Złe przeczucia. Czternaście lat "Gwiezdnych wojen" Disneya
Gdy w 2012 roku Disney kupuje Lucasfilm, "Gwiezdne wojny" znajdują się w próżni. Z jednej strony minęły już mroczne czasy początku lat dziewięćdziesiątych, gdy bohaterowie Sagi niemal wyparowali z ludzkiej świadomości, Trylogię oglądało się z niemiłosiernie zdartych kaset wideo, a Polsat częściej pokazywał "Kosmiczne jaja" niż "Imperium kontratakuje". Z drugiej – prequele nie zostały jeszcze relegowane do dzisiejszej roli nostalgiczno-memicznej, a ich zły smak ciągle trzymał się podniebienia. Ci z nas, którzy poszukiwali nowych historii, skazani byli na rozrzucony po wielu mediach Expanded Universe, do którego dziś, z troski o własne wspomnienia, lepiej nie wracać. Sam George Lucas jest w 2012 emerytowanym bogiem, demiurgiem zmęczonym wyczarowywaniem kolejnych planet. Disney bierze "Gwiezdne wojny" opromieniony sukcesem rodzącego się Marvel Cinematic Universe, a Kathleen Kennedy – nowa prezeska Lucasfilmu – może pochwalić się CV wypełnionym blockbusterowymi hitami. Ja siedzę przed komputerem w bloku na krakowskim Ruczaju i nie mogę uwierzyć – będzie siódma część "Gwiezdnych wojen". Czternaście lat później znowu siedzę przed komputerem, tym razem w bloku na warszawskiej Pradze, a Kathleen Kennedy ogłasza, że odchodzi z Lucasfilmu. Z tej najnowszej historii "Gwiezdnych wojen" zapamiętam przede wszystkim dwa momenty: ten, gdy Rey słyszy od Kylo Rena, że jej rodzice byli "nikim" oraz scenę, w której bezimienny, męczony przez okrutnego nadzorcę chłopak patrzy w przestrzeń, a na jego palcu widnieje symbol galaktycznej Rebelii. Przez te kilkanaście sekund można wierzyć, że "Gwiezdne wojny" pod wodzą Disneya stawiają właśnie pierwsze kroki w wielki świat, odświeżają własną mitologię, otwierają się na nieznane. Dziewięć lat po premierze "Ostatniego Jedi" – to z tego filmu pochodzą opisane wyżej fragmenty – wiem już, że nic z tego. Odległa galaktyka czasem jeszcze skusi pojedynczym rozbłyskiem, ale zaraz potem okazuje się ciasna i nudna. *** "Przebudzenie Mocy", a także następujący po nim "Łotr 1", to przede wszystkim demonstracja potęgi nowej superbroni Disneya: nostalgii za pierwszą Trylogią. Widzowie muszą się mocno napracować, żeby gdzieś między blasterem Hana Solo a Y-wingami eskadry Złotych dostrzec potencjał na nowe opowieści. Nostalgia ma przede wszystkim uspokoić fanów, zapewnić ogromne zyski, przywrócić "Gwiezdne wojny" światu. Co prawda już wtedy w tle słychać jakieś trzeszczenie, ale afery zza kulis "Łotra 1" i pierwsze niespełnione zapowiedzi kolejnych tytułów można pewnie zrzucić na karb docierania się tego monumentalnego korpoprojektu. Zwłaszcza, że już trzeci film przynosi upragnioną rewolucję. "Ostatni Jedi" rekonstruuje gwiezdnowojenną mitologię i sprawia, że po latach ponownie można się nią przejąć. Oto kończy się opowieść o tajemniczych wybrańcach, kolejnych Skywalkerach i szlacheckich więzach krwi, a zaczyna historia zwykłych ludzi, buntujących się z wewnętrznej potrzeby, a nie po to, by wypełnić jakieś metafizyczne Przeznaczenie. Rey jest "nikim", a Moc przenika wszystkich, nawet anonimowego chłopaka uzbrojonego tylko w miotłę. "Ostatni