Disability Pride Month: Cisza, ciemność i równouprawnienie

Lipiec to Miesiąc Dumy Osób z Niepełnosprawnościami (Disability Pride Month) – czas, który przypomina o różnorodności, równości oraz prawie do pełnej dostępności i szacunku. Kino od lat podejmuje to zagadnienie, przyglądając mu się z różnych perspektyw. Filmowe opowieści na ten temat eksploruje dla nas Bartosz Żurawiecki. *** W 1990 roku podczas 62 edycji Oskarów w kategorii „najlepsza rola męska” rywalizowali ze sobą  Daniel Day-Lewis jako Christy Brown w „Mojej lewej stopie” Jima Sheridana i Tom Cruise wcielający się w Rona Kovica, bohatera filmu Olivera Stone'a, „Urodzony 4 lipca”. To zestawienie obrazuje pewną prawidłowość nagród amerykańskiej Akademii, która lubi nagradzać statuetkami lub przynajmniej nominacjami przede wszystkim dwa rodzaje ról.  Pierwsze z nich nazywam wcieleniówkami; polegają one na imitowaniu prawdziwych osób, przeważnie sławnych lub mających jakąś „niezwykłą” historię. Druga kategoria to odgrywanie postaci dotkniętych różnego rodzaju niepełnosprawnościami, zaburzeniami, upośledzeniami... Role takie bywają niewątpliwie wyzwaniem, wymagają przeobrażenia ciał pełnosprawnych aktorów, dostosowania ich do ograniczeń i ekspresji osób, które pełnosprawnością nie mogą się cieszyć.  "Moja lewa stopa"W przypadku Day-Lewisa i Cruise'a nastąpiło, jakże pożądane!, połączenie obu rodzajów, gdyż odegrali oni postacie zarówno autentyczne, jak i sparaliżowane. Oscarową rywalizację wygrał ostatecznie ten pierwszy, za to Cruise wcześniej pokonał angielskiego kolegę podczas ceremonii rozdania Złotych Globów. Tak na marginesie, gdybym ja miał głosować, to też bym wybrał Toma, który sprostał roli bardziej złożonej i wymagającej niż w przypadku „Mojej lewej stopy”. Takie transformacje cielesne są szczególnie doceniane, gdy dotyczą mężczyzn. Dlaczego? Być może dlatego, że w stereotypowym widzeniu męskie ciało musi być sprawne, wytrzymałe i wysportowane; nagradza się więc iście heroiczne „poświęcenie” aktorów, którzy rezygnują z atrakcyjności własnych ciał na rzecz wcielenia się w ciała „ułomne”. Zwłaszcza że większość tych opowieści i tak prowadzi do triumfu, na przekór okolicznościom, męskiego ego (czego oscarowe zwycięstwa są przecież zwieńczeniem). W „Urodzonym 4 lipca” Kovic czuje się upokorzony nie tylko dlatego, że znalazł się – on, żołnierz – na wózku, ale też, że stał się impotentem. Bohater ponownie odnajdzie swoją męskość w aktywizmie antywojennym; tutaj jego niepełnosprawność będzie wręcz atutem, żywym dowodem na to, do czego prowadzi wojna. Natomiast Christy Brown zdobędzie rozgłos jako pisarz. "Urodzony 4 lipca"Gdy, przygotowując się do pisania artykułu, obejrzałem te i jeszcze parę innych głośnych filmów o mężczyznach z niepełnosprawnościami (np.„Powrót do domu”, „Teoria wszystkiego”, „Zapach kobiety”, „Sesje”), to właśnie męskie ego uderzyło mnie w nich całą swoją mocą. Służą mu zazwyczaj także postacie kobiet, które uwiedzione umysłem, urokiem czy właśnie męskością bohaterów, nie wahają się, by się z nimi związać. Są przy tym cierpliwe i wiecznie uśmiechnięte. Przykładowo, w „Teorii wszystkiego” (2014) Jamesa Marsha, ucukrzonej biografii Stephena Hawkinga, twórcy romantyzują nawet rozstanie bohaterów i to wbrew faktom opisanym we wspomnieniach pierwszej żony uczonego, Jane; choć to niby one posłużyły za fundament scenariusza. Jeszcze krótkie przypomnienie: Eddie Redmayne za rolę Hawkinga też dostał Oscara. W najbardziej