GDYNIA 2026: Starość i młodość
W tegorocznym programie Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni gęsto od debiutów reżyserek. "Fluidy" Marii Wider to opowieść o nastolatce na niechcianych wakacjach. "Czas, który nie nadszedł" Julii Rogowskiej prezentuje z kolei dystopijną wizję wizję przyszłości, w której starzenie stało się passé. Filmy recenzują Maciej Kędziora i Marcin Tarkowski. ***recenzja filmu "Fluidy", reż. Maria WiderPocztówka z wakacji autor: Maciej Kędziora Dla Niny (Julia Totoszko) nadchodzące wakacje zapowiadają się jak nastoletni koszmar. Nie dość, że musi spędzać je poza miastem – z dala od znajomych, nie mogąc chodzić na imprezy ani trenować do tanecznych zawodów ze swoim partnerem – to dodatkowo musi zamieszkać wraz ze swoim dawno nie widzianym ojcem, który rozbił rodzinę. Traci też prawo do prywatności (przestrzeń dzieli z rodzeństwem Miki) i nie zna prawie nikogo z okolicy, z wyjątkiem nieco starszego Kamila (Jan Sałasiński), będącego jej ostatnią deską ratunku – częstującego zapalniczką i dowodem osobistym w sklepie. Jak to jednak często bywa, nawet najgorzej zapowiadające się wakacje mogą nas czymś zaskoczyć – tak jak i same "Fluidy". "Fluidy" – zapowiedźDebiut Marii Wider, jedno z największych odkryć tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, to opowieść coming of age, w której wchodzenie w dorosłość nie wiąże się z wielkimi dramatami. Można wręcz powiedzieć, że fabularnie nie dzieje się tu wiele. Ot, Nina wchodzi po prostu w kolejne interakcje z otoczeniem. Młodsze Miki rozmawia z nią o swojej tożsamości w trakcie tworzenia dokumentalnego filmu o ich rodzinie. Innym razem bohaterka włóczy się po okolicy z Kamilem albo kłóci z ojcem, próbującym uratować utracone relacje. Obserwacyjna natura i niewątpliwa czułość, jaką Wider otacza swoją protagonistkę w jej inicjacyjnej drodze, jest jednak wystarczająca, by pełnometrażowy debiut okazał się sukcesem; jest bowiem czymś nowym, wyjątkowym w pejzażu polskiej kinematografii. Całą recenzję autorstwa Macieja Kędziory przeczytacie TUTAJ. ***"Czas, który nie nadszedł", reż. Julia RogowskaStarość (nie) radość autor: Marcin Tarkowski Brak zmarszczek, siwych włosów, problemów z kolanami i ageismu – to wszystko brzmi jak całkiem pozytywna rzeczywistość, prawda? Wydawałoby się, że życie w świecie, w którym nie doskwierają nam wszystkie "problemy" związane ze starzeniem się, byłoby świetnym rozwiązaniem. Haczyk jest jednak taki, że czas wcale się nie zatrzymuje: nie jesteśmy nieśmiertelni i po przekroczeniu określonego wieku i tak umieramy – nagle, bez ostrzeżenia. Taką rzeczywistość przedstawia reżyserka filmu "Czas, który nie nadszedł", Julia Rogowska, dla której jest to również pełnometrażowy debiut. Trzeba przyznać, że jak na pierwszy film fabularny, kino gatunkowe sci-fi to co najmniej odważny wybór. "Czas, który nie nadszedł" – zapowiedź Obserwujemy dystopijny świat niedalekiej przyszłości. Większość społeczeństwa – poprzez rozwój technologii – zdecydowała się na kurację antygeriatryczną zapewniającą dożywotnią młodość i stabilne miejsce w nowej rzeczywistości. Natomiast ci, którzy postanowili nie skorzystać z tej "niesamowitej" innowacji, zostają na stałe odsunięci od społeczeństwa i uwięzieni w ośrodku izolacyjnym. Tego "niestandardowego" wyboru dokonuje Sara (Agata Kulesza). Niestety: zmusza ją to do rozłąki z partnerem, Oskarem (Dobromir Dymecki), który stwierdza, że woli zredukować ryzyko reumatyzmu i chce zestarzeć się w ciele 40-letniego mężczyzny. Od razu na myśl nasuwa się "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" – ale tak samo jak postać grana przez Brada Pitta, Oskar, pomimo świetnej formy fizycznej, nie może zaznać pełni szczęścia i dożyć spokojnej starości z miłością swojego życia u boku. Całą recenzję autorstwa Marcina Tarkowskiego przeczytacie TUTAJ.


















































































































