"G.I. Joe". Gwiazda MCU jako Duke?

Jak informowaliśmy już na stronach Filmwebu, Paramount chce realizacji nowego widowiska "G.I. Joe". Teraz portal Nexus Point News donosi o tym, kto jest kandydatem do zagrania głównej roli.Jedna gwiazda Marvela zastąpi inną gwiazdę MarvelaPierwotnie mówiło się, że kandydatem do głównej roli w filmie "G.I. Joe" jest Chris Hemsworth. Jednak NPN twierdzi, że aktor zrezygnował z projektu. Zdaniem portalu twórcy mają już jednak nowego kandydata. I jest nim inna gwiazda Marvela - Bradley Cooper. Ten wybór może zaskakiwać. Bradley Cooper ma już bowiem w planach jeden duży projekt, czyli prequel filmu "Ocean's Eleven: Ryzykowna gra". Gwiazdor ma w nim nie tylko zagrać jedną z głównych ról, ale również całość wyreżyserować. Paramount na razie nie skomentował rewelacji Nexus Point News. Za nowe widowisko "G.I. Joe" odpowiada Danny McBride, który pracował już z Cooperem. Zaangażował go do serialu "Prawi Gemstonowie". McBride jest autorem scenariusza i niedawno zdradził kilka jego szczegółów. Głównym bohaterem filmu będzie Duke. Całość ma być realistycznym kinem akcji. Jego akcja została osadzona w miasteczku Springfield. W mitologii GI Joe jest to miejsce, w którym praktycznie każdy mieszkaniec jest członkiem wrogiej GI Joe organizacji COBRA. Ostatnim filmem w uniwersum GI Joe pozostaje "Snake Eyes: Geneza G.I. Joe" z 2021 roku. W 2023 roku, po premierze filmu "Transformers: Przebudzenie bestii", przez chwilę mówiło się o możliwym crossoverze. Z tych planów nic jednak nie wynikło.Zwiastun filmu "Snake Eyes: Geneza G.I. Joe"

Karlowe Wary 2026: Festiwal dwóch prędkości

W tym roku przyjechałem do Karlowych Warów za wcześnie. Snując się po pustawym jeszcze deptaku i popijając hektolitry kawy z łapczywością Billa Murraya z filmu Jarmuscha, zastanawiałem się, co właściwie miałem na myśli, gdy rezerwowałem pierwszy możliwy lot. Naiwnie wierząc, że chodzi o coś więcej niż tylko o moje roztargnienie, zacząłem szukać wskazówek w najlepszym możliwym miejscu – na swoim filmwebowym profilu.  Szybko okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Z krótkiego researchu wynikało, że ostatnimi obejrzanymi przeze mnie i wysoko ocenionymi filmami były „Chungking Express”, „Inaczej niż w raju” i „Wałkonie”. Zrozumiałem, że w związku z tym potrzebowałem opuścić wieżę z kości słoniowej i nawiązać intensywny kontakt ze współczesnym kinem, mając nadzieję, że będzie miało mi jeszcze cokolwiek do zaoferowania.  Gdybym zatracił tę ciekawość, groziłoby mi przemiana w starego krytyka z branżowej anegdoty, który na pokazie prasowym zagadnął młodszego kolegę słowami: „Wie pan, jak teraz oglądam filmy, to co najwyżej czuję, że na jakiejś scenie teoretycznie mógłbym się wzruszyć”. Jeszcze zwięźlej i bardziej kąśliwie przedstawia podobny paradoks jeden z najlepszych memów Wiesławca Deluxe – ten, w którym dziennikarz zadaje przechodniowi pytanie: „Kiedy ostatni raz pan coś czuł?”, a w odpowiedzi słyszy: „W 1996”. Wierząc, że istniejemy o tyle, o ile przejawiamy w sobie zdolność do zachwytu, bardzo chciałem poczuć coś w Karlowych w roku 2026. Uwaga, spoiler: misja zakończyła się powodzeniem, nawet jeśli była trudniejsza, niż myślałem. Zanim trafiłem na pierwsze projekcje, rozejrzałem się po okolicy. Uświadomiłem sobie, że w przestrzeni, którą – z krótką, pandemiczną przerwą – odwiedzam od piętnastu lat, wyobraźnię uruchamia właściwie każdy zakątek. Zmierzając po odbiór akredytacji szlakiem młodzieńczej