żenujący, w niemal pedofilski sposób kult męskiego ego został ukazany w „Zapachu kobiety” (1974) – pierwotnej, włoskiej wersji tej historii wyreżyserowanej przez Dina Risiego. Kapitan Fausto Consolo (Vittorio Gassman nagrodzony na festiwalu w Cannes) jest tutaj wzorcowym uosobieniem toksycznej męskości. Arogancki, wulgarny, seksistowski... Sam się okaleczył (ślepota i utrata ręki) podczas zabaw z granatem. Mimo tego od dzieciństwa kocha się w nim na zabój córka jego przyjaciela. I nieważne, że Fausto cały czas nią pomiata. To ona, święta dziewica gotowa na wszelkie poświęcenia, przygarnie go do swojego łona po jego niedoszłej próbie samobójczej. "Zapach kobiety", 1992W amerykańskiej wersji „Zapachu kobiety” (1992), wyreżyserowanej przez Martina Bresta, szczęśliwie nie ma wątku miłosnego, ale niewidomy podpułkownik Frank Slade (Oscar dla Ala Pacino!) nadal potrafi zaczarować młodą dziewczynę; wystarczy, że zatańczy z nią tango. Nadal też jest bucem i najgorszego rodzaju wujem opowiadającym świńskie dowcipy przy świątecznym stole. Charliego (Chris O'Donnell), swojego opiekuna, traktuje z pogardą i szyderstwem, by na końcu stać się jego mentorem i moralną busolą. Cóż, ja na miejscu chłopaka już na samym początku kopnąłbym dziada w jego oficerski tyłek, zamiast cierpliwie doszukiwać się pokładów mądrości i wrażliwości schowanych za pancerzem paskudnego macho. Ten typ upartego, zapatrzonego we własny pępek ramola sparodiował – i to w kontekście niepełnosprawności – inny włoski reżyser, Marco Ferreri w nakręconym w Hiszpanii filmie „Wózek” (1960). Jego bohater, niemłody już don Anselmo (José Isbert) obraca się w towarzystwie osób jeżdżących na wózkach, w dodatku często wyposażonych w motor. Choć więc sprawny, nie może za przyjaciółmi nadążyć, czuje się też wykluczony z ich rozrywek. Próbuje w związku z tym udawać ciężką chorobę nóg i w ten sposób zmusić krewnych, by kupili mu taki wózek z napędem. Gdy namowy i szantaże nie przynoszą rezultatu, po prostu truje całą rodzinę i spełnia swoją zachciankę. Zobaczmy teraz, jak wygląda sytuacja, gdy mamy w filmie sprawnego mężczyznę i kobietę z jakąś niepełnosprawnością. W starym hollywoodzkim filmie z 1948 r. „Johnny Belinda”, rozgrywającym się na kanadyjskiej wyspie Cape Breton, Jane Wyman (Oscar!) gra niesłyszącą córkę młynarza, w dodatku analfabetkę. Reżyser, Jean Negulesco pokazuje ją jako szlachetną dzikuskę i bezbronną liliję zarazem. Brak słuchu i mowy uczynił z niej istotę niepokalaną, choć otoczenie patrzy na nią z niechęcią i przezywa „dummy” (po polsku „głupek”, ale też „niemowa”). Do miasteczka przybywa mądry, zacny i przystojny doktor Richardson (Lew Ayres), który uczy Belindę języka migowego, jak również czytać i pisać.  "Johnny Belinda"Dziewczyna zostaje zgwałcona przez jednego z miejscowych, w wyniku czego zachodzi w ciążę. I ten fakt tak ją uszczęśliwia, że zapomina o przykrym zdarzeniu. Bohaterka spełnia się całkowicie w roli matki. Owszem, na końcu zabije swojego gwałciciela, ale nie z zemsty (tego rodzaju niskie uczucia są czystemu sercu Belindy obce), lecz dlatego, że mężczyzna chciał jej odebrać dziecko. Bohaterka jest w tym filmie bierną zakładniczką aż trzech odmian męskiego ego. Roztropnego doktora, surowego, ale kochającego ojca oraz brutalnego gwałciciela. Silniejszy od nich będzie tylko instynkt macierzyński.  