Artykuł

Bitwa na głosy i miny

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Bitwa+na+g%C5%82osy+i+miny-90802
Nie widuje się ich często. Kiedy jednak się zdarzają, z ekranu lecą iskry. By zdarzył się prawdziwy aktorski pojedynek, muszą zaistnieć odpowiednie okoliczności. "Mistrz" Paula Thomasa Andersona to oczywiście nie pierwszy film, w którym się to udało.

W polskich kinach zobaczyć już można długo wyczekiwanego "Mistrza", który jeszcze przed premierą wzbudzał ogromne zainteresowanie ze względu na obecne w nim aluzje do genezy sekty scjentologicznej. Bardziej jednak niż na drażnieniu Toma Cruise'a (prywatnie przyjaciela reżysera), wyjątkowość filmu Paula Thomasa Andersona polega na aktorstwie najwyższej próby. Umieszczenie na ekranie Joaquina Phoenixa i Philipa Seymoura Hoffmana w niemal równorzędnych rolach okazało się jednym z najbardziej ekscytujących zestawień obsadowych ostatnich lat. Śledzenie, jak para aktorów określa się tak wobec własnej roli, jak i wobec ekranowych partnerów i wspólnie buduje skomplikowaną i niejednoznaczną relację między sobą, jest fascynującym przeżyciem. Stanowi pokaz najwyższych aktorskich możliwości, niepozbawiony nuty rywalizacji o stworzenie bardziej intrygującej postaci – prawdziwy aktorski pojedynek.
 
 
"Master"

Jury festiwalu w Wenecji, gdzie odbyła się premiera filmu Andersona, wycofało się z rozstrzygania, kto wyszedł z niego zwycięsko. Puchar Volpiego dla najlepszego aktora przyznano w tym roku obu aktorom (podobnie było w Berlinie dekadę temu, kiedy nagrodzono Meryl Streep, Nicole Kidman i Julianne Moore za kreacje w "Godzinach"). Amerykańska Akademia Filmowa, o nagrodę której "Mistrz" z pewnością powalczy, nie będzie już tak asekurancka, tak jak nie była, nagradzając Kidman za rolę w filmie Daldry'ego. Osobiście stawiam na Phoenixa, którego rola to  majstersztyk. W sposób wręcz dotkliwy wygrywa on swoją fizyczność, z jednej strony kreując bohatera prostackiego i wulgarnego, z drugiej zaś okraszając go pewną kruchością, uzewnętrzniając targające nim demony i niewerbalny ból, przypominający ten, który rysował się niegdyś na twarzy Montgomery'ego Clifta. Wysiłek Phoenixa okazał się na tyle hipnotyzujący, że usunął w cień nawet wybitnego Seymoura Hoffmana. A to nie lada wyczyn, bo laureat Oscara za tytułową rolę w "Capote" Bennetta Millera rozłożył już na łopatki choćby Toma Cruise'a w "Magnolii" (choć to Cruise był nominowany do Oscara za swoją rolę) i Ethana Hawke'a w świetnym "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" Sidneya Lumeta.

Film to jednak nie ring, tylko mechanizm, w którym każdy ze składników musi działać i wszyscy powinni potrafić ze sobą współpracować. W każdym filmie dochodzi do zderzeń aktorskich żywiołów, jednak najczęściej (nie tylko w kinie gatunkowym), widz prowadzony jest tak, aby w ramach mechanizmu projekcji-identyfikacji utożsamić się z jednym, głównym  bohaterem. To jemu przyporządkowane są kolejne postaci, wobec których powinien się określić.  Bywa jednak i tak, że scenariusz nie faworyzuje jednej postaci i aktorzy muszą się zainteresowaniem widza podzielić. Podstawowy warunek, by można mówić o aktorskim pojedynku jest taki, że walka musi być wyrównana. Ale i to nie wystarczy. Niektórzy aktorzy tworzą bowiem na ekranie swoiste przymierze, harmonijnie się ze sobą komponując. Paul Newman i Robert Redford byli idealnie dobraną parą, nawet wtedy, kiedy ich postaci rywalizowały na ekranie. Podobnie zgrany tandem tworzył Redford z Barbrą Streisand. Tony Curtis i Jack Lemmon. Jack Lemmon i Walter Matthau. Burt Lancaster i Kirk Douglas. Wspaniałe aktorskie przyjaźnie, które promieniowały na ekranie serdecznością, spójnością, synergią. Jedność (tak w życiu, jak na ekranie) stanowili także Katharine Hepburn i Spencer Tracy. Choć filmy, w których występowali, wygrywały najczęściej różnice między nimi i bawiły wzajemnymi złośliwościami i utarczkami, czuło się, że są nierozłączni. Akceptując Hepburn, trzeba było akceptować Tracy'ego. I odwrotnie.

