MDAG 2026: Mistrzowie i mistrzynie dokumentu. Co ich łączy?
Trwa 23. edycja festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Na tegorocznej imprezie Filmweb został partnerem sekcji "Mistrzowie i Mistrzynie" poświęconej nowym projektom najważniejszych światowych twórców i twórczyń kina dokumentalnego. Z tej okazji Maciej Satora przygotował artykuł przybliżający pokrótce ideę sekcji, jak i dzieła, które zostały na niej zawarte. Mistrzowie i Mistrzynie Kim są współcześni mistrzowie i mistrzynie dokumentu? Środowiskowo: twórcami i twórczyniami w okolicach siedemdziesiątki, którzy przez lata artystycznych poszukiwań zdążyli wypracować swój osobny, autorski język. Globalnie: branżowymi autorytetami kierującymi uwagę świata na ważki, ale pomijany w mainstreamie temat. Prywatnie: osobami o niezmąconej ciekawości, dla których kamera stała się najbardziej intuicyjnym ze sposobów ekspresji. Na tym jednak podobieństwa pomiędzy nimi się kończą; ciasny splot rozwarstwia się na wszystkie strony, niteczki sięgają granic medium i peryferii dokumentalnej formuły. Chyba tylko w tym świecie personalna forma filmowa może stać się tak ostrym znakiem rozpoznawczym. Czymś, co wyławia z tłumu nie gorzej niż silny niemiecki akcent albo rogowe oprawki na nosie. Weźmy takiego Raoula Pecka – wielkie litery na czarnych planszach tworzą rozdziały filmowego eseju, w którym archiwalia zaprzęgnięto do komentowania społecznego tu-i-teraz. Jego film rozpoznalibyście pewnie z kilometra już po stopklatce, ale to nic nie szkodzi. Twórca "Orwell: 2+2=5" w świecie dokumentu jest przecież zaangażowanym publicystą; tematy się zmieniają, ale pióro pozostaje to samo. Tym razem tańczy po taśmie filmowej, żeby niepokoje ostatnich lat życia George’a Orwella zestawić z własnym strachem o kondycję współczesnego świata. Słowa pisarza ilustrują ujęcia dzisiejszych i niedzisiejszych konfliktów, do przestróg przed totalitaryzmem uśmiechają się Xi Jinping, Vladimir Putin czy Donald Trump. "Orwell: 2 + 2 = 5"Jeśli faktycznie jesteśmy w przededniu "1984" roku, Peck przekonuje, że sylwester może stać się jeszcze okazją do zaangażowanego sprzeciwu, znalezienia formy społecznej organizacji. Być może takiej jak w postępowym Tajwanie, gdzie radykalna demokratyzacja wyspy stała się najlepszym narzędziem obrony przed widmem chińskiej agresji. Monika Treut woli jednak badać zbiorowość w skali mikro, słuchając historii lokalnych aktywistów i przedstawicieli mniejszości seksualnych. Jej tytułowy "Przepis na demokrację" to właśnie uważność na ich głos, skupienie na przestrzeniach wspólnych i pełny zainteresowania szacunek dla tych różniących. Na codzienne przejawy otwartości najmniej spolaryzowanego kraju świata trafia niby przypadkiem, nauczona wieloletnim doświadczeniem podążania za cudzym spojrzeniem, zawierzenia tej perspektywie. Bliźniaczą taktykę obrała Ruth Beckermann, dla której Hotel Hilton Addis Ababa staje się areną etiopskich paradoksów. Połowa pokoi wychodzi tu na rajski ogród; druga – na blaszane baraki, odgrodzone od wypoczywających drutem kolczastym. Nie inaczej wyglądało to już w latach 60., gdy resort budowano dla cesarza Hajlego Syllasjego. Jego postać (i stosunek do niej) staje się trzonem opowieści o tożsamości dzisiejszej Etiopii, ale w "Pomiędzy woskiem i złotem" reżyserka unika pułapek podobnie snutych narracji. Jako biała Europejka stawia na polifonię głosów, a nie kategoryczne sądy, wiedząc, że tylko tak odda historii afrykańskiego kraju należną sprawiedliwość. "Pomiędzy woskiem i złotem"Ze wschodu kontynentu na zachód zabiera nas natomiast Werner Herzog, po raz kolejny dokumentując to, co zdaje się interesować go najbardziej: ludzką obsesję i niezachwianą motywację. Za plecami dra Steve’a Boyesa śledzi trwające dekadę poszukiwania olbrzymich słoni-duchów, które ponoć zamieszkują angolską dżunglę. Te półlegendarne stworzenia miały zbiec w głąb dziczy ze strachu przed destrukcyjnym działaniem człowieka. Dlatego w "Snach o słoniach" najgłośniej pobrzmiewa pytanie: czy aby na pewno nie byłoby lepiej dać im żyć w spokoju? W równie prozwierzęcym tonie wypowiada się Victor Kossakovsky, choć "wypowiedź" to może nie najbardziej adekwatne słowo. Jego niemy "Trylion" to projekt na styku dokumentu i performansu, w którym kamera podąża za kobietą przeprawiającą się boso przez nadmorskie klify. Rozrzucanie przez nią rybich łusek do morza jest tu naraz gestem przeprosin, ekshumacją i obietnicą nowego życia – przypomina siew, gdy nasycone, czarno-białe zdjęcia reżysera przemieniają je raz w kropelki, raz w małe rybki, lgnące do oceanicznej głębiny. "Sny o słoniach"Zdjęcia są kluczem też dla Alana Berlinera: konkretnie 7076 fotografii wyciętych ze stron amerykańskiego dziennika "New York Times". Dokumentalista kolekcjonował je przez ponad 40 lat, by spiąć je potem w formie "Letter To The Editor" – tęsknego eseju o własnej relacji z odchodzącą prasą bawiącego się estetyką kolażu, found-footage i kreskówki. Elegia dla drukowanych mediów wkracza tu równie często na terytorium szerokiej refleksji i osobistego namysłu, bo historia wielu może być zapisana w doświadczeniu jednego. Pod jego słowami pewnie podpisałby się też Peter Mettler. Siedmiogodzinne "Tam, gdzie nas nie ma" przytłacza długością, ale uspokaja pamiętnikarską formułą zapisków z własnego życia. Taki metraż jest mu potrzebny, by uchwycić proces, w którym doświadczenie żegnania rodziców stopniowo popycha myśli w nowych kierunkach, tworzy nieoczywiste połączenia z naturą; uczy, jak żyć. Cóż to za szczęście móc podglądać tę drogę.





























































