Prawie 40 lat później powstał film Randy Haines, „Dzieci gorszego Boga” (1986), który uznać można za polemikę z nobliwym poprzednikiem, zwłaszcza że akcja także dzieje się na niewielkiej wyspie, tym razem w Nowej Anglii. Do tamtejszej szkoły dla niesłyszących przybywa pedagog o imieniu James (William Hurt) i z miejsca zakochuje się w Sarah (Marlee Matlin), dziewczynie pracującej jako sprzątaczka. Przez większą część filmu James będzie się zachowywał niczym połączenie stalkera z Petruchiem z „Poskromienia złośnicy” Szekspira. Osacza Sarah swoją miłością, a w dodatku koniecznie chce ją nauczyć czytania z ust. Bohaterka, w przeciwieństwie do Belindy, jest charakterna i ani myśli pełnić rolę służebnicy pańskiej. Nie ma zamiaru ulegać presji Jamesa i dostosowywać się do reguł jego słyszącego świata. W zakończeniu nieco już skruszony James pyta ją: „Czy myślisz, że znajdzie się jakieś miejsce, w którym moglibyśmy się spotkać? Gdzieś między światem ciszy a światem dźwięków?”. "Dzieci gorszego Boga"Sarah domaga się zarówno autonomii, jak i równouprawnienia. Z tym ostatnim wciąż jest nie najlepiej, o czym świadczy fakt, że choć Matlin spektakularnie dostała za swoją rolę Oscara (jako pierwsza aktorka niesłysząca), to nie poszły za tym równie spektakularne propozycje filmowe. Pracowała potem głównie dla telewizji; parę lat temu przypomniała o sobie rolą w kolejnym oscarowym filmie, „Coda” (2021) Sian Heder, gdzie zagrała niesłyszącą matkę słyszącej dziewczyny.  Walka o równouprawnienie toczy się również w hiszpańskich „Dźwiękach miłości” (2025) Evy Libertad. Kochająca się para, Ángela (Miriam Garlo) i Héctor (Álvaro Cervantes) – on słyszy, ona nie – spodziewa się dziecka. Rodzina jest pełna niepokoju – a co, jeśli urodzi się niesłyszące? To już określa pozycję Ángeli jako tej gorszej, ułomnej, która być może pochopnie zdecydowała się zajść w ciążę, bo przecież może przenieść na dziecko swoje „kalectwo”. Córka rodzi się bez żadnych „defektów”, a jej matka jest odsuwana od opieki nad nią. Dziecko musi zintegrować się z „normalnym” światem.  Ángela się buntuje, walczy o swoje prawo do zbudowania więzi z własną córką i to na swoich warunkach. "Dźwięki miłości"Filmy opowiadające o bohaterach i bohaterkach z niepełnosprawnościami niosą te same problemy, co dzieła poświęcone innym mniejszościom. Po pierwsze w obrębie świata przedstawionego. Opowiadają o nieporozumieniach i konfliktach, ale też o hierarchiach, jakie tworzą ludzie zdrowi, przybierający często wobec „dzieci gorszego boga” postawę pełną protekcjonalności, litości, także dydaktyzmu, moralizatorstwa i wyższości. Choć przecież zdrowie to stan przejściowy, może nawet iluzja, którą demaskuje czas, obarczając nas kolejnymi dolegliwościami i chorobami. W głośnej „Cudotwórczyni” (1962) Anne Sullivan (Anne Bancroft – Oscar) walczy o to, by niesłysząca i niewidząca Helen Keller (Patty Duke – Oscar) mogła kontaktować się ze światem, i to wbrew pełnej gniewu i wrogości postawie samej Keller. Walka ta przybiera niekiedy postać fizycznej przemocy. Czy więc Sullivan walczy o coś, czy walczy z kimś? Walczy dla dobra dziecka, czy po prostu chce je ujarzmić? "Cudotwórczyni"Triumfalizm „Cudotwórczyni” warto skonfrontować z poruszającymi dokumentami Wernera Herzoga z 1971 r. – „Kraina ciszy i ciemności” oraz „Upośledzona przyszłość”. Niemiecki reżyser, jak to on, akcentuje samotność i izolację ludzi znajdujących zrozumienie i wsparcie niemal wyłącznie u osób o podobnej kondycji. „Gdyby teraz wybuchła wojna, nawet bym tego nie zauważyła” – to słowa Fini Straubinger, głuchoniewidomej bohaterki pierwszego z