Jedi" to też ostatnie słowo w sprawie nostalgii: Luke zapowiada, że przecież nie stanie z "laserowym mieczem" naprzeciw całego Najwyższego Porządku, po czym dokładnie to robi, by kilka chwil później złączyć się z Mocą. Tworzy legendę i symbol, ale przygotowuje też miejsce dla tych, którzy przyjdą po nim. "Naszą rolą jest przerosnąć się dać", mówi Yoda, wspaniale domykając swoje repozytorium podniosłych fraz i jednocześnie wskazując drogę naprzód. I nagle: "Skywalker. Odrodzenie". Twórcy filmu jednym gestem cofają "Gwiezdne wojny" w rozwoju o wiele parseków, na powrót tworząc dziwaczną fantazję o magicznych dzieciach z ważnych rodzin. Szkoda, bo historia opowiedziana w Części IX – o tym, że nie jesteśmy uwarunkowani przez pochodzenie, że zawsze możemy stworzyć własną rodzinę – jest historią i ładną, i potencjalnie poruszającą. Ale teraz już widać wyraźnie: Disney, zamiast lecieć do odległej galaktyki, człapie z powrotem do swojego bezpiecznego mikrokosmosu. Patrzy pod nogi, zamiast spojrzeć w przód. To w tym napięciu między ósmą a dziewiątą częścią Sagi zawiera się najważniejsza zasada organizująca disneyowskie "Gwiezdne wojny": coś dobrego może urodzić się tylko z buntu przeciw konwencjom. Po "Ostatnim Jedi" Lucasfilm wyprodukuje jeszcze tylko jedno arcydzieło. Pierwszy sezon "Andora" wykorzystuje gwiezdnowojenny anturaż do tego, by zadawać trudne pytania i dawać nieprzyjemne odpowiedzi, a podstawowym dla filmów Lucasa kwestiom dobra i zła nadawać nowe wymiary. Galaktyka ożywa nie dzięki efektom specjalnym, a nowym wyzwaniom. Niemal wszystkie pozostałe filmy i seriale disneyowskich "Gwiezdnych wojen" kręcą się w kółko. Ich twórcy bezrefleksyjnie wracają do dawnych bohaterek i bohaterów, powtarzają zgrane fabuły, wyciągają zardzewiałe rekwizyty. W "Kenobim" Obi-Wan ponownie mierzy się z Vaderem, Yoda roztacza opiekę nad Świątynią Jedi w "Akolicie", bohater "Księgi Boby Fetta" wraca na piaski Tatooine, a w "Hanie Solo" rogi pokazuje Darth Maul. Nawet nowi bohaterowie boją się – niemal dosłownie – wychynąć ze skorupy: gdy "Mandalorianin" zdejmuje hełm i łamie w ten sposób reguły swojej sekty, robi wszystko, by ta przyjęła go z powrotem. Zwyczajowy obrzęd wymaga od niego – to bardzo symboliczne – powrotu na dawno temu zdewastowaną planetę. Bohater rytuał przechodzi i może z powrotem schować się w zbroi. Disneyowskie uniwersum "Gwiezdnych wojen" zasadza się na paradoksie: niby nie pozwala nam zapomnieć o bohaterach Rebelii, niby sławi tych, którzy stawiają opór imperialnemu status quo, ale jednocześnie zamraża swój świat w karbonicie – nic tu tak naprawdę nie może się zmienić. Decydenci Disneya są jak Luke, który zamiast na Alderaan uciekłby na Stację Tosche, jak Han Solo i Chewbacca, którzy nie wróciliby, żeby zestrzelić Dartha Vadera, jak Anakin zostający na Tatooine, a nawet – jak Rey jednak decydująca się sprzedać BB-8 w zamian za porcje jedzenia. Filmy niegdyś inspirujące do przekraczania granic wpadły w ręce ludzi, którzy nie chcą postawić kroku w nieznane. Nic dziwnego, że w pewnym momencie Disney podciął skrzydła zarówno twórcom "Ostatniego Jedi" (Rian Johnson miał kręcić własną trylogię, nie nakręcił), jak