 
Paul Newman i Robert Redford

Pojedynek to sytuacja, która zdarza się rzadko. To spotkanie artystów za dużych na jeden film, takich, którzy dominują na ekranie, których skala talentu nie pozwala błyszczeć innym. Mimo to muszą skonfrontować się z konkurencją. Wygrywanie ekranowego spotkania wielkich aktorów popularne było szczególnie w czasach Złotej Ery Hollywood, kiedy cały star system służył ikonizowaniu kinowych gwiazd, jednak w dalszym ciągu używa się tego zabiegu w strategii promocyjnej filmu. Świetny kryminał Michaela Manna "Gorączka" reklamowano właśnie jako pojedynek dwóch genialnych aktorów. Prawdziwa walka miał toczyć się bowiem o to, czy lepszym aktorem okaże się Robert De Niro czy Al Pacino. Tego zabiegu próbowano wielokrotnie, acz nie zawsze się on udawał. Kto na przykład pamięta dziś "Podejrzanego" Stephena Hopkinsa (2000), w którym zmierzyć miał się talent Gene'a Hackmana i Morgana Freemana? Bardziej udany był "Frost/Nixon" Rona Howarda (2008), w którym naprzeciw siebie stanęli Michael Sheen i Frank Langella.

Kolejną ważną cecha aktorskich pojedynków jest konfrontacyjny charakter relacji między postaciami. Właśnie ze względu na wyrafinowane gry, które toczyli ze sobą bohaterowie, tak wyśmienicie oglądało się aktorskie bitwy na głosy, miny i gesty w filmach niezrównanego Josepha Loseya. W "Służącym" (1963) na podstawie scenariusza Harolda Pintera próbę sił podjęli James Fox i Dirk Bogarde, w "Romantycznej Angielce" (1975) Michael Caine mocował się z Helmutem Bergerem. Świetny w konstruowaniu sytuacji, w których aktorzy musieli walczyć tyleż na ekranie, co o nagrody i wyróżnienia, był także Joseph L. Mankiewicz. We "Wszystko o Ewie" (1950) Anne Baxter stawała naprzeciwko wielkiej Bette Davis, w "Detektywie" (1972) – ostatnim filmie wielkiego reżysera – Michael Caine stawiał czoła Laurence'owi Olivierowi. W remake'u filmu Mankiewicza, "Pojedynku" (2007) Kennetha Branagha (także na podstawie scenariusza Pintera, który nie użył ani jednego zdania pojawiającego się w filmie Mankiewicza), Caine wciela się w rolę, którą wcześniej grał Olivier. I znów wygrywa palmę pierwszeństwa – tym razem dystansując stającego tu na palcach Jude'a Lawa. Bardzo czekam też na starcie Michaela Douglasa z Christophem Waltzem, którzy wystąpią niedługo w "Rejkiawiku" Mike'a Newella. Film opowie o spotkaniu w stolicy Islandii w 1986 roku Ronalda Reagana (w tej roli powracający po chorobie na duży ekran laureat Oscara za "Wall Street") i Michaiła Gorbaczowa (interpretowany przez zwycięzcę nagrody Akademii za "Bękarty wojny"), kiedy to nastąpił przełom w negocjacjach amerykańsko-radzieckich w sprawie rozbrojenia. Szykuje się ostre starcie aktorskich indywidualności.

 
"Wszystko o Ewie"