tych dokumentów, ukazane na planszy, która pojawia się na końcu filmu. Wojna jest wytworem świata sprawnych i butnych; osoby egzystujące na marginesach mogą być co najwyżej jej ofiarami. Pozorną solidarność między nami a Innymi ukazuje adaptacja powieści Carson McCullers „Serce to samotny myśliwy” (1968) Roberta Ellisa Millera. Niesłyszący bohater filmu, Singer, jest powiernikiem swoich słyszących sąsiadów, pomaga w rozwiązywaniu ich problemów. Oni jednak nie są ciekawi ani jego świata, ani tego, z czym Singer musi się borykać. Chwilami traktują go wręcz jak zwierzątko, do którego się tulą, by znaleźć odrobinę ukojenia.   "Serce to samotny myśliwy"Samobójstwo bohatera wywołuje więc szok, bo otoczenie nie wie, czym zostało spowodowane. Nawet widzowie mogą się tego jedynie domyślać. Odmienność bohatera podkreślają także różnice w grze aktorskiej. Alan Arkin (nominacja do Oskara) w głównej roli jest oszczędny, powściągliwy, w pierwszym odruchu nasuwa się wręcz słowo „małomówny”. Reszta obsady pozwala sobie na melodramatyczny nadmiar. Ale to do Singera będzie należał ten najbardziej melodramatyczny z gestów. Mamy w filmie scenę, w której nastoletnia Mick (Sondra Locke – również nominacja do Oscara) próbuje wyjaśnić Singerowi, czym jest muzyka. Nastawia płytę z symfonią Mozarta i zaczyna wymachiwać do taktu rękami. Mężczyzna naśladuje jej ruchy, ale nie zauważa, że płyta się skończyła. Wymachuje więc dalej w ciszy, a sytuacja robi się niezręczna. Czy więc chodzi o to, by na siłę objaśniać osobom z niepełnosprawnościami nasz świat, czy raczej, by spróbować zrozumieć ich? A jeśli tak, to jak go oddać na ekranie środkami filmowymi i aktorskimi? W „Dzieciach gorszego Boga” James mówi na głos wszystko, co Sarah kreśli językiem migowym. Wypada to sztucznie, nawet śmiesznie. W horrorze, „Ciche miejsce” (2018) Johna Krasinskiego język migowy staje się koniecznością, bo dźwięki przyciągają krwiożercze potwory. Na szczęście bohaterowie go znają, ich córka jest bowiem niesłysząca. To, co komunikują między sobą, pokazują widzowi napisy (chyba że ogląda się wersję z lektorem).  "Ciche miejsce"Ale słowa to najmniejszy z problemów. Jak natomiast oddać zmysłową percepcję osób z niepełnosprawnościami? Próbuje to robić polska „Sonata” (2021) Bartosza Blaschkego, czyli oparta na faktach historia Grzegorza Płonki, u którego najpierw zdiagnozowano autyzm, a po kilkunastu latach odkryto również niedowład słuchu, co nie przeszkodziło mu nauczyć się gry na fortepianie. Kilkakrotnie ścieżka dźwiękowa stara się oddać to, co i w jaki sposób słyszy bohater. Gdyby stosować ten chwyt przez cały film, stałby się on jednak nieczytelny. Skądinąd, najbardziej poruszyła mnie w „Sonacie” scena na marginesie głównej opowieści. Ta, w której matka Grzegorza, Małgorzata – grana przez Małgorzatę Foremniak w wielkich, nietwarzowych okularach, niemodnej fryzurze i brzydkich sweterkach – skarży się, że całe życie poświęciła rodzinie, tymczasem nikt nigdy nawet nie zapytał o jej potrzeby i pragnienia. Wykrzykuje to w pustkę, poza widzami nie słyszy jej nikt – tak jak wcześniej nie chciano usłyszeć, co Grzegorz miał do zakomunikowania. Scena się kończy, wątek również, matka wraca do przygotowywania kolacji. Szkoda. To ona staje się w tej opowieści najbardziej zmarginalizowaną postacią, niemającą nawet prawa do buntu. Choć wygadana, jest w jakiś sposób niema. Niczym zmuszona do małżeństwa i pozbawiona głosu Ada (Holly Hunter – Oscar, a jakże!) z „Fortepianu” (1993) Jane Campion. Jednak dla Ady, tak jak dla Grzegorza, sposobem wyrażania siebie stała się sztuka, gra na tytułowym instrumencie. A jak może siebie wyrazić Małgorzata? "Sonata"Tendencje emancypacyjne w kinie spowodowały, że dzisiaj, zamiast tworzyć kolejne przesiąknięte paternalizmem i fałszywym miłosierdziem filmy robione z perspektywy pełnosprawnych, oddaje się głos samym zainteresowanym. W dokumencie Rafała Skalskiego, „Kochankowie” (2009), kilka par, w których jedna osoba porusza się na wózku, bezpruderyjnie opowiada przed kamerą nie tylko o specyfice swoich związków, ale także o swoim życiu seksualnym. O fantazjach, ulubionych pozycjach i wymogach, że tak powiem technicznych. Najciekawiej wypada wątek Kasi i Marka, gdyż mamy tutaj odwrócenie stereotypowych ról. To on, nauczyciel tańca, zabiega o względy niepełnosprawnej ruchowo kobiety. Ona zaś go odrzuca, bo potrzebuje partnera z prawdziwego zdarzenia, a nie mężczyzny, któremu będzie matkować. Wątek niepełnosprawności rzadko natomiast pojawia się w kinie queerowym, które wciąż, przynajmniej w gejowskim wydaniu, jest kinem młodych, zdrowych i ładnych. Wydaje mi się to podszyte lękiem przed utratą swojego atrakcyjnego wizerunku, wywołaniem u widza niesmaku, niechęci czy litości, które przez dekady emancypacji udało się jakoś tam przełamać. Weszlibyśmy bowiem znowu na grząskie pole korelacji między homoseksualnością a chorobą. Wyjątkiem od reguły jest m.in. sympatyczny brazylijski film „W jego oczach” (2014) Daniela Ribeiry, w którym niewidomy nastolatek zakochuje się w swoim widzącym koledze. Ale to kino familijne, a więc niezbyt głębokie; przez półtorej godziny czekamy, aż chłopcy się wreszcie pocałują i chwycą za ręce. Z kolei netfliksowy serial „Special” (2019-2021) jest quasiautobiograficznym projektem Ryana O'Connella, scenarzysty i aktora z łagodną formą porażenia mózgowego. Jego bohater próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie zdrowych i seksowych gejów w Los Angeles. Można się skrzywdzić, że znów atrakcyjność fizyczna jest normą i wzorcem, a komediowa forma serialu trochę odbiera wagę i powagę poruszanym kwestiom. "Special" – zobacz zwiastunCzy to jednak nie tak, że to my, widzowie, oczekujemy, iż dzieła poruszające tematykę niepełnosprawności (zwłaszcza połączonej z innymi rodzajami wykluczeń) będę pełne dramatów i obowiązkowo utrzymane w tonie serionym? Że owe dramaty są potrzebne nam, byśmy mogli okazać współczucie, dzięki któremu sami się dowartościujemy, za to bohaterów pozbawimy podmiotowości? Może przyszłością kina z tego typu postaciami jest wietnamski film „Kukangi nie płaczą”(2024) Phạma Ngọca Lâna, w którym fakt, że główna bohatera nie ma do końca wykształconej lewej ręki, niczego nie zmienia, na nic nie wpływa, nie jest nawet tematem dialogów? W historii kina zapisał się głośny i bulwersujący swego czasu film „Dziwolągi” (1932) Toda Browninga. Fabuła rozgrywa się w cyrku, gdzie główną atrakcją stanowią ludzie z różnego rodzaju deformacjami fizycznymi. Tacy też zagrali w filmie, żaden Tom Cruise niczego nie udawał. Fabuła zaś zmierza do zemsty „dziwolągów” na akrobatce, która planuje niecnie wykorzystać miłość zakochanego w niej niskorosłego Hansa. I tu na zakończenie, trochę a propos, a trochę nie, anegdota. Moja znajoma od dzieciństwa jeździ na wózku. Gdy spotyka panie, które ze łzami w oczach mówią, że będą się za nią modlić, ma ochotę wyciągnąć karabin maszynowy i położyć je trupem na miejscu.

