Béla Tarr – ku pamięci. Wspominamy zmarłego reżysera
O "Szatańskim tangu" po raz pierwszy usłyszałem w liceum. Niemal ośmiogodzinny film-mem, szaleńcza ciekawostka onieśmielająca nastolatka, zwłaszcza w czasach, zanim jeszcze każdy losowy blockbuster zaczął trwać ponad 180 minut. Nim zasiadłem do seansu, musiały minąć lata. W międzyczasie przez kina przetruchtał "Koń turyński", ja stopniowo zanurzałem się coraz głębiej w zakamarki X muzy i zdecydowałem się związać z nią swoje życie, lecz lęk nie malał. "Szatańskie tango" z żartu przemieniło się w swoiste sacrum – obraz, którego nie czułem się godny. "Szatańskie tango"Zdaje się, że ta zmiana statusu najbardziej znanego dzieła Węgra była w minionej dekadzie powszechna. Z kazamatów "Filmowego neomodernizmu" Rafała Syski "Szatańskie tango" zaczęło trafiać do kin, być dyskutowane i oglądane coraz szerzej, także przez coraz młodszych widzów. Jednocześnie filmowi bogowie robili sobie ze mnie żarty. Pierwszy warszawski pokaz – dzień wcześniej skręciłem kostkę. Drugi – dopadło mnie jedyne w życiu zapalenie oskrzeli. Moja msza była więc prywatna, telewizyjna, lecz szczera – niczym nabożeństwo schorowanej staruszki niezdolnej już do opuszczenia domu. Na zawsze jednak pozostała w pamięci, tak jak analogiczne seanse "Harmonii Werckmeistera" czy "Potępienia" i – podobnie jak one – coś we mnie zmieniła, dotknęła. Gdy dziewiątego października 2025 roku László Krasznahorkai został ogłoszony laureatem literackiego Nobla, powszechną reakcją było: "no wreszcie". Tych 11 milionów szwedzkich koron zdawało się od dekad Węgrowi przeznaczonych. Jednak czy jego "przekonująca i wizjonerska twórczość, która w obliczu apokaliptycznego lęku potwierdza moc sztuki", miałaby choćby porównywalną rozpoznawalność na świecie i pozycję, gdyby nie jej wybitne filmowe adaptacje? Kiedy Krasznahorkai przemawiał w Sztokholmie, mijało już niemal piętnaście lat od "Konia turyńskiego" – wielkiego pożegnania Tarra z kinem oraz ostatniej ekranowej współpracy duetu przyjaciół. Reżyser sam wywołał swój prywatny koniec świata. Zanim jeszcze Béla Tarr stał się artystą, który "w radykalny sposób przeformułował relację między czasem ekranowym i doświadczeniem widza", jak głosi jeden z nekrologów, był przez rodziców ukierunkowywany w stronę teatru. Jego ojciec – też Béla Tarr – był głównym scenografem węgierskiej opery narodowej, matka, Mari, zaś reżyserką sceniczną i teatru telewizji. Wspólnie zachęcali swojego pierworodnego do zainteresowania się sztukami wizualnymi, a ten odwdzięczył się wielką pasją: na czternaste urodziny dostał kamerę 8 mm, a już dwa lata później wspólnie z przyjaciółmi otrzymał nagrodę na festiwalu filmów amatorskich za dokument "Vendégmunkások" o młodych działaczach Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. Przy okazji podpadał komunistycznej władzy, która w odwecie uniemożliwiła mu studiowanie filozofii. Tarr chwytał się więc różnych fuch, takich jak praca w stoczni czy w recepcji, gdzie wyrwał się z bezpiecznych murów inteligenckiego domu, poznając trudy życia zwykłych, często bardzo ubogich robotników i ich rodzin. Wtedy zaostrzyły się jego społeczne i solidarnościowe poglądy oraz wiara w wartość każdego człowieka, które potem znajdowały odbicie w każdym z jego filmów, wyzierając spod pozornego nihilizmu. Fizyczną pracę późniejszy rewolucjonista kina łączył z działalnością w Studiu Béli Balázsa, gdzie młodzi filmowcy szkolili się w awangardowych eksperymentach poza zasięgiem czujnych oczu państwowej cenzury. Tam narodziła się tak zwana szkoła budapesztańska, usiłująca uchwycić szczery portret społeczeństwa, zarówno w aspekcie duchowym, jak i ekonomicznym, przy pomocy narzędzi cinéma vérité i amatorskiego sprzętu. To właśnie w ramach tego nurtu powstało "Ognisko