Najlepsze filmy z Batmanem. Top filmów, które warto obejrzeć

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Najlepsze+filmy+z+Batmanem.+Top+film%C3%B3w%2C+kt%C3%B3re+warto+obejrze%C4%87-144495
Najlepsze filmy z Batmanem. Top filmów, które warto obejrzeć
źródło: Materiały prasowe
Choć Batman jest tylko jeden, to kolejnych wersji Batmana nie sposób zliczyć. Przed Wami zestawienie filmów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej: od Adama Westa przez Michaela Keatona i Christiana Bale'a po Bena Afflecka. Która kinowa wersja komiksowego superbohatera się najlepiej? Które filmy nie wytrzymały próby czasu? Wybierzcie się z nami do Gotham i zobaczcie sami! Sprawdźcie przy okazji rankingi najlepszych filmów DC i najlepszych filmów z Jokerem.

BATMAN: FILMY - OD NAJGORSZEGO DO NAJLEPSZEGO FILMU Z BATMANEM



Pod uwagę wzięliśmy kinowe produkcje o przygodach Mrocznego Rycerza. Na naszej liście znalazły się więc m.in. pełnometrażowe filmy animowane "Batman: Maska Batmana" czy "Batman: Zabójczy żart", które pokazywano w kinach. Zabrakło natomiast kinowych seriali "Batman" (1943) czy "Batman and Robin" (1949), które funkcjonują też w formie pełnometrażowych kompilacji, czy szeregu animacji przeznaczonych jedynie na rynek DVD/wideo. Mamy jednak wszystkie najważniejsze filmy spod znaku "Batman" - części kolejnych serii filmowych i kolejne wersje Człowieka Nietoperza przygotowane przez kolejnych reżyserów. A jak wypadnie na ich tle najnowszy Batman, ten w wykonaniu Roberta Pattinsona? Czas pokaże!

Adaptowanie komiksów Alana Moore'a to ryzykowna zabawa, nic zatem dziwnego, że odradza ją filmowcom sam zainteresowany. Nawet pośledniejsze z dzieł Moore'a - jak "Zabójczy żart" właśnie - nie dają się łatwo przepisać na ruchome obrazki. Animowany "Batman: Zabójczy żart" nie znajduje złotego środka między filmem a komiksem. Moore'owskie dialogi i ponura wizja niezbyt pasują do "stylu zerowego" animacji DC oraz Jokera w wersji Marka Hamilla, który po raz pierwszy w historii swojego jokerowania wydaje się źle obsadzony. Dopisany początek, który rozbudowuje wątek Batgirl - w zamyśle słusznie - jeszcze bardziej potęguje wrażenie tonalnej i tematycznej niespójności.


Czego by nie mówić o wizji Zacka Snydera, przynajmniej jest jakaś. Uświadamia to "Liga Sprawiedliwości", rozpoczęta przez Snydera, dokończona przez Jossa Whedona i w rezultacie niefortunnie rozkraczona między stylami dwóch twórców. Batman, Wonder Woman i reszta nominalnie walczą tu ze złym Steppenwolfem, ale w rzeczywistości jeden reżyser walczy tu z drugim. Na każdą podniosłą sekwencję w zwolnionym tempie przypada więc niezręczny żart, a aktorzy szamoczą się między sprzecznymi wskazówkami, by być raz boskimi, a raz ludzkimi superbohaterami. Nie pomaga fakt, że po przeróbkach Whedona z fabuły został tu jedynie szkielet narracyjnych klisz. Na taką katastrofę nawet Batman nie pomoże.


"Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości" broni się dużo lepiej jako film o Mrocznym Rycerzu niż film o Człowieku z Stali. Oczywiście Batman w wizji Zacka Snydera jest nieco zbyt morderczy, ale Ben Affleck - wbrew przewidywaniom - radzi sobie całkiem nieźle. Snyder skutecznie przepisuje też na język kina atrakcje rodem z serii gier wideo "Arkham Asylum" - od Batmana upiornie zawisającego w kącie pokoju po Batmana popisowo eliminującego zgraję napastników. Konflikt bohatera z Supermanem jest jednak wyssany z palca - podobnie jak to, co w końcu przekonuje ich do rozejmu. Snyder wzorem Nolana chce opowiadać o poważnych sprawach, ale jego wizja dojrzałości jest cokolwiek nastoletnia i sprowadza się do mikstury przemocy, deszczu i mroku. Ten "nowy" Batman był oczywiście silnie inspirowany klasyczną już wersją Franka Millera, ale rezultat okazał się piątą wodą po bat-kisielu.


"Batman i Robin" sprawia, że cyrkowe szaleństwo "Batmana Forever" wydaje się stonowane i zachowawcze. Na obronę Joela Schumachera trzeba powiedzieć, że odlot, który nam serwuje, jest absolutnie świadomy i zakorzeniony w tradycji Adama Westa. Choć film powszechnie uważa się za katastrofę, jego obrońców zatem nie brakuje. Sami przyznamy, że George Clooney ze swoim urokiem amanta Złotej Ery Hollywood to lepszy Batman niż Val Kilmer, a Arnold Schwarzenegger potrafi odpowiednio przymrużyć oko, by dopasować się do konwencji "kina sucharów". Niestety, reszta atrakcji - od Umy Thurman jako Poison Ivy przez Bane'a - jest co najmniej przestrzelona. Powiedzmy więc łaskawie, że "Batman i Robin" stanowi odtrutkę na jednowymiarową, spiętą wizję Batmana jako do bólu Mrrrocznego Rycerza. Ale ogląda się ten film z trudem.


"Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera" nie jest dużo lepszym filmem od wersji Jossa Whedona, ale przynajmniej konsekwentnie trzyma się jednej tonacji i ma epicki narracyjny oddech (może nieco zbyt epicki, patrząc na rozdęty metraż). Snyder widzi filmowy komiks jako przedłużenie Wagnerowskiego Gesamtkunstwerk - i w tym filmie przynajmniej potrafi to zakomunikować. Siłą rzeczy Batman gra tu zaledwie drugie skrzypce jako kustosz superbohaterskiego muzeum, człowiek, który musi skomponować drużynę bogów. Ben Affleck jednak odnajduje się w tej funkcji i całkiem nieźle serwuje one-linery w rodzaju "jestem bogaty". Scenariusz, choć długi, pozostaje jednak dość cienki, a reżyser niepotrzebnie dociąża całość, doklejając na końcu półgodziny zwiastun filmów, które zapewne nigdy nie powstaną.


Po bardzo dobrym początku i rewelacyjnym rozwinięciu trylogia Christophera Nolana o Batmanie zaliczyła niestety spadek formy na ostatniej prostej. Choć w tytule filmu Mroczny Rycerz "...powstaje", mieliśmy tu klasyczny przypadek myślenia życzeniowego. Widowisko Nolana zawaliło się pod ciężarem własnych ambicji. Anne Hathaway wniosła tu odrobinę lekkości, ale całość pozostała kolosem reżyserskiego nabzdyczenia na glinianych nogach niepoważnych skrótów narracyjnych. Dobrym symbolem filmu jest Bane w wykonaniu Toma Hardy'ego: ponury i umięśniony, ale bełkoczący cienkim, chrapliwym głosikiem coś o rewolucji i społeczeństwie. Ani to dobry film o Batmanie (Batmana tu zresztą jak na lekarstwo), ani dobra metafora czasów kryzysu finansowego.


Po gotyckiej neurozie Tima Burtona wahadło odbija w przeciwną stronę. Oto Joel Schumacher stawia na pop-art i kręci hołd dla serialu z lat 60. w estetyce wideoklipu z lat 90. "Batman Forever" to film frustrujący, bo - wbrew renomie - nie wszystko jest tu złe. Elliot Goldenthal zaserwował nowy świetny motyw przewodni, Seal i U2 dostarczają świetnych singli, a neonowa wizja Gotham ma swój urok i ciekawie zrywa ze stereotypowym wizerunkiem tego miasta. Jim Carrey jako Riddler szarżuje co prawda na potęgę, ale jego rola w zasadzie niesie film i stanowi piękny hołd dla Franka Gorshina. Gorzej radzą sobie Tommy Lee Jones, który nieskutecznie próbuje ścigać się z Carreyem, oraz Val Kilmer, który sprawia wrażenie, jakby nie chciało mu się z nikim ścigać. Raczej porażka, ale ciekawa.


Serial animowany "Batman" to klasa sama w sobie. Powszechnie uznaje się go za jedną z lepszych wersji Mrocznego Rycerza. Trudno się więc dziwić, że Bruce Timm, Paul Dini i reszta ekipy serialu trzyma wysoki poziom w pełnometrażowej wersji. "Batman: Maska Batmana" dowodzi, że animowana forma to domena nie tylko kreskówek dla najmłodszych. Dostajemy tu ponurą opowieść o ciężarze bycia Batmanem, w której konwencja kina noir spotyka się z tragiczną historią miłosną. Ważną rolę odgrywa też - nie mogło być inaczej - Joker. A Kevin Conroy i Mark Hamill po raz kolejny dowodzą, że jeśli chodzi o głosy Batmana i jego największego przeciwnika - nie mają sobie równych.


Pomysł Nolana na Batmana jest prosty: spróbujmy wyobrazić sobie, że istnieje naprawdę. Jak bardzo musiałby być zmotywowany? Skąd brałby swój sprzęt? Pierwszy film reżysera o Mrocznym Rycerzu, "Batman - Początek", próbuje odpowiedzieć na to pytanie i odnosi sukces. A że Nolanowski "realizm" to realizm sekretnych klanów ninja planujących przejąć władzę nad światem i bat-czołgów skaczących dziarsko po dachach, to już inna sprawa. Grunt, że broni się psychologia postaci, wsparta niezwykle celnym castingiem. Christian Bale, Michael Caine, Morgan Freeman i Gary Oldman to oczywiście samograje, więc prawdziwym zaskoczeniem jest tu Cillian Murphy jako Scarecrow, który ewidentnie dobrze bawi się swoją rolą. W końcu "Batman - Początek" to Człowiek Nietoperz na poważnie, ale też - jak na Nolana - wyjątkowo rozrywkowo.


