Dekada "Stranger Things". Kto będzie tęsknił za Hawkins?

To było lato 2016 roku, a mam wrażenie, jakby sto lat temu. Pandemii nikt jeszcze nie przewidywał, kryzysy i wojny wydawały się wciąż odległe. Chyba tylko nieudany szósty sezon "Gry o tron" zapowiadał, że sprawy zaczynają się sypać. Żyliśmy w lipcowym zawieszeniu pomiędzy przegraną Polaków z Portugalią w ćwierćfinale Euro a startem Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Brat gdzieś wyczytał, że wyszedł nowy dobry serial. Jego tytuł i nazwiska showrunnerów – bracia Duffer – mówiły nam wielkie nic. Do "Stranger Things" chyba najmocniej przekonała mnie Winona Ryder w obsadzie – jedna z moich ulubionych aktorek od czasu, kiedy jako kilkulatka zobaczyłam ją w czwartej części "Obcego" i uznałam, że to najpiękniejszy chłopak na świecie. Nie potrafię jednak jednoznacznie powiedzieć, dlaczego tamtego popołudnia wybraliśmy z oferty Netfliksa właśnie tę dość tajemniczą produkcję zamiast nadrobić nowy sezon "House of Cards".   Nowa nadzieja Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to absurdalne, ale w 2016 roku włodarze Netfliksa największy potencjał "Stranger Things" upatrywali właśnie w come backu Winony. To na osobie aktorki skupiała się praktycznie cała kampania marketingowa serialu. Opowieści o tym, jak to nikt nie wierzył w sukces "Stranger Things", są elementem legendy otaczającej ten tytuł, ale nie ma w nich wiele przesady. Dufferowie długo szukali stacji chętnej na realizację ich scenariusza. Spotykali się z odrzuceniem i "dobrymi" radami, by zrezygnować z młodocianej obsady i przerobić historię na poważny serial o Hopperze prowadzącym samotne śledztwo, a także by zdecydować, czym w ogóle to ma być: pastiszem Kina Nowej Przygody i estetyki lat 80.? Science-fiction? Kryminałem? Teen dramą? W końcu zielone światło na realizację, a także względną wolność artystyczną dał Netflix. Fenomen "Stranger Things" nierozerwalnie łączy się z fenomenem Netfliksa. W 2016 platforma wciąż przegrywała rywalizację z HBO. Chociaż poszczególne produkcje oryginalne cieszyły się popularnością, to nie one przyciągały subskrybentów w takim samym stopniu, co udostępniane im tytuły na licencji. Netflix wciąż nie miał swojego flagowego hitu, nie kojarzył się także z jakością artystyczną – to były czasy jeszcze przed Oscarami dla "Romy" i "Psich pazurów", przed serialami takimi jak "Arcane" i "Dojrzewanie". Włodarze szukali różnych sposobów na sukces, ale "Stranger Things" nie było jednym z nich. Było jednym z wielu projektów, które Netflix wypuścił bez większego zastanowienia. Dlatego też bez szczególnych ceregieli przynależnych droższym serialom i bez większego szumu wypuścili wszystkie odcinki w jednym dniu. Po latach to właśnie o "Stranger Things" mówi się jako o tytule, który współtworzył zjawisko "binge-watchingu", a nawet jako o pierwszym serialu, który zdobył dużą popularność właśnie oglądany ciągiem tuż po wypuszczeniu. Zaskoczenie przyszło już 16 lipca 2016 roku, w dniu premiery. Pozytywne opinie, zaangażowanie oglądających i marketing szeptany w błyskawicznym tempie wywindowały "Stranger Things" na sam szczyt netfliksowej kategorii "najpopularniejsze". Tytuł był na ustach wszystkich, którzy choć trochę interesowali się popkulturą. Pierwszy sezon to rzeczywiście perełka, perfekcyjna układanka, opowieść wciągająca od samego początku. Łączył w jedno wątki obdarzonej nadnaturalnymi mocami dziewczynki uciekającej naukowcom, grupki szkolnych nerdów odkrywających inny wymiar, samotnej matki szukającej synka i gliny w depresji odkrywającego na nowo sens swojego życia. Do tego wszystkiego tłusta elektroniczna muzyka i ejtisowy styl wylewający się z każdego kadru. Pierwszy sezon działał jako zamknięta całość, ale jego sukces był zbyt wielki, by obejść się bez