Czy to najlepszy scenariusz XXI wieku?

Czy najlepszy scenariusz XXI wieku powstał… z kłótni? „The Social Network" mógł być nudnym filmem o kodowaniu i inwestorach, a wyszedł thriller, od którego nie da się oderwać oczu. Umberto Becon rozbiera na części to, co napisał Aaron Sorkin, co wyciął David Fincher i dlaczego to połączenie działa tak dobrze. 

Baranek Shaun: Król komedii z zagrody

Chlewik pęka w szwach. Za Porkym ganiają trzy małe świnki, Peppa droczy się z Prosiaczkiem, Panna Piggy zarzuca Bebe brak klasy, a Wilbur znów wpadł w sieć Petera Porkera. W owczarni natomiast miejsca nie brakuje. Gdzieś tam moszczą się Chirin z daleka, Dawn Bellwether ze Zwierzogrodu i Owca z Wielkiego Miasta, centralne miejsce zajmuje zaś baranek nad baranki – Baranek Shaun. W pełni zasłużenie zresztą.  Od co najmniej dwóch dekad (w zeszłym roku skończył trzydziestkę) może mówić o sobie, że jest najpopularniejszą owcą popkultury. Przez ten czas wystąpił w trzech filmach pełnometrażowych, kilku sezonach serialu, szortach, grach wideo. Jego kudłatym łebkiem przyozdobiono parki tematyczne w Szwecji, Japonii i Nowej Zelandii. Byli tacy, co pisząc o nim, do Buñuela przyrównywali, po Baudrillarda sięgali. I pewnie sam Shaun by to jakoś zabawnie spuentował, gdyby jego wokabularz nie składał się wyłącznie z "bee". "Baranek Shaun i kudłata bestia" – zwiastun ***  Z tym ostatnim zdaniem może trochę przeholowałem. Przecież pospolite "bee" to nie to samo co "beee", a "be" to nawet obok "beeee" nie stało. A może do słów nie warto przywiązywać nadmiernej wagi. W końcu studio Aardman, miejsce narodzin Baranka Shauna, zostało tak nazwane z braku lepszego pomysłu. To było tak: na początku lat 70. dwóch nastolatków o aparycji rezerwowych Beatlesów odkurzyło kamerę ojca jednego z nich. Na stole kuchennym eksperymentowali z różnymi przedmiotami, fotografując je klatka po klatce. Tak powstał ich pierwszy film "Godzilla", składający się między innymi z wycinanek i rysunków kredą. Po latach zgodnie mówią, że był beznadziejny (co zabawne, drugi zatytułowali "Trash"). Pierwsze koty za płoty – wkrótce potem, w 1972 roku, w programie "Vision On" na BBC 1 wyemitowano pierwszą kreskówkę z Aardmanem, superbohaterem od siedmiu boleści. Gdy spytano ich, na kogo wystawić fakturę, stwierdzili: niech będzie Aardman. Tak zostało.   Gdyby Peter Lord i David Sproxton zaczynali dziś, pewnie przyczepiono by im etykietę nepo babies, wszak to pracujący w telewizji ojciec Sproxtona podsunął producentowi prace chłopaków. W branży animacji lepszy start nie oznacza jednak Rolexów i Lexusów. W 1976 roku, świeżo po studiach, chłopaki przeprowadziły się do Bristolu, gdzie powstała siedziba Aardman Animations: wówczas niewielki pokój, a w nim kamera 16 mm, trzy lampy i kilogramy modeliny. Mniej więcej w tym czasie przerzucili się z kreskówek w stylu Hanny-Barbery na animację plastelinową, czego dzieckiem był Morph – niesforny pomarańczowy plastuś, uprzykrzający życie prowadzącemu "Take Hart", niczym Fleischerowski Klaun Koko. Lord i Sproxton stali się apostołami animacji poklatkowej; głosili słowo o czasochłonnym rzemiośle, kiedy to za oceanem prześcigano się w sposobach na podkręcanie tempa i cięcie kosztów produkcji. Wierzyli również, że animacja może przyciągać dorosłą publiczność. Z tej wiary zrodził się choćby dokumentalny cykl "Conversation Pieces", w którym nagrania autentycznych rozmów (na przykład negocjacji osoby objętej nadzorem z kuratorem czy bajery komiwojażera) zilustrowano plastelinowymi sekwencjami. Nietuzinkowy pomysł zawrócił w głowie niejednemu studentowi filmówki. Kilka lat później na Channel 4 wyemitowano "Lip Synch", czyli spadkobiercę "Conversation Pieces". Trzy szorty nakręcili nowi, zainspirowani dokonaniami Lorda i Sproxtona, pracownicy studia: Barry Purves, Richard Starzak i Nick Park – ojciec Baranka Shauna.  *** "Myślę, że wspomną o mnie jako o założycielu odnoszącej sukcesy wytwórni filmów animowanych z XX wieku, a reszta artykułu będzie o Nicku Parku" – żartował Peter Lord, zastanawiając się nad swoim dziedzictwem. Park dołączył do Aardmana w 1985 roku, zaledwie pięć lat później firmował go swoim nazwiskiem. Ulepiony na potrzeby "Lip Synch" szort "Creature Comforts" nagrodzono Oscarem – pierwszym zarówno dla niego, jak i dla wytwórni. Opierając się na założeniach cyklu, przeprowadził wywiady z mieszkańcami blokowisk i domów opieki, by włożyć je w usta zwierząt z zoo. W ten sposób powołał do życia między innymi brazylijską pumę, narzekającą w imieniu studenta z zagranicy na ciasnotę, paskudne żarcie i typową angielską pogodę. Cały dowcip zasadzał się na komicznym zestawieniu zabranych wypowiedzi z kreskówkową ekspresyjnością zwierzęcych bohaterów. Był to pierwszy i ostatni raz, gdy zwierzęta Parka były tak gadatliwe.  "Wallace i Gromit: Podróż na Księżyc"W walce o Nagrodę Akademii wychowanek Aardmana pokonał samego siebie. Tego roku wśród nominowanych znalazł się również film, dzięki któremu trafił pod skrzydła Lorda i Sproxtona: "Wallace i Gromit: Podróż na Księżyc". Wbrew temu, co może sugerować polski tytuł, nikt nie myślał o nim jako początku cyklu. Park rozpoczął żmudną pracę nad filmem na studiach, gdy staż w Aardmanie wydawał mu się równie odległy, co wycieczka na Księżyc. Nieoczekiwany sukces pierwszej przygody ekscentrycznego wynalazcy (choć sposób jego działania lepiej opisuje określenie majster-klepka) oraz psa Gromita stał się kołem zamachowym kolejnych szortów Parka. W ciągu następnych pięciu lat przyniosły wytwórni dwa Oscary. Tytułowy plastelinowy duet doczekał się nawet audiencji u królowej. Całkiem nieźle jak na cykl, który David Tennant streścił zdaniem: "Stary facet i pies coś robią".  Robili wiele. Przykładowo w "Goleniu owiec" parali się myciem okien, co zupełnym przypadkiem naprowadziło ich na trop grasującego w okolicy złodzieja owiec oraz doprowadziło do bitki z mechanicznym psem. I pewnie zostałaby z nich ciastolina, gdyby nie pomoc poznanego po drodze baranka – Shauna. Tak rozpoczęła się historia bohatera, który zawrócił w głowie nawet Baby Spice, dumnie przechadzającej się po mieście z ikonicznym barankowym plecaczkiem.  *** Od tamtego momentu minęło dziesięć lat. Shaun powrócił dopiero w 2007 roku, stając się gwiazdą serialu BBC. Luźno inspirowany szortem Parka "Baranek Shaun" utrwalił wizerunek bohatera – bystrego psotnika o temperamencie barana, ale miękkim jak wełna sercu – docierając do telewidzów w co najmniej stu siedemdziesięciu krajach. Krótkie, siedmiominutowe odcinki przedstawiają codzienność farmy, na której widok serducha miłośników cottagecore zabiją zachwytem. Mimo że życie toczy się tam niespiesznie, trudno o nudę. W końcu Shaun i jego zbzikowane stado co epizod wynajdują nowe sposoby na wywrócenie bukolicznego obrazka do góry nogami: tu urządzają imprezę w stodole, tu organizują swojską olimpiadę, a tu spotykają się z kosmitami czy innym dżinem. Dlatego logline’y lwiej części odcinków zawierają wyrazy pochodne od "zabawy".  "Baranek Shaun"Dziś bombarduje się dzieciaki atrakcjami, aż mózg nie zacznie się fajczyć – byle tylko uniknąć straszliwej nudy. Zupełnie jakby zapomniano, że najmłodsi potrafią zrobić coś z niczego, że dla nich byle kamyczek z dorysowanymi oczkami może być zabawką nie gorszą niż SuperThings (o ile nie zasypie się ich wcześniej tymi gumiakami). Jest więc coś iście dziecięcego w aardmanowskim sposobie radzenia sobie z ograniczeniami formy. Gromit zostałby kotem, gdyby łatwiej nie lepiło się psa, a Shaun rzucałby dowcipami jak z rękawa, gdyby synchronizowanie ruchu plastelinowych ust z dźwiękiem nie było tak pracochłonne, tym samym kosztowne.  