Zanim Christian Bale czy Ben Affleck ubrali peleryny, ikonicznym Batmanem był Adam West. Serial z jego udziałem to kampowa frajda kontrastująca z ponurymi wizjami Nolana czy Snydera, tak jak - nie przymierzając - Joker kontrastuje z Batmanem. 120 odcinków "Batmana" dowodzi jednak, że Człowiek Nietoperz sprawdza się równie dobrze jako bohater absurdalnej komedii. Pełnometrażowy film "Batman zbawia świat" (1966) to zaś serial w pigułce. Oprócz Batmana i Robina (Burt Ward) mamy tu całą galerię czarnych charakterów: jest nie tylko Joker, ale i Pingwin, Riddler czy Kobieta Kot. Jest też szereg legendarnych momentów: od sceny ze sprayem na rekiny po scenę o tym, że czasami trudno pozbyć się bomby. Sam film - też bomba.


"Powrót Batmana" sprawia wrażenie filmu Tima Burtona, do którego przypadkowo zaplątał się Batman (Michael Keaton). Ale nic w tym złego. Reżyser podbija poprzeczkę ekscentryczności i wrzuca Człowieka-Nietoperza w sieć swoich obsesji. Nad filmem unosi się przede wszystkim duch niemieckiego ekspresjonizmu, zaklęty w stylizowanym na Doktora Caligariego Pingwinie (Danny DeVito) czy postaci noszącej znane filmoznawcom nazwisko Max Shreck (Christopher Walken). A i tak show kradnie wszystkim Michelle Pfeiffer jako Selina Kyle/Kobieta Kot. Rezultat to prawdopodobnie najbardziej osobny, autorski film o Mrocznym Rycerzu. A do tego jeden z dziwniejszych i bardziej przewrotnych filmów bożonarodzeniowych.


Tajemnica sukcesu postaci Batmana polega na tym, że jest wszechstronny. Ten Mroczny Rycerz broni się też jako kolorowy plastikowy ludzik. Choć "LEGO® BATMAN: FILM" jest przede wszystkim pełnometrażową reklamą popularnych klocków, nie jest to film, który warto zlekceważyć. Tak, w tej wersji Uniwersum DC Gotham i Arkham to po prostu duże zestawy Lego. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu porządnej historii o Batmanie czy o Jokerze. Wręcz przeciwnie: to jedna z najbardziej przenikliwych historii o relacji Mrocznego Rycerza i jego arcywroga, jednocześnie komediowa i całkiem pogłębiona. Bądź co bądź Bruce Wayne okazuje się tu chorobliwie antyspołeczny, a fiksacja Jokera na punkcie Mrocznego Rycerza przypomina... miłość.


To nie mogło się udać: za kamerą stanął reżyser "Wielkiej przygody Pee Wee Hermana", w Batmana wcielił się odtwórca roli Beetlejuice'a, a piosenki napisał Prince. Jedyną osobą, której udział w projekcie nie budził żadnych wątpliwości, był Jack Nicholson - predestynowany do roli Jokera ze względu na wrodzony uśmiech rekina. A jednak "Batman" okazał się fascynującą syntezą składowych sprzeczności. Burtonowski pop-gotyk okazał się pasować jak ulał do Człowieka-Nietoperza, Keaton wydobył z Batmana nutkę zawadiackiego szaleństwa, a piosenki Prince'a świetnie współgrały z postacią Jokera. Nicholson oczywiście nie zawiódł, a do tego Danny Elfman doprawił wszystko garścią posępnych nut. W pół drogi między mrokiem a zabawą, między kampem a gotykiem, między tym, co zrobił Adam West, a tym, co miał pokazać Christian Bale - w sam raz.


"Mroczny Rycerz" to film, który pięknie przerósł oczekiwania. Dobrze odzwierciedla to recepcja Jokera w wydaniu Heatha Ledgera - od przedpremierowego odrzucenia do popremierowej miłości zwieńczonej Oscarem i ugruntowaną pozycją w fanowskim panteonie. Christopher Nolan "dostarczył" w dwójnasób: nakręcił trzymający na krawędzi fotela blockbuster, który broni się również jako dekonstrukcja ikony Batmana, moralitet czy alegoria amerykańskiej "wojny z terroryzmem". Od otwierającej sceny napadu na bank przez przesłuchanie Jokera po finałową przemowę Gordona (Gary Oldman) - "Mroczny Rycerz" to kopalnia pamiętnych scen. Nie tylko najlepszy film o Batmanie, ale i jeden z najlepszych filmów superbohaterskich. A może i wręcz jeden z najważniejszych amerykańskich filmów pierwszej dekady XXI wieku. Kto by pomyślał - w końcu to historia faceta w pelerynie.