euforii, którym dawniej wracałem zygzakiem z imprez, na jakie dostawałem się zwykle na piękne oczy albo krzywy ryj, przypomniałem sobie scenę z „Wielkiego piękna”. W filmie, który widziałem pierwszy raz właśnie w Karlowych, Jep Gambardella, wysłuchawszy planu dnia streszczonego mu przez znajomego, odpowiada: „Pięknie. Kiedy wy będziecie wstawać z łóżka, żeby zacząć nowy dzień, ja będę właśnie kładł się spać po powrocie z bankietu”. Zrozumiałem, że ten dialog jest bardzo prawdziwy, bo – jako przykładny uczestnik organizowanych barbarzyńsko wcześnie prasowych pokazów filmów konkursowych – mógłbym dziś prowadzić go z samym sobą z młodości.Łączy nas piłkaPodczas gdy wiele aspektów festiwalowego doświadczenia ulega zmianom, inne pozostają boleśnie takie same. Ani trochę nie zdezaktualizowało się na przykład retoryczne pytanie, które równo rok temu zadał mi w wywiadzie reżyser prowokacyjnego „Tak”, Nadav Lapid: „Jak to możliwe, że żyjąc w tak szalonych czasach, robimy o nich równie bezpieczne filmy?”. Bon mot ten brzmi jednak tyleż efektownie, co idealistycznie. Wystarczyło opuścić branżową bańkę i przejść się na kilka pokazów dla publiczności, by zrozumieć, że gdy tylko na ekranie pojawią się choćby odrobinę niekonwencjonalne rozwiązania formalne lub zabiegi dramaturgiczne, wielu widzów opuszcza salę, jakby byli sterowani tajemniczą siłą rodem z filmu „Zniknięcia”. Ci sami uczestnicy festiwalu wiwatują natomiast na seansach, na których chciałoby się zapaść pod ziemię, czując w imieniu twórców second-hand embarassment. Przykładem takiego filmu było choćby włoskie „Classmates”, którego tytuł jakiś rezolutny tłumacz mógłby przełożyć jako „Pieprzyć Dantego”. Scenariusz sztampowej opowieści o nauczycielce, która dzięki swojej charyzmie jest w stanie odmienić życie trudnej młodzieży, wygląda bowiem jak odpisany na kolanie od twórców słynnej polskiej serii o przygodach belfra Jana Sienkiewicza. "Classmates"Niezgoda, jaką wzbudziły we mnie euforyczne reakcje publiczności kusi, by ukoić ją za sprawą paru protekcjonalnych komunałów, ale wiem, że byłaby to droga na skróty. Kino jest przecież dla wszystkich, a jego masowy charakter stanowi w ostatecznym rozrachunku raczej zaletę niż bolączkę. Nie zmienia to faktu, że napięcie między dwiema grupami, z których składała się festiwalowa widownia, dało się wyczuć na każdym kroku. Karlowe Wary całkiem dosłownie okazały się festiwalem dwóch prędkości. Do ich konfrontacji regularnie dochodziło na wspomnianym deptaku, gdzie neurotyczni, poruszający się nerwowym krokiem, wiecznie balansujący na granicy spóźnienia kinofile przeciskali się między traktującymi festiwal jako lokalną ciekawostkę leniwie przechadzającymi się kuracjuszami z pobliskich domów zdrojowych. Obserwując te kontrasty, łatwo było odnieść wrażenie, że prawdziwym zwycięzcą w Karlowych Warach mógłby okazać się ktoś, kto będzie w stanie pogodzić te dwa zwaśnione stronnictwa. "Cantona"Nie jest przypadkiem, że na imprezie, która odbywała się w czasie mundialu, sztuka ta najpełniej udała się chyba filmowi piłkarskiemu. Mowa o „Cantonie” Davida Tryhorna i Bena Nicholasa – dokumencie przypominającym pełen zwrotów akcji spektakl w rodzaju odbywającego się równolegle z jednym z pokazów meczu Argentyny z Egiptem. Tytułowy bohater, piłkarska ikona lat dziewięćdziesiątych, budzi fascynację, bo nie pasuje do poddanego dyktatowi algorytmów, wykastrowanego z wyrazistości świata współczesnego futbolu, który pod tym względem