Najgorętsze premiery sierpnia 2026. Na co warto iść do kina?

Nowy miesiąc to nowe premiery. Wśród sierpniowych nowości każdy znajdzie coś dla siebie. W repertuarze są m.in. filmy, które jeszcze niedawno gościły na największych festiwalach ("Kandydaci Śmierci" z Millenium Docs Against Gravity, "Gorzkie święta" z Cannes), wyczekiwane widowiska sci-fi ("Koniec ulicy Dębowej", "Gwiazdozbiór psa"), a nawet B-klasowe horrory ("Ice Cream Man", "Lalka"). Sprawdźcie, co jeszcze polecamy. 

Alan Ritchson potwierdza: "Szybcy i wściekli 11" na razie nie powstają

Na początku lipca Vin Diesel zasugerował w mediach społecznościowych, że od dawna wyczekiwany finał serii "Szybcy i wściekli" wreszcie jest kręcony. Jak się okazało, Diesel rzeczywiście był na planie jako Dominic Toretto. Problem w tym, że była to reklama, a nie "Fast Forever". Alan Ritchson komentuje sytuację z filmem "Szybcy i wściekli 11"Jak więc wygląda sytuacja filmu? Na to pytanie w podcaście "Happy Sad Confused" odpowiedział Alan Ritchson. Dlaczego on? Gwiazda "Reachera" dołączył bowiem do obsady cyklu właśnie w wielkim, dwuczęściowym finale. Jednak na planie był tylko jednego z tych widowisk - "Szybkich i wściekłych 10". Wcielił się w postać Aimesa. Bohater powinien powrócić w jedenastej, ostatniej części. Jednak Ritchson na razie nie przygotowuje się do roli. Jak przyznał w podcaście "Happy Sad Confused", uczestniczył w wielu rozmowach na temat "Fast Forever". Jednak projekt na razie nie powstanie. Najpierw trzeba pokonać liczne przeszkody. Największym problemem jest budżet. Film wciąż jest za drogi. Z taką diagnozą zgadza się Ritchson: To nie ma większego sensu. Istnieje znacznie bardziej efektywny sposób realizowania takich produkcji. Trzeba więc znaleźć sposób, by zachować umiar, a jednocześnie uszanować fakt, że ten świat rozrósł się do naprawdę ogromnych rozmiarów. Czy zatem jego zdaniem film ma w ogóle szansę powstać? Ritchson pozostaje optymistą i twierdzi, że z całą pewnością dojdzie do realizacji widowiska. Dodaje jednak: Stoimy na rozdrożu i mierzymy się z czymś, co bardzo trudno zrozumieć, a wszyscy próbują znaleźć właściwe rozwiązanie. Co ciekawe, "Szybcy i wściekli 11" są już w kalendarzu premier. Amerykańska data premiery to 17 marca 2028 roku. Wydaje się jednak tylko kwestią czasu, kiedy data ta zostanie odwołana.Zwiastun filmu "Szybcy i wściekli 10"

Rami Malek w poruszającej roli umierającego na AIDS artysty (RECENZJA)