zapalne" – reżyserski debiut Tarra, ukończony w wieku ledwie 22 lat, co czyniło go najmłodszym filmowcem w historii węgierskiego kina. "Ognisko zapalne" i następujące po nim kolejne dwie części trylogii proletariackiej – "Outsider" oraz "Ludzie z prefabrykatów" – nie mogłyby być bardziej odległe od późniejszych projektów Tarra i Krasznahorkaiego. Nie ma w nich miejsca na wymuskane malarskie kadry cytujące Pietera Bruegla czy Hieronima Boscha ani na powstające tygodniami sceny znane z "Szatańskiego tanga". Zamiast tego reżyser za pomocą kamery wbija się w rzeczywistość, balansując na granicy społecznej fikcji i dokumentu, lecz zachowując charakterystyczne, niespieszne tempo. W tej wczesnej twórczości, pozbawionej wodotrysków artystycznej maestrii sprowadzającej odbiór w stronę quasi-religijnej ekstazy, najbardziej odbija się ideologiczna i polityczna strona Węgra. Chociaż teraz w odniesieniu do Tarra często pojawia się nazwisko Andrieja Tarkowskiego, to po premierze "Ogniska zapalnego" padały raczej porównania do Kena Loacha czy Johna Cassavetesa. "Ognisko zapalne"Do tej przyziemności powrócił zresztą na sam koniec życia, gdy pożegnał się z konwencjonalnym kinem. W 2019 roku w ramach Wiener Festwochen zaprezentował "Missing People" – audiowizualny eksponat łączący scenograficzną wystawę z ruchomymi obrazami. W przestrzeni pustego pomieszczenia zaaranżował pozostałości po bankiecie przywodzącym na myśl te towarzyszące filmowym premierom: wysokie stoły, brudne talerze, potłuczone kieliszki z resztkami wina. Gdzieś obok, na stercie, piętrzyły się brudne ubrania, wózki na złom, kule, foliówki i niewyprane koce – przedmioty kojarzone z osobami w kryzysie bezdomności, zapewne faktycznie do nich należące. Na ekranie – około dwie setki przedstawicieli tej najuboższej grupy społecznej Wiednia, sfilmowani zarówno podczas samej imprezy, której szczątki teraz otaczały publiczność, jak i w trakcie prozy życia. Tarr wspólnie z operatorem Fredem Kelemenem spędzili przeszło pół roku w przytułkach i noclegowniach, zdobywając zaufanie bezdomnych po to, by nadać głos ich milczeniu. Reżyser powtarzał, że to nie jego powrót do kina, lecz uwertura – prawdziwy epilog kariery. W swoim ostatnim dziele autor "Potępienia" zderza uprzywilejowaną elitę gości festiwalu z tą częścią bytu, którą ignorują, obwiniając cierpiących za ich los, zamiast dostrzec własny egoizm. Może to idealistyczne, a pewnie raczej pozbawione złudzeń co do mocy sztuki, ale w dosadny sposób powtarza ikoniczną scenę z "Harmonii Werckmeistera", gdy demolujący szpital tłum zastaje nagiego starca stojącego z opuszczoną głową w wannie. Tak Tarr zakończył swoją twórczość – podsumował cztery dekady wytyczania nowych ścieżek kina i przekraczania granic sztuki. Dziś, gdy nadeszła pora wspominania, a w sercu X muzy pojawiła się gigantyczna wyrwa, właśnie o tym głębokim humanizmie musimy pamiętać najmocniej. Dlatego żegnając go w tym tekście, nie piszę o stworzonym w dwóch ujęciach "Makbecie", niemal dekadzie pracy nad "Szatańskim tangiem" czy o tym, jak współpraca z Krasznahorkaiem stała się kamieniem węgielnym nurtu slow cinema. Nie zamierzam też, wzorem niektórych badaczy, liczyć długości każdego ujęcia czy przywoływać niezliczonych nazwisk zainspirowanych nim reżyserów. Na to wszystko będzie jeszcze czas. Teraz pozostańmy z wezwaniem, jakie w 2016 roku rzucił nam mistrz: "Hej, bądźcie bardziej radykalni niż ja!". A potem napijmy się pálinki i pomyślmy o drugim człowieku, może przy seansie "Człowieka z Londynu". PS: Wciąż nie widziałem w kinie "Szatańskiego tanga" – już się boję, w jaki sposób tym razem organizm mi to uniemożliwi. Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ.





















































