Box Office Świat: "Odyseja" i "Toy Story 5" znów triumfują

Po zadyszce, jaką złapały kina na początku lipca, nie pozostał żaden ślad. "Odyseja" gromi konkurencję, a "Toy Story 5" zostało właśnie globalnie najbardziej kasową premierą tego roku. A już od środy kina zdominuje nowość Sony i Marvela "Spider-Man: Całkiem nowy dzień", który może globalnie pokusić się o otwarcie nawet na poziomie 600 milionów dolarów. Na razie jednak bezkonkurencyjna pozostaje "Odyseja" Nolana. Podobnie jak w Ameryce, także i w pozostałych krajach świata film zanotował bardzo skromne spadki. W efekcie szacujemy, że tylko w sam drugi weekend widowisko zgarnęło ok. 119,3 mln dolarów. Tym samym zagraniczne wpływy przekroczyły już granicę 350 milionów dolarów (jako piąta amerykańska premiera roku), a globalnie ma prawie 640 mln dolarów (jako szósta amerykańska premiera roku). W minionym tygodniu "Odyseja" trafiła do dziewięciu krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, gdzie zarobiła 2,3 mln dolarów. Większość tej kwoty (1,3 mln) pochodzi z Kazachstanu. Spośród rynków, gdzie film zadebiutował przed tygodniem, "Odyseja" najlepiej radzi sobie na Wyspach Brytyjskich, skąd pochodzi 15 milionów dolarów. Niewiele gorzej sprzedaje się we Francji (12,3 mln dolarów), Włoszech (10,5 mln), Australii (7,9 mln), Niemczech (7,8 mln) oraz Meksyku (7,5 mln). Warto też pamiętać, że "Odyseja" dopiero w sierpniu trafi do kin w Korei Południowej i Chinach. Z kolei w Japonii data premiery została wyznaczona na 11 września.Zwiastun filmu "Odyseja" Tymczasem na drugą lokatę w naszym zestawieniu wskoczyła chińska animacja "Baxian!" (All Wishes Come True!). Film miał fantastyczny drugi weekend zarabiając 46,6 mln dolarów. Oznacza to wzrost wpływów aż o 52% w porównaniu do wyniku otwarcia. W sumie na koncie produkcji jest 113,1 mln dolarów. Dotychczas najlepiej sprzedająca się chińska produkcja - komedia "Gong fu nv zu" (Kung Fu Soccer) - musiała tym razem pogodzić się z trzecią pozycją w naszym zestawieniu. Film jednak wciąż sprzedaje się znakomicie, tylko w weekend zgarniając 34,1 mln dolarów. Dziś, jako druga tegoroczna premiera z Chin, osiągnie granicę 300 milionów dolarów. "Toy Story 5" utrzymało czwartą lokatę w naszym rankingu. W miniony weekend film zarobił kolejne 24,7 mln dolarów. Dzięki temu w skali całego globu animacja Pixara została trzecią premierą roku z łącznymi wpływami przekraczającymi miliard dolarów. Co więcej, już teraz jest numerem jeden na liście najlepszych tegorocznych wyników kinowych. Mimo fenomenalnej postawy lokalnej produkcji to Japonia jest wciąż siłą napędową "Toy Story 5". W miniony weekend tylko z tego kraju pochodzi 4,7 mln dolarów. Z kolei w Niemczech animacja Pixara dopiero teraz weszła do kin. Na otwarcie zgarnęła 3,8 mln dolarów. Nowe "Minionki i straszydła" nie powtórzą sukcesów wcześniejszych części serii, ale zainteresowanie animacją ustabilizowało się. Konto produkcji powiększyło się o 18,6 mln dolarów. Tym samym na zagranicznych rynkach film zgarnął już ćwierć miliarda dolarów, a globalnie padła granica 400 milionów. Na szóstym