Spektrum gatunkowe festiwalu Tauron Nowe Horyzonty jest – klasycznie – bardzo szerokie. W samej sekcji „Mistrzynie, mistrzowie” sąsiadują ze sobą „Podwójna wolność” Lisandra Alonso o facecie ścinającym drzewo i „Mężczyzna, którego kocham” Iry Sachsa z gwiazdorską rolą Ramiego Maleka. Filmy recenzują Jakub Popielecki i Maciej Satora. recenzja filmu „Podwójna wolność”, reż. Lisandro AlonsoArgentyńska masakra piłą mechaniczną autor: Jakub Popielecki Nowy film Lisandra Alonso jest sequelem i ma scenę po napisach. Entuzjaści kina prawdziwie nowohoryzontowego mogą jednak spać spokojnie: jedyny green screen w kadrze to zielona ściana argentyńskiej puszczy. Reżyser, który nakręcił kiedyś film o tym, jak facet ścina drzewa, wciąż kręci filmy o tym, jak facet ścina drzewa. W „Podwójnej wolności” to zresztą ten sam facet, co kiedyś. Alonso po 25 latach wraca bowiem do bohatera swojego debiutanckiego „La Libertad” z 2001 roku. Ten akt powrotu nie jest jednak żadnym „okrążeniem honorowym”, w którym autor celebruje sam siebie, przewiązując swoją filmografię kokardką nostalgii. Jeśli pierwszy film prowokował pytanie o to, czym jest wolność – w życiu oraz w sztuce – to w drugim to pytanie brzmi tylko silniej. Aż prosi się, żeby powiedzieć: podwójnie.  Ten zwrot wstecz jest o tyle nieoczekiwany, że Alonso dotychczas konsekwentnie parł naprzód, z filmu na film nadbudowując kolejne poziomy na tym samym surowym fundamencie. Jego poprzednia „Eureka” wciąż była minimalistyczna i powolna. Ale trwała dwie i pół godziny, łączyła sceny kolorowe z czarnobiałymi, zawierała elementy westernu i kina policyjnego, rozgrywała się na dwóch kontynentach, i miała w obsadzie Viggo Mortensena oraz Chiarę Mastroianni. W tym sensie „Podwójna wolność” jest powrotem do źródeł alonsowości: nie tylko fabularnych, ale i stylistycznych. Słowo „fabularny” jest zresztą dość mylące. Podobnie jak w „La Libertad”, Alonso zaciera bowiem granicę między dokumentem a fabułą. Oczywiście „Podwójna wolność” posiada tak zwaną „wartość dokumentalną” przede wszystkim w najbardziej podstawowym sensie: oto kamera rejestruje dzianie się. Facet ścina drzewo, a my oglądamy to „w czasie rzeczywistym”, w długim ujęciu, bez żadnych narracyjnych trików, z minimalnym montażem. Za atrakcję robi tu skrajny przypadek tzw. „competency porn”: zjawiska polegającego na tym, że przyjemność sprawia obserwowanie profesjonalisty przy pracy. W oku kamery banalna rutyna jakiegoś zawodowca staje się nagle fotogeniczna, wciągająca. Paradoks: beznamiętny profesjonalizm kogoś, kto robi jakąś rzecz dobrze, bo robi ją po raz tysiąc pięćsetny, jest angażujący jako widowisko. Nawet jeśli to widowisko typu „facet z siekierą i piłą mechaniczną w argentyńskiej puszczy”. Nawet jeśli typ robi to absolutnie beznamiętnie, bez grama tzw. „showmanshipu”.  Całą recenzję filmu „Podwójna wolność” można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ. recenzja filmu „Mężczyzna, którego kocham”, reż. Ira SachsBohemian Requiem autor: Maciej Satora Bez "Bohemian Rhapsody" Ira Sachs nigdy nie przyjechałby do Cannes z "The Man I Love" – swoim nowym projektem opowiadającym (tylko częściowo) o chorującym na AIDS artyście, aktorze i performerze Jimmym George’u. Mężczyzna zakorzeniony w gejowskiej społeczności Nowego Jorku lat 80. pracuje mimetycznym przeobrażaniem się w inne persony popkultury: im bardziej zamknięte w swojej ekstrawagancji, tym stanowiące dla niego większe, twórcze wyzwanie. W 2018 roku pogrążony w swoich manieryzmach Rami Malek dwoił się i troił, żeby odtworzyć gest legendarnego wokalisty grupy Queen. Widząc go przed mikrofonem, Sachs musiał pomyśleć: Dobry Boże, ten chłopak ma wszystko, by zawojować światową scenę Dragu! Dlatego też zaproponował mu współpracę przy "The Man I Love". Magnetyczna kreacja Maleka wysuwa się na pierwszy plan do tego stopnia, że podejrzewam, że to właśnie od jego nazwiska na pokładzie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszła fabuła, zresztą dosyć szczątkowa, otaczająca tę wymagającą, fizyczną rolę. Wymagającą, bo w "The Man I Love" aktor płynnie i dynamicznie musi zmieniać kierunki swojego naśladownictwa. Po pierwsze więc, odtwarzając postacie, w które w swoich występach wciela się jego bohater – na czele z graną kiedyś przez Sophie Clément Carmen z filmu "Il était une fois dans l'est" André Brassarda. Przygotowania do teatralnej adaptacji tego zapomnianego dzieła zaprzątają głowę chorego Jimmy’ego; choć nigdy tego nie mówi, podskórnie czuje, że może być to jego ostatni wielki performens. Po drugie, Malek musiał wykreować też przekonujący portret człowieka podglądanego przez widza pomiędzy próbami i występami – zmęczonego, gasnącego pod wpływem AIDS homoseksualisty, niepogodzonego z faktem, że śmierć może porwać go ze sceny, jeszcze zanim doczeka się braw szerokiej publiczności. Całą recenzję filmu „Mężczyzna, którego kocham” można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.