sequeli. Kameralna opowieść wyreżyserowana przez dwóch filmowców-bliźniaków rozrosła się do produkcji z Hollywoodzkim rozmachem i budżetem, a kolejne odcinki osiągały niekiedy długość pełnometrażowych filmów. Późniejsze sezony dzieliły publiczność, bo Dufferowie – wbrew zarzutom o odtwórczość – odważnie kombinowali ze swoją historią, nie bojąc się potknięć. Zarówno ci, którzy uważają, że seria z każdą odsłoną stawała się lepsza, jak i ci, którzy są zdania, że chciwość Netfliksa zrujnowała jej rozwój, muszą zgodnie przyznać, że "Stranger Things" z sezonu na sezon stawało się większe. Popularniejsze, droższe, bardziej efektowne, odciskające wyraźniejszy ślad na popkulturze. Jak Vecna rosnący w siłę z każdą kolejną ofiarą, tak serial umacniał swoją pozycję z każdym kolejnym fanem, do tego stopnia, że 27 listopada 2025 roku, w dniu premiery pierwszej części finałowego piątego sezonu, spowodował awarię polskiego Netfliksa.Znalezione nie kradzione Złośliwi mogliby powiedzieć, że cała magia "Stranger Things" to zręczna symulacja. Że to serial jak wypluty przez chata GPT, którego nakarmiono książkami Stephena Kinga, filmami Johna Carpentera, Kinem Nowej Przygody, teoriami spiskowymi o MK Ultra i kampaniami D&D. Genialna bezczelność Dufferów polega właśnie na tym, że nie ukrywają tego, jak bardzo kradną: o ile jeszcze po przewrocie postmodernistycznym pojęcie "kradzieży" w sztuce ma jakiekolwiek znaczenie. W dobie coraz to bardziej skomplikowanych i pogłębionych narracji "Stranger Things" zaoferowało powrót do lepszych, prostszych dni. Serial naznaczony do kultowej rangi przez social media był jednocześnie tym, który budził tęsknotę za światem bez social mediów. W kontrze do twórczej atrofii Hollywood przypominał o przebojowych latach 80., czyli dekadzie, w której Fabryka Snów produkowała bodaj najlepszej jakości kino rozrywkowe w całej swojej historii. Przestrzeń amerykańskich lat 80. to fantastyczna kraina, łatwo rozpoznawalna także dla polskich widzów dzięki kinematografii i muzyce. Bracia Duffer, podobnie jak później Sam Levinson w "Euforii", zrozumieli, że w dzisiejszym obrazkowym świecie liczy się przede wszystkim estetyka. Wyrazisty klip, który stanie się viralem; postać, którą ochrzci się epitetem "iconic". Wymaksowany do potęgi entej ejtisowy styl starszych widzów uwiódł nostalgią, ale dla młodej widowni okazał się czymś egzotycznym, intrygującym, nowym. Nasto- i dwudziestoletni widzowie często nie oglądali przecież filmów, które "sampluje" ten serial. W popkulturze chodzi o recykling treści, ale z głową – należy przypominać to, co dobre, ale już lekko zapomniane. Tradycja i lekkość Kina Nowej Przygody, z których najmocniej czerpie "Stranger Things", w 2016 roku już od wielu lat czekały na mocny powrót (którym nie okazały się nowe-stare "Gwiezdne wojny"). Odbiorcy zmęczeni millenialskimi żartami z produkcji Marvela dobrze przyjęli humor braci Duffer: nieco retro, spielbergowski, przyjemny i przytulny jak posiadówa w gronie przyjaciół. Ogromne znaczenie miała tutaj wspaniała chemia pomiędzy młodą obsadą oraz chemia między... samym serialem a młodą widownią. "Stranger Things" nie jest serialem opartym wyłącznie na nostalgii: potrafi bardzo sprytnie pożenić to, co klasyczne z wrażliwością i gustem pokolenia zet. Wzbogaca sztafaż slashera i science-fiction o tematy, które w "Koszmarze z ulicy Wiązów" albo "Powrocie do przyszłości" nigdy nie miałyby miejsca, np. o pogłębioną psychologię i zagadnienia z obszaru zdrowia psychicznego, które zyskiwały na znaczeniu od drugiego sezonu, by w czwartym wybrzmieć w pełni w historii Max. Ten mariaż oldchoolowego stylu z młodzieńczym duchem zadecydował o tym, że serial oglądały wspólnie całe rodziny. Dlaczego serial utkany z inspiracji i nawiązań nie męczył generycznością? Moim zdaniem zadecydowały