niespecjalnie różni się zresztą od pozaboiskowej rzeczywistości. Cantona wchodzi do gry odważnie, z intencją, by ośmieszyć obrońców schematycznego, zerojedynkowego myślenia. Będąc geniuszem, choć czasem jednak kabotynem, estetą, który niepostrzeżenie zamienia się w brutala, i narcyzem podkreślającym, że asysty cieszą go bardziej niż gole, osiąga swój cel w wielkim stylu. To zresztą nie koniec towarzyszących piłkarzowi paradoksów. Wnikliwie obserwując swojego bohatera, Tryhorn i Nicholas ujawniają bodaj najciekawszy z nich. Cantona, żyjąc na własnych warunkach i nie chcąc zabiegać o niczyją sympatię, ostatecznie podoba się niemal wszystkim. Będąc Francuzem – niezależnie od skomplikowanych relacji jego ojczyzny z Anglią – rozkochał w sobie kibiców Manchesteru United, a pewnie i neutralnych wielbicieli Premier League. Jako utalentowany piłkarz, a jednocześnie ekscentryk i erudyta, którego bon moty dorównują urodą najpiękniejszym golom, imponował zarówno zagorzałym fanom piłki, jak i interesującym się futbolem od święta intelektualistom. Powszechną fascynację Cantoną było widać również w Karlowych Warach. Gdy przed pokazem w wypełnionej po brzegi sali jeden z reżyserów zapytał widzów, kto nigdy nie słyszał o tytułowym bohaterze, rękę podniosło raptem kilka osób. Wiedziony zawodową ciekawością, nie mogłem się powstrzymać i obserwowałem ich reakcje na film. Mogę zapewnić, że po seansie klaskali równie energicznie jak wszyscy inni widzowie. "Cantona"To, co wydarzyło się w Karlowych Warach wokół „Cantony”, przyniosło ważną lekcję: utopie spełniają się wtedy, kiedy chcą, mimochodem, w sposób niemożliwy do zaprogramowania. Mając to w pamięci, przestałem za wszelką cenę szukać wypełnionego Becherovką albo Pilsnerem świętego Graala i polować na mityczne filmy środka. Zamiast tego, wróciłem na szlak, na którym czuję się najbardziej komfortowo i przyjrzałem się bliżej programowi sekcji Horizons. Ta część karlowarskiego festiwalu stanowi prawdziwy fenomen. Składają się na nią filmy uhonorowane głównymi nagrodami na najważniejszych światowych imprezach, na czele z „Fjordem” Cristiana Mungiu. Gdyby poszukać trochę głębiej, można jednak znaleźć w Horizons również perełki z bocznych sekcji Cannes, Wenecji czy Sundance – dzieła niby wyróżnione znakiem jakości, a jednak wciąż czekające na odkrycie, niezalane jeszcze powodzią tweetów i recenzenckich one-linerów. Gdzie ja jestem w tej historii?Moim ulubionym filmem z Horizons okazał się – prezentowany pierwotnie w canneńskim Un Certain Regard –  kostarykański „Na zawsze twoja matczyna istota”. Pod tym enigmatycznym, przykuwającym uwagę tytułem (reżyserka Valentina Maurel ewidentnie ma do nich talent – poprzedni film nazwała „Mam elektryczne sny”) kryje się opowieść budząca zaskakujące skojarzenia. Historia młodej Elsy, która wraca do ojczyzny ze studiów w Europie i próbuje spojrzeć świeżym okiem na łączące członków jej rodziny love-hate relationships, przypomina trochę wariację na temat „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Okazuje się, że po kostarykańskim San Jose – podobnie jak jak po warszawskim Powiślu – grasują widma przeszłości, a ludzie próbują schronić się przed nimi w bazach stworzonych z własnych pragnień, fantazji i tyleż uroczych, co kłopotliwych dziwactw. Jednocześnie Maurel rozkłada u siebie akcenty nieco inaczej niż Emi Buchwald. Podczas gdy polska reżyserka delikatnie ironizuje sobie z pozornie najbardziej uporządkowanej w całej rodzinie Nastki, ale pozwala jej pozostać częścią większej całości, kostarykańska twórczyni ma wobec Elsy nieco inne plany. Przesiąknięta już europejską mentalnością i patrząca na zagubionych w codzienności krewnych z niedbale skrywaną wyższością dziewczyna stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę z własnej obcości i wykorzenienia. Gorycz tego odkrycia osłabia jednak wewnętrzna jasność Elsy, a także charyzma i zmysłowość wcielającej się w nią Danieli Navarro, która została za swoją rolę zasłużenie nagrodzona w Cannes. "Na zawsze twoja matczyna istota"Skomplikowane relacje rodzinne stanowiły także motyw przewodni moich ulubionych filmów z karlowarskiego Konkursu Głównego. Pierwszy z nich, uhonorowany ostatecznie laurem za reżyserię i Specjalną Nagrodą Jury „Gość” Madsa Mengela, jest rodzinnym komediodramatem, ale ma strukturę psychologicznego thrillera. Oś filmu stanowi zaplanowana w idyllicznej, nadmorskiej okolicy impreza rodzinna którą zakłóca – niezaproszona na uroczystość – matka głównego bohatera. Opowieść o zawstydzającej chłopaka wszędobylskiej, nieliczącej się z konwenansami, najpewniej zaburzonej kobiecie kusi, by poddać ją interpretacji psychoanalitycznej. Żywiołowa, apodyktyczna matka reprezentuje w końcu wszystko to, co jej szczycący się własną powściągliwością syn zdołał już dawno zepchnąć na margines świadomości. Jeśli kogoś nie przekonuje jednak coś, co Vladimir Nabokov z właściwym sobie wdziękiem bagatelizował jako „freudowskie wudu”, i tak znajdzie w „Gościu” elementy godne pochwały. Mengel sprawnie, posiłkując się przy tym przewrotnym i błyskotliwym poczucie humoru, przedstawia zagubienie swoich bohaterów w niewoli konwenansów. Matka – nawet jeśli zachowująca się w sposób budzący wstyd i zażenowanie – to w końcu zawsze matka, więc czy w celu jej spacyfikowania naprawdę godzi się wzywać policyjny patrol? "Gość"Obecność tego rodzaju pytań sprawia, że w „Gościu” pobrzmiewają znajome echa dzieł Rubena Östlunda. Na podobnej zasadzie w drugim, najciekawszym filmie tegorocznego konkursu – bułgarskim „Black Money for White Nights” – da się wyczuć pokrewieństwo z twórczością Akiego Kaurismakiego. Podobnie jak fiński mistrz, duet Kristina Grozeva-Petar Valchanov obiera za bohaterów zwykłych ludzi, którzy z biegiem czasu ujawniają zaskakujące wewnętrzne skomplikowanie. W „Black Money…” twórcy przyglądają się starszawemu małżeństwu, które sprawia wrażenie, jakby skryło się w schronie przeciwczasowym z książki Georgiego Gospodinowa i nie zauważyło, że na zewnątrz już dawno skończył się komunizm. Marina i Gosha nie pasują do współczesności nie tylko ze względu na swoje staroświeckie profesje, zamiłowanie do kombinatorstwa i wyraźne wykluczenie cyfrowe. Żywcem z poprzedniej epoki pochodzi nawet ich najskrytsze pragnienie: zobaczyć na własne oczy białe noce w Sankt Petersburgu. Nawet jeśli bohaterowie sprawiają wrażenie lekko obciachowych, a środki na wymarzoną podróż zdobyli nie do końca legalną drogą, nie sposób nie kibicować im w spełnieniu skromnego marzenia. Przynajmniej do czasu. Grozeva i Valchanov umiejętnie przekonują, że granica między poczciwością a łajdactwem bywa cieńsza, niż mogłoby się wydawać. Pierwszym sprawdzianem dla Mariny i Goshy okazuje się wybuch wojny w Ukrainie, który interesuje sympatycznych staruszków tylko o tyle, o ile powoduje komplikacje w organizacji wycieczki. Sprowokowany przez chore, imperialne ambicje Putina efekt motyla wywrze zresztą jeszcze większy wpływ na życie