Glob, a Sean Penn – BAFTA i nagrodę Gildii Aktorów. Przyparci do muru obstawiamy, że finalnie to właśnie ten ostatni zatriumfuje w nocy z niedzieli na poniedziałek, sięgając po trzeciego Oscara w karierze.  Wygra: Sean Penn – "Jedna bitwa po drugiej" *** DRUGOPLANOWA ROLA KOBIECA Każda ceremonia potrzebuje emocji, niepewności, niespodzianek. Na tegorocznej gali oscarowej ich źródłem będzie kategoria najlepsza aktorka drugoplanowa. Odnosimy wrażenie, że łatwiej przewidzieć to, czy lato w tym roku będzie upalne, niż która z aktorek zdobędzie Oscara. Teyana Taylor dostała Złoty Glob. Wunmi Mosaku ma na swoim koncie statuetki Gotham i BAFTA. A Amy Madigan otrzymała nagrodę Gildii Aktorów. W redakcji ostatecznie postawiliśmy właśnie na Madigan. Wiemy, że kino gatunkowe na Oscarach ma zawsze trudniej, ale rola Gladys Lilly z filmu "Zniknięcia" jest tak wybitna, że byłoby wielką niesprawiedliwością, gdyby została zignorowana przez członków Akademii. Wygra: Amy Madigan – "Zniknięcia" *** SCENARIUSZ ORYGINALNY Jedno jest pewne: Ryan Coogler nie opuści gali w Dolby Theatre z pustymi rękami. W związku z tym, że Oscar za reżyserię najprawdopodobniej trafi do Paula Thomasa Andersona, Akademia w ramach nagrody pocieszenia obdaruje twórcę "Grzeszników" statuetką za najlepszy scenariusz oryginalny. Przypomnijmy, iż Cooglera w tej kategorii wyróżniły wcześniej m.in. Gildia Scenarzystów oraz kapituły BAFTA i Critics' Choice Awards.  Wygra: "Grzesznicy" *** SCENARIUSZ ADAPTOWANY "Jedna bitwa po drugiej" – luźno oparta na rozliczającej się z kontrkulturą powieści "Vineland" Thomasa Pynchona – przyniosła już Paulowi Thomasowi Andersonowi Złoty Glob, nagrodę BAFTA, nagrodę Amerykańskiej Gildii Scenarzystów oraz szereg wyróżnień od stowarzyszeń krytyków filmowych. Oscar wydaje się więc po prostu formalnością. Twórca "Magnolii", który z prozą twórcy "Tęczy grawitacji" zmierzył się już w "Wadzie ukrytej", traktuje literacki pierwowzór raczej jako punkt wyjścia do nowej historii niż gotowy scenariusz. Osadzając akcję w latach 20. XXI wieku, Anderson powtarza za Karolem Marksem, że historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. A przy okazji przypomina, że wybitna adaptacja nie musi – a może wręcz nie powinna? – trzymać się niewolniczo litery oryginału.   Wygra: "Jedna bitwa po drugiej" *** FILM MIĘDZYNARODOWY W tegorocznej kategorii "Najlepszy film międzynarodowy" aż 4 na 5 filmów to tytuły wyróżnione w trakcie zeszłorocznego Festiwalu Filmowego w Cannes. Chociaż ta statystyka mogłaby sugerować zestrojenie gustów amerykańskich akademików i jurorów z Lazurowego Wybrzeża, naszym zdaniem Oscara nie otrzyma wcale zdobywca Złotej Palmy, ale laureatka srebrnego medalu – sięgająca po Grand Prix "Wartość sentymentalna”. Reżyserujący film Joachim Trier po raz kolejny rozkochał światową publikę norweskim projektem, ale po raz pierwszy zebrał za to aż 9 nominacji do Oscara, ustanawiając tym samym nowy rekord w historii skandynawskiego kina. Jego film zdobędzie statuetkę, bo znakomite aktorstwo, perfekcyjna konstrukcja scenariusza i poruszające międzyludzkie wnioski są kwestiami ponadnarodowymi, a występujące w produkcji gwiazdy to postacie dobrze znane amerykańskiej publice. Trier nie może jednak czuć się zbyt pewnie. Wysokie notowania jego konkurenta, Klebera Mendonçi Filho, biorą się ze sporej liczby Brazylijczyków zasiadających w szeregach Akademii. To właśnie oni – zdaniem reżysera "Sirât" Olivera Laxe – mogą sprawić, że "nawet but otrzyma Oscara, jeśli zgłosi go Brazylia". Tym gorzej dla reszty stawki, że zamiast buta zgłosiła wybitnego "Tajnego Agenta". Wygra: "Wartość sentymentalna" *** FILM ANIMOWANY W tym roku o Oscary konkurują dwa filmy opowiadające o demonach i muzyce. Nie mamy wątpliwości, że złota statuetka powędruje do jednego z nich – i będzie to animacja "K-popowe łowczynie demonów". Produkcja Netfliksa szturmem podbiła serca widowni (najpierw na platformie, a następnie w amerykańskich kinach, gdzie zorganizowano serię pokazów specjalnych). Trudno się dziwić, bo za fasadą muzycznego fenomenu koreańskiego popu kryje się historia o sile przyjaźni, odwadze w wyrażaniu siebie oraz odwiecznej walce dobra ze złem. A poza tym dawno nie spotkaliśmy tak fajnych bohaterek jak Rumi, Mira i Zoey. Dziewczyny są dla pokolenia współczesnych dziewczynek tym samym, czym dla ich mam były Czarodziejka z Księżyca czy Atomówki. Trzymamy też kciuki za drugą statuetkę – dla najlepszej piosenki.  Wygra: "K-popowe łowczynie demonów"

Jak ogląda się kino Kieślowskiego w 30. rocznicę śmierci Mistrza?