Aby można było mówić o aktorskim pojedynku nie wystarczy napięcie między aktorami, sam film musi być odpowiedniej jakości; musi dawać aktorom szansę, by zabłysnąć talentem, pokazać jego skalę. Takie okazały się na przykład wybitne "Niebezpieczne związki" Stephena Frearsa, w których John Malkovich walczył z Glenn Close nie tylko o miłosne trofea, ale także o to, która kreacja okaże się ciekawsza. Choć to Close zdobyła za swą kreację nominację do Oscara, zdania w tej sprawie do dziś są podzielone, co oznacza jedynie, że pojedynek był pasjonujący. Podobny efekt próbowano osiągnąć potem choćby w "Domu dusz", kiedy pisało się o historycznym spotkaniu dwóch wielkich aktorek: Close z Meryl Streep (ciekawe, że także w tym roku przyszło im zawalczyć o Oscara). Do prawdziwego pojedynku jednak nie doszło, gdyż sam film okazał się za słaby, by wyzwolić odpowiednią temperaturę między odtwórczyniami głównych ról. Starcia aktorskie lepiej bowiem sprawdzają się w filmach aktorskich niż tych, w których ważniejszy jest przepych czy technika. Takie właśnie wybiera zazwyczaj Meryl Streep, dlatego zdziwienie graniczące z niesmakiem wzbudził w 1994 roku jej występ w "Dzikiej rzece" Curtisa Hansona, będący od tej zasady odstępstwem. Aktorka, która nie tylko słynie ze swojego kabotynizmu, ale także z tego, że ma ku niemu powody, trudność w zdominowaniu ekranu miała tylko kilkakrotnie w ostatnich latach – wyrównana walkę stoczyła z Hoffmanem w "Wątpliwości" i z Pacino w "Aniołach w Ameryce". W pozostałych filmach rozłożyła konkurencję na łopatki. Nawet we wspomnianych "Godzinach", za które Oscarem nagrodzono Kidman, to jej rola najbardziej zapadła w pamięć.

 
"Wątpliwość"

Wielu ma swoje ulubione filmowe pojedynki. Do moich na pewno należy thriller Roberta Aldricha "Co się zdarzyło Baby Jane?" (1962), w którym spotkały się wielkie ikony Hollywood – Bette Davis i Joan Crawford, grające siostry uwikłane w sadystyczną grę. Konfrontacji tej pikanterii dodawał fakt, że obie laureatki Oscara (Davis za "Kusicielkę" i "Jezebel", Crawford za "Mildred Pierce") szczerze się nie znosiły, a ich zawodowa rywalizacja w latach 30. i 40. była powszechnie znana. W końcu nominację do Oscara za film Aldricha otrzymała Bette Davis; znając jej legendarną  próżność, można się tylko domyślać, jak wielką satysfakcję jej to przyniosło. Ciekawe, że w swoim przedostatnim filmie, "Sierpniowych wielorybach" Lindsaya Andersona (1987), Davis spotkała się jeszcze z legendą kina niemego Lillian Gish, obie stworzyły na ekranie harmonijny duet, tak różny od tego z "Baby Jane". Konfrontacyjnego charakteru aktorskim spotkaniom dodaje bowiem ich relacja w rzeczywistości pozaekranowej. Tak było chociażby w  "Kto się boi Virginii Wolf?", gdzie doszło do pojedynku między Elisabeth Taylor i Richardem Burtonem, pozostającym w związku od czasu "Kleopatry" Mankiewicza. Jeżeli rozmach i epickość "Kleopatry" rozmywało jeszcze napięcie między nimi, w debiucie Mike'a Nicholsa eksplodowało ono ze zdwojoną siłą, korespondując z burzliwością związku skandalizującej pary. Burton wcześniej publicznie szydził z aktorstwa Taylor, która tutaj postanowiła udowodnić, że jest w stanie mu dorównać. I tak się stało. Za nagrodę odebrała drugiego w swojej karierze Oscara (Burton musiał zadowolić się nominacją) i, postarzona do potrzeb filmu, raz na zawsze rozprawiła się z etykietką pięknej Liz.

 

Na pomyśle zestawienia ze sobą wielkich (niegdyś) nazwisk oparty jest także patent "Niezniszczalnych" – a właściwie całej serii, bo po "Niezniszczalnych 2" już planowana jest trzecia cześć cyklu. Każe się w niej walczyć na jednym ekranie aktorom, takim jak Sylvester Stallone, Dolph Lundgren czy Jason Statham, którzy jeszcze 20 lat temu byli samowystarczalni. Ekshumowanie dawnych herosów, reprezentujących w latach 80. najbardziej prymitywny model męskości (jego promocja była częścią kontrrewolucji obyczajowej prezydentury Ronalda Reagana), jest oczywiście dużo mniej subtelne i nie wyzwala takich dreszczy jak zabieg Aldricha, ale ma też w sobie sporo ironii i duży potencjał komiczny. Czy to jednak pojedynki czy tylko rozkoszna retromania? Wszystko jedno, bo tak czy inaczej spełniona zostaje ta sama potrzeba widza, by konfrontować ze sobą idoli niczym gladiatorów. By układać w głowie skale i hierarchie. By porównywać to, co często jest nieporównywalne.
Udostępnij: