Odłóż ten telefon: Czy kino potrafi utrzymać naszą uwagę?

Dobra, ten tekst będzie krótki, bo nikt nie ma przestrzeni czytać teraz dłuższego. Najlepiej taki, żeby powiadomienie nie zdążyło wybić was ze środka wątku. Albo taki, żeby nie trzeba było za długo scrollować; żeby zbyt zamaszystym ruchem kciuka nie pominąć końcówki akapitu, dopowiadając sobie wnioski stłoczone w ostatnich linijkach. Ponoć pomagają w tym krótkie partie tekstu. Wyraźnie ograniczone myśli, nierozpięte, wycedzone. Redaktorzy mówią, że wąskie akapity lepiej zarządzają uwagą czytelnika. Pozwalają pożreć argument jednym kęsem, niwelują szansę rozproszenia, motywują do dokończenia fragmentu, a w konsekwencji (jak się poszczęści) może i całego artykułu – zbioru fragmentów, czasem, dla wygody odbiorcy, stylizowanych niemal na niezależne od siebie. Dobre są też obrazy. W pierwszej kolejności nieabstrakcyjne; super, jeśli znajome, w miarę uniwersalne, z miejscem dla czytelnika, ale i osobowości piszącego – byle nie za dużej. Mój jest dosyć prosty, więc może zadziała: kanapa w kącie salonu, naprzeciw niej włączony telewizor, wczesny wieczór po pracy. Na kanapie ja (FilmŁeb) i ona (taki normalny). – Hej, kochanie, chcemy dziś coś obejrzeć? – Tak, ale… coś lekkiego. I krótkiego, żebym nie zasnęła. Przez lata zdążyłem wypracować sobie system na takie okazje. Odpalam konto na Filmwebie –> zakładka chcę zobaczyć –> filtry –> gatunki / kraje / data produkcji. Z początku wybierałem najprostszą ze ścieżek: komedia / komedia romantyczna / obyczajowy (swoją drogą – co to w ogóle znaczy obyczajowy?), USA, 1990+. Trzy propozycje, ona wybiera jedną, jesteśmy szczęśliwi. "Wystarczy być"Problem pojawił się, gdy kupka tytułów „na później” zaczęła się niepokojąco kurczyć. Nie każdy film w bazie ma przecież przyporządkowany gatunek, pomyślałem, rezygnując z jednego z filtrów. W konsekwencji naraziłem się jednak tylko na bardziej intensywny research – scrolluję stronkę, widzę plakaty i tytuły, ale żeby zbadać temat, muszę już wejść na kartę filmu, przeczytać opis, sprawdzić opinie krytyków i znajomych. Orka. Nie da się też odsiewać produkcji po czasie trwania, a kategoria „długiego metrażu” niebezpiecznie rozszerzyła się ostatnio w naszym domu na pole 120, a nawet 110 minut. Znalezienie trzech propozycji zajmuje mi teraz z pół godziny, które równie dobrze mogłyby zamienić się w o pół godziny dłuższy film, gdybyśmy za każdym razem pamiętali o czasochłonności tego procesu. W gorsze dni zdarza się, że przeglądanie tytułów trwa w nieskończoność – po wszystkim jest już za późno i tracimy siły na oglądanie czegokolwiek. Są też oczywiście chwile, gdy oglądam sam, więc i wybór staje się obwarowany mniejszą liczbą zmiennych. Jeśli akurat nie robię tego do pracy, najczęściej odpalam coś z szafy starego: brutalny horror, ejtisowy thriller albo kryminał, rzadziej film akcji. Od wielkiego dzwonu – i są to chwilę prawdziwej dumy – czuję zew puszczenia sobie „czegoś ambitnego”, wprost ze Strefy Konesera, jak nazywała się półka z blu-rayami od Gutka w mojej lokalnej wypożyczalni Video-Film. Ostatnie takie miejsce, jak pisał o nim Onet w 2022 roku, zostało zamknięte jakiś czas temu, zostawiając po sobie gimnazjalne wspomnienia odkrywania „Synekdochy, Nowego Jorku”, „Holy Motors” czy „Pianistki” – współczesnych arcydzieł, których nie umiałem znaleźć legalnie w necie. Wtedy szamałem je wszystkie jak popcorn: dobrze pamiętam oglądanie po szkole „Zimowego snu” Ceylana i własne zaskoczenie przystępnością podróży przez te obrazy. Teraz? Jest trochę inaczej. "Niedosyt"Kilka tygodni temu wzięło mnie na seans tajskiego slow cinema. Wiedząc, że kino Apichatponga Weerasethakula potrzebuje określonego stanu ducha, wygospodarowałem sobie czas z zapasem: przed filmem domknąłem wszystkie obowiązki, poodpisywałem na wiadomości, skorzystałem z toalety, przygotowałem butelkę z wodą – wiecie, cały ceremoniał. Film zaczyna się kilkuminutowym statycznym ujęciem lasu deszczowego, a ja jestem w nim totalnie zanurzony – dopóki nie zawibruje leżący obok telefon. (*Bzz, bzz* Messenger: Adam wysłał wiadomość na chacie grupowym). Żeby sprawdzić, odbezpieczam smarfona, kamerka nie wykrywa mi twarzy, więc wpisuję kod: na grupie mem z Kylianem Mbappe, w sumie śmieszny, może nawet odpiszę… ale nie, las deszczowy. Zamykam apkę i wracam do ujęcia, które szczęśliwie niemal się nie zmieniło. Za chwilę przychodzi cięcie – scena grupowa, cztery osoby w gabinecie lekarskim. (*Bzz, bzz*) Sięgam po komórę. (SMS od Playa: Dawno cię u nas nie było! Sprawdź nową ofertę w aplikacji Play24). Zanim ją odłożę, ktoś w końcu coś powiedział, chyba po 10 minutach od startu seansu, ale że film po tajsku, to ucho nie wystarczy. Wstaję więc z kanapy do komputera, zatrzymuję, przewijam z lekką górką dla złapania napisów, ale zanim bohater zdąży powiedzieć, co tam ma do powiedzenia, telefon znowu brzęczy. (*Bzz, bzz*) Zaczekam, aż powie – myślę, choć część mózgu analizuje wyłącznie powiadomienie: a co, jeśli to coś ważnego? Jeśli komuś coś się stało? Dialog się kończy, stop klikam już z poczuciem tryumfu: doczekałem się, mogę zerknąć (Mail: Newsletter lokalnego kina – Nie uwierzysz, co pokażemy w tym miesiącu!). Jak nie sprawdzę teraz… to potem zapomnę… i serio nie uwierzę… Sprawdzam. Od tego momentu już sam zaczynam szukać rozpraszaczy: zatrzymuję tajski spokój, gdy kot głośniej miauknie (może coś mu dolega?), pralka wyda dziwny dźwięk, coś huknie za oknem. Szalę przeważy w końcu pierwsze ważne powiadomienie: kumpel pyta, gdzie idziemy na obiad, więc ślinianki pchają mnie w wir przeglądania pinezek z knajpami w okolicy. Zresztą, filmy i tak powinno się oglądać w kinie. "Lśnienie"Takich powiadomień dostaję dziennie około 150, 7 wibracji na godzinę, jedną co 8,5 minuty – da się to łatwo sprawdzić w ustawieniach komóry. Ta statystyka zwróciła moją uwagę dużo mocniej, niż suchy czas spędzony przed ekranem, bo zamiast sumy minut poświęconych na aktywności potrzebne i niepotrzebne (a przez to, że jedne i drugie, to łatwiej usprawiedliwiane) pokazuje, ile razy potencjalnie tracę uwagę za sprawą telefonu – i to na własne życzenie. Wszystko przez novelty bias, czyli opisaną przez kognitywistów tendencję do premiowania w wyborze nowszego dopaminowego bodźca kosztem podtrzymania zaangażowania w ten stary. Tegoroczne badanie American cell phone usage and habits zaświadcza, że obywatel USA sięga po smartfona średnio 186 razy w ciągu dnia, a blisko 85% robi to już w ciągu pierwszych 10 minut po przebudzeniu. Inne badanie pokazuje, że przez ostatnie 20 lat zdolność do skupienia na jednym zadaniu przed ekranem drastycznie spadła – z 2,5 minuty do nieco ponad 40 sekund. Nie wydaje mi się, żeby Polacy mieli w tym temacie drastycznie odmienną praktykę. Sam na pewno tych statystyk szczególnie nie zaniżam. "Pewnego razu... w Hollywood"Where is my mind? Nie wiem, kurde, bo niby gapię się na telewizor, a nie mam pojęcia, o co w ogóle chodzi w tym filmie. Choć z racji swojego zawodu staram się za wszelką cenę unikać tego typu pustych przebiegów, nie mam złudzeń, że wszyscy widzowie na świecie mają do ekranu podobnie nabożny szacunek. Zastanawiam się, skąd się to wzięło – czy kino straciło moc bezwarunkowego angażowania uwagi? Pewnie zależy, kogo spytasz. Sądzę jednak, że socialmediowe narzędzia natychmiastowej gratyfikacji zmieniły sposób, w jaki odczuwamy przyjemność, którą błędnie zaczęliśmy utożsamiać z… wygodą. Przez to często jeden (duży) ekran nie wystarczy, więc w ruch idzie drugi (mały) – jak w popularnych TikTokach, gdzie obok nagrania kogoś gadającego coś do kamery leci zapętlony gameplay z „Subway Surfers” czy innej gierki na telefon: żeby nie było nudy. Taka praktyka widzowska zmienia kino w sensie najbardziej bezpośrednim z możliwych. Dopiero co Matt Damon i Ben Affleck narzekali, że Netflix naciskał na nich, by w scenariuszu „Łupu” ich bohaterowie częściej informowali na głos o postępach fabuły. Wewnętrzne dane platformy pokazują, że abonenci w trakcie seansów siedzą ze smartfonem w łapie, więc zwyczajnie trudniej im gonić za rozwojem wydarzeń. Dla części widzów kino zawsze stanowiło tzw. background activity (stąd w końcu określenie Netflix&Chill), ale dostosowanie się kina do tła to już zupełnie dzisiejsza sprawa. "Fabelmanowie"W przemyśle filmowym od początku chodziło o kupno i sprzedaż uwagi, jednak dopiero streaming przez swój sposób dotarcia zmienił natężenie tych wysiłków. Bilet do kina był przepustką na dwugodzinne wydarzenie, abonament jest już polem walki o każdą sekundę zaangażowania – choć, jak pokazują rzekome działania Netflixa, nie jest to może najbardziej adekwatne słowo. W tym sensie cele streamingu i mediów społecznościowych są zgodne: trzymać nas jak najdłużej przed ekranem i jak najbardziej minimalizować ryzyko wyłączenia platformy. W takim systemie ekonomicznym bodziec staje się naraz informacją i jej formą, a nasza uwaga – ostatecznym celem wielkiego biznesu. Herbert A. Simon pisał o tym już na początku lat 70., zaznaczając, że bogactwo informacji tworzy ubóstwo uwagi i rodzi potrzebę efektywnej alokacji tej uwagi pomiędzy nadmiar źródeł informacji, które mogą ją pochłaniać. Ponad pół wieku później skala dewaluacji informacji samej w sobie dla tej układanki zdziwiłaby nawet pesymizm Simona. Zresztą, nie tylko jego. Z ojcem dzieli nas sporo pokoleniowych różnic, z których jedna zasadza się właśnie na podejściu do social mediów – świata ekspresji, który ja odkryłem jako dzieciak, a on odrzucił jako świadomy dorosły. Dynamiczna forma rolki z TikToka czy Instagrama wywołuje u niego ból głowy, u mnie – impuls zainteresowania. Zastanawiam się, na ile to kwestia po prostu zmiany wrażliwości, a na ile jednak innych warunków dojrzewania: jego wychował analogowy socjalizm, mnie – cyfrowy kapitalizm. Myślę o tym, obserwując uderzające podobieństwo między językiem telewizyjnej reklamy a poetyką rolki: krótkiej, wyciągającej maksimum z każdej sekundy treści (bo za każdą należało płacić stacji), durnej, ponad miarę zwracającej na siebie uwagę. "Idiokracja"Z gapienia się w telewizor w dzieciństwie pamiętam wyraźnie, że to właśnie reklamy dawały mi najwięcej frajdy. Były czymś znacznie żywszym niż niezrozumiałe dla dziecka seriale czy nużące programy informacyjne – tu Mały Głód z reklamy Danio poślizgnął się na skórce od banana, tam animowane Marsjanki zachwalają owocowy suplement diety. Badania opublikowane w czasopiśmie Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej pokazują, że wczesna ekspozycja na telewizję może prowadzić do obserwowanych już u siedmiolatków problemów z koncentracją, impulsywnością, brakiem zorganizowania i rozproszeniem uwagi. Przeglądając je, przypominam sobie o dzieciach w wózkach, które potrafią scrollować, jeszcze zanim będą w stanie zachować równowagę na dwóch nogach. W końcu, wspominam też siebie samego z czasów podstawówki, diagnozowanego przez psychologów pod kątem ADHD. W toku dalszych badań uznano, że w rzeczywistości nie mam specjalnych problemów z zachowaniem koncentracji w odpowiednim środowisku – po prostu rzadko decydowałem się to pokazywać, a może rzadko środowisko było odpowiednie. Jakiś psychoanalityk pewnie teraz powie, że właśnie dlatego zakochałem się w kinie – parku rozrywki albo przestrzeni medytacji – które w ciemnej sali świetlistym paluchem kieruje moją niezmąconą uwagę na coś naprawdę wartego zamieszania. I kurde, pewnie będzie miał rację, skubany.

Listy. Nowa funkcja na Filmwebie

Na Filmwebie pojawiły się listy – funkcja, na którą nasza społeczność czekała od dawna. Od teraz możesz przeglądać listy innych użytkowników i tworzyć własne zestawienia filmów, seriali i gier. Listy to nowy sposób odkrywania świata filmów i seriali oraz dzielenia się swoją filmową pasją. Każdy tworzy listy inaczej – z różnych powodów i w różnych celach. Dla jednych listy to sposób, żeby coś o sobie powiedzieć. Dla innych jest to pretekst, żeby zainspirować kogoś lub wywołać dyskusję. A czasem jest to po prostu sposób, żeby uporządkować swoje filmowe kolekcje. Dlatego stworzyliśmy trzy rodzaje list: listy klasyczne, listy rankingowe i tier listy. Każda z nich pozwala układać filmy, seriale i gry tak, jak zdecyduje autor listy. Wrzucaj tytuły swobodnie w klasyczną listę. Mieszaj i układaj według zasad, które tylko dla Ciebie mają sens. Twórz rankingi, dziel i rządź! Zabaw się tier listami – grupuj i przerzucaj tytuły między poziomami. Zacznij tworzyć swoje listy Aby stworzyć listę, kliknij przycisk „Utwórz nową listę” na swoim profilu w nowej sekcji “Listy”. Wybierz typ listy, nadaj jej nazwę i zacznij dodawać tytuły. Możesz też dodawać tytuły do list bezpośrednio z panelu oceniania na stronie filmu (ikona “Dodaj do listy”). Jeśli chcesz poznać wszystkie możliwości list – od tworzenia różnych typów list przez ustawienia po sposoby edycji – zajrzyj do przygotowanego przez nas samouczka. Odkrywaj listy na Filmwebie i znajdź nowe filmowe inspiracje Na stronach produkcji pojawiły się nowe sekcje – “Listy powiązane z filmem / serialem / programem / grą”. Zobaczysz tam listy, na których znajduje się wybrany tytuł. Może jest czyimś numerem jeden, a może wręcz przeciwnie – znalazł się w zestawieniu „najbardziej przereklamowane filmy sezonu”. Czasem jedna dobrze ułożona lista to lepsza rekomendacja niż „obiektywne” zestawienia lub bezosobowe rekomendacje algorytmów. Zobacz, jak to robią inni Nasi redaktorzy i krytycy przygotowali już swoje pierwsze listy, dzięki którym odkryjesz nowe filmowe inspirujące zestawienia. Listy dostępne są na stronie internetowej www.filmweb.pl, wkrótce w aplikacji Filmweb.