bohaterów, każąc zredefiniować podstawy własnego związku, a nawet wkroczyć w świat jednocześnie dziecinnych i groźnych gangusów rodem z dawnych filmów Kusturicy. Piętrząc kolejne fabularne absurdy, Grozeva i Valchanov na szczęście ani na chwilę nie tracą z oczu swoich bohaterów, którzy do samego końca na przemian rozczulają nas i irytują. Bułgarski duet między wierszami przemyca również obecne także w kilku innych karlowarskich filmach – na czele ze świetnym litewskim „Jak się rozwieść w czasie wojny?” – pytanie o to, czy przysłowiowe „ciekawe czasy”, w których tracimy poczucie bezpieczeństwa, pozwalają nam okiełznać własny egoizm czy prowadzą tylko do jego spotęgowania? "Black Money for White Nights"Kwestię tę analizowałem w głowie jeszcze długo, ale nie tylko dlatego po powrocie z festiwalu czułem się, jakbym właściwie stamtąd nie wyjechał. Pierwszym filmem, jaki obejrzałem już w Polsce, było w końcu „Osiem i pół”, a więc opowieść, której akcja toczy się w dużej mierze w luksusowym uzdrowisku łudząco podobnym do Karlowych Warów. Wspaniały film Felliniego przemawia do mnie po latach tak bardzo również dlatego, że zachęca, by porzucić wielkie ambicje i zadowolić się drobnymi, krótkotrwałymi olśnieniami. A przecież właśnie czegoś takiego doświadczyłem w Karlowych – nie obejrzałem może żadnego skończonego arcydzieła, ale zostało mi w głowie kilka filmów, myśli, obrazów zarówno z sali kinowej, jak i spoza niej. Trzeba zrozumieć, że to już całkiem sporo, w przyszłym roku wrócić po więcej i na nowo stać się częścią kinofilskiego korowodu, którego uczestnicy poruszają się może z różną prędkością, ale wciąż w tym samym kierunku.   Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicytyka" TUTAJ.

"Odyseja" zekranizowana przez AI. Zobacz zwiastun filmu "Odysseus: The Fall"

Dziś rozpoczyna się podbój światowych kin przez widowisko Christophera Nolana "Odyseja". Ale nie jest to jedyna wersja eposu Homera, którą widzowie mogą oglądać. Swoją premierę miała już produkcja Asylum "The Odyssey". Zaś wkrótce będziecie też mogli obejrzeć "Odysseus: The Fall". Ten film jest o tyle niezwykły, że został zrealizowany przez sztuczną inteligencję Kling AI.Tak wygląda Odyseusz od AIZa "Odysseus: The Fall" odpowiada Ash Koosha i studio Fountain O. To ich drugi głośny film AI. Pierwszym był dokument "Dreams of Violets" o protestach w Iranie, który przeszedł do historii jako pierwszy film zrobiony przez AI, który znalazł się w programie dużego festiwalu filmowego (w tym przypadku była to Tribeca). W "Odysseus: The Fall" AI stworzyło wszystkich aktorów, scenografię oraz pracę kamery. Aktorzy zostali skonstruowani na podstawie wizerunków rzeczywistych osób, które zgodziły się przekazać je na potrzeby tego filmu. Jednak to człowiek - Ash Koosha - jest autorem scenariusza i reżyserem całości. "Odysseus: The Fall"  oferuje alternatywną wersję historii tułaczki Odyseusza. Widzowie będą świadkami poszarpanych wspomnień tonącego człowieka z jego ostatnich minut życia - podróży, która w istocie jest sądem, gdzie każdy potwór nosi ślady jego własnej ręki. Gdy odrzeć tę historię ze słowa "sprytny", pozostaje człowiek, który musi rozliczyć się z tym, co naprawdę zrobił, by wrócić do domu. Kończy się tam, gdzie pieśni nigdy nie docierają: nie powitaniem bohatera, lecz przebaczeniem ofiarowanym przez jedyną osobę, która dokładnie wie, kim naprawdę jest. Film będzie miał swoją premierę jeszcze w tym roku.Zwiastun filmu "Odysseus: The Fall"