trzy czynniki. Po pierwsze: bogactwo nawiązań. Chociaż łatwo wskazać, z czego Dufferowie podgapiają, to ich inspiracje zawsze są wielowątkowe: nigdy nie odnoszą się tylko do jednego tekstu kultury, a dokonują raczej ich mieszania i remiksowania. Jak Tarantino, tylko że on unika zarzutów o odtwórczość, bo korzysta z dużo bardziej niszowych inspiracji i nawiązuje do filmów nieznanych przeciętnemu widzowi. W "Stranger Things" czuć, że to rzecz stworzona z miłości do popkultury lat 80., a nie z cynicznej chęci powielenia dobrego wzorca. Po drugie: Dufferowie stosują autorską metodę scenopisarską, która pozwala unikać narracyjnej nudy. Fabuła każdego sezonu jest skonstruowana jak kampania D&D – bohaterowie w wyniku okoliczności losowych zostają rozdzieleni. Każda z grupek mierzy się z innym wyzwaniem (bada inny element tajemnicy, szuka innego bohatera), które na końcu okazuje się służyć realizacji wspólnej, głównej misji. Ta "grywalizacja" narracji daje dużo odbiorczej satysfakcji. Po trzecie wreszcie: Dufferowie nie boją się eksperymentować z wątkami i bawić używanymi kliszami. Ich bohaterowie są w większości dynamiczni, z sezonu na sezon doświadczają transformacji. Jedenastka była po kolei bohaterką "Podpalaczki", "E.T.", "Carrie", a w najnowszym sezonie trenuje przed spotkaniem z wrogiem jak Sarah Connor (sama Linda Hamilton pojawia się zresztą na drugim planie). Ulubieniec fanów Steve Harrington zaczyna jako stereotypowy szkolny dupek, by z sezonu na sezon dojrzewać pod wpływem kolejnych sercowych rozczarowań i życiowych upokorzeń. Kiedy już myślimy, że zrobi się powtarzalnie i nudno, twórcy wyciągają kolejną kartę z popkulturowej świadomości zbiorowej: a to "satanic panic", a to creepypasty o radzieckich eksperymentach. Nie kapitalizują wyłącznie najpopularniejszych tropów. To właśnie temu serialowi swój renesans zawdzięcza Kate Bush – uznana w Europie ale w USA już mniej artystka podbiła amerykańskie listy przebojów wyłącznie za sprawą wykorzystania jej "Running up that Hill" w czwartym sezonie. Powrót do przyszłości "Stranger Things" jest zbudowane na nostalgii, ale samo również wywołuje nostalgię. Długie przerwy pomiędzy sezonami i rozciągnięcie emisji do niemal dziesięciu lat sprawiły, że każdy kolejny powrót do Hawkins jest jak sentymentalny powrót do przyjaciół z dzieciństwa, którzy zmieniają się z upływem czasu, ale nadal pozostają bliscy. Popkulturowe fenomeny tworzą się poprzez wspólnotę doświadczeń. "Stranger Things" jest kapsułą czasową nie tylko dlatego, że wskrzesza imaginarium lat 80., ale także dlatego, że ten serial przez długi czas nam "towarzyszył". Trzeba być najbardziej odciętą od sociali i schowaną pod największym kamieniem osobą, by nie doświadczyć hype'u otaczającego premierę każdego kolejnego sezonu. Młoda obsada "Stranger Things" dorastała na oczach całego świata tak samo, jak wcześniej aktorzy z "Harry'ego Pottera". Sama tylko rola Jedenastki wywindowała Millie Bobby Brown do grona najlepiej rozpoznawalnych młodych aktorek na świecie. Fani kibicowali kolejnym ciekawym projektom aktorskim Finna Wolfharda, a także rozwijającemu się uczuciu Natalii Dyer i Charliego Heatona. Dorastanie w blasku fleszy jest oczywiście trudne. Nie wiadomo, czy członkowie obsady zostaną już na zawsze więźniami swoich ról. Nie wiadomo też, czy po latach nadmiernej medialnej ekspozycji i angażowania do wszelkiego rodzaju akcji promocyjnych będą mieli w ogóle ochotę pozostać w filmowym światku. Sadie Sink i pozostałe młode aktorki, jak wcześniej Natalie Portman i Emma Watson, stały się obiektem seksualizacji na długo przed tym, nim osiągnęły pełnoletniość. Dorosła już Millie Bobby Brown regularnie spotyka się z okrutnym body shamingiem nie tylko ze strony anonimowych komentatorów, ale i niektórych dziennikarzy: Internet zawyrokował, że wygląda "staro". "Stranger Things" już na zawsze pozostanie produkcją wyznaczającą złotą erę Netfliksa; myślę że możemy pokusić się o takie podsumowania już teraz. Adekwatne wydaje się więc, że serial odchodzi tuż przed spodziewanym zmierzchem streamingowego giganta – w czasie, kiedy Netflix ma już porządną konkurencję, traci subskrypcje i przestaje być najmocniejszym (bo niemal jedynym) graczem na rynku. Włodarze platformy przez dekadę przetrzymywali w swoim ogródku tę kurę znoszącą złote jajka, a teraz jej "śmierć" otrzymuje odpowiednią oprawę. Nie jest to jednak ostateczny koniec franczyzy, co chyba dla nikogo nie stanowi zaskoczenia: już w przyszłym roku mają się ukazać dwa spin-offy. Jestem przekonana, że finałowy sezon maksymalnie dociśnie wajchę z napisem "emocje". Chociaż premierowe cztery epizody nie mają w moim odczuciu takiej siły rażenia, jaką miał początek czwartego sezonu, to wiem, że to jedynie cisza przed burzą. Ostatni odcinek zapowiedziany na Nowy Rok będzie dla wielu wyjątkowym wydarzeniem, wspominanym lata później. "Stranger Things" nigdy nie zawodzi, jeśli chodzi właśnie o dostarczanie wspomnień – także tych z pogranicza "false memory" i efektu Mandeli. Ja sama dość długo byłam przekonana, że Steve Harrington w pierwszym sezonie polował na demogorgona w rytm piosenki "Take on Me" grupy a-ha. Ta scena była w mojej pamięci wyjątkowo żywa. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy podczas powtórki serialu odkryłam, że scena ta... nigdy nie istniała. Nie mogła istnieć, bo akcja pierwszego sezonu toczy się w 1983 roku, podczas gdy piosenka jest z 1985 – a Dufferowie zwracają uwagę na takie detale. Rozumiem jednak, czemu mój mózg wykreował taką scenę. W tak wydestylowanej, perfekcyjnej symulacji ejtisowej estetyki po prostu musiał pojawić się definiujący tę dekadę hit a-ha – prawda? "Stranger Things" przypominają o pierwotnej sile ekranu, o jego magicznej zdolności generowania fantazji, marzeń, snów. Pośród rosnącej popularności poważnych i ważnych, moralnie ambiwalentnych seriali przypomniał o uroku fantastyki i bezpretensjonalnej dobrej zabawy. To serial zgodny z duchem swojego patrona, Stevena Spielberga, i jego wyłożonym w "Fabelmanach" credo: kino jako źródło radości, zachwytu, sztuka dostępna dla każdego i nikogo nie wykluczająca, dająca ukojenie na przekór wyzwaniom codzienności i przypominająca o sile relacji. A "Take on Me"? Jestem w stanie się założyć – nie o kończynę, ale o pieniądze już tak – że usłyszymy je w finale. Może nawet w równie rozbudowanej, teledyskowej sekwencji co "Neverending Story" Limahla z trzeciego sezonu. Z całą pewnością też po raz kolejny złapię się na sztuczki Dufferów i ten finał mnie wzruszy; a mnie wcale nie będzie z tego powodu głupio. Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ.

TOP: Najgorętsze premiery grudnia 2025

Jak co miesiąc Ewelina Leszczyńska wybrała dla Was filmowe premiery, na które warto czekać. Przekonajcie się, co będzie można zobaczyć na dużym i małym ekranie w grudniu.  

TOP: Kino kocha miłosne trójkąty. Nie tylko w "Eternity"

Miłosne trójkąty wracają na ekran wraz z premierą "Eternity. Wybieram Ciebie", który stawia bohaterów przed trudnymi wyborami, pragnieniami i niespełnionymi fantazjami. Tym razem chodzi o graną przez Elizabeth Olsen Joan rozdartą między miłością życia (Miles Teller) a pierwszym ukochanym (Callum Turner) – klasyczny motyw, który wciąż działa, bo dotyka najprostszych, a jednocześnie najtrudniejszych emocji. A skoro "Eternity" przypomina, jak emocjonalnie pojemne potrafią być takie historie, przygotowaliśmy zestawienie filmów, które pokazują to z różnych stron. "Eternity. Wybieram Ciebie" – zobacz zwiastun Przed Wami TOP filmów o trójkątach miłosnych.TOP: Miłosne trójkąty na ekranie