Kiedy Lord i Sproxton zaczynali, stop motion było jedyną techniką umożliwiającą tworzenie złożonej, szczegółowej trójwymiarowej animacji. Po komputerowym przełomie lat 90. i dwutysięcznych nie zmienili swojej metody pracy (choć romansowali z animacją CG, czego skutkiem był chłodno przyjęty "Wpuszczony w kanał", po którym zostały tylko memy z hot rodent men). W Aardmanie każdy gest postaci to dziesiątki godzin harówki animatorów, polegającej na przesuwaniu plastelinowych lalek o milimetry między ujęciami. Podczas produkcji "Baranka Shauna i kudłatej bestii" niemal trzystu pracowników studia zakasało rękawy. Efekt: sześćdziesiąt sekund surowego materiału dziennie. Odciski palców, które tak często widać na twarzach bohaterów Aardmana, są świadectwem rzemiosła niezastępowalnego żadną pracą maszynową. Rzemiosła i obsesji.  "Wpuszczony w kanał" – zwiastun*** Kiedy Richard Starzak, piszący i reżyserujący serial o Baranku Shaunie, przyszedł do Lorda i Sproxtona z pomysłem na pełnometrażowy film, założyciele studia mocno się zdziwili. W dorobku Aardmana nie brakowało wielkich sukcesów kinowych. Pierwszy film "Uciekające kurczaki" przez lata był najbardziej dochodową animacją poklatkową w historii, z kolei "Wallace i Gromit: Klątwa królika" sięgnęły szczytu box office’u zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i Stanach Zjednoczonych. Mimo to istniała obawa, czy osiemdziesięciominutowa niema animacja nie okaże się nieprzystająca do oczekiwań, czy też raczej przyzwyczajeń współczesnych odbiorców. Przecież nawet w "WALL·E", z ducha slapstickowa odyseja komiczna, musiał być przeplatany ekspozycyjnym dialogiem. Podobnie w "Minionkach" mówiący własnym narzeczem bohaterowie musieli wysłuchiwać biadolenia Scarlett O’Haracz. Decyzja Aardmana, by dać "Barankowi Shaunowi. Filmowi" zielone światło, zdawała się więc karkołomna.  "Uciekające kurczaki" – zwiastunFilm Marka Burtona i Richarda Starzaka został jednak ciepło przyjęty, przyniósł też wytwórni kolejną nominację do Oscara (prawda stara – głupio nie nominować Aardmana). Siłą filmu był dobrze znany z serialu slapstick. Mimo że Shaun co najwyżej beczy na różne sposoby, jego gorączkowe gesty i sugestywna mimika są pełne znaczeń, co ważne, uniwersalnie zrozumiałych. Nie bez powodu ulubionym animowanym bohaterem Johna Lassetera jest właśnie Gromit – animatorzy w Aardmanie od dekad udowadniają, że najdłuższe zdanie nie opisze emocji celniej niż plastyczny grymas (a o ten łatwo, gdy rzeźbi się w plastelinie). To też forma wyzwania: skoro twórcy nie mogą wspomagać się słowem, muszą podchodzić do każdego gagu z podwójną starannością. Tych nigdy w przygodach Shauna nie brakowało. Jego perypetie są tyleż chaplinowskie, co keatonowskie. Raz komizm sytuacji wynika z niesforności samego baranka, innym razem tkwi w igrającym z nim otoczeniu. To jak stodoła Czechowa – jeżeli widać ją w pierwszej scenie, można mieć pewność, że w finale zatrzęsie się w posadach.  "Baranek Shaun. Film" – zwiastunKolejne części trylogii o Shaunie zwiększają stawkę. W "Farmageddonie" baranek pomógł zbłąkanemu kosmicie wrócić do domu, stawiając przy tym czoła agentce w mechanicznym stroju bojowym, którego sam Wallace by nie wymyślił. W "Baranku Shaunie i kudłatej bestii" musi natomiast uporać się z tytułowym potworem, który, nie spoilerując, okaże się bardziej ludzki, niż mogłoby się wydawać. I choć oba filmy prześcigają się w cytatach i parafrazach klasyki kina i popkultury – pierwszy to "E.T." na nowe czasy, drugi to podręcznik po horrorach Hammera – ich clou pozostaje postać Shauna, który co rusz pakuje się w kłopoty, ale zawsze wyjdzie z nich obronną ręką. A że parę razy się po drodze wywróci? Ot i cały slapstick!