Dziś mija 30 lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Jak ogląda się dziś kino twórcy "Amatora" i "Dekalogu"? Które jego filmy najlepiej wytrzymały próbę czasu? Jak zmieniła się ich wymowa w ciągu tego ponadćwierćwiecza? Co w 2026 może nam dać seans filmu Kieślowskiego? Zastanawia się Joanna Najbor.  Panie Filipie, niech pan patrzy – niby nic, a jaki świat jest piękny. Ludzie żyją, kochają się. I to czasem warto zobaczyć – tak w jednej ze scen "Amatora" (1979) mówi do Filipa Mosza kierownik jego zakładu pracy, wskazując na otaczający krajobraz. W dolinie nie ma nic szczególnie ciekawego – bure przedwiośnie, gołe gałęzie drzew, pola uprawne, podobne do tych wszystkich, które mijamy podczas przypadkowej podróży pociągiem przez Polskę. Ktoś w oddali prowadzi konia, ćwierkają ptaki; w powietrzu unosi się nie wiadomo skąd pochodzący dym. A u Pana to wszystko jakieś szare, smutne – doda szef, komentując nakręcony przez Mosza film dokumentalny. No tak, życie przyrody może być publiczne – odpowie Filip. Oczywiście, całą tę scenę można uznać za autotematyczny komentarz do filmografii Krzysztofa Kieślowskiego, a w szczególności do jego starszych tytułów. Niby nic, a coś. Małe losy, wielkie dramaty, rozgrywane w ciasnych przestrzeniach poczekalni, mieszkań i przesmyków między dopiero co postawionymi blokami. Dziś, w trzydziestolecie śmierci artysty, mam jednak wrażenie, że to właśnie ten wycinek jego twórczości po latach smakuje najlepiej: gdzie życie społeczne traktowane jest jako element świata przyrody poddawany wytrwałej, zdystansowanej obserwacji. Krzysztof KieślowskiLegenda przed filmamiChyba nie ma co się spierać na temat znaczenia Kieślowskiego dla polskiej kultury; te wszystkie festiwale i przeglądy, nagrody, książki, wywiady, jubileusze, katowicka uczelnia nosząca jego imię, która co roku wypuszcza na świat kolejnych adeptów sztuki filmowej. Dla osób, które poznawały jego filmy w latach 90., to dorobek spowity nienaruszalną aurą sentymentu. W tamtym czasie "kieślowszczyzna" była przecież obowiązującą religią: trylogia "Trzy kolory: Biały, Niebieski, Czerwony" (1993-1994) święciła triumfy na zagranicznych festiwalach, a autor "Przypadku" pracował z największymi gwiazdami francuskiej kinematografii, takimi jak Julie Delpy, Juliette Binoche czy Jean-Louis Trintignant. Po sukcesie "Dekalogu" i wyjeździe do Francji zyskał opinię mistyka zza żelaznej kurtyny; zaufanego przewodnika po meandrach ludzkiej duszy, ale też po tej intrygującej sferze duchowości dostępnej tym, którzy doświadczyli totalitarnego reżimu. O podobnych wartościach wypalony przez konsumpcjonizm Zachód mógł już tylko śnić; a Kieślowski, jak się okazało, był w tworzeniu snów bardzo dobry. Kreując na ekranie odrealnioną, metafizyczną aurę i żonglując symbolicznymi detalami, wpasował się w popularny wówczas ruch gnostycyzmu i New Age, a uniwersalność późnych historii bardzo szybko wyróżniła jego nazwisko w międzynarodowym obiegu. I choć zawsze znajdą się tacy, co pokręcą nosem nad patosem i kiczem tych polsko-francuskich koprodukcji, to nie będą mieli na tyle siły przebicia, by faktycznie zachwiać albo chociaż wzniecić ferment wokół jego artystycznego Autorytetu.  "Przypadek"Bo pamięć lubi pielęgnować tego typu legendy – tym bardziej gdy mowa o Polaku-twórcy, który nie dość, że uchwycił specyfikę Ducha Czasu i konflikty moralne wpisane w doświadczenia komunizmu, to wyjątkowo zarezonował w środowisku międzynarodowym. O taką ponadlokalną skalę sukcesu nic nie robiliśmy – a przecież wiadomo, że zagraniczne sukcesy "swoich" co do zasady cieszą podwójnie (a w jakiej kategorii czy dyscyplinie, to już drugorzędna sprawa). Nie ma też znaczenia, czy sam zainteresowany takiego sukcesu pragnął – w końcu cegiełką składającą się na jakość legendy stanowi także fakt, że Kieślowski został reżyserem filmowym trochę przypadkiem; z ambicji i przekory, uważając swój zawód za niepoważny, "ale który musi wykonywać, bo nie potrafi nic innego". Opowieść o Kieślowskim to też zatem przypowieść o nadwiślańskim uporze; i figę z makiem tym, którzy trzy razy z rzędu nie chcieli go przyjąć do szkoły filmowej. A także kolejny element budujący wielopoziomową siłę mitu. Na nośność legendy składa się też osobowość. Machiny pamięci, często bardziej niż ludzie, cenią takie cechy jak nerwowość, erudycja czy zdystansowanie – a on ich posiadał w nadmiarze. Dodać do tego krzaczaste brwi, charakterystyczny wysoki wzrost, papieros za papierosem i kawę za kawą, a otrzyma się modelowy wzór wizjonera, snującego historie o ukrytym porządku i cieniach ludzkiego losu. Na trwałość legendy często składa się również niestety nieoczekiwana śmierć. Tak było i w tym wypadku: zmarł marcowego dnia w 1996 roku w Warszawie, w wieku 55 lat, na chorobę wieńcową. Choć zarzekał się, że już więcej nic nie nakręci, miał przecież dalsze plany, choćby realizację trylogii "Niebo-Piekło-Czyściec", opracowywanej ze swoim ulubionym scenarzystą, Krzysztofem Piesiewiczem. Na jego grobie na warszawskich Powązkach do dziś stoi rzeźba przedstawiająca dwie dłonie układające kadr filmowy – gest symboliczny, ale też na swój sposób wyzwoleńczy, zamykający w wyobrażonej ramie każdą opowieść, także tę pozornie niedokończoną.Projekt: prawdaOd momentu debiutu telewizyjnego "Przejściem podziemnym" (1973) estetyka twórczości Kieślowskiego zaczyna się stopniowo rozwidlać. Przez pewien czas równolegle z krótkimi filmami tworzonymi w Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych powstają produkcje fabularne, w których reżyser obficie czerpał z doświadczenia zdobytego przy dokumentach. Dziś często wiąże się je z tzw. kinem moralnego niepokoju, kładącym nacisk na etyczne dylematy jednostki w późnym PRL-u. Gdy Kieślowski kręcił "Amatora", miał 38 lat i stopniowo oddalał się od dokumentalistyki oraz fabularnych "prostych historii" w stronę alegorycznych, oderwanych od kontekstów polityczno-społecznych opowieści o Karze, Przypadku i Przeznaczeniu. Cezurę formalną i gatunkową stanowić tu będzie najpierw rok 1980, gdy nakręcił swój ostatni dokument "Siedem dni tygodnia", a następnie 1987, czyli premiera "Przypadku" – tytuł z Bogusławem Lindą utrzymany w konwencji "co by było, gdyby" już otwarcie zapowiadający nowy, baśniowy rozdział w jego twórczości, który potrwa przez kolejną dekadę. "Siedem dni tygodnia"Do samego "Amatora" – wprowadzającego mnie przed laty w świat artystycznego kina – wracam więc dziś z dystansem, charakterystycznym dla powrotów do niegdyś ukochanych, formatywnych dzieł. Na szczęście historię o Filipie Moszu ogląda się wciąż naprawdę dobrze: może dzięki wybitnej kreacji Jerzego Stuhra, może dzięki bezpretensjonalnym powiązaniom scenariusza z praktycznym warsztatem reżysera, wówczas wciąż korzystającego z usług niezawodowych aktorów i osadzającego akcję w konkretnych realiach. W tych wczesnych tytułach, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych (wśród których, oprócz "Amatora" można wymienić na przykład "Personel" czy "Spokój") kamera to dla Kieślowskiego szkło powiększające przyłożone do obić i zadrapań na społecznym organizmie; albo, jak sam stwierdził, "świat dostrzeżony w kropli