miejscu znalazło się jedno z większych tegorocznych rozczarowań, czyli aktorska "Vaiana". Film zarobił w weekend 16,4 mln dolarów, co łącznie daje 125 milionów dolarów. Kiedy doliczymy do tego wpływy z Ameryki, otrzymamy kwotę ponad 228 milionów dolarów. To wciąż mniej niż wynosi szacowany budżet produkcji. Nowy wielki hit pojawił się w Indiach. "Jana Nayagan" miał znakomite pierwsze dni zgarniając w weekend 15,1 mln dolarów. Ponieważ film debiutował w czwartek, to w sumie na jego koncie jest już 20,5 mln dolarów. Szał opanował również japońskie kina. Tam swoją premierę miała animacja "Eiga Chiikawa: Ningyo no Shima no Himitsu" (Chiikawa the Movie: The Secret of Mermaid Island). Film zgarnął na otwarcie 13,7 mln dolarów. W lokalnej walucie - 2,24 mld jenów - jest to dziewiąte najlepsze otwarcie w historii japońskiego box office'u. Dziewiątą lokatę okupuje "Obsesja", którą wciąż stać było na zarobek w wysokości 9,5 mln dolarów. Zagraniczne wpływy horroru wynoszą 197 milionów dolarów, a wraz z Ameryką - 458,4 mln. Nasze zestawienie zamyka nowość z Chin - "Qun Xing Shan Yao Shi" (The Decisive Moment). Widowisko sf zadebiutowało kwotą 8,7 mln dolarów. Najbardziej kasowe premiery 2026 roku bez Ameryki # Tytuł wpływy bez Ameryki wpływy łączne premiera kraj 1 Fei Chi Ren Sheng 3 $639,6 $641,2 17.02 Chiny 2 Michael  $637,9 $1 010,2 22.02 USA 3 Super Mario Galaxy Film $581,3 $1 011,1 1.04 USA 4 Toy Story 5  $573,5 $1 022,1 17.06 USA 5 Diabeł ubiera się u Prady 2  $469,7 $690,3 29.04 USA 6 Odyseja (NOWOŚĆ) $353,3 $639,3 15.07 USA 7 Projekt Hail Mary (-1) $340,1 $684,2 18.03 USA 8 Gei A Ma de Qing Shu (-1) $297,8 $297,8 30.04 Chiny 9 Gong fu nv zu  $287,7 $287,7 11.07 Chiny 10 Minionki i straszydła (-2) $256,5 $411,9 24.06 USA

Tom Holland o swoich dawnych rolach: Niektóre były g*wnem

Tom Holland ma teraz dobrą passę - wciąż możemy go oglądać w "Odysei", a już za kilka do dni do kin trafi "Spider-Man: Całkiem nowy dzień". Aktor zdradził w podcaście Dish Podcast, że udział w trasach promocyjnych jest znacznie łatwiejszy, gdy naprawdę wierzy się w projekt i że nie zawsze z takim samym entuzjazmem reklamował swoje filmy.Holland szczerze o swoich odczuciach Aktor stwierdził: Kiedy promujesz filmy, z których jesteś naprawdę dumny, wszystko przychodzi łatwo. Gdy ktoś pyta, dlaczego ludzie powinni pójść do kina, nie musisz nikogo okłamywać. Naprawdę uważasz, że warto je zobaczyć. Holland przyznał jednak, że nie zawsze tak było: Zdarzało mi się promować filmy, przy których ktoś pytał: "Dlaczego powinniśmy to obejrzeć?", a ty w głębi duszy myślałeś: "Nie powinniście, bo to g*wno". Holland nie ujawnił, o które produkcje chodziło. Zaznaczył za to, że tegoroczne kampanie promocyjne "Odysei" oraz nowego "Spider-Mana" są dla niego wyjątkowo satysfakcjonujące. To trochę jak runda honorowa. Jestem niesamowicie dumny z obu tych filmów. Przy okazji Holland pochwalił także Anne Hathaway, z którą promował "Odyseję". Jak przyznał, możliwość obserwowania jej podczas wywiadów była dla niego cenną lekcją profesjonalizmu."Spider-Man: Całkiem nowy dzień" - zwiastun filmu