WMFF: Andrew Garfield w powstaniu Wata Tylera – recenzujemy!

Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy powoli dobiega końca. Choć stołeczna impreza trwa jeszcze do jutra, już dzisiejszego wieczoru poznamy zwycięzców tegorocznej edycji festiwalu. Zanim to się jednak stanie, Marcin Pietrzyk recenzuje dla nas jeden z najgłośniejszych tytułów imprezy – "Rebelię" Paula Greengrassa. W tym historycznym projekcie brytyjskiego mistrza Andrew Garfield trafia w samo centrum legendarnego powstania Wata Tylera. "Rebelia" – recenzja filmuWolność, równość, braterstwo? autor: Marcin Pietrzyk Kino historyczne o bohaterach ludowych rządzi się swoimi prawami. Wychowani na ponad stuletniej historii kina widzowie oczekują zapierających dech w piersiach widowisk pełnych szlachetnych czynów i spektakularnego heroizmu. Kiedy więc Paul Greengrass wziął się za realizację filmu o powstaniu Wata Tylera, oczekiwania wśród widzów były jasne: mieliśmy zobaczyć historię kogoś, kto postawił się bogaczom, kto pociągnął za sobą tłum i walczył o lepszy świat. To miał być film w duchu "Braveheart" czy "Robin Hooda: księcia złodziei". Rzeczywistość okazała się inna. Greengrass wykorzystuje historyczny kostium, by dokonać brutalnie szczerej, pozbawionej patosu diagnozy społeczeństwa opartego na skrajnych różnicach ekonomicznych, społecznych i religijnych.  Trzeba jednak przyznać, że Paul Greengrass zachowuje pozory kina historycznego. Grany przez Andrew Garfielda główny bohater to klasyczna postać filmowa: osoba naznaczona osobistą tragedią, która pragnęła być zostawiona w spokoju, lecz brutalne okoliczności zewnętrzne sprawiły, że przelała się czara goryczy; że wreszcie powiedział "dość!" i sięgnął po przemoc, pociągając za sobą innych. Jak w innych tego typy filmowych opowieściach, mamy sceny walk i pojedynków, które reżyser realizuje z dużą brutalnością. Na pierwszy rzut oka widzimy też jasny podział: szlachetni uciskani kontra moralnie zdeprawowane rządzące elity. Nie trzeba długo czekać, by różnice w podejściu Greengrassa do tematu buntów przeciwko ciemiężcom zaczęły rzucać się w oczy. Po pierwsze, wbrew temu, co można przeczytać o filmie, Garfield nie wciela się w lidera powstania Wata Tylera. Tego gra Cosmo Jarvis. Po drugie, sceny walk są realizowane na ograniczoną skalę, a kiedy trzeba zaprezentować szerszą historyczną panoramę, reżyser sięga po proste narzędzia CGI, które niestety prowadzą do scen wyglądających tanio i sztucznie. Nie tego oczekują widzowie wychowani na epickim kinie historycznym. Pełną recenzję filmu "Rebelia" możecie przeczytać klikając TUTAJ."Rebelia" – zwiastun filmu