wody". Pretekstowe historie snute są tu poprzez niefotogeniczne wycinki codzienności peerelowskich biur ("Urząd"), sal lekcyjnych ("Siedem kobiet w różnym wieku"), fabryk ("Fabryka"), zakładów pogrzebowych ("Refren"), szpitali ("Szpital") czy hal dworcowych ("Dworzec"). Tak jakby Kieślowski chciał krok po kroku zmapować całą przestrzeń modernistycznych niemiejsc; cały ten drugi plan, który poprzez obraną optykę zaczyna niepostrzeżenie pełnić rolę synekdochy na temat życia w systemie. Z drugiej strony, tworzy portrety konkretnych jednostek – jak nocny portier czy robotnik z fabryki, którzy chcą po prostu żyć po swojemu i dobrze wykonywać robotę. "Siedem kobiet w różnym wieku"I myślę, że po latach to właśnie po te tytuły warto sięgnąć w pierwszej kolejności – aby przypomnieć sobie o Kieślowskim sprzed mitu, ale też spojrzeć na głęboką przemianę Polski, także tę mentalną, która zaszła w ciągu ostatniego półwiecza. Te szczere, rozedrgane od dźwięków maszyn i już w momencie produkcji wyblakłe zapiski stanowią mistrzowskie ćwiczenie z empatii, warte Nobla z obserwowania obserwujących. Z trzecim sensem wciąż pisanym przez życie, a nie wygrawerowanym złotymi literami na taśmie dla potomnych. I choć – jak miał skomentować kolega Kieślowskiego z podstawówki, Leonard Prochowski, którego we wstępie do biografii reżysera cytuje Katarzyna Surmiak-Domańska – "tam nie ma nic o radości, tam jest pokazane ciężkie życie. Samotność, walenie głową w mur, przebijanie się do czegoś", to seans tych wczesnych filmów nie działa jak depresant. Robi raczej za skuteczną przypominajkę, że u podstaw dokumentu leży i będzie leżeć humanizm, który nie może się ot tak zestarzeć.W poszukiwaniu balansuZdecydowanie więcej wątpliwości pojawia się w przypadku filmów fabularnych. Wskazywano na nie jeszcze za życia artysty – Agnieszka Holland przy okazji prac nad "Czerwonym" miała stwierdzić, że to "metafizyka dla kucharek", a francuskie pismo "Cahiers du Cinéma" wytykało mu małość tego typu moralizatorstwa.   Może pogłębiająca się przepaść względem jego późniejszej twórczości wiąże się z pewnym rodzajem cynizmu wpisanym w doświadczenie codzienności (i kultury) trzeciej dekady XXI wieku. Nie chcę przez to powiedzieć, że projekty, które nie zostały przepuszczone przez postmodernistyczny filtr, powinny zostać wyrzucone do kosza – wręcz przeciwnie, mam poczucie, że to właśnie postironii potrzebujemy dziś najbardziej, kiedy nawet ludzka tragedia notorycznie bywa brana w cudzysłów. Nie jestem jednak pewna, czy o taki rodzaj powagi chodzi.  "Czerwony"Kontrast wydaje się wyraźniejszy nawet nie przez sam dobór tematów, ale zdezaktualizowanie się języka filmowego, którym zaczął świadomie posługiwać się po (jego zdaniem) miażdżącej porażce filmu "Bez końca" (1985). Paradokumentalną, przyklejoną do twarzy bohaterów i śledzącą każdy ich ruch kamerę zastąpią manieryczne kadry pełne kolorystycznych dominant (często utrzymane w nostalgizującej konwencji sepii), patetyczna muzyka Zbigniewa Preisnera, konflikty niby przejmujące, ale jednak nadmiernie poetyzowane i zawieszone w próżni. Współczesna zmiana kontekstów i mód, niestety, tylko wzmacnia efekt sztuczności. I choć mam do tych filmów sentyment, po latach zdecydowanie bardziej intrygujące okazują się jego wcześniejsze propozycje, przywodzące na myśl najlepsze momenty Kena Loacha czy braci Dardenne. Oswoić niepokójKtórąkolwiek ze ścieżek wybierzemy, dokumentalną czy popmetafizyczną, w centrum – mimo wszystko – wciąż znajdziemy człowieka i jego tożsamościowe dylematy. Człowieka nieustannie zmuszonego do