i "Andora" (zaplanowana kontynuacja musiała zamknąć się w jednym sezonie). W książce "Derivative Media: How Wall Street Devours Culture" Andrew DeWaard zauważa, że ci, którzy chcą poznać mechanizmy tworzenia hollywoodzkich filmów, muszą wyjść poza zgłębianie tajemnic reżyserów, scenarzystów czy producentek i zanurzyć się w świat kolejnych CEOs, CFOs i przeróżnych funduszy inwestycyjnych. Brzmi równie ekscytująco, co wstęp do "Mrocznego widma", ale uświadamia, że film i serial coraz rzadziej rozpatrywane są w kategoriach tekstu kultury, a coraz częściej jako tylko jeden z wielu elementów absurdalnie skomplikowanych struktur finansowych. A tam ryzyko musi być silnie kontrolowane, każdy przejaw rewolucyjnej świadomości należy zdusić. Jednocześnie wartość katalogu Disney+ w oczach decydentów zwiększana jest przez ilość, nie jakość. Dodajmy do tego, że zespoły kreatywne zajmują dziś coraz mniej miejsca w strukturach medialnych korporacji, a być może uda nam się oswoić najbardziej szokujący problem disneyowskich "Gwiezdnych wojen": miejscami porażająco niską jakość realizacji. *** Wspaniałość oryginalnej Trylogii zawdzięczamy rzadko spotykanemu wśród wizjonerów aktowi pokory: George Lucas, świadomy swoich braków, radził się kilkorga przyjaciół, a ci podpowiadali mu, jak coś napisać, wyreżyserować, zmontować. Problemy prequeli zrodziły się z alienacji: albo Lucas nie chciał wsparcia, albo wszyscy wokół niego byli zbyt onieśmieleni, by choćby zasugerować, że George nie jest mistrzem, dajmy na to, pisania romansu. Disney obejmuje strategię, która niby zasadza się na tym pierwszym rozwiązaniu, ale jednocześnie przerażająco ją rozdyma. Widać to doskonale w materiałach, które informują o kolejnych disneyowskich projektach: nazwiska reżyserów i producentek zlewają się z nazwiskami prezesek i szefów pionów, źródłem wieści o kolejnych historiach są i spotkania kreatywnej story group, i posiedzenia zarządu albo akcjonariuszy. Nie da się już powiedzieć, kto i gdzie podejmuje decyzje, na którym szczeblu rodzą się które pomysły, jaki faktycznie wpływ na realizację mają nazwiska dumnie ozdabiające filmowe czołówki. Disney uparcie broni swoich tajemnic i skoro nawet doskonale środowiskowo umocowani autorzy "MCU: The Reign of Marvel Studios" dali radę odsłonić tylko skrawek tajemnic badanego studia, to na informacje o tym, kto tak naprawdę nakręcił "Łotra 1", przyjdzie nam jeszcze poczekać. Być może ten chaos wyjaśnia, dlaczego niemal wszystkie streamingowe odsłony "Gwiezdnych wojen" wyglądają jak zagubiony fragment "The Star Wars Holiday Special", a nie dzieło ogromnego studia. Każda produkcja rusza z brawurą godną Hana Solo ("nie gadaj mi o szansach!"), ale rzadko ma tyle szczęścia, co słynny przemytnik: scenariusze lekceważą związki przyczynowo-skutkowe, aktorzy niemal nigdy nie wiedzą, co mają grać, a operator – gdzie skierować obiektyw. Studio montażowe wyobrażam sobie jako piaskoczołg Jawów: grupa pojękujących postaci usiłuje cokolwiek odratować ze śmieci, które dostała, ale przy tym zbyt często przecenia swoje umiejętności. Trudno powstrzymać się od śmiechu patrząc, jak księżniczka Leia ucieka przed porywaczami w "Obi-Wanie Kenobim", trudno nie załamać rąk, gdy kluczowe sceny "Mandalorianina" – w demonstracji rozpaczliwej scenariuszowej bezradności – zostają outsource’owane do innego serialu. Jeżeli gdzieś mignie interesujący pomysł, zaraz utopi się w realizacyjnej niekompetencji ("Akolita"). Jeżeli za kamerą stanie doskonały fachowiec jak Robert Rodriguez, to – żeby wrócić do metafor z Hanem Solo – reżyseruje jakby przed chwilą odmrozili go z karbonitu ("Boba Fett!? Gdzie!?"). We wspomnianej "Derivative Media…" autor wskazuje Disneya jako jednego z liderów procederu, w którym medialna korporacja woli przeznaczać zyski na nagradzanie swoich inwestorów, a nie wykorzystywać je do wsparcia działań kreatywnych. I oto znajdujemy się w sytuacji, w której do rangi najlepszych seriali urastają te, które są po prostu dobrze sklecone – "Załoga rozbitków" powtarza banalne tropy, ale jej autorzy wiedzą przynajmniej, gdzie ustawić kamerę. Dlatego też trudno mi wyobrazić sobie, by niedawna zmiana na stanowisku szefa Lucasfilmu – za stronę kreatywną będzie teraz odpowiadał Dave Filoni – miała realny wpływ na jakość disneyowskich produkcji. *** To powiedziawszy, muszę wyznać: jestem doskonałym targetem Disneya. "Gwiezdne wojny" zostały mi wtłoczone w żyły, gdy miałem kilka lat, zespoliły się ze mną, do teraz mój ośrodek przyjemności z zawstydzającą łatwością aktywowany jest przez dźwięk podwójnego silnika jonowego. Na kolejne produkcje Disneya narzekam, ale je oglądam (i – co gorsza – płacę za nie). Wiem też, że przygody Ahsoki czy Dina Djarina potrafią niektórym dostarczyć wspaniałych emocji, a wtedy wszelkie argumenty odstawiam i przypominam sobie, że czasem nie doceniam potęgi Mocy. Być może dlatego czuję potrzebę, by w tej erze Lucasfilmu znaleźć również coś dobrego. Przez moment wydawało się, że Disneyowi uda się tę raczej biało– i chłopcocentryczną Sagę otworzyć na nowe bohaterki i tematy. Jednak, mimo że Rey, Jyn Erso i Finn fantastycznie uzupełnili "Gwiezdne wojny", to zarówno ich historie, jak i późniejsze próby traktowania galaktyki odrobinę bardziej inkluzywnie zostały zdezintegrowane przez korporacyjne rozedrganie i realizacyjną niekompetencję. Niech będzie zatem, że tym, co jednak wyszło, jest zapewnienie dostępności i przywrócenie dzieła Lucasa światu. Można narzekać, że "Gwiezdnych wojen" jest za dużo, ale ja – ledwo, ale jednak – pamiętam czasy sprzed Tazosów, Wersji Specjalnej i książkowej Trylogii Thrawna, gdy Sagi nie było niemal nigdzie. Teraz portale do "Gwiezdnych wojen" są wszędzie, otwarte dla każdego. Ja oczywiście chciałbym, by taki portal zawsze prowadził w jedno miejsce: do kabiny rozpędzonego X-winga, którego pilot przed chwilą stracił astromecha, a teraz wyłącza komputery celownicze, bierze głęboki oddech i… Ale wiem, że tak nie będzie. Nowa publiczność, na którą "Gwiezdne wojny" powinny się otwierać, szukać będzie jakichś zupełnie innych sektorów odległej galaktyki. Mam jednak (złe) przeczucia: w Disneyu nie ma odwagi, by te nowe światy budować. Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ.
















































































