konfrontacji: z otoczeniem, systemem, samym sobą, i poszukującego: miłości, równowagi, miejsca w świecie (tematyka emigracji wybrzmiewa szczególnie mocno). Przede wszystkim jednak – spokoju. Jak wiadomo, sam Kieślowski był osobą przepracowaną, przez większość życia zmagał się z depresją. Znane jest jego powiedzenie I am so-so: mam się jako tako, wciąż żyję (ale co to za życie). Poszukiwanie mitycznego (bo przecież zawsze nieuchwytnego) spokoju to idée fixe przewijające się przez większość tych tytułów, które mogą trafiać do współczesnej rozproszonej i przebodźcowanej publiki.   "Amator"Określenie "kino poszukiwania spokoju", choć uboższe znaczeniowo, brzmi zresztą chyba ciut zrozumialej niż "moralny niepokój" – bo czego miałby on dziś dotyczyć? Mam wrażenie, że napięcie pochodzące z konfliktów moralnych przeniosło się na te egzystencjalne i fizyczne, wpisane w doświadczenie ciała: ciągłe, podskórne lęki odczuwane w związku z niestabilną sytuacją polityczną, klimatyczną, ekonomiczną. Niepokój jako miejsce spotkania nie brzmi może najbardziej optymistycznie, ale w tym wypadku może pomóc zaistnieć tym sensom na nowych gruntach, przypominając, że to właśnie w napięciu często rodzi się wrażliwość. Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ. 18 marca o godzinie 20:00 w stołecznym kinie Iluzjon w związku z 30. rocznicą śmierci Krzysztofa Kieślowskiego wspólnie obejrzymy jeden z najważniejszych filmów w dorobku reżysera – "Przypadek" z Bogusławem Lindą i Tadeuszem Łomnickim w rolach głównych. Bilety na seans możecie kupić TUTAJ.

Bradley Cooper za sterami filmu o zuchwałym napadzie

W Hollywood trwają przygotowania do produkcji niezatytułowanego prequela "Ocean's 11". Film, którego gwiazdą jest Margot Robbie, nie ma jednak szczęścia. Właśnie poznaliśmy nowego reżysera. TRWA ANKIETA OSCAROWA! GŁOSY MOŻECIE ODDAWAĆ, KLIKAJĄC TUTAJBradley Cooper za sterami prequela "Ocean's 11"Jak podaje blog World of Reel, Cooper zastąpił na stanowisku reżysera Lee Isaaca Chunga, który z kolei był zastępcą Jaya Roacha. Jak wcześniej informowaliśmy, ma też zagrać rolę, którą przejął od Ryana Goslinga (więcej na ten temat znajdziecie TUTAJ). Film opowie o państwu Oceanach, którzy wtajemniczają swoje dzieci – Danny'ego i Debbie – w arkana złodziejskiego fachu. Akcja będzie się toczyć w 1962 roku podczas Grand Prix Monako. Producenci opisują projekt jako stylowy heist movie inspirowany "Złodziejem w hotelu" Alfreda Hitchcocka. Scenariusz napisała Carrie Solomon. Prace na planie mają rozpocząć się już latem.Bradley Cooper – reżyserCooper zadebiutował jako reżyser w 2018 roku dramatem muzycznym "Narodziny gwiazdy" – nową wersją historii, po którą sięgali wcześniej William A. Wellman i Jack Conway (1937), George Cukor (1954) i Frank Pierson (1976). Film, w którym zagrał u boku Lady Gagi, został dobrze przyjęty zarówno przez widzów, jak i krytyków. Dodatkowo Cooper zrealizował szereg teledysków promujących single z towarzyszącego produkcji albumu: do oscarowej piosenki "Shawllow", "Look What I Found", "I'll Never Love Again" i "Remember Us This Way". Jego drugi film, opowiadający o życiu Leonarda Bernsteina i Felicii Montealegre Cohn Bernstein, przyniósł mu nominacje do Oscarów w kategoriach najlepszy film i najlepszy aktor pierwszoplanowy. Aktualnie na ekranach kin gości jego trzeci film – komediodramat "Czy mnie słychać?".Zobacz zwiastun "Ocean's 8"Aktualnie cykl zamyka "Ocean's 8", w którym śledziliśmy przygotowania do zuchwałego skoku przygotowywanego przez Debbie Ocean (Sandra Bullock), siostrę Danny'